poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Tacy jesteśmy?
Marek Pruchniewski, „Pielgrzymi” Teatr Telewizji, 1 TVP, 27.01.2002. Reżyseria Maciej Dejczer.
DL 2002, nr 1/2 (183/184)


Marek Pruchniewski, urodzony w 1962 roku, autor m.in. „Armii”, „Kilku chwil”, „Historii noża” nie jest debiutantem. Jego sztuki grano w poznańskim Teatrze Nowym i Teatrze im. H. Modrzejewskiej w Legnicy. Wreszcie w Teatrze Telewizji. Drukowano w „Dialogu” i „Notatniku Teatralnym”. To autor wrażliwy, ciekawy współczesności, choć może nieco zbyt melodramatyczny. Jego sztuki mają rzadką cechę: metaforyzują rzeczywistość podpatrzoną, budują znaczenia przenośne z codziennego życia. Bohaterowie „Armii” to młodzi żołnierze, których fala pozbawia godności, zamienia w ludzkie strzępy. Bohater „Historii noża”, mieszkaniec blokowiska i wychowanek podwórka, najpierw kradnie adidasy, potem wyrywa torebkę dziewczynie, wreszcie zabija staruszkę. To jego odwet na świecie za życie pozbawione sensu, miłości, celu. Dwaj bracia z „Kilku chwil”, synowie alkoholika i psychicznie chorej kobiety, popełniają samobójstwo ze strachu przed samotnością. Z wściekłości, że nie udało im się przeżyć choć kilku szczęśliwych chwil. Tekst jest próbą rekonstrukcji motywów autentycznej samobójczej śmierci. To najbardziej melodramatyczny utwór autora „Pielgrzymów”. Bracia umierają, bo nie są, nie mogą być szczęśliwi. Jeden z desperatów zabija się tak, aby jego śmierć mogła zarejestrować kamera. Choć teksty Pruchniewskiego zanurzone są w polskich realiach obyczajowych, socjologicznych, ich bohaterem jest po prostu człowiek chory na ból istnienia, zbyt młody, aby pogodzić się z niemożnością realizacji własnej woli i marzeń, zbyt słaby, żeby tę wolę urzeczywistnić. Bohaterowie Pruchniewskiego są z racji młodości pozbawieni szans, zniewoleni – przez armię, rodzinę, brzydotę i beznadziejność miejsca, w którym przyszło im wegetować. Słowa nie łączą ich ze światem. Coraz bardziej agresywni, zabijają innych lub samych siebie. Niesłuchani, w nikogo nie potrafią się wsłuchać i znają tylko dwa uczucia – wściekłość i nienawiść.

W najlepszej sztuce, w „Armii”, agresja bohaterów jest jakoś racjonalna i zrozumiała. Jest produktem fali, reakcją na upokorzenia, których bohaterowie zaznali. Bicie jest w „Armii” najłagodniejszą formą przemocy, można przecież dołożyć bliźniemu jeszcze bardziej, można na niego donieść, można go zgwałcić, można wreszcie zastrzelić dręczyciela i innych. Można zastrzelić każdego. W „Historii noża” akt zabójstwa jest niewytłumaczalny. Bohater zabijając życzliwą staruszkę wyraża tak swój protest, bo nie umie wyrazić go inaczej. Bo nie potrafi rozmawiać z matką, bo wnerwia go ojczym, bo nie ma pieniędzy, bo podoba mu się przyrodnia siostra. Bohater jest infantylnie zły, ale czy morderstwo może mieć charakter infantylny?

On z „Kilku chwil” kradnie broń, zupełnie mu niepotrzebną. Chce przecież tylko przeżyć kilka szczęśliwych chwil, mieć poczucie związku z innymi. Wystrzałem z tej niepotrzebnej broni zabije się, popełniając samobójstwo rzec by można filozoficzne. Nie jest szczęśliwy, „nie dostał swojego księżyca”.

Bunt bohaterów, wywiedziony z protestu wobec warunków życia, nabiera coraz bardziej egzystencjalnego wymiaru, odrywa się od ekonomicznych i historycznych uwarunkowań. Nieważny staje się też rodowód bohaterów – ludzi marginesu. Nóż, broń też są tylko znakami zła świata.

Ostatnia sztuka Pruchniewskiego, „Pielgrzymi”, jest komedią. Autor rezygnuje w niej ze wszystkich ulubionych chwytów i tematów, przenosi się w inne środowisko, wybiera inną estetykę. Rezygnuje z indywidualnego bohatera i mnożąc epizody portretuje zbiorowość – grupę pielgrzymów, uczestników parafialnej wycieczki. Opowiada dzieje wyprawy zdezelowanym autobusem do Lourdes, Fatimy i Rzymu, wyprawy chrześcijan jadących tam, by spotkać się z Bogiem. Ale parafianie spotykają się przede wszystkim ze sobą, to znaczy z parafialną wspólnotą. Rzadziej – ze swoim sumieniem. Bedą się wzajemnie pouczać jak żyć, będą śledzić swoje grzechy i demonstrować swoje anielstwo.

„Pielgrzymów” napisał Pruchniewski przede wszystkim jako sztukę o zawiłościach polskiej religijności. Kiedy jednak przygotowywano jej prapremierę w legnickim Teatrze im. H. Modrzejewskiej (marzec 2000 r.), taka sztuka nie zadowalała najwyraźniej inscenizatorów. Dla reżysera spektaklu i zarazem adaptatora tekstu Pawła Kamzy autor zmienił tytuł na „Wesele raz jeszcze”, uwyraźnił współczesny kontekst historyczny, nadał jednej z postaci, Artystce, rysy Racheli i uczynił ją aktorką, a pielgrzymom kazał w snach spotykać duchy najwyraźniej spokrewnione z osobami dramatu z „Wesela”. „Dialog” wydrukował wersję bliższą pierwotnej, „traktując ją jako osobny tekst czekający dopiero na prapremierę”. Bliższą, to znaczy pozbawioną owego planu „Wesela”, ale wzbogaconą o doświadczenia wyniesione przez dramaturga z pracy w teatrze.

Maciej Dejczer oparł inscenizację telewizyjną utworu na tym właśnie tekście i jego przedstawienie stało się sztuką niewątpliwie prostszą, skromniejszą i chyba bardziej kąśliwą. Dotyczy bardziej życia duchowego Polaków niż spraw narodowych czy politycznych, jest komedią o jednej z form polskiego katolicyzmu, polskiej religijności i dewocji.

Śmiać się z polskiego katolicyzmu, z religijności parafialnej to przedsięwzięcie karkołomne i bardziej obrazoburcze niż pisanie jeszcze raz „Wesela”. Toteż sztuka Pruchniewskiego w inscenizacji Dejczera często po prostu śmieszna nie jest, co wynika nie tylko z przykazania o nieszarganiu świętości, lecz i z upodobania dramaturga do melancholii i refleksji.

Do miejsc świętych jadą w smutnej komedii Pruchniewskiego duchowi przywódcy: ksiądz Jurek i zakonnik, ojciec Jacek, oraz parafialni aktywiści i przypadkowi, dokooptowani ze względów finansowych turyści, szeregowi katolicy, nieco skłóceni z religijnymi animatorami. Ci turyści pragną przy okazji pielgrzymki raczej tanio zwiedzić Europę niż odnowić się moralnie. Parafianie dzielą świat na swoich, prawdziwych katolików i obcych, katolików fałszowanych, podrabianych, katolików drugiego sortu. Panie Strzelista i Prawdziwa, łącząc duchowość z prawdą, prowadzą krucjatę przeciw niewiernym i nieomylnie wskazują wroga, czyli tego, kto krytykuje i kto nie jest „z nami”. Obie grupy prowadzą ze sobą uciążliwą wojnę religijną. Dla prawdziwych pielgrzymów turyści są nosicielami wszelakiej rozpusty; turystom pielgrzymi jawią się jako karykaturalni dewoci. Ksiądz i zakonnik w owej wojnie, której prawdziwą przyczyną jest nieujarzmiona pycha i podejrzliwość wobec innego, obcego – nie odgrywają żadnej roli, pozbawieni charyzmy przywódczej – zaledwie mogą gasić kłótnie. Pielgrzymi parafialni prawdziwi nie lubią nie–swoich. Kto je kiełbasę w piątek? Obca i jej dziecko; kto pije alkohol? Obca – artystka; kto bezwstydnie uwodzi mężczyzn? Obca – Waleczna, wojująca o każdy grosz; kto urządza z poważnej pielgrzymki teatralny cyrk? Obca – artystka, na kolanach wdzierająca się do sanktuarium zarezerwowanego dla prawdziwych katolików. W tym psującym się autobusie nikt nie lubi sąsiada, za to wszyscy uwielbiają babrać się w jego grzechach, podglądać je i utwierdzać się nimi we własnej bezgrzeszności. Kiedy Aktorka doznaje iluminacji, uznana jest za komediantkę. Za to Majorowi, niegdysiejszemu siepaczowi reżimu, przebaczone zostaną wszystkie winy, on bowiem w sporze wybiera stronę prawdziwych parafian. Swoim się wybacza – obcy, choćby byli święci, zawsze będą wyklęci ze wspólnoty.

„Wobec takiej trzódki bezsilni są pasterze. Ojciec Jacek mówi: pozwalam wam biegać od słupa do słupa, od figury do figury (...) od cudu do cudu. Jak poganie klękamy przed cudownymi obrazami, zapominając, że są tylko znakami, że prowadzą gdzieś dalej, że odsyłają tylko do Niego. Jestem na czele. Idę pierwszy (...), ale tak naprawdę, to wy mnie prowadzicie. Idziemy na skróty, omijamy to, co najważniejsze. To moja wina”. Zwycięstwem ojca Jacka jest nie tylko wyznanie, iż był jak Szaweł – że jako kleryk w seminarium donosił, a uważany był za niezłomnego, niemal świętego. Przemiana moralna ojca polega na dojrzeniu prymitywnych, barbarzyńskich, pogańskich cech tych, co mienią się katolikami. Na wyznaniu, że cechy te współtworzył. Ksiądz Jurek musi wybrać między miłością do Boga i miłością do syna, o którego istnieniu dowiedział się w czasie pielgrzymki, więc pielgrzymka staje się dlań osobliwą drogą przez mękę i radość.

Dejczer najzupełniej słusznie– tak mi się wydaje – zrezygnował z ambicji zainscenizowania w „Pielgrzymach »Wesela«”. Skupiając się na wiwisekcji polskiej nabożności, skojarzonej z podejrzliwością wobec drugiego człowieka, zdołał opisać „piekło polskiej wiary”, ciasne, zadufane w sobie, naznaczone biedą materialną i ubóstwem intelektualnym.

Reżyser i autor misternie splatają konwencję komediową i groteskową z patosem i liryzmem. Niewątpliwie pomaga tu Dejczerowi jego umiejętność konstruowania epizodów i wydobywania w mgnieniu oka tego, co najważniejsze w aktorskiej miniaturze. Dzięki tej umiejętności spektakl był doskonały aktorsko, co w sztuce złożonej z epizodów jest trudne do osiągnięcia. Aktorzy siłą emocji i perfekcji sprawiali, że banalne, choć prawdziwe i potrzebne, konstatacje dramatu stawały się łatwiejsze do zaakceptowania. Ojciec Jacek Cezarego Kosińskiego mówi: „Tacy jesteśmy, skłóceni, podzieleni, pilnujący swoich interesów, ale pod sztandarami Boga i prawdy. Zamknięci w zdezelowanym autokarze śmierdzący potem i psującą się żywnością. Tacy stajemy w świętych miejscach naszej wiary (...). Popatrzmy na siebie”. I mówi to jak prorok i jak człowiek zrozpaczony, i jak ktoś, kto wciąż ma nadzieję na odrodzenie.

Dejczer nie demonizuje pielgrzymki, ale dla pątników ma nie tylko dobrotliwy uśmiech. W obiektywie amatorskiej kamery, za pomocą której Młody Gniewny filmuje współtowarzyszy podróży, postacie podróżujących, ujęte zbyt blisko, groteskowo, jak w krzywym zwierciadle, ulegają deformacji. Kamera główna, niemniej ruchliwa, także śledzi ludzkie twarze: grymasy, miny, rozbiegane oczy, połyskliwą od potu skórę. Czasem to męczy i irytuje, ale dzięki temu zabiegowi udaje się reżyserowi zbudować atmosferę nieustannej inwigilacji. Ze szczególna uwagą, rzec można pieczołowitością, kamera pokazuje, kamienną twarz Strzelistej (Halina Wyrodek), twarz dyktatorki i intrygantki, na której maluje się przeświadczenie o bezwzględnej racji, wyższości nad resztą świata. Ona, Strzelista, sprawuje rząd dusz, miesza w religijnej kadzi, zna wszystkich lepiej niż ksiądz i sądzi, święcie przekonana, że nigdy nie zbłądzi. Postara się zagryźć wszystkich, którzy myślą inaczej; uprzejma, pełna wyższości, groźna. Równie chętnie kamera zatrzymuje się na twarzy księdza Jurka. Szymon Kuśmider gra go wyraziście. Jest człowiekiem na rozdrożu, przerażonym i uszczęśliwionym, broniącym swojej tajemnicy i każdym gestem, każdym spojrzeniem rzucanym w kierunku kobiety i syna tajemnice te zdradzającym. Jest jeszcze Prawdziwa (Izabela Dąbrowska) ze swoim rozmodleniem – śmiesznym, ale i dramatycznym w próbie porozumienia się z Bogiem.

W tym spektaklu śmieszność często splata się z tragizmem, sprawy smutne z groteskowymi. Zza okien autobusu widać fragmenty drogi, którą przebywa rozlatujący się pojazd. Nijakie, mało charakterystyczne pejzaże. Można nie ruszać się z Polski, wszędzie jest tak samo, jeśli człowiek nie znajdzie w sobie blasku. Ten brak urody świata jest nieprzypadkowy. W tym dramacie drogi dziwnie dobrze pokazuje ślepotę bohaterów, obojętnych wobec piękna świata, zapatrzonych w swoje racje. Pojadą zapewne na następną pielgrzymkę do Częstochowy, wymienią nowe zjadliwe uwagi, odkryją nowe podłostki i grzechy jakichś nowych onych. A przecież prawdą jest, że zbuntowany Młody jako jeden z niewielu zachował wodę z Lourdes, że Aktorka zdobyła spokój, że ojciec Jacek głębiej zrozumiał swoje powołanie.

Przy wszystkich uproszczeniach ten spektakl jest ważnym głosem o tym, jacy jesteśmy.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas