poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
STANISŁAW OBIREK SJ
Od literatury do teologii
Dekada Literacka 2002, nr 3-4 (185-186)

„Chrześcijaństwo, katolicyzm, Kościół, religia są w naszym życiu obecnym sprawami istniejącymi bezwzględnie na zewnątrz literatury, filozofii, nauki, wszystkiego, co stanowi kulturę”.
Stanisław Brzozowski, „Pamiętnik”

 Redakcja „Dekady Literackiej” skierowała do mnie pytanie trudne, a może nawet nieco przewrotne – w jakiej mierze literatura może być, lub była, utwierdzeniem, bądź inspiracją dla wiary religijnej? Jeśli wierzyć Brzozowskiemu, to literatura ma się nijak do religii. Ale przecie rozumienie religii autora „Samego wśród ludzi” nie musi mieć charakteru normatywnego dla mnie i istotnie rzecz postrzegam zgoła odmiennie. Otóż moim zdaniem to, aż sam się sobie dziwię, że tak to widzę, właśnie „literatura, filozofia, nauka i to wszystko, co stanowi kulturę” jest ze swej natury religijne, zaś teologia dzisiejsza skutecznie „wypłasza” doświadczenia tego rodzaju. Oczywiście, muszę zaraz poczynić konieczne zastrzeżenia, że nie cała, że nie wszyscy teologowie itd. Niemniej jednak jedno dla mnie nie ulega kwestii: to w literaturze raczej, a nie w traktatach teologicznych, szukam strawy dla moich metafizycznych tęsknot.

Jak zdać sprawę z tych niezbyt budujących stwierdzeń? Im dłużej nad tym myślę, tym trudniej mi o pewność. Łatwiej mi będzie odwrócić pytanie i zastanowić się, czym moja wiara byłaby bez literatury?

I tu już poczułem się raźniej i z ulgą niejaką odetchnąłem i wróciłem do literatury. Do urokliwych opowiadań z „Księgi Rut” i z „Pieśni nad Pieśniami”, do dramatycznego i nigdy nie ukończonego sporu bohatera „Księgi Hioba”, do cynicznego w gruncie rzeczy autora „Księgi Koheleta”, do niezwykłego zbioru „Psalmów”, do całego zespołu ksiąg mądrościowych, będących znakomitym przykładem pogodzenia ‘traditio judaica’ z ‘traditio hellenica’, cywilizacji jakoby zupełnie do siebie nieprzystawalnych. Owszem, sięgnąłem do ksiąg historycznych i pomyślałem, że tutaj naprawdę czuję się u siebie, i że to wszystko jest literaturą, jest zapisem kulturowej obecności narodu wręcz opętanego (w tym najlepszym i religijnym właśnie tego słowa znaczeniu) religią i swoim Bogiem.

 A ‘traditio christiana’? Przecież już o niej częściowo napisałem, boć przecie pierwsi chrześcijanie to nikt inny tylko Żydzi pobożni i pogańscy Grecy, bojący się Boga. I jedni, i drudzy, spotykając Zmartwychwstałego, bezpośrednio (jak uczniowie idący do Emaus czy Szaweł pod Damaszkiem), bądź pośrednio (jak Grecy słuchający Pawła na Aeropagu czy adresaci jego listów) zaczynali widzieć swoją własną tradycję (bądź judaistyczną, bądź helleńską) inaczej nieco, pełniej jakby, a więc w żaden sposób o odrzuceniu mowy być nie mogło. Wprost przeciwnie – coraz bardziej wnikliwe wczytywanie się w nią i odkrywanie śladów Najwyższego, który w swym Synu Jezusie Chrystusie nam wszystkim powiedział ostatnie Słowo.

Tak właśnie powstał niezwykły traktat (a więc jednak traktat) teologiczny – „List do Hebrajczyków”, cały wspomniany już ‘corpus paolinum’, czyli listy nawróconego faryzeusza. W tej perspektywie napisane zostały cztery Ewangelie. Krótko mówiąc, Nowy Testament to rozmowa, dialog, a może nade wszystko klucz hermeneutyczny otwierający prawdziwe znacznie i świętych pism Izraela, i pisma innych tradycji religijnych, i w ogóle kulturowych. No dobrze, ale to wszystko zawdzięczam jednak kulturze teologicznej, więc jakże mogę ją odrzucać? Wrócę znowu do Brzozowskiego i jego „Pamiętnika, w którym można wyczytać wiele pochwał również pod adresem katolicyzmu. Otóż pisze on tak: „Módl się. Modlitwa jest obecnością w dziedzinie praw i celów, zatopieniem się w tych sferach, gdzie istnieją prawa i cele. Tam jest granica. Stamtąd możesz myśleć o Bogu bez bałwochwalstwa”. I dodaje: „Staraj się żyć modlitwą, a nie polemiką i przeciwstawieniem. Siła ginie w tym tarciu i nie rodzi się pewne światło”.

No właśnie, taki Brzozowski mi odpowiada i takie rozumienie modlitwy, czyli istoty religii. Takie ujęcie znajduję w literaturze, o niej więc niech mi będzie wolno już bez ogródek teraz napisać.

Urodzony w 1956 r. w małym miasteczku, wsi właściwie, miałem wszelkie dane ku temu, by literatury nie dostrzec, nie przeżyć. Stało się jednak inaczej. Dziwnym zrządzeniem losu to właśnie literatura zaczęła określać mój sposób patrzenia na świat, na Kościół, na Boga wreszcie.

Na początku był Witold Gombrowicz. Zapewne aura owocu zakazanego potęgowała również pozaliterackie oddziaływanie. Zacząłem myśleć, patrzeć, a nawet wierzyć po gombrowiczowsku. To przepisywane pracowicie fragmenty „Dzienników” stały się moją prywatną, rewelatorską biblią. Pewnie dlatego wylądowałem po maturze w 1975 r. na teatrologii w Uniwersytecie Jagiellońskim. A jednak nie do końca przejąłem się teatrem. Oprócz literackich fascynacji pojawiły się na ‘krakowskim bruku’ wspomnienia z dzieciństwa – głęboka religijność rodziców, religijne śpiewy z domu dziadków, przejmujące, długie nabożeństwa w rodzinnym kościele... Pewnie dlatego przerwałem studia, by zapukać do klasztornej furty jezuitów w Starej Wsi.

Łączenie fascynacji literackich z nowicjacką musztrą to eksperyment dość ryzykowny nie tylko dla mnie, ale i dla zakonnych wychowawców. A jednak to właśnie nowicjat pozwalał na spokojną lekturę klasyków duchowości chrześcijańskiej, ale również dzieł Platona, Cycerona... Naturalnie historia Towarzystwa Jezusowego, jak i dokumenty normatywne zakonu, skłaniały do tak niekonwencjonalnych lektur. To wtedy usłyszałem o inkulturacji, o poszanowaniu kultury zastanej, o znaczeniu literatury i kultury.

Do świata wracałem z pragnieniem pogłębienia, łączenia i głoszenia innym zdobytych i odkrytych prawd.

Gdybym miał dzisiaj, A.D. 2002 wskazać na literackie fascynacje, to zdecydowanie musiałbym odżegnać się od Gombrowicza; był to młodzieńczy flirt – owszem, ekscytujący, ale jednak jakoś powierzchowny. Dziś wracam do Fiodora Dostojewskiego, do Thomasa Manna, do Hermana Hessego. Z polskich pisarzy próbuję zrozumieć Czesława Miłosza. Zawsze chętnie wracam do Zbigniewa Herberta, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Dlaczego więc znowu literatura? Bo w niej życie jest opisane w stanie czystym, odideologizowanym. Takiej teologii jeszcze nie znalazłem. Może będzie nią właśnie tłumaczona przeze mnie książka belgijskiego jezuity Jacques’a Dupuis’a, poświęcona chrześcijaństwu wśród innych religii. Może.

Na bezludną wyspę zabrałbym jednak oprócz Biblii chyba tylko Dostojewskiego, najlepiej „Dzieła wszystkie”.

Stanisław Obirek SJ

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas