poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [DL 2002, nr 1/2 (183/184)]

W styczniowej „Twórczości” (1/2002) polecam fragment niedokończonej powieści Tadeusza Siejaka „Tam, dołem płynie rzeka”, zatytułowany „Kulturysta”. Narrator - bohater w pierwszej osobie opowiada o rozpoczęciu nauki w nowej szkole, w technikum budowlanym. Lata pięćdziesiąte, budowa socjalistycznej ojczyzny, chłopskie korzenie, świat czternastoletniego chłopca nad wiek dojrzałego, elementy narracji wszechwiedzącej, pewna surowość w podejściu do świata, ale i zepsucie oraz obłuda z zachowaniami typowymi dla tamtych czasów - to tylko niektóre elementy ze sprawnie budowanego świata tej powieści. Jest tu też trochę komizmu w opisach strasznych lekcji algebry i „kiwania” nauczyciela od przysposobienia obronnego. Ciekawe jest zderzenie socjalistycznej propagandy dotyczącej pojęcia ojczyzny i konieczności jej obrony z zaskakująco logicznym stwierdzeniem małego chłopskiego filozofa, że gdyby nie było takich ojczyzn, dla których trzeba walczyć i zabijać, to nie byłoby wojen tylko pokój. Uderzenie w fałsz oficjalnej doktryny walki i pokój oraz próby rozszerzania go przez militarną ekspansję pokazane zostało w konkretnej sytuacji kłótni z klasą i nauczycielką od polskiego. Jednym z rysów portretu psychologicznego Stanisława Sochy jest taka ambicja, która w miarę upływu lat może z chłopca zrobić przodownika pracy albo działacza młodzieżowego. Na razie jednak odczuwa tylko pewną satysfakcję z rządzenia innymi jako przewodniczący klasy i przykłada się do zbierania ziemniaków w czynie społecznym (na przekór kolegom), bo „jest robota do zrobienia”. Wydarzeniom towarzyszą przemyślenia o tym, jakie mechanizmy rządzą zachowaniem innych ludzi: „Wyszło na to, że nigdy nie jest tak, jak się mówi. Jest albo niedokładnie tak, albo zupełnie inaczej. A taki pipol Socha myśli, że jeśli się mówi czarne, to wszystko musi być czarne, a jak białe, to musi być białe, i taki pipol Socha strasznie się dziwi, że tu jest takie trochę szare, i tu takie trochę białe, i razem koło siebie, to nie można odróżnić, czy miało być czarne, czy białe, bo prawie wszystko jest jednakowe.” Opowiadanie nie rozwija się linearnie, trochę tu retrospekcji, wstawek autotematycznych.
„Dwudziestego siódmego maja tysiąc sto / siedemdziesiątego siódmego, o ósmej wieczorem / na rogu ulic Tomi i Higuchi wybuchł pożar. / W ciągu jednej nocy / zniszczone zostały / pałac, ministerstwa, uniwersytet, parlament.” – to jeden z wielu opisów zniszczenia gromadzonych z mozołem, budowanych z wysiłkiem dóbr materialnych w poemacie „Chomei w Toyamie” Basila Buntinga („Literatura na Świecie” 5-6/2001). Pierwsza część utworu to obrazy niszczenia tego, co zbudował człowiek, katastrof i pożarów. Druga część to pochwała domu z bambusa i gliny, raczej noclegowni i szopy, w której można żyć w miarę wygodnie, nie martwiąc się, że zabierze ją woda lub pożar. Cnota umiaru, franciszkańska radość z życia, święty spokój, niedokuczliwe ubóstwo: „Na pewno będzie się przestrzegać przykazania postu, / skoro nie ma sposobu żeby je naruszyć.” i „Mam tyle miejsca, ile mi potrzeba. / Znam siebie i rodzaj ludzki. (...)/ Nie chcę, by mi zawracano głowę.” Życie to bez służących i przyjaciół - i jedni i drudzy potrzebują pieniędzy. Wyrzeczenie się świata jest lepsze niż życie w nim, ale „Nie cieszy mnie, że jestem biedny, / mam namiętną naturę.”
„Poezja, jak muzyka, powinna być słuchana.” - tak zaczyna się swoistego rodzaju manifest poetycki Basila Buntinga „Punkt widzenia poety”, który „LnŚ” zamieściła w tłumaczeniu Leszka Engelkinga. Poezję należy czytać na głos i słuchać, dąży ona do piękna, nie do znaczenia. Rozbiór gramatyczny wiersza nie przybliża do jego zrozumienia.

„Kim jest Miłosz dla mnie tysiące razy pytałem siebie!? / Matką karmiącą jasną dorodną piersią / z cienkimi niebieskimi żyłkami, / której życiodajne mleko piję w upale chicagowskim.” - to fragment wiersza Adama Lizakowskiego „Miłosz” („Fraza” 3/2001) Przyznam, że czytałem ten utwór z pewnym zażenowaniem. Uważam, iż panegiryki nie przystają do naszej rzeczywistości społecznej i literackiej. Do żadnej nie przystawały i przystawały i przystawać nie będą źle napisane panegiryki.
Warto natomiast przeczytać we „Frazie” wiersze Andrzeja Buszy: „Bajkę gnostyczną”, „Karłów”, Klownów na deszczu i wietrze”. Kilka zdań o osiadłbym w kanadyjskim Vancouver poecie dorzuca Janusz Pasterski (»„Dar siedmiorakiej goryczy” Nowe wiersze Andrzeja Buszy«).

Piotr Aptacy w artykule „Kulturowe przestrzenie Internetu” („Opcje” 3-4/2001) opisuje internet jako nowoczesną przestrzeń społeczną, która jest miejscem spotkania, w sensie tradycyjnym poprzez to, że przywraca komunikację, wymianę myśli, czyli zachowania społeczne zanikające w dobie telewizji. Aptacy opisuje podstawowe rodzaje komputerowo zmediatyzowanej komunikacji, nie siląc się niestety na jakieś pogłębione komentarze. Społeczności sieciowe, tworzące się na bazie różnych kanałów komunikowania się są jednak doskonałe. „Tak więc odbywająca się w trybie synchronicznym komputerowo zmediatyzowana komunikacja posiada cechy, które pozwalają traktować ją jako specyficzną formę zachowań społecznych. Jednak owe wirtualne mikrospołeczności na dłuższą metę nie wykazują(z małymi wyjątkami) trwałości, ciągłości czy też poczucia własnej historii, którą można by przekazać nowym członkom grupy, a więc cech pozwalających tworzyć podstawy własnej kultury.” - pisze Aptacy. Powstają pierwsze próby (np. projekty uniwersyteckie) tworzenia „prawdziwych” społeczności w cyberprzestrzeni czy ochrony małych kultur i społeczności z wykorzystaniem sieci. Wydaje mi się, że internet (świetne skądinąd narzędzie) ma ograniczone możliwości tworzenia prawdziwych więzi społecznych i nie zastąpi (choć zastępuje) miejsc spotkań takich, jak ryneczki małych miast, kawiarnie czy po prostu wiejskie spotkania na ławeczce przed parkanem - coraz trudniej znaleźć je w Polsce, warto więc pojechać na przykład do południowych Włoch, na prowincję, choć tam tradycja spotkań zapewne też niebawem zaniknie.

W „Opcjach” polecam też wywiad Barbary Białowąs i Kamila Minknera z Maciejem Pieprzycą „Inferno codzienne”. Rozmowa dotyczy m.in. „Inferna” - fabularnego debiutu Pieprzycy (ten dobry film można było zobaczyć w TVP). Film wzbudza żywe reakcje, wywołuje poruszenie, protesty w związku z ty m, iż pokazuje polską młodzież bardzo pesymistycznie i ostro. „Jestem przeciwko filmom, które są letnie. Jestem zarazem realistą więc zdaję sobie sprawę, iż mój film świata nie zmieni w sposób globalny. Mnie wystarczy to, że poruszonych zostanie kilka osób, że postawi komuś jakieś pytanie, skłoni do refleksji.” — mówi reżyser.

Miasto jest ramą dla reklamy, którą ze względu na jej przestrzenność można sytuować między sztuką komercyjną a sztuką publiczną. Jakkolwiek pojęcia typu „sztuka komercyjna” budzą mój sprzeciw (nie mnóżmy bytów ponad miarę), to polecam artykuł Marii Popczyk „Miejskie przestrzenie reklamy”, drukowany również w omawianych „Opcjach.” Popczyk krótko charakteryzuje rozwój nowoczesnej (XIX i XX wiek) recepcji miasta przez artystów. Przestrzeń miejska dla socjologów, twórców reklamy, artystów stała się systemem komunikacyjnym, postrzeganym i interpretowanym na różne sposoby. „W sztuce moderny reklama, stanowiąca element przestrzeni miejskiej w postaci neonu, napisu i obrazu, stoi po stronie idei racjonalnego porządku. Okazuje się, że umieszczenie jej w obrębie dzieła architektonicznego, a co za tym idzie - środowiska miejskiego, nie stanowi zagrożenia dla jaźni i nie wzmacnia apokaliptycznej wizji kultury. Jest to o tyle znaczące, że pod koniec XX wieku właśnie płaskie ekrany reklam odczytywane są w kategoriach zagrożenia świadomości i kryzysu kultury zdominowanej przez negatywnie wartościowaną sztukę masową wiązane z tendencją do przekształcania przestrzeni miejskiej w obraz.” - pisze Popczyk. Artykuł stara się pokazać, że perswazyjność nie jest jedynym wyznacznikiem reklamy w mieście, cechują ją również funkcjonalność, dekoracyjność i przestrzenność.

Dołączony do „Opcji” arkusz „Kursywy” jest kolejnym potwierdzeniem tezy, że trudno zrozumieć „młodą” poezję. „Jesteś szybka jak ślizg brzytwy” - może i takie wersy zdarzały się wielkim, ale zniknęły w szufladach, z których nie wyjdą nawet do tomów z juweniliami. Prawie cały arkusz zadrukowany jest nieporadnymi zdaniami, przypadkowo poskładanymi w strofy. I tylko dwa wersy mogłyby się do czegoś (np. zbioru aforyzmów) nadawać: „anioły latały nisko / zbierało się na deszcz”. Aczkolwiek nie jestem pewien, czy nie podobają mi się dlatego, że gdzieś już je czytałem.

Robert Kozela


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas