poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR ŚLIWIŃSKI
Miejsce poety
Dekada Literacka 2002, nr 3-4 (185-186)

Czy ksiądz Twardowski jest wybitnym poetą, czy wybitnym lekarzem dusz błądzących, a spragnionych nadziei, czy też może jest tylko sprawcą nader ciekawego fenomenu o charakterze socjologicznym, tego zapewne nie da się rozstrzygnąć. Cichy spór admiratorów jego głębokiej prostoty ze sceptykami, odmawiającymi mu prawdziwej wielkości, toczyć się będzie dalej. Idący w ślady Zbigniewa Bieńkowskiego, Ryszarda Matuszewskiego, Andrzeja Sulikowskiego, Wojciecha Wencla i wielu innych adwokatów poety, potykać się będą z opiniami krytyków, którzy – jak niegdyś Janusz Sławiński – dziwią się z powodu przesadnej admiracji okazywanej jego twórczości. Marginesowe usytuowanie księdza Jana we wcale już licznych opracowaniach literatury współczesnej rekompensowane będzie przez nadzwyczaj wysoką pozycję większości jego książek w rankingach sprzedaży oraz – co jeszcze bardziej wymowne – przez tłumy uczęszczające na spotkania z nim (lub choćby legendę owych tłumów). Wprawdzie ani pokupność, ani frekwencja na wieczorach autorskich niekoniecznie świadczą o czymkolwiek więcej ponad posiadanie popularności, i krytyka nie musi czuć się przez te zjawiska zobowiązana (bo wszak wieczory Katarzyny Grocholi czy Krzysztofa Pieczyńskiego również miewają wielką publiczność), to przecież za Twardowskim przemawia autorytet tematu (człowiek – świat – Bóg) i charyzmat dobra, będącego prawdziwym bohaterem pisanych przezeń wierszy. Nie da się również zamknąć kwestii jego przynależności bądź to „jedynie” do nurtu kapłańskiego, bądź „aż” do uniwersum polskiej poezji. Jakie znaczenie, i czy w ogóle jakieś, posiada fakt, że w Twardowskim pragniemy w istocie docenić posoborowy, otwarty katolicyzm? Podobnie rzecz wygląda z kluczową kategorią naiwności – jestże twórcą naiwnym, czy też naiwność stanowi tutaj maskę dla treści skomplikowanych, mających długą filozoficzną tradycję? A może jest ona kluczowym elementem perswazji? Wreszcie sprawa konsolacyjnego oddziaływania tej poezji... Łatwo sobie wyobrazić, że podziw może być swoistą zapłatą za pocieszenie, trudniej znaleźć odpowiedź na pytanie, jak do tego rodzaju „kontraktu” podejść: czyż nie jest bowiem tak, że szerokie uznanie z a  k a ż d y m  r a z e m jest reakcją na walory nieartystyczne w sensie ścisłym, moralne, poznawcze, kompensacyjne? Bo jeśli pisarzy ceni się szeroko, to przede wszystkim za to, że wypełniają oni jakąś hermeneutyczną, nauczycielską lub po prostu dydaktyczną misję, taką oczywiście, która w danym czasie uważana jest za ważną i właściwą literaturze. Lecz, z drugiej strony, czy nie jest rzeczą sztuki obdarzać tę misję skutecznością? Czy zatem konsolacyjna celność wierszy księdza Twardowskiego nie kieruje nas na powrót do problemów czysto poetyckich, stawiając czytelnika przed zagadką celności artystycznej? Poeta Twardowski jawi się więc jako fenomen na wskroś paradoksalny, którego paradoksalność można albo uszanować, albo próbować przezwyciężyć, co – jak dowodzi wiele wypowiedzi krytycznoliterackich, silnie zretoryzowanych, naznaczonych deklaratywnością – nie jest zadaniem łatwym. Twardowski, poeta ukochany przez zwykłych czytelników, inspiruje z kolei do zadania pytania o miejsce poezji – czy nie za wcześnie uwierzyliśmy, że jej jedyną domeną jest współcześnie wyspa, nisza lub zgoła getto?

Życie na biegunach

Gdyby chcieć spojrzeć na dzisiejszą poezję od strony czytelnika, a nie języka czy sytuacji lirycznej, to twórczość Jana Twardowskiego okaże się zjawiskiem ekstremalnym, biegunowym. Jako że bieguny występują zazwyczaj parzyście, musimy zaryzykować wskazanie, który z pisarzy usytuowany jest w pozycji przeciwległej. Tadeusz Różewicz, bez wątpienia również moralista, lecz zupełnie inny, programowo antykonsolacyjny, rozdzierający rany, rozdzierająco smutny? Tymoteusz Karpowicz, z heroiczną konsekwencją szukający kładki, którą można byłoby przejść od języka do świata? Nie są to złe kandydatury, mnie jednak wydaje się, że należałoby zdecydować się na inną, na razie kolektywną figurę p o e t y  b e z  o d b i o r c y, poety hermetycznego raz na zawsze, uwolnionego więc od złudzeń, że dzieło jego kiedykolwiek stanie się dostępne dla lektury nieprofesjonalnej, spontanicznej. By lepiej wyobrazić sobie tę postać, zacytuję fragmenty z wywiadu, jakiego udzielił Tadeuszowi Piórze jeden z najbardziej utalentowanych i zarazem najlepiej wygimnastykowanych teoretycznie przedstawicieli młodego pokolenia polskich pisarzy, Adam Wiedemann: „Ja się po prostu wypowiadam, a już co się w ten sposób wyraża, to kwestia porozumienia z czytelnikiem, które bywa lepsze lub gorsze, ale nigdy nie jest doskonałe, tzn. czytelnik nigdy nie wie dokładnie tego, co ja wiem, to jest po prostu niemożliwe. [...] mnie interesuje kluczenie, zastawianie pułapek, podkopywanie zbyt stabilnie ugruntowanych mniemań, jednym słowem zabawa, nawet w odniesieniu do sytuacji uchodzących za „poważne”, bolesne bądź dramatyczne (takie sytuacje są oczywiście, jako materiał, bardzo cenne i z upodobaniem ich używam). [...] pisze się dla innych, a idealną figurą Innego jest dla pisarza krytyk” („Dziennik Portowy” nr 3, s. 94-95).

Chodzi o taką postawę, która w ludycznie stosowanej intertekstualności widzi ważny, o ile nie wyłączny, sposób nawiązywania do przeszłości, ujmując ją jako możliwy dzisiaj ekwiwalent tradycji, a w prowokowaniu utartych pojęć – funkcję poezji. Zapewne nie należy identyfikować jej wyłącznie i w całości z Wiedemannem, choć z pewnością zalicza się on do grupy pisarzy, sprzeciwiających się prostodusznej i bezpośredniej ewokacyjności literatury. Dodajmy, że sposobów owego hermetyzowania wypowiedzi jest naturalnie więcej, co najmniej trzy. Odbywa się ona bądź przez uznanie fundamentalnej wolności języka (Andrzej Sosnowski), bądź przez uznanie, że rzeczywistością tekstu jest inny tekst (właśnie Wiedemann), bądź w końcu przez uznanie sfery doświadczeń stricte prywatnych za pełnoprawny temat wiersza (ci wszyscy, którzy mówią o kimś konkretnym, np. o Jarku lub Joli, wszelako bez intencji przypisania im jakichś walorów symbolicznych). Jeśli w pierwszym przypadku uświadamiamy sobie, że wobec języka wszyscy jesteśmy poniekąd tacy sami, czyli tak samo bezradni, niezdolni wyrazić pewnych doświadczeń, to w drugim i w trzecim czytelnik bywa zakwestionowany, by nie powiedzieć, że wręcz – poniżony. Wprawdzie twórca tego typu dobrowolnie przyznaje, że sztuka, którą uprawia, znajduje się na obrzeżach rzeczywistości, zepchnięta tam, zdewaluowana – jak dobra moneta – przez rynek, dążący do obniżenia ceny i wzmożenia popytu, w zamian jednak przyznaje sobie szczególną władzę nad krytykiem, czyli czytelnikiem–skazańcem, nie mającym dokąd uciec z tego peryferyjnego obszaru. Stawia go przed sprytną alternatywą: albo jego odczytanie będzie kompletne (co nie jest przecież możliwe), albo będzie niekompletne (to zaś pozbawi go wiarygodności). Krytyk może jeszcze okazać się towarzyszem i świadkiem autora, wtajemniczonym w działanie twórczych mechanizmów, następnie zaś ich analitykiem i sprawozdawcą, jak kiedyś Pióro w niezwykle inspirującej recenzji Andrzeja Sosnowskiego. Czasami trudno nie odnieść wrażenia, iż wzorem krytyka, wyjątkowo akceptowanym przez poetę hermetycznego, byłaby „jasna dziewczyna” z biblioteki Herberta – „ostrym jak lancet ołówkiem przenosi na białą kartkę słowa i zamienia je na kreski, akcenty, cezury”, urodziła się krótko po wprowadzeniu stanu wojennego, teraz studiuje na pierwszym lub drugim roku polonistyki, nie pyta o sens i „sprawy najważniejsze”, do głowy jej nie przyjdzie, że twórca rozkładanego wiersza miałby lamentować.

W rezultacie powstaje osobliwy układ, gdzie początkowy Inny staje się definitywnym Obcym, obie strony ulegają snobizmowi na brak zrozumienia, krytyk czuje się toksycznie pożądany, a poeta – permanentnie niedoceniony.

I tutaj wracamy do księdza Twardowskiego, a raczej do pisarskiego etosu, który reprezentuje. Jest zupełnym przeciwieństwem opisanego powyżej. Uprzywilejowana zostaje  l e k t u r a  o d  s e r c a, czytelnik otrzymuje zapewnienie, iż każdy rodzaj odbioru – a zwłaszcza spontaniczny, emocjonalny, bezinteresowny – posiada wystarczające uprawnienia, że lepiej nie przykładać zbytniej wagi do dyrektyw intelektu, że ponad wiedzę wznosi się wiara. I dalej: miłość, dobroć, mądrość: „Piszę językiem niedzisiejszej poezji i niedzisiejszej krytyki literackiej. Lubię wiersze serdecznie niemodne i szczęśliwie zapóźnione. Tęsknię za humorem, który uczy pokory, pozwala śmiać się z samego siebie, ratuje od patosu, tak bliskiego dawnym wierszom religijnym, pozwala spojrzeć z uśmiechem nawet na dramat”. („Rzeczpospolita” 24. 04. 1999)

I jeszcze: radość życia, przesycone wdzięcznością dla Stwórcy obcowanie z bogactwem natury, ciepły dystans do samego siebie, humor. Twardowski, poszukując lingua franca ludzkich dusz, cofa się w czasie ku momentowi, kiedy Ewangelia powszechnie jeszcze uważana była za żywe źródło wszelkiego ładu. Mimo że jego wiersze korzystają z instrumentarium poezji ubiegłego stulecia, ostatecznie przynajmniej po części zgłaszają akces do kultury przednowoczesnej: „szukam ewangelii z przedsoborowych tłumaczeń / spod gęsiego pióra Jakuba Wujka” – czytamy w wierszu „Do świętego Antoniego”. Jej właściwością była afirmacja świata w obliczu Boga (ponieważ istniał), cechą kultury nowoczesnej i naszej jest natomiast nieufność i zwątpienie (bo Bóg umarł i nie ma przed kim chwalić s/tworzenia). W ramach tej retrospektywnej, konsolacyjnej utopii oczywiście nie krytyk, ale obserwator i egzegeta zajmują miejsce naczelne, obok zwykłego człowieka, który czyta (nadal czyta), ponieważ poszukuje oparcia.

Popularny, nie populistyczny

Szczęściem poezji Jana Twardowskiego są czytelnicy, jednak nie oznacza to, że krytycy są nieszczęściem. W każdym razie nie krytycy krytyczni, nie godzący się na zawieszanie swoich miar i oczekiwań w zetknięciu z falą zainteresowania, jaką wznieciło pisarstwo księdza. Tym bardziej, że trudno wyobrazić sobie, by któryś z nich chciał zanegować zasadność pytań, postawionych przez ten fenomen naszym rozpoznaniom współczesnej literatury. Rodzi się z niego szereg pytań – o publiczność, o wyrażalność, o dydaktyzm, tradycję, przyszłość, całość. On też nakazuje przemyślenie różnego gatunku aporii i atrofii, wypełniających naszą świadomość, rewiduje podyktowane ponoć realizmem diagnozy końca społecznej roli poezji, pozwala jak w lustrze zobaczyć grymasy i pozy, które często bierzemy za wyraz autentyczności. Więc krytyka, rozpatrująca to dzieło w kategoriach socjologicznych, nie uwłacza mu. Prawdziwie uwłaczająca jest dopiero recepcja apologetyczna na pozór, lecz faktycznie użytkująca poezję księdza Jana dla osiągnięcia jakichś zamiarów socjotechnicznych, dla podzielenia polskiej literatury na część dekadencką (dominującą, inteligencką, kosmopolityczną) oraz wypieraną, lecz jakoby nieskończenie bardziej poważną i godną poważania – część ludową (tradycjonalną, narodową). Recepcja zatem, która dąży do przekształcenia popularności w populizm, w gruncie rzeczy wykorzystująca swego bohatera w sposób całkowicie obcy jego naturze – do piętnowania, rzucania gromów, odżegnywania od czci i wiary, wyśmiewania rozterek intelektu, jałowego pesymizmu i fałszywego wyrafinowania, albo też do manifestowania instytucjonalnej religijności. To jej głównie zależy na Twardowskim uproszczonym.

A teza o niedocenieniu dzieła poety jest – wobec jego paradoksalnie związanych ze sobą sławy i biegunowości – po prostu niewarta uwagi.

Piotr Śliwiński


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas