poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Paryż z połowy grudnia
DL 2002, nr 1/2 (183/184)

Paryż z połowy grudnia ubiegłego roku już w znacznym stopniu nie istnieje. Wszystko zmienia się tam i narasta tak szybko, że relacje są nieuchronnie spóźnione. Myślę o kulturze, książkach, wystawach, spektaklach. Niemniej przypomnę ten Paryż sprzed miesiąca. Wybrałam trzy wystawy, obejrzałam dwie. Nie widziałam pierwszej we Francji monograficznej ekspozycji malarstwa Arnolda Böcklina. Niestety, muzeum d’Orsay to zarazem miejsce masowych pielgrzymek i trzeba czasu oraz cierpliwości, aby przetrzymać kolejkę po bilety. Zapamiętałam więc tylko dość chyba wymowny tytuł tej ekspozycji: „Böcklin – un visionnaire moderne”. Wyobraźnia twórcy, oparta przede wszystkim na symbolicznych znakach, jego świat tajemniczy, smutny i wieloznaczny, zasługują na przypisanie do „nowoczesności”. Do której – nad tym się można oczywiście zastanawiać. Myślę, że zarówno tej wąskiej, czyli ograniczonej do czasów Böcklina, jak i tej szerokiej, poza owe czasy wykraczającej.

Ale to samo określenie – modernité – pojawi się w innym zupełnie kontekście. Piękne, kameralne, niedaleko Montmartre położone „Musée de la vie romantique” pokazuje ekspozycję „Malraux et la modernité”.

 Malraux stał się francuską, narodową, kanonizowaną wielkością, co utwierdziło ostatecznie złożenie jego prochów w Panteonie. Jego dziwne, powikłane, jak sam mówił, nieszczęśliwe życie, uznali Francuzi o nim piszący za wzór francuskiego losu w XX stuleciu.

Choć napisał szczególnie gorzkie wyznanie, jakim są „Antypamiętniki”, nie przeszkodziło ono w sformułowaniu aktów francuskiego hołdu dla pisarza i polityka. A może właśnie te koleje losu uznać wypadnie za reprezentatywne dla formacji Malraux i jego samego, jako wybitnego jej przedstawiciela.

Co więc uwidacznia się w tym francuskim losie? Awangardowe początki, bliskie związki z malarzami, podejmującymi formalne eksperymenty (Picasso, Léger, Chagall, Balthus), przyjaźnie artystyczne, wierność awangardowej genealogii.

Ale obok przyjaźni artystycznych, równolegle z nimi: przygoda z polityką, która w przypadku Malraux stała się losem politycznym. Jej apogeum to życie u boku de Gaulle’a – pisarz jest wiernym poddanym władcy, którego czci, kocha i głosi jego chwałę. A przede wszystkim chwałę Republiki.

 Z ekranu atakują zwiedzającego przemówienia Andre Malraux wygłaszane w szczególnych narodowych sytuacjach. Powiadam: atakują, ponieważ francuszczyzna, jaką się w nich posługiwał pisarz, była koturnowa, wzniosła, pompatyczna, intonacja zaś śpiewna i podniosła. Malraux opiewał republikę, płakał nad Francją, mścił się na przeciwniku. Warto dziś tego posłuchać.

 Już dla Malraux-młodego Francja stała się za ciasna. Jego pierwsze wielkie powieści dzieją się w Chinach, Indochinach, poza Europą. „Droga królewska” to również zapis wschodnich podróży. Malraux staje się nowoczesny, bo poszukuje inspiracji poza kulturą europejską. To, co niegdyś było eksploracją innych kultur, dziś oznacza również tęsknotę za pewnymi formami francuskiej przeszłości (w tym również przeszłości kolonialnej). Można spotkać jej ślady w książkach dziś pisanych, w prasie literackiej, w filmie. Chodzi o formy pamięci, o ducha Francji w różnych okolicznościach. Na Algierię też patrzy się trochę inaczej. Kiedyś politycy zrezygnowali z tej francuskiej przeszłości. Dziś poszukuje się francuskiego ducha również na antypodach.

Nowoczesność Malraux przemawia za pośrednictwem eksponatów jego „muzeum wyobraźni”. Oglądamy ważne przedmioty tych zbiorów: rzeźbę z Nowej Kaledonii, głowę Buddy, rysunki kota Saula Steinberga, maskę z Oceanii. Obrazy przyjaciół-artystów, portrety Malraux przez nich malowane (wśród nich piękny portret pędzla André Massona). Pamiątki jednego życia są zarazem pamiątkami dziwnego, strasznego i porywającego stulecia. Pokazanie ich właśnie w „muzeum życia romantycznego” posiada określony sens: widzę go w sugestii, iż biografia Malraux, ukazując romantyczne korzenie wielkich postaci ubiegłego stulecia, wiąże jego romantyczną „nowoczesność” z „post-nowoczesnością”. Ostatecznie są one dziećmi tej samej epoki.

Inną ważną wystawą jest pokazana w muzeum Carnavalet (czyli muzeum historii Paryża) kolekcja znanego marszanda Selligmana zatytułowana „W czasach Marcela Prousta”. Kolekcja, gromadzona przez wiele lat, zawiera znakomite płótna, akwarele i rysunki, ilustrujące epokę Prousta. Ponieważ zainteresowanie Proustem jest wciąż wielkie, zaś stosy książek, które ostatnio o nim napisano, można obejrzeć w westybulu muzeum, ten malarski przewodnik po świecie, opisywanym przez Prousta, jest świetną lekcją poglądową.

Obrazy mało znane, bo pochodzące z prywatnej kolekcji, tworzą zbiór, którego głównymi bohaterkami są kobiety. I choć wiemy, jaką rolę odegrały one w prozie Prousta, co za przyjemność zobaczyć kobiety tamtych lat w ich malarskiej urodzie i rozmaitości! Kobiety czytające i kobiety spotykające się na podwieczorkach we własnym gronie; kobiety w salonie i kobiety na ulicy; muzy, aktorki i damy lekkich obyczajów; ubrane w przepiękne suknie i zachwycające kapelusze, w których są podobne do ptaków; wymieniające pocałunek z mężczyzną (co, jako temat malarski, uznano za drastyczne); wszystkie Odety Prousta, zgromadzone w paru salach, jeszcze dobitniej mówią o kobiecej truciźnie i fascynacji nią, jakie na przemian władały pisarzem.

Księgarnie z fotografiami Prousta i Wiktora Hugo, nagle połączonych w kanonicznym i klasycznym splocie. Wracają romantycy (niedługo wielkie obchody Hugo), wraca la belle epoque. Wraz z nimi wraca Francja mieszczańska i arystokratyczna.

Na konferencji naukowej, w której brałam udział, zawiązuje się nagle dyskusja, nie mająca wiele wspólnego z głównym tematem. Dwaj adwersarze wymieniają skrajnie różne opinie na temat ‘le petit bourgeois’. Jeden broni zaciekle takiego osobnika, drugi, równie zaciekle, widzi w nim nieszczęście Francji i jej narodowego charakteru. Powołują się na Zolę i Flauberta. Każdy jest przekonany o swojej racji: bez małego mieszczanina nie istniejemy, nie jesteśmy sobą. Albo: wraz z nim obniżamy narodowy poziom. Pamięć przeszłości i problem tożsamości dręczy, jak widać wszystkie europejskie nacje.

Dla odprężenia, a także z powodów sentymentalnych, idę do Old navy. To małe bistro na bulwarze St. Germain, upamiętnione przez Miłosza jako miejsce spotkań, rozmów, dyskusji i, rzecz jasna, uczt zakrapianych winem, ludzi z „Kultury”. Old navy nie zmienił się. Taki sam kelner owinięty dużą ścierką, ten sam kontuar i ta sama wołowina w sosie, bardzo dobra.

Potem zmierzam spacerem ku St. Germain de Prés i tutaj czeka niespodzianka. Placyk przy kościele nazywa się teraz Sartre-Simone de Beauvoir. Schodzę do metra. Na kafelkach pojedyncze słowa: ‘essence’, ‘existence’, Boris Vian, Sartre. Pasażerowie patrzą na te komunikaty roztargnionym wzrokiem. Oto jak niegdysiejsze życie przekształciło się w sygnał masowej kultury. No i stało się przy okazji klasyczne.

Marta Wyka     


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas