poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
GRAŻYNA STACHÓWNA
Geralcie, jesteś piękny!
DL 2002, nr 1/2 (183/184)

„Wiedźmin”

Reżyseria: Marek Brodzki
Scenariusz: na podstawie opowiadań Andrzeja Sapkowskiego z tomów „Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia”;
Obsada: Michał Żebrowski (Geralt z Rivii), Grażyna Wolszczak (Yennefer), Anna Dymna (Nenneke), Ewa Wiśniewska (Calanthe), Zbigniew Zamachowski (Jaskier), 130’.



Nie jestem specjalną miłośniczką fantasy, ale przyznaję, że filmy należące do tego gatunku sprawiają mi sporą przyjemność i chętnie je oglądam. Siła fantasy leży, jak mi się zdaje, w niezwykłym pomieszaniu dzieciństwa i dorosłości, naiwności i doświadczenia, podziwu i ironii, cudowności i realizmu, kobiecego sentymentalizmu i męskiego heroizmu, wreszcie – kiczu i artystyczności. Fantasy wywodzi się z baśni, o której przez wieki twierdziło się, że jest przeznaczona dla dzieci i dopiero stosunkowo niedawno zaczęto ją interpretować jako skomplikowany przekaz kulturowy skierowany do dzieci, ale także i do dorosłych.

Filmowa fantasy – nie oszukujmy się – realizowana jest przede wszystkim dla dorosłych widzów, choć oczywiście dopuszcza się do niej także i dzieci, czasem zresztą z większą dla nich szkodą niż pożytkiem. Niektóre bowiem filmy fantasy naładowane bywają taką dawką unaocznionego na ekranie zła, okrucieństwa, przemocy i erotyzmu, że baśnie braci Grimm to przy nich słodkie i subtelne powiastki. Na fantasy dziecko może się bać i wielu rzeczy po prostu nie rozumieć, za to dorosły widz z przyjemnością zagnieżdża się w baśniowym świecie, z frajdą obserwuje związki i motywacje, uczucia i emocje, które już nie mogą, a przynajmniej nie powinny, zadziwić go, zgorszyć czy wystraszyć.

Akcja filmów fantasy rozgrywa się gdzieś daleko – geograficznie, czasowo i mentalnie. Po prostu „za siódmą górą, siódmą rzeką i siódmym lasem”, albo „gdzieś w Europie”, albo „dawno, dawno temu w odległej galaktyce”, co jest baśniowym adresem odsyłającym do nierzeczywistych miejsc, czasów i sposobów postępowania. Jakaś bliżej nieokreślona przeszłość lub przyszłość, jakieś królestwa rządzone przez złych uzurpatorów, jakieś wiedźmy i czarownicy, czarna magia i tajemnicze zaklęcia, jakieś groźne potwory, udręczone królewny i ich szlachetni obrońcy z wielkimi mieczami.

Jako osobny gatunek filmowy fantasy pojawiło się w kinie wraz z „Zardozem” (1973) Johna Boormana, „Gwiezdnymi wojnami” (1977) George’a Lukasa, „Conanem, barbarzyńcą” (1981) Johna Miliusa oraz „Excaliburem” (1981) Johna Boormana i pięknie rozwinęło się w latach 80. i 90. Kontynuowano opowieść o Luke’u Skywalkerze, królewnie Lei, Hanie Solo i rycerzach Jedi – „Imperium kontratakuje” (1980), „Powrót Jedi” (1983), „Gwiezdne wojny, epizod I”, „Mroczne widmo” (1999), oraz o Conanie – „Conan, niszczyciel” (1984), stworzono w trzech odcinkach „Nieśmiertelnego” (1986, 1990, 1995), w czterech „Batmana” (1989, 1992, 1995, 1997), pojawiły się kolejne filmy: „Krull” (1983) Petera Yatesa, „Niekończąca się historia” (1984) Wolfganga Petersena, „Legenda” (1985) Ridleya Scotta, „Zaklęta w sokoła” (1985) Richarda Donnera, „Willow” (1988) Rona Howarda, „Rycerz króla Artura” (1995) Jerry’ego Zuckera, „Ostatni smok” (1996) Roba Cohena, „Beowulf” Grahama Barkera (1999), „Władca pierścieni” (2001) Petera Jacksona, „Harry Potter i kamień filozoficzny” (2001) Chrisa Columbusa.

Filmowa fantasy bez ograniczeń wykorzystuje tradycję klasycznej baśni i mitów rycerskich, wątki i motywy czerpane z science fiction, melodramatu, westernu, filmu wojennego, kryminalnego, eposów historycznych itp. Jawnie i bezczelnie zapożycza, wykorzystuje, przetwarza znane skądinąd fabuły, konflikty i bohaterów, tworząc z nich materię własnego widowiska – zajmującego, często czarującego i zabawnego, zawsze olśniewającego wizualnie, a przy tym silnie działającego na wyobraźnię i emocje widzów.

I bez względu na to, gdzie rozgrywa się akcja filmów, w mitycznym średniowieczu czy równie bajkowej przyszłości, czy źli bohaterowie posługują się czarami czy wymyślną techniką elektroniczną oraz czy rycerze używają mieczów stalowych czy laserowych, zawsze chodzi o to samo: zwycięstwo dobra, ładu i sprawiedliwości. W finale mroczne imperia upadają, źli władcy znikają, przekleństwa przestają działać, potwory są bezlitośnie zabijane. Triumfuje odwaga, szlachetność, miłość, troska o innych. Fantasy jest gatunkiem kosztownym – na ekranie należy stworzyć sugestywną wersję niezwykłego świata, uprawdopodobnić potwory, działanie czarów lub elektronicznych gadżetów, wykreować bohatera o przyjemnej dla oka muskulaturze, świetnie posługującego się mieczem lub stosującego inne techniki walki, zarysować wiarygodny konflikt po równo baśniowy i realistyczny. Mówiąc krótko – stworzyć widowisko, które olśni i ucieszy tkwiące w widzach dziecko oraz nie zawstydzi swą naiwnością dorosłego.

Polska kinematografia nie realizowała dotąd filmów fantasy. Głównie z tego powodu, że nie było pieniędzy i „mocy przerobowych” na taką produkcję. Nie było także odpowiednich scenariuszy. Nieśmiałe próby – „Dzieje mistrza Twardowskiego” (1995) Krzysztofa Gradowskiego – wypadały żałośnie. Ale to nie wszystko. W polskiej tradycji kinowej istnieje rygorystyczny podział na filmy dla dorosłych i dla dzieci. Między tymi dwoma sferami nie było dotąd żadnych połączeń: tu naiwne i dydaktyczne bajki dla dziatwy, na które dorosły wstydzi się przyjść sam – „Akademia pana Kleksa” (1984), „Pan Samochodzik” (1987, 1988), „W pustyni i w puszczy” (1973, 2001), a tu prawdziwe filmy dla dorosłych widzów, na które dzieci się nie wpuszcza – „Psy” (1992), „Miasto prywatne” (1994), „Młode wilki” (1995), „Dług” (2000). Polscy reżyserzy od lat wyspecjalizowali się w tych dwu typach produkcji. Tak radykalne rozdzielenie filmów dla dzieci od filmów dla dorosłych to nie tylko wiekowe rozgraniczenie kinowych odbiorców, ale też zagubienie idei tzw. filmu rodzinnego (dzieci, rodzice i dziadkowie znajdują w tym samym filmie coś dla siebie satysfakcjonującego), podział wyobraźni, rozłączenie przyjemności, rozcięcie wspólnoty kinowego przeżywania różnych pokoleń.

Miałam nadzieję, że sytuacja zmieni się za sprawą wiedźmina Geralta z Rivii, bohatera powieściowego cyklu „Krew elfów” Andrzeja Sapkowskiego – zapewne najpiękniejszej fantasy w polskiej literaturze – gdy Marek Brodzki zapowiedział ekranizację tego dzieła najpierw jako filmu kinowego, a potem 13-odcinkowego serialu telewizyjnego. Scenarzysta Michał Szczerbic zaadaptował jednak nie świetny i artystycznie dojrzały pięcioksiąg sagi o wiedźminie, ale wczesne opowiadania Sapkowskiego, dopiero wprowadzające tę postać – tomy „Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia”.

„Wiedźmin” (2001) nie jest jednak filmem familijnym. Dzieci mają na pewno duże kłopoty w nadążaniu za fabułą, nie rozumieją egzystencjalnych problemów tytułowego bohatera, niepotrzebnie atakowane są okrucieństwem i kobiecą nagością. Adresatem filmu są, jak się wydaje, przede wszystkim widzowie dorośli, ale i oni nie chcą zaakceptować tej kinowej fantasy, zrealizowanej w Polsce za 19 milionów złotych. Recenzje opublikowane po premierze „Wiedźmina” były bardzo nieżyczliwe, niektóre (np. w „Gazecie Wyborczej”) zostały napisane w tonacji wręcz histerycznej. Także tzw. zwykli widzowie wyrażają w rozmowach swoje niezadowolenie. Studenci krakowskiego filmoznawstwa bez litości natrząsają się z „Wiedźmina”, streszczając źle zmontowane sceny i cytując źle napisane dialogi. Przyznaję więc, że poszłam do kina bardzo uprzedzona, ale po seansie stwierdzam, że w filmie nie wszystko jest aż tak złe, jak czytałam i jak mi opowiadano.

Nad „Wiedźminem” Brodzkiego wiszą trzy przekleństwa: powieść Andrzeja Sapkowskiego, kinowa tradycja fantasy i serial telewizyjny.

Wszyscy, którzy czytali „Krew elfów”, są już na zawsze naznaczeni piętnem wyobraźni, stylu i poczucia humoru autora pięcioksięgu. Szukają więc w filmie uroku, jaki niesie fantastyczny świat powieści, wrażeń oferowanych przez splątane losy jej bohaterów, wzruszeń oferowanych przez niebanalne przesłania. Brodzki wykorzystał jednak wczesne opowiadania Sapkowskiego i – jak to przy adaptacji – skazany został na przetwarzanie oryginału i konkretyzowanie wyobrażeń czytelników na ekranie. Wydaje mi się, że wybrnął z tego dość szczęśliwie. Stworzył świat pełen pięknych plenerów i malowniczych zamków, zamieszkany przez ludzi surowych, nieco dzikich i prymitywnych, często okrutnych. O przetrwaniu w tym świecie decyduje bardziej siła fizyczna i sprawność w posługiwaniu się mieczem niż magia i czary.

Fantasy realizowana jest w kinie od prawie ćwierć wieku, głównie przez bogate i wyspecjalizowane wytwórnie amerykańskie, które wypracowały powszechnie znane standardy w zakresie efektów technicznych. Polska kinematografia nie może z nimi rywalizować żadną miarą, byłoby naiwnością spodziewać się rezultatów na miarę „Gwiezdnych wojen” czy „Willowa”. Tym milej więc stwierdzić, że smok pojawiający się w „Wiedźminie” jest naprawdę prześliczny, jakieś małe stworki przypominające niedorosłe dinozaury całkiem dorzeczne, a inne efekty – razem 3 minuty czasu ekranowego (całość dzieła 130 minut) – do przyjęcia.

Nie do darowania jest natomiast popełniony przez Brodzkiego grzech uzależnienia filmu kinowego od serialu telewizyjnego. Podejrzewam, że reżyser myślał i tworzył w kategoriach 13-odcinkowego serialu – jak wolno wnosić około 780 minut projekcji – a nie według reguł rządzących widowiskiem kinowym: kręćmy serial, a film jakoś się przy tym sam opowie i zmontuje. „Wiedźmin” robi wrażenie fatalnie spreparowanego streszczenia długiego serialu; akcja jest wysoce epizodyczna, poszczególne jej elementy nie bardzo przystają do siebie, bohaterowie – grani często przez znanych aktorów – pojawiają się na krótko i jakby zupełnie przypadkowo, zaciera się ich rola w całości opowiadania i gubi motywacja ich czynów, retrospekcje mają wyjaśnić wcześniejsze powiązania istniejące między protagonistami, ale tylko drażnią i przeszkadzają, rytm filmu kuleje, napięcie ulatuje. Ten rodzaj filmowej roboty rzeczywiście nie najlepiej świadczy o zawodowym warsztacie reżysera i scenarzysty. Brodzki pozostał na posterunku i świeci teraz oczami za finalny efekt „Wiedźmina”, zaś Michał Szczerbic w ogóle nie figuruje w czołówce filmu, co pozwala sądzić, że albo wstydzi się podpisać swoje dzieło, albo w ten sposób manifestuje sprzeciw wobec jakiegoś nadużycia, którego dopuszczono się manipulując jego scenariuszem.

Fatalna konstrukcja „Wiedźmina” sprawia, że większość widzów ma kłopoty z fabułą filmu i po prostu nie rozumie „o co w tym wszystkim chodzi”, a brak rozeznania w akcji skutecznie przesłania zalety, które film Brodzkiego jednak posiada: ładne zdjęcia Bogdana Stachurskiego, malowniczą scenografię Ewy i Andrzeja Przybyłów, wystudiowane kostiumy Małgorzaty Stefaniak i Ewy Helman, piękną muzykę Grzegorza Ciechowskiego, bardzo dobre epizodyczne role Anny Dymnej jako kapłanki Nenneke, Ewy Wiśniewskiej jako królowej Calanthe i Marii Peszek jako wróżbitki Ioli, wyjątkowo efektownie, jak na polskie kino, ustawione walki na białą broń.

Jednak największą zaletą „Wiedźmina” jest Geralt z Rivii. Michał Żebrowski zagrał go wręcz brawurowo, to jego kreacja trzyma i wspiera kaleki film Brodzkiego. Gdy przed niejakim czasem ogłoszono oficjalnie, kto wcieli się w postać Geralta, sympatycy powieści Sapkowskiego powołali internetowy Komitet Obrony Jedynie Słusznego Wizerunku Wiedźmina, nie mogąc uwierzyć, że na ekranie będzie nim Michał Żebrowski – ten pan Tadeusz Soplica (paniczyk!) i towarzysz pancerny Jan Skrzetuski (amant!). Potem jednak ze wstydem, ale i z radością, odwołali zastrzeżenia, gdy przekonali się, oglądając pierwsze opublikowane w prasie fotosy, że Żebrowski wygląda na nich jak ucieleśnienie powieściowego wiedźmina. W filmie okazało się, że nie tylko jego charakteryzacja jest doskonała. Żebrowski precyzyjnie zbudował postać: jego Geralt – jak przystało na bohatera fantasy – jest przystojny, odważny i wspaniale włada mieczem (Żebrowski jest drugim – po Danielu Olbrychskim – aktorem, który używa na ekranie białej broni jak zawodowiec), ma także skomplikowaną osobowość, skazany jest na samotność i cierpienie, powoli dojrzewa jednak do przyjęcia swego Przeznaczenia. Razem wziąwszy mogłoby to być przeraźliwie banalne, ale nie jest. Aktor sprawia bowiem, że lubi się Geralta, wierzy w jego posłannictwo, rozumie jego problemy i współczuje mu w cierpieniu.

Kim jest Geralt z Rivii? Dziwem natury, białowłosym mutantem, który źle przeszedł czarodziejski proces faszerowania magicznymi eliksirami. Stał się istotą nieśmiertelną, jest mistrzem w zabijaniu potworów, potrafi także – sprowokowany – walczyć z ludźmi. Nosi jednak w sobie pamięć o „dziecku niespodziance”, przemocą zabranym z rodzinnego domu, jest mężczyzną doświadczonym zawodem miłosnym i niemożnością spłodzenia dziecka, wiedźminem przeżywającym kryzys swej magicznej tożsamości, człowiekiem uwikłanym w egzystencjalne, moralne i ekologiczne problemy niezwykłego świata, w którym roi się od złych władców, skrzywdzonych księżniczek, potężnych magów i czarownic, okropnych potworów i ponurych zbirów.

Próżno szukać w kinowej fantasy podobnej postaci. Conan barbarzyńca, Han Solo z „Gwiezdnych wojen”, Madmartigan z „Willowa” czy Bowen z „Ostatniego smoka” to przy Geralcie bezmyślne osiłki, Batman – rozpieszczony powodzeniem bohater komiksu, Zielony Jack z „Legendy” – naiwny dzieciak, a Etienne z Navarry z „Zaklętej w sokoła” – konwencjonalny rycerz. Może najbliżej Geralta plasuje się McLeod z „Nieśmiertelnego”, który nieco podobnie (szczególnie w pierwszej części cyklu) przeżywa swą biologiczną odmienność, alienację wybrańca i samotność człowieka z mieczem.

Wielbiciele powieści Sapkowskiego      czekali oczywiście na wielki romans, czyli opowieść o miłości łączącej Geralta z czarodziejką Yennefer. W filmie stał się on zaledwie jednym z epizodów, zresztą zupełnie ładnie rozegranym (jeśli nie liczyć wyjątkowo nieudanej sceny ratowania przez Geralta Yennefer wiszącej nad przepaścią), kolejną próbą uczłowieczania wiedźmina, szukaniem przezeń miłości i trwałego związku z drugim człowiekiem. Przeznaczeniem Geralta z Rivii staną się bowiem nie zwycięstwa nad potworami, ani nie władza, magia czy piękne kobiety, ale mała dziewczynka, księżniczka Ciri, kolejne „dziecko niespodzianka”, którą będzie mógł wreszcie naprawdę pokochać i którą będzie się opiekował jak ojciec. Obyci literacko wielbiciele prozy Sapkowskiego wywiedli rodowód Geralta od bohaterów powieści Josepha Conrada i postaci Philipa Marlowe’a, prywatnego detektywa z „czarnych” kryminałów Raymonda Chandlera. Psychiczna i egzystencjalna złożoność Geralta usprawiedliwia te skojarzenia. Mniej oczytani wielbiciele sagi o wiedźminie po prostu go pokochali, stał się dla nich kimś znanym, bliskim i własnym. Wydaje mi się, że Michałowi Żebrowskiemu udało się zdobyć sympatię i akceptację widzów kinowych także dla filmowego Geralta.

„Smoku, jesteś piękny!” – powtarza w zachwycie trubadur Jaskier, patrząc na skrzydlatego potwora zagrożonego przez uzbrojonych ludzi. „Geralcie, jesteś piękny!” – ma się ochotę powtórzyć za nim na widok wiedźmina Geralta z Rivii, który także należy do świata legend i mitów, jest pół człowiekiem pół potworem, wzbudza podziw, szacunek i sympatię, grozi mu zagłada i powinien być pod specjalną ochroną – przynajmniej w kinie. Szkoda więc, że Geralt Michała Żebrowskiego musi działać w nieudanym filmie, gdyż z tego powodu zmniejsza się jego szansa na wykreowanie emblematycznej postaci, tak potrzebnej zwłaszcza młodym odbiorcom (a ostatecznie tylko oni chodzą dziś do kina), reprezentującej pozytywne wartości i przekazującej konstruktywne przesłania.

Należy teraz poczekać na zapowiedziany serial telewizyjny, może on poprawić zawodowe notowania Marka Brodzkiego i Michała Szczerbica, ale może także ostatecznie przypieczętować klęskę „Wiedźmina”. Stałaby się ona zapewne również klęską nas wszystkich, widzów, którzy kochamy Geralta z Rivii i fantastyczny świat jego działań, stworzony dla naszej przyjemności przez Andrzeja Sapkowskiego.

Grażyna Stachówna

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas