poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PAWEŁ TARANCZEWSKI
O pierwszeństwie sztuki przed etyką
Dekada Literacka 2002, nr 3-4 (185-186)

Przed laty usłyszałem z ambony dysjunkcję: albo Sztuka, albo Chrystus. Wybór przebiegał zgodnie z modusem „ponendo tollens”. Przykładem był wybór Adama Chmielowskiego służby Chrystusowi w ubogim. Chmielowski wybrał Chrystusa przeciwko sztuce, między innymi pod wpływem tekstów św. Jana od Krzyża, nad którymi medytował. Doktrynę św. Jana przedstawił kapłan jako radykalną ascezę, w wyniku której ogarnia nas „żywy płomień miłości” bożej. Jest on odległy, a także nieosiągalny, własnym wysiłkiem, stąd człowiek – istota esencjalnie grzeszna – nie powinien ufać sobie w drodze ku niemu. Chcąc w płomień ten wstąpić, musi podporządkować się kierownictwu w posłuszeństwie, bo inaczej, skazany jest na duchową pomyłkę, a raczej całkowitą katastrofę. Artysta, wstępując na górę Karmel, musiał odrzucić sztukę poza jedyną dopuszczalną na drodze posłuszeństwa sztuką liturgiczną podległą duchowemu kierownictwu i odpowiednio zaprogramowaną! Sztuka poza liturgią istniała wbrew Bogu i była potencjalnym polem działalności szatana. Chmielowski musiał więc Chrystusa w ubogim wybrać przeciw sztuce, bo artysta, idąc za Chrystusem, musi przestać być artystą, musi sztukę odrzucić. Dla artysty – jako artysty – nie ma miejsca w domu Ojca, zaś Chrystus i jego Kościół interesują się nim tylko jako owcą, którą należy zbawić. Jedyny dopuszczalny wyjątek stanowi sztuka liturgiczna.

Kaznodzieja czuł istotę katolicyzmu, w której tkwi raz mniej, raz bardziej jawna nieufność do artysty i do sztuki; przekonanie, że chrześcijaństwo, będąc ruchem par excellence etycznym, sztuki nie potrzebuje.

Nieufność ta znajduje swą podstawę w spisanej Ewangelii. Sądząc ludzkość, Chrystus rozlicza człowieka wyłącznie za stosunek do siebie ukrytego w bliźnim. Wyobraźmy sobie, że stają przed Nim najwięksi artyści wszystkich czasów. Być może każdy z nich zostanie ocalony, bo przyodział, napoił – ale tylko dlatego. Co jednak pocznie Sędzia z ich twórczością? Czy będzie miała dlań jakiekolwiek znaczenie?

Jednak sztuka kultowa, którą dopuszczał kaznodzieja, nie mogłaby istnieć bez niekultowej, czyli po prostu bez sztuki, która rozstrzyga zagadnienia czysto artystyczne. Sztuka kultowa musi więc dopuścić istnienie sztuki niekultowej jako swej sługi. Czy jednak sztuka niekultowa znajduje w katolicyzmie usprawiedliwienie swego istnienia, nie usługując kultowej? Czy Bóg katolicki usprawiedliwia istnienie niezależnego artysty? Czy taki artysta jest przewidziany w Jego wizji człowieka, jak z pewnością przewidziany jest miłosierny Samarytanin? Czy przewidziany jest tylko Brat Albert czy także Adam Chmielowski?

Kaznodziei interpretacja doktryny Jana od Krzyża jest możliwa, ale nie jest konieczna. Nieżyjący już znawca jego pism, Ojciec Witold Czapliński, redemptorysta, pojmował pod koniec życia oczyszczenie zmysłów, umysłu i ducha jako „zmianę znaku”, trochę na wzór husserlowskiej „epoché”. Widzimy, słyszymy, smakujemy, czujemy świat, ale inaczej, nie wplątując się weń doświadczamy go pełniej. Oczyszczenie duszy prowadzi do zerwania łusek, które przeszkadzają widzieć świat prawdziwie. Podobnie myślała Edith Stein w „Mądrości Krzyża”.

Postawmy obok Chmielowskiego  człowieka, który zmierzał w przeciwnym kierunku, wybrał sztukę, ściślej – malarstwo, porzucając służbę najuboższym z ubogich. Nie wybrał jednak przeciw Bogu. Później wprawdzie, pod wpływem lektur francuskich książek, odszedł od religii, ale myślę, że powierzchownie, bowiem głęboka religijna inspiracja widoczna jest w jego późniejszych płótnach, w których powtarzają się również motywy mające znaczenie symboliczne, a także swoiste moralizowanie. Mam tu na myśli płótna powstałe w Saint Remy. Z drugiej strony myśl początkującego pastora przeniknięta jest malarstwem, wystarczy przyjrzeć się opisom w listach do brata. Van Gogh pragnie dać siebie ludziom, poświęcić się głoszeniu Ewangelii. Robiąc to, zauważa, że istnieje malarstwo przeniknięte Ewangelią, ale że jednocześnie Ewangelia przeniknięta jest malarstwem: „Jest coś z Rembrandta w Ewangelii i coś z Ewangelii w Rembrandcie”, jest przekonany, że malarstwo Rembrandta może doprowadzić do wiary. Van Gogh przez miłość do człowieka doszedł do malarstwa.

Adam Chmielowski w nędzarzu dostrzegł Chrystusa w ścisłym związku z obrazem Ecce Homo. Chmielowski nie był „ślepy” w przeciwieństwie do „widzącego” Brata Alberta. Widział to samo, co Brat Albert, tylko inaczej. Widział dlatego, że był malarzem. Jeżeli Van Gogh dostrzegł w człowieku wartość, której postanowił służyć – malując, to Chmielowski zobaczył tę wartość w malarstwie i zaczął jej służyć w człowieku. Obaj odkryli świętość i współczującą miłość, pierwszy odpowiedział malarstwem, drugi miłosierdziem.

 Porównanie losów Van Gogha i Chmielowskiego, dla mnie przynajmniej, odsłania istotną możliwość dwojakiej odpowiedzi Bogu na jego świętość i miłość. Jednak otwarte pozostaje pytanie: jeśli artysta doświadczy czegoś podobnego do tego, czego doświadczył Chmielowski, czy musi rzucić sztukę? Czy artysta, który spotkawszy Boga nadal maluje jest kimś gorszym od tego, który malarstwo porzucił?

Wybory Van Gogha i Chmielowskiego odsłaniają nietrafność alternatywy rozłącznej: albo Chrystus, albo Sztuka. Pogrążenie się w bożej, współczującej miłości wymaga odpowiedzi, którą może być także malarstwo. Malarstwo takie i świadomość jego twórcy zanurzona jest w świetle Chrystusa, ale także w jego krwi, męce, lęku, niepewności, smutku, samotności; dlatego sztuka, powstająca jako odpowiedź na miłość, nie musi być koniecznie radosna.

Pamiętam o niektórych przynajmniej trudnościach. Co począć ze sztuką świetną, która jest obojętna na wiarę, a w każdym razie na chrześcijaństwo? Bardzo wielu artystów końca XIX i początków XX w., a także późniejszych, po prostu nie interesowało się ani Bogiem, ani wiarą, a jeśli nawet, to ich sztuka szła swoją drogą a sztuka kościelna swoją. Co robić z malarstwem Mondriana czy Kandinsky’ego obojętnym na Chrystusa; nie mówiąc już o sztuce powstającej przeciw Chrystusowi, której twórcy świadomie chcą się bez Boga i wiary obyć? Nie ulega dla mnie wątpliwości, że uprawiają oni szeroko pojętą sztukę, nie wiem jednak, jak chrześcijaństwo może sobie z nią poradzić.

Jednak wszystkie te kwestie uprzedza stwierdzenie kluczowe: chrześcijański Bóg jest najpierw artystą! Upiększa świat już w chwili stwarzania. Teologia biblijna nazywa to zajęcie ‘opus ornatus’, przeciwstawiając je ‘opus distinctionis’, które nastąpiło „przedtem”. Myślę, że ‘opus distinctionis’ jest już pracą artysty. Myślę, że, gdy dzieli, Bóg jest w sztuce „formalistą”, gdy zdobi – interesuje Go treść. Jego bezinteresowna stwórczość i twórczość do niczego nie służy, chyba że powiemy, iż „służy” kontemplacji. W Ewangelii Ojciec zdobi lilie polne, które nie są do niczego potrzebne, są apragmatyczne i zdobienie ich nie jest „potrzebne” tak, jak potrzebne jest stawianie przykazań. Po co komu lilie polne?

Według Księgi Przysłów stwarzaniu świata towarzyszy mądrość. Mądrość igra przed Bogiem, a igraszki te są rozkoszą Stwórcy i nadają stwarzaniu najgłębszy sens. Praca artysty daje Stwórcy głęboką rozkosz, dlatego, że towarzyszy jej mądrość, która „igra przed Nim na okręgu ziemi”.

Stwórczość Boga jest przede wszystkim aktem bezinteresownej kreacji artystycznej; świat pierwej jest dziełem sztuki, potem – w skutek grzechu – potrzebuje moralności; Bóg najpierw jest artystą, a dopiero potem – z konieczności – moralistą.

Bóg w księdze Genezis jest stwórcą świata i człowieka, a człowiek stworzony został na obraz i podobieństwo Boga. Podobnie więc jak stwórczość jest sprawą Boga, twórczość należy do człowieka, o czym napisał do artystów Jan Paweł II. Jeśli Stwarzaniu towarzyszy mądrość, towarzyszyć musi także tworzeniu; ani stwarzanie, ani tworzenie nie są bezmyślne. Wydaje mi się, że człowiek najpełniej upodabnia się do Boga, tworząc sztukę z miłości i igrając mądrością.

Myśl ta podsuwa możliwą odpowiedź na pytanie o to, co Sędzia pocznie z twórczością artystów: dzieło sztuki ma sens eschatologiczny jeśli jest darem miłości dla bliźniego. Tworząc autentyczne dzieła, artysta obdarza człowieka tak, jakby dawał mu jeść.

Sztuka wyprzedza etykę, a artysta moralistę.

Paweł Taranczewski 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas