poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Olga Scherer – portret
DL 2002, nr 1/2 (183/184)


 Gdy dowiedziałam się o śmierci Olgi, poszłam zobaczyć dom, w którym się urodziła. Wydawało mi się, że wiem gdzie on jest, choć nie dokonałyśmy podczas jej ostatniego pobytu w Krakowie dokładnych oględzin tego miejsca. Stanęłam w niepewności. Do obecnego budynku policji (a przedtem milicji) zbudowanego z czerwonej cegły, przylega niski barak, murowany, i trudno sobie wyobrazić, że kiedyś był domem mieszkalnym. Niektóre elementy jego architektury to jednak sugerują. Dom nie ma już zapewne przedwojennej numeracji – jeśli na pewno o ten sam budynek chodzi. Jest w nim stołówka policyjna i mętne światło słabych żarówek wydobywa jakieś nijakie wnętrze. Otoczenie zmieniło się nie do poznania. Istnieje miejsce, ale tamtego domu już nie ma. Wykreślony z mentalnej powierzchni może być co najwyżej wspomnieniem z przeszłości, choć istniał na pewno, przy ulicy Siemiradzkiego w Krakowie. To niewielki zakątek, obok znane męskie gimnazjum, prywatna klinika, ulica Sobieskiego, gdzie stoi dom– rodzinne gniazdo Turowiczów. Wiadomo, Kraków zawsze był mały. Więzy Olgi z Krakowem tkwiły głęboko i właśnie tutaj posiadła podstawy swojej nieskazitelnej formy zewnętrznej – w zachowaniu, sposobie bycia, znajomości języków, umiejętności uprzejmego słuchania drugich i bystrej obserwacji. Olga była panienką z krakowskiego dobrego domu – choć mało kto wyobraża sobie, co to znaczyło wówczas, a co dziś może jeszcze znaczyć. Ja też nie wiem – jeden ze wspominających Olgę przyjaciół uznał, że być taką panienką oznaczało witać się z gośćmi w stosownym do ich pochodzenia języku: po francusku, niemiecku, angielsku... Więc może tak? W tydzień po pogrzebie Olgi wyjechałam do Paryża, i odwiedziłam jej ostatni dom, w którym parokrotnie mieszkałam. Jest dobrze zakotwiczony, zmienił się tylko kod bramy wejściowej. Przedmioty na swoim miejscu, obrazy te same, na tarasie drzewa i krzewy, nad nim niebo z pędząca, dramatyczną chmurą, to dzielnica Marais, piękna dzielnica Paryża, nie za duża, skrojona na ludzką miarę. Opodal mały skwerek, na którym okoliczni emeryci siadają w słońcu, przymykając trochę oczy przed jego zbyt mocnymi promieniami. Obok czuwają ich grzeczne, stare pieski, i młodzi turyści spożywający w zadumie przedpołudniową bułkę.

W pośmiertnym wspomnieniu o Oldze, opublikowanym przez „Rzeczpospolitą”, przeczytałam, między innymi: „żyła w pięknym, pełnym obrazów mieszkaniu w starym pałacu w dzielnicy Marais. Szczupła, siwowłosa i elegancka, przypominała XVIII-wieczną markizę. W latach młodości przyjaźniła się z Janem Lebensteinem, wieloletnia przyjaźń łączyła ją także z Marią i Kazimierzem Brandysami, z Katarzyną i Zbigniewem Herbertami i Teresą Dzieduszycką”.

 Wszystko się jakby zgadza, tylko wydaje się, iż nie chodzi o tę samą Olgę. Pałac? Markiza? Sugestia portretu w stylu Sainte-Beuve’a, który nakreślił ich sporo (kobiecych właśnie), odznaczających się przede wszystkim literackością, nie przekonuje mnie, choć rozumie, że wydaje się pociągająca. Bowiem Olga, której życie upłynęło pośród literatury, nie uczyniła z niej sposobu na życie. Ono biegło w niej innym traktem, innym łożyskiem.

A więc – urodziła się w Krakowie w roku 1924. Chodziła do koedukacyjnej szkoły powszechnej im. Munichowej, przy ulicy Potockiego. Jako młodszą szkolną koleżankę pamięta ją dobrze profesor Henryk Markiewicz, uczeń tej samej szkoły. Wojna zastała ją na wakacjach we Francji, matka, która po nią pojechała, też we Francji utknęła.

Potem były licea w Vichy, w Nicei, w Marsylii, roczny pobyt w Portugalii, wreszcie Ameryka. Tam uzyskała dyplom z romanistyki, po nim nastąpiło stypendium uniwersytetu Columbia, praca w college’ach, powrót na uniwersytet Columbia, gdzie doktoryzowała się pod kierunkiem Manfreda Kridla (pracą o noweli), tam też, pod wpływem Romana Jakobsona, zainteresowała się lingwistyką. Pomimo świetnego środowiska i dobrych warunków pracy, Olga nie zdecydowała się zostać w Ameryce. W roku 1957 wyjeżdża do Paryża na stypendium Fundacji Guggenheima, i wiąże się z francuskimi uniwersytetami. Habilitację pisze na temat dialogowości u Faulknera i Dostojewskiego. Zostaje profesorem stabilizowanym, cenionym teoretykiem literatury, komparatystką, redaktorem pisma naukowego, autorką powieści („Wesołych świąt”, „Czas morowy”, 1968, wydana przez „Kulturę”, i nieopublikowana, „Lepszości”).

 Oto uczona – czy na pewno markiza? Zbiór listów, których jest kilkaset (wśród nich od Gombrowicza i Stempowskiego), Olga oddała do Beinecke Collection Uniwersytetu w Yale. Mówiła często niechętnie, że nie może już na nie patrzeć.

Swój szkic o Oldze Renata Gorczyńska zatytułowała: „Antycurriculum” (w „Portretach paryskich”, Kraków 1999). Olga bowiem mówiła uparcie o swojej antybiograficznej fobii. W czasach rozpasanych wyprzedaży biografii ta postawa była zastanawiająca, bowiem nie tylko o rodzaj urazu jej chodziło.

Ten tekst trzeba przytoczyć:

„Skąd u mnie tak oporny stosunek do biografii? Najwyraźniej nie podoba się on „biografom”, tudzież chorym na kompleks kompletności archiwistom, dokumentalistom, zbieraczom rękopisów, listów i fotografii, bibliografom, redaktorom polskich encyklopedii uwzględniających między innymi nazwiska podrzędnych lub doraźnie piszących postaci, w tym kobiet i dzieci, możliwie „emigracyjnych”, a więc także uwzględniających mnie. Liczniejszych okazji do krygowania się i wydziwiania przed tego rodzaju kolekcjonerami dostarczył mi ostatnio upadek komunizmu, który wraz z innymi upadkami stanowi – co tu ukrywać – część mojej biografii właśnie. Najwyższy zatem czas, abym z tą ostatnią, już dostatecznie długą, wreszcie się pogodziła, uznała jej rzekome właściwości poznawcze, poddała się jej wydumanej ciągłości i temu, co według niepojętych kryteriów uchodzi za jej sens, nawet jeśli się przy tym zakłada i szanuje jej bezsens, tak jakby sens był zaprzeczeniem bezsensu, a przecież nim nie jest...

 Sęk w tym, że mierzi mnie nie tylko własna biografia, ale również wszystkie inne (...) Wszystkie one należą do pewnego określonego rodzaju co najmniej literackiego o ile nie zgoła ogólnokulturowego, który pomimo swego szlachetnego statusu skarbnicy obyczajowej pozostaje mocno podejrzaną przechowalnią urazów, kolebką martyrologii (...) krótko mówiąc: dotkliwą formą determinizmu, gwoli łatwizny narzucaną ludziom przez ludzi. (...)

 Otóż całe życie w ogóle nie istnieje, a nawet pojęciem być nie potrafi, chyba że, jak nam obiecują, w chwili bezpośrednio poprzedzającej śmierć, kiedy ukazuje się ono podobno jako takie, choć należy sądzić, że nawet wówczas traci pierwiastek curriculum na rzecz ontologicznej jednoczesności (...) Człowiek nie jest po prostu kreaturą biograficzną...” (opublikowany w emigracyjnym archiwum Uniwersytetu Toruńskiego w roku 1996, fragment ten jest początkiem wspomnienia o londyńskich „Wiadomościach”).

 Olga Scherer nie wierzyła w porządkującą funkcję autobiografizmu – w badaniach literackich, w literaturze, w teorii literatury. Myślała, co teraz jasno widać, zawsze negatywnie o różnych jego formach. Fascynowały ją natomiast chaos i zło – nie jako czynniki autobiograficzne, lecz ontologiczne i egzystencjalne. Jej studia nad Dostojewskim miały bardzo osobiste podłoże. Podobnie było z Faulknerem. Może więc literatura – ale nie każda literatura – stanowiła najbardziej autentyczną i w pewnym sensie sprawdzalną część jej biografii? Może znosiła tylko zapośredniczony przez literaturę determinizm biograficzny?

 W roku 1994 Olga przygotowała specjalny numer czasopisma teoretycznego, którym kierowała, zatytułowany „Teorie chaosu”. Pracowała nad nim z przekonaniem i zainteresowaniem. Znalazły się tam teksty uczonych francuskich i amerykańskich, bardzo różnorodne, mimo porządkującego hasła naczelnego. Poprzez teorię chaosu czyta się na przykład Wiktora Hugo, zaś warto wydobyć ze spisu rzeczy taki oto tytuł: „Chaos i metafory czasu (Bergson i Faulkner)”. Wydaje się on bliski wyobrażeniom Olgi na temat braku naddanych porządków w życiu i literaturze.

Natomiast życie przygotowało dla Olgi los bardzo, w gruncie rzeczy, jednoznaczny, nawet stereotypowy. Los emigrantki, los osoby zmuszonej przez okoliczności do zaakceptowania tego wszystkiego, co wiąże się z pojęciem emigracji, czyli wygnania... Ale z jakiego świata niezależnego los Olgę wyrugował? Na takie pytanie niełatwo odpowiedzieć. Pogodziła się na koniec z tym losem, którego tak nie znosiła. Kazała się pochować na cmentarzu Montmorency, gdzie spoczywają polsko-paryscy romantycy, przede wszystkim żołnierze polskiej sprawy, ale także Delfina Potocka, Olga Boznańska, Tadeusz Makowski, Pobóg- Malinowski, Ola i Aleksander Watowie. Jest to cmentarz patriotyczny z ducha i każdy z jego mieszkańców mógł wziąć do siebie maksymę, którą wyryto na grobie Kniaziewicza: „Mąż zacny, Polak prawy, żołnierz znamienity.”

Powieści, które napisała, przypominają, stylem, prozę Gombrowicza. Zarówno „W czas morowy”, jak niepublikowane „Lepszości”. Ich narratorką jest emigrantka, ale już paryżanka, raz przyjmująca u siebie polską ciocię (w powieści pierwszej), bądź żyjąca w pisarsko-artystycznych kręgach polskiej emigracji i wplątana w jej romanse, swary, alkoholiczne biesiady i zawikłane konflikty. Ale ta narratorka cały czas stoi na uboczu, tak jakby chciała się trzymać z daleka od tego wszystkiego. Patrzy na ten świat i opowiada o nim z konieczności – bo ona sama nie jest w nim dobrze usadowiona.

 Jej pierwsza krótka powieść ukazała się nakładem Oficyny Poetów i Malarzy w Londynie w roku 1962. Zupełnie zapomniana, a właściwie nieznana, jest opowieścią naprawdę znakomitą. Nie wahałabym się jej dzisiaj nazwać czymś na kształt polskiego Pnina (chodzi o małą powieść Nabokova Pnin). To zapewne jedna z pierwszych – a w języku polskim bodaj jedyna – próba powieściowa, której akcja toczy się w środowisku uniwersyteckiego campusu w Ameryce.

Narratorka, młoda badaczka i Polka przyjeżdża z Paryża do Stanów, aby objąć posadę asystentki. Okazuje się, że nie będzie uczyła polskiego (brak godzin, brak chętnych), lecz rosyjskiego, zaś najpierw trzeba się zaadaptować do życia w profesorskim gronie. Na lotnisku oczekuje na nią żona szefa, która ma za zadanie wprowadzić nową asystentkę w specyfikę miejsca i pracy. I tutaj zaczyna się prawdziwy Pnin: „Jesteśmy w sercu Middlewestu, w sercu Ameryki – rzekła... Gdyby przeciąć Stany Zjednoczone przez środek dwiema osiami, pionową i poziomą, punkt przecięcia wypadłby o jakie 15 mil na południowy zachód od naszego uniwersytetu, a więc gdzieś tu.

Na próżno szukałam wśród niekończących się pól wyschłej już kukurydzy owego punktu zaczepienia o rzeczywistość... A jak się tu żyje? – spytałam w chwili, gdy, według moich obliczeń, środek Ameryki pozostał już za nami.

Tak, jak wszędzie – dała żona świadectwo prawdzie, której na razie nie mogłam zrozumieć. Przyjechaliśmy tu dwanaście lat temu po czternastu latach na uniwersytecie w stanie Nebrasca (...) W ciągu trzech miesięcy przystosowaliśmy się.

To szybko – odrzekłam z podziwem, w duchu jednak powątpiewając w istnienie różnic tak zasadniczych między Nebrascą a Marianą żeby aż dostosować się do nich było trzeba (...) Powiedziałam na wszelki wypadek: No ja na pewno się przyzwyczaję, bo ja przez całe życie nic nie robię tylko przystosowuję się do nieustannie zmieniających się warunków, coraz to nowych ludzi, coraz to innych miejsc zamieszkania – rozczulałam się – Tak dalece, wie pani, że i samo przystosowywanie się przestaje być czynnością, czy szczególnym wysiłkiem, a staje się daną samej natury, zatem zamiera jako sprawa wyjątkowa.

Nebrasca ma krajobraz zupełnie odmienny – powiedziała wskazując ręką na ciągnące się nadal łany wyschniętej kukurydzy.

Nie zastanowiłam się z jakim miejscem pobytu z mojej przeszłości mógłby się zmierzyć otaczający mnie pejzaż, ale chyba z żadnym, bo nawet w Mogilanach nie rosło tyle kłosów żyta, ani w Krakowie nie prosperowało tyle starczych dusz, a w Paryżu tyle złych malarzy, ile na tym terenie wołało do nieba o zmiłowanie zeschłych wiechciów.

A klimat? – spytałam oględnie, nie deklarując przeciwko istniejącemu żadnego protestu, ponieważ wyczytałam w jakimś przewodniku, że w obecności mieszkańców krajów tropikalnych uwagi na temat upałów są nietaktem.

Taki sam – odparła obojętnie. Zimy są ostre i śniegu dużo”.

 Narratorka i bohaterka zachowuje jeszcze pogodę ducha i dystans wobec obcej rzeczywistości. Ale w następnych powieściach, wraz z narastającym nomadycznym doświadczeniem, zmienia się jej emocjonalność. Świat okazuje się coraz bardziej nieprzyjazny, opisywane środowiska (profesorów, artystów, emigrantów) stają się przedmiotem gorzkiej karykatury, otoczenie pokracznieje. Wraz z nim język podlega groteskowej deformacji. Nieustanna zmiana miejsc, duchowe przemieszczanie się daje początek procesowi, który nazwałabym stopniowym opuszczaniem życia. Tak dzieje się w prozie, ale podobnie było w biografii Olgi.

Wciąż próbowała się jej pozbyć i to okazywało się niemożliwe. W jakimś momencie zrezygnowała z pracy ze studentami, bo męczyło ją – jak mi mówiła – to nieustanne wydawanie siebie innym. Wtedy też oddała archiwum, z analogicznego powodu: nie aby zadbać o sławę pośmiertną, ale żeby siebie w listach nie oglądać.

 Lebenstein namalował jej zastanawiający i znakomity portret. Charakter modelki rysuje się w kompozycji twarzy, przez którą przebiega jakby linia podziału, rysa. Twarz wydaje się przełamana na pół – choć bynajmniej nie zdeformowana. Rozdwojona dusza modelki dawała o sobie znać: wybierzcie jedna moją część albo zaakceptujcie obie.

Istnieją inne prace Lebensteina, gdzie twarz Olgi jest rozpoznawalna. Zawsze jest to twarz jednocześnie podobna do niej i zupełnie inna. Aczkolwiek pozostaje to w zgodzie ze sztuką Lebesteina, Olga była modelem wyjątkowym. Wychodziła jakby naprzeciw, swoją osobowością i urodą, jego wyobrażeniom, o demonizmie człowieka, o ciemnych siłach i potworach, które w nim mieszkają, dla otoczenia najczęściej niewidoczne. Olga nie zawsze umiała i chciała współżyć ze swoimi demonami. Oddalała się, gdy dręczyły ją za bardzo.

Mało kto znał ją dobrze, z pośmiertnych wspomnień wybieram jedno, wygłoszone na zakończenie mszy pogrzebowej w Montmorency. Aleksander Schenker, profesor slawistyki uniwersytetu w Yale powiedział:

„Olgę poznałem i zaprzyjaźniłem się z nią już po wojnie w Nowym Jorku. (...) W Krakowie natomiast byłem tylko świadomy istnienia Olgi. Idąc do gimnazjum przechodziłem obok jej domu i często ją spotykałem. Ale mijaliśmy się, jak dwa transatlantyki na oceanie. Ona szła zamyślona, zawsze samotna i choć byliśmy rówieśnikami, wydawało się, że jest starsza od nas, że wie coś, czego my nie wiemy. Więc nie zapraszaliśmy jej na nasze szkolne imprezy i nie mieliśmy odwagi spojrzeć w te ogromne bezdenne oczy, które mogły służyć do wszystkiego, ale na pewno nie do robienia oka, jak się wtedy mówiło.

Nie zdziwi tu nikogo, jeśli powiem, że Olga była postacią tragiczną. Nie tragizującą, ale właśnie tragiczną w tym najczystszym greckim sensie tego słowa. I dlatego wydaje mi się, że ta słota, ten pochmurny Paryż i Montmorency (...) układają się w jakąś większą całość z jej życiem, że nie jesteśmy świadkami końca czegoś, ale zwieńczenia większego dzieła, tak jak dach nie jest końcem, ale zwieńczeniem budowli.

Znaczną częścią tej postawy była emigranckość Olgi, ale znów nie w błahym codziennym znaczeniu, ale w całym jej spojrzeniu na świat (...). Przypuszczam, że gdyby nie było wojny, coś innego by jej dało powód do zajęcia postawy emigranckiej. Życie w Ameryce było dla niej niemożliwe, bo kraj ten ma to do siebie, że wchłania nowych przybyszów, a tragiczne postawy są wręcz sprzeczne z amerykańską konstytucją. (...) Na próżno uczynni tubylcy starali się ją wciągnąć do ich kukurydzianego istnienia. Nie mogli pojąć, dlaczego ta piękna i mądra dziewczyna odrzucała to, co dziś, skrótowo, nazywamy globalizacją.

I dlatego wyobrażam sobie scenę, kiedy przed Olgą otwierają się wrota... Święty Piotr ją witający, a ona: »Ależ ja nie jestem tutejsza...«

Pozwolę sobie ją pożegnać tak, jak żegnaliśmy się, kiedy byliśmy młodzi: »Trzymaj się, stara«”.

Ja, znajoma z przypadku, martwię się, droga Olgo, że naruszyłam moją rozwlekłą pisaniną twoją niezależność. Ale czułam się do tego zobowiązana, wdzięczna mieszkanka tak zwanego aneksu, czyli pokoju gościnnego. Wszystkim nam, twoim gościom, było tam dobrze. Spoglądaliśmy przez okno na sąsiednie domy, na kamienny podworzec, na żelazną bramę. To zostanie w pamięci, a także nasze spacery na targ rybny, do sklepu herbacianego, do bistro na rogu, do Romanowiczów prawie za rogiem, i dalej, w stronę kościoła St. Paul. Ulica świętego Antoniego, która obok biegnie i prowadzi do Bastylii, też jest skrojona na ludzki wymiar. Opuszczając twój ostatni dom, jeszcze raz spojrzałam w jej wąską perspektywę, myśląc, że nie będzie już do czego wracać. Nie próbowałam, w każdym razie, uporządkować twojego życia i zaopatrzyć go w stosowną pointę. Byłabyś z tego bardzo niezadowolona

 A przecież Olga, właśnie teraz, ukazała się polskiemu czytelnikowi. W formie książki, rzecz jasna, zatytułowanej „Psim swędem”, którą napisała w latach 60. Ilustrował ją Lebenstein. Było to bibliofilskie prywatne wydanie. Pisząc w grudniu 1999 przedmowę do polskiej, Czytelnikowskiej edycji, Olga nazwała ją żartem i figlem – dla dzieci i dla dorosłych. Ta piękna bajka otwiera drzwi do świata, gdzie Olga czuła się harmonijnie: do świata łagodnych i ludzkich zwierząt, którymi zawsze się opiekowała.

Marta Wyka 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas