poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KRZYSZTOF BIEDRZYCKI
Amerykańskie wyzwanie
DL 2002, nr 1/2 (183/184)

Dla Amerykanina nowe, trudne przedsięwzięcie to ‘challenge’, wyzwanie. Niech więc będzie: nauczanie amerykańskich studentów literatury polskiej jest wyzwaniem.

 Dwukrotnie podjąłem takie wyzwanie. W roku 1996 prowadziłem zajęcia na University of Rochester w stanie New York, a w roku 2001 na Central Connecticut State University w New Britain. Kurs w Rochester miał rozszerzony zakres i dotyczył literatury Europy wschodniej (w praktyce literatury polskiej, rosyjskiej i czeskiej). W New Britain prowadziłem zajęcia z literatury polskiej i z filmu polskiego.

Na czym polega trudność? Przede wszystkim, gdy się leci za Atlantyk, nie wiadomo komu się będzie polską literaturę wykładało. Student amerykański wybiera sobie kursy, więc nigdy do końca nie jest pewne, czy w ogóle kogoś literatura mało znanego narodu z Europy wschodniej zainteresuje. A jeśli tak, to mogą to być na przykład... wyłącznie Polacy (których jakoś wszędzie w Ameryce jest pełno). Mogą się też zapisać tylko Amerykanie, albo studenci z innych krajów. Może się wreszcie zdarzyć tak, że w grupie znajdą się jedni i drudzy. Nie ma wyjścia: trzeba przewidzieć kilka różnych wariantów (bo zaskakujących sytuacji może być więcej, np. Rosjanie i Czesi, albo Żydzi o korzeniach galicyjskich...), przecież czego innego będzie się uczyło Hindusa, czego innego Polaka, który zdał maturę w kraju, a czego innego Rosjanina recytującego z pamięci Mickiewicza (zdarzają się i tacy).

Gdy kurs literatury polskiej wybiera Amerykanin lub student zagraniczny, lecz nie Polak, jego motywacje mogą być rozmaite. Bywa tak, że potrzebne mu są jakieś brakujące punkty, akurat pasuje godzina, a i kurs literacki zazwyczaj uznawany jest za łatwiejszy od innych, więc podejmuje decyzję, która właściwie jest dosyć przypadkowa. Często jednak wybór dotyczy egzotyki, studenci amerykańscy lubią zajęcia, które zapowiadają się dosyć tajemniczo. Motywacje bywają jednak i całkiem pragmatyczne. Student ekonomii powiedział mi, że studiuje literaturę polską, żeby poznać kulturę jednego z krajów Europy wschodniej, gdyż taka wiedza może stanowić atut w rozmowach z pracodawcą, który chce inwestować na „rynkach wschodzących”. Również student politologii, który przyjechał z Zimbabwe, konkretnie widział cel studiowania literatury polskiej: po powrocie do kraju chciał pracować w tamtejszym MSZ, toteż wiedza o Europie postkomunistycznej była mu bardzo potrzebna. Z kolei doktorant psychologii przygotowywał pracę o mechanizmach uczenia się mowy przez dzieci, więc zapisał się na kursy języka i literatury polskiej, żeby porównywać opisywane przez siebie mechanizmy w różnych kulturach. Zdarza się też motywacja najbardziej jednoznaczna: można spotkać (co prawda rzadko) studentów, którzy po prostu odkryli literaturę polską, coś przeczytali (najczęściej z Miłosza, wciąż jeszcze słabo sobie zdajemy sprawę z tego, jaką pozycję w Ameryce posiada poezja Miłosza) i chcą czytać więcej.

Aha, jeszcze jedna motywacja się zdarza: miłość. Zakochani w Polce lub Polaku chcą się dowiedzieć czegoś o kraju jej lub jego pochodzenia.

 Jak to w Ameryce, miałem rozmaitych studentów: Hindusa, Chińczyka z Chin Ludowych i Chińczyka z Hong Kongu, wspomnianego studenta z Zimbabwe, Ormianina z Armenii, starszą panią pochodzenia słowackiego, Włocha oraz Amerykanów z różnych stanów, różnego pochodzenia i płci, nawet zjawił się (choć potem zniknął) najprawdziwszy transwestyta. A jeden ze studentów był członkiem tajemniczej sekty „gotyków” (gothics), która zajmuje się kontemplacją śmierci.

Na uniwersytecie w New Britain przeważali Polacy. Przy czym trzeba odróżnić Amerykanów polskiego pochodzenia, którzy często nawet nie mówią po polsku i młodych Polaków, którzy przyjechali do Ameryki kilka lat wcześniej, niektórzy przyjechali na studia wprost z kraju. Amerykanie polskiego pochodzenia wybierają kursy literatury z ciekawości kraju swoich dziadków. Motywacje Polaków z Polski bywają różne. Często jest to po prostu pójście na łatwiznę – trzeba zdobywać punkty, więc przynajmniej jeden kurs da łatwe punkty. Gdy jednak okazuje się, że trzeba czytać Gombrowicza, a potem analizować go po angielsku, to łatwość okazuje się pozorna. Wielu studentów polskich podchodzi jednak do takiego kursu pragmatycznie (pragmatyzmu szybko się uczą od swoich amerykańskich kolegów) – chcą wiedzieć dużo o Polsce, bo w istocie jedną nogą w Polsce wciąż tkwią. To jest nowe zjawisko socjologiczne: najmłodsi Polacy w Stanach, zachowują się inaczej niż tzw. stara Polonia, ale też inaczej niż emigranci z lat osiemdziesiątych. Przede wszystkim oni nie czują żadnych kompleksów związanych ze swoim pochodzeniem – każdy w Ameryce jest skądś, więc oni najzupełniej szczerze i świadomie podkreślają, skąd pochodzą. Nie zapominają o swoich związkach z krajem – często podróżują do Polski, nade wszystko jednak pozostają wierni polskiej kulturze, tak jak ją pamiętają i rozumieją, najczęściej jest to kultura masowa, ale nie zawsze disco-polo, bywa to polski rock, polskie seriale i filmy, a nawet niekiedy polskie książki. Równocześnie oni, w przeciwieństwie do dawnych emigrantów, są doskonale wtopieni w środowisko amerykańskie, nie czują się w nim obco, jeśli muszą walczyć o swoją pozycję, to tak samo jak ich amerykańscy koledzy – nie jako imigranci, po prostu jako ambitni młodzi ludzie. Ciekawe: wielu z nich deklaruje, że osiedli się w Polsce, choć przecież na pewno zostaną w Ameryce, to oni jednak będą stanowili elitę polskiej społeczności w Stanach. Nie wolno ich lekceważyć, a nawet powinno się przemyśleć, w jaki sposób ich w polskości podtrzymywać. Chodzi zarówno o ich wiedzę o kraju pochodzenia, jak o język – o ile dobrze mówią po polsku, to tylko na poziomie kolokwialnym, skomplikowane myśli potrafią wyrażać jedynie po angielsku. Dobrze by było, gdyby choć na krótko przyjeżdżali studiować do Polski...

Tak, to pierwsza trudność – przygotowanie kursów dla tak rozmaitych studentów. Nie ma wyjścia, trzeba szukać złotego środka, choć to wydaje się niemożliwe, bo jak równocześnie uczyć tych, którzy o żadnym pisarzu polskim nie słyszeli i tych, którzy zdali w Polsce maturę?

Druga trudność polega właśnie na tym, że wykład literatury trzeba zaczynać zupełnie od początku. Amerykańscy studenci przeważnie bardzo mało wiedzą. Zwłaszcza mało wiedzą o kulturze nieznanego im kraju. Na początku trzeba z nimi rozmawiać jak z dziećmi, trzeba im przedstawić najzupełniej podstawowe informacje o Polsce, czy w ogóle o Europie wschodniej. Ta trudność jednak po kilku zajęciach jest zupełnie przełamana i postępy w wiedzy studentów są niesłychanie szybkie. Z dwóch przyczyn: studenci amerykańscy są ciekawi świata, więc szybko chłoną wiedzę, a przy tym potrafią się uczyć i są nadzwyczaj pracowici. Byłem zdumiony dojrzałością prac końcowych – po jednym semestrze czytania dzieł z odległej części świata studenci potrafili napisać naprawdę przemyślane eseje.

Zresztą o obowiązkowości niech zaświadczy jeden fakt z Rochester – raz w środku semestru zostały odwołane zajęcia, już w sesji egzaminacyjnej studenci zażyczyli sobie ich odrobienia i choć wcześniej otrzymali zaliczenia, przyszli wszyscy, jak jeden mąż. I wcale nie traktowali tych zajęć mniej poważnie. A czytaliśmy wtedy Herberta, rozważaliśmy problemy wartości, a także zdolności języka do mówienia o nich. Długo po zajęciach siedzieliśmy na trawniku i rozmowa nie mogła się skończyć.

O ile trudno się odwoływać do wiedzy czy erudycji studentów amerykańskich, o tyle z radością się odkrywa, że są świetnie przygotowani do wnikliwej lektury (‘close reading’ zawędrowało pod strzechy) i że po prostu dobrze (w sensie czysto technicznym) piszą. Jeśli chodzi o lekturę, podam jeden przykład – świetnego odczytywania ironii u Miłosza, Herberta czy Szymborskiej. Amerykanie niekiedy lepiej czują polską ironię niż Polacy!

Á propos Szymborskiej. W Ameryce doświadczyłem pięknej przygody, jaka nieczęsto się zdarza nauczycielowi akademickiego wykładającemu literaturę. Po zajęciach, w czasie których czytaliśmy poezję Szymborskiej, podszedł do mnie student, któremu spodobały się poznane wiersze i zapytał, czy w bibliotece można znaleźć zbiór Szymborskiej. Powiedziałem mu, gdzie ma szukać. Parę godzin później przybiegł do mnie ze łzami w oczach i powiedział: „Znalazłem wiersz ‘Kot w pustym mieszkaniu’. To jest wiersz o mnie. Dwa tygodnie temu zmarłą moja matka. To ja jestem tym kotem”. Napisał potem świetną pracę pod tytułem „Ironia śmierci w twórczości Wisławy Szymborskiej”. W takich chwilach człowiek nie ma wątpliwości, po co leciał na drugą stronę oceanu.

Napisałem, że studenci amerykańscy mało wiedzą. Przeważnie tak, ale nie można czynić żadnych uogólnień. Stany Zjednoczone są krajem na tyle wielkim i zróżnicowanym, że jakakolwiek teza wypowiedziana na jego temat może okazać się prawdziwa, ale żadnej nie wolno przydać waloru prawdy generalnej. Tak jest z wiedzą studentów. Wszystko zależy od uczelni. Na renomowanym uniwersytecie nie tylko trzeba bardzo pilnie się uczyć, ale żeby tam podjąć studia, trzeba dużo umieć. Dlatego ważną rolę odgrywa to, jakie szkoły kończy młody człowiek w całym ciągu edukacji, od najmłodszych lat. Szkoły w Ameryce niesłychanie się różnią: bywają straszne, ale bywają też wspaniałe – z jednych wychodzą funkcjonalni analfabeci (dlatego w niektórych stanach, by uzyskać prawo jazdy, przede wszystkim trzeba udowodnić, że... się umie czytać i pisać), inne opuszcza młodzież przygotowana do najtrudniejszych studiów. Podział nie przebiega między szkołami publicznymi i prywatnymi, wszystko zależy od wymagań, jakie szkołom stawiają rodzice. Pamiętajmy: w Ameryce edukacja traktowana jest jako inwestycja, płaci się za nią niebywale dużo (na dobrych uniwersytetach więcej niż $ 30 000 rocznie, słownie: trzydzieści tysięcy dolarów!).

Dobre szkoły są więc naprawdę wyśmienite. Opowiem o jednej z nich. Odwiedziłem liceum w Hartford, stolicy stanu Connecticut. Liceum publiczne, ale znajdujące się w tzw. dobrej dzielnicy, gdzie rodzice dbają o poziom wykształcenia swoich dzieci. Interesowało mnie, jak się tam uczy literatury. Przy okazji jednak zostałem zaproszony na inne lekcje. Na przykład na lekcję pisania: każdy uczeń siedzi przy swoim komputerze i pisze – sonet, opowiadanie, dramat, ćwiczy jakąś wcześniej omówioną formę, nauczycielka podchodzi do każdego, sprawdza i zwraca uwagę – tutaj rym jest niedokładny, tam załamuje się rytm wiersza, punkt kulminacyjny w noweli następuje zbyt szybko, postać głównego bohatera jest za mało wyraziście zarysowana, potem uczniowie czytają swoje utwory i o nich dyskutują. Byłem też na dwóch lekcjach historii, gdzie moje zdumienie nie miało granic. Były to klasy maturalne (dwóch różnych nauczycieli), które miały kurs historii świata po II wojnie światowej. Poproszono mnie o opowiedzenie o Polsce. Dobrze, przygotowałem wykład o tym, gdzie Polska leży, że Kopernik, że Szopen, że papież, że Wałęsa, że komunizm itd. Na szczęście zacząłem od pytania, czy coś szczególnie by ich zainteresowało. Na szczęście, bo zobaczyłem las rąk w górze, a pytania były mniej więcej takie: „co Polacy sądzą o zdradzie prezydenta Roosevelta, który w Jałcie oddał Polskę Stalinowi?”, „jaki był wpływ Jana Pawła II na powstanie „Solidarności”?”, „dlaczego reformy w Polsce się udały, a w Rosji się nie udały?” (dosłownie tak zostało sformułowane to pytanie), „czy Rosja nadal stanowi zagrożenie dla Polski?”, „jakie są zabezpieczenia dla bezrobotnych w Polsce?” itd. Mogę przypuszczać, że uczniowie zostali przygotowani do tych lekcji (i to jak przygotowani!), ale część pytań rodziła się ad hoc. Nie mogłem wyjść z podziwu nad wiedzą tych młodych ludzi, ich inteligencją, odwagą w podejmowaniu trudnych zagadnień i otwarciem na nowe dla nich sprawy. Tak, ale absolwenci tego liceum idą studiować na takie uniwersytety jak Harward, Yale, Cornell czy Columbia. Wyobraźmy sobie ich wiedzę, gdy już będą absolwentami tych uczelni...

Długo można by jeszcze o studentach amerykańskich. Uczenie ich literatury polskiej nie jest zajęciem łatwym, ale jest zajęciem, które potrafi przynosić wiele radości, czasem nieoczekiwanej. Na pewno przynosi wiele nauki – samemu nauczycielowi.

Krzysztof Biedrzycki

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas