poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
HENRYK VOGLER
Do zobaczenia się, Kornelu
DL 2002, nr 1/2 (183/184)

W miarę starzenia się, wstępowania nieodwołalnie, ze wzrastającym przyspieszeniem, w „smugę cienia” – coraz częściej pojawiają się w mej pamięci sylwetki nieobecnych już dawnych przyjaciół-pisarzy. Ich liczba nieustannie wzrasta, zdają się z oddali milcząco wzywać mnie do siebie, samotniejącego. Z tego, nie istniejącego dziś fizycznie, zastępu jedną z najbardziej wyrazistych jest postać Kornela Filipowicza.

Znałem go jeszcze przed wojną, w okresie ukazywania się literackiego pisma „Nasz Wyraz” i członkostwa w Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej. Ale była to wtedy znajomość ulotna i bardzo powierzchowna, niewiele o nim wiedziałem.

Dopiero zaraz po wojnie nastąpiło zbliżenie, początkowo w związku ze wspólnymi losami w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, choć były one dla każdego z nas zupełnie innego rodzaju i nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy (jak w ogóle nie czynili tego na ogół byli więźniowie między sobą). Stopniowo rysowała mi się coraz pełniej OSOBA. Charakterystyczna i wyjątkowa.

Naprzód od strony zewnętrznej. Wysoki, zawsze sztywno wyprostowany, z gęstą czupryną z wolna siwiejącą, z twarzą wydłużoną, z czasem pokrywającą się siecią zmarszczek, o zdecydowanych, trochę kanciastych ruchach i zwartym, wstrzemięźliwym, jakby trochę ucinanym sposobem mówienia. Zdecydowanie oraz owo wspomniane – jeżeli można to tak określić – „wyprostowanie” i „zwartość” ujawniały się również w sferze psychicznej. Kornel był człowiekiem z zasadami. Prostymi i zwartymi. Posiadał jasno określone poglądy moralne, wiarę w wartości etyczne, zresztą natury czysto laickiej. Prosta, czysta i zwięzła była także jego proza. Ale zagadnienie sztuki pisarskiej Filipowicza to już odrębny temat.

Mogę tylko marginesowo wtrącić, że w pierwszych latach powojennych, po 1948 roku, miał znaczne trudności wydawnicze. Mogło się to wydawać czymś zdumiewającym, gdyż w zasadzie rodzaj jego powieści, jak i opowiadań mieściłby się bez większego trudu w ramach tego, co dekretowano urzędowo jako tzw. realizm. Ale widocznie musiało tkwić w nich coś dla czujnych strażników nienaruszalności doktryny podejrzanego i niebezpiecznego. Kiedyś udało mi się zorientować jakiego to wroga dopatrywano się w jego twórczości. W 1954 roku złożył Kornel w naszym Wydawnictwie Literackim maszynopis szkiców pt. „Profile moich przyjaciół”. Dwie redaktorki napisały wtedy druzgocące recenzje wewnętrzne. Pamiętam do dziś początek jednej z nich: „Propozycja Kornela Filipowicza jest nieporozumieniem”. Szkice rysowały sylwetki kilku przedwojennych artystów, dając ich subtelne analizy psychologiczne. I to właśnie (określane jako „psychologizm”) stanowiło kamień obrazy. Kornel milczał sztywny i nieugięty. Jako ówczesny naczelny redaktor Wydawnictwa zanegowałem obie opinie i „Profile moich przyjaciół” zostały wydane.

Z kolei to Kornel dopomógł trochę w 1956 roku w ukazaniu się mego debiutu książkowego, pilotując do pewnego stopnia moją powieść „Niepospolici” w warszawskim wydawnictwie „Czytelnik”.

Inna sprawa, że owa wspomniana sztywność i nieugiętość wydawała się czasem naiwnością i upraszczaniem. Z tym, że była to naiwność szlachetna i godna podziwu. Zwłaszcza w ówczesnych warunkach, kiedy główną bronią, jaką posługiwano się w życiu i w działalności – był cynizm.

Nie znaczy to, aby Kornel z tą swoją, swego rodzaju, sztywnością psychiczną pozbawiony był poczucia humoru, o czym jeszcze wspomnę. Często uśmiechał się pod wąsem. Nawiasem mówiąc, owego wąsa zapuścił sobie dość późno, chyba dopiero w latach siedemdziesiątych, i nigdy nie mogłem oprzeć się wrażeniu, być może nieuzasadnionemu, że uczynił to trochę dla żartu, aby udawać powagę. Gdyż w okresie naszych najbliższych i najściślejszych kontaktów porozumiewaliśmy się często przy pomocy dowcipów i ironicznego przekomarzania się. W pierwszych poobozowych miesiącach traktowaliśmy nasze życia trochę jak przygodę, nie zdając sobie jeszcze w pełni sprawy z otaczającej nas sytuacji. Kiedy przeprowadzałem się z sublokatorskiego pokoiku w kamienicy przy ul. Karmelickiej 9 do małej kawalerki przy ul. Batorego 15 b i Kornel, pomagający mi przy tym, wystarał się skądś o ręczny wózek, na który załadowaliśmy cały mój ówczesny, więcej niż skromny dobytek, ciągnąc go wspólnie na nowy adres – zaśmiewaliśmy się obaj, uważając to przeżycie trochę za dobry kawał.

Zabieg żartobliwej ironii stosowany był przez Kornela często. Dla przykładu zacytuję bodaj kilka spośród jego wielu dedykacji. Choćby tę z z tomiku pt. „Gdy przychodzi silniejszy”: „Drogiemu Henrykowi w dowód niezmiennej mimo pogorszenia się papieru, druku i podwyżki cen, (mimo drożyzny wzrastającej, ja dokładam do interesu, ale jakoś się nie obniżam, o czym przekonasz się czytając tę książeczkę) przyjaźni i sympatii Kornel Kr. grudzień 74”. Albo w wydanym w 1965 r. „Ogrodzie pana Nietzcke”: „Ich glaube, Vogler, wir werden uns noch treffen... Heil Hitler! Obersturmfürer Rudolf Nietzcke”. Czy wreszcie w książce z 1966 r. „Mężczyzna jak dziecko”: „Kochany Henryku! Mężczyzna jak dziecko — to ja (w pewnym sensie) Kornel”, jakby przewrotne, nieoczekiwanie samooceniające się wyznanie, zdające się potwierdzać moją poprzednią diagnozę (naiwność mężczyzny-dziecka).

Podobnych faktów, świadczących – zarówno w życiu osobistym, jak i w dziedzinie literackiej – mógłbym przytoczyć tak wiele, że dałoby się z nich stworzyć oddzielny, okazały tom wspomnień. Ale pragnę opowiedzieć może tylko o dwóch, przypadkowo nasuwających się na pamięć drobnych wydarzeniach.

Pierwsze to pobyt latem 1957 roku w Paryżu, spędzony w czwórkę: ja z moją żoną i Kornel z Marysią Jaremianką. My dwoje przyjechaliśmy pociągiem, nie mając jeszcze wtedy żadnego miejscowego kontaktu. Ale na Gare du Nord czekał już Kornel, który zaprowadził nas na ulicę w Quartier Latin. Tam, serdecznie ugoszczeni, spędziliśmy pierwszą paryską noc, aby nazajutrz udać się z nim na poszukiwanie jakiegoś hoteliku.

Z wielu przeżytych wówczas wspólnie paryskich przygód pragnę opisać jedną, kiedy Kornel postanowił pomóc w wymianie naszego majątku, w sumie 5 dolarów (tyle tylko wówczas wolno było jednej osobie wywieźć legalnie za granicę) na franki. Zaprowadził nas w tym celu do dzielnicy żydowskiej, na rue de Rosieres, gdzie z poważną miną, niby doświadczony finansista i doradca handlowy, zatrzymywał okolicznych przechodniów w poszukiwaniu nabywców gotowych do wymiany dewiz. Nie zapomnę sceny, jaka się wtedy rozegrała. Na ewentualność zrobienia interesu nagle koło nas, jak spod ziemi, wyrósł tłumek spieszących się co sił – gdyż każdy chciał być pierwszy – handlarzy, dopytujących się gorączkowo przede wszystkim o ilość proponowanych dolarów. I kiedy wymieniona została kwota: pięć! – stało się naraz coś niezwykłego: rozległ się chóralny śmiech. Każdy z potencjalnych kontrahentów, przygotowanych do wielkiej, może nawet kilkutysięcznej transakcji, trzymał się wręcz za boki, pękając z tego śmiechu. Ale Kornel cały czas nie tracił powagi i wymiany w końcu z triumfem dokonał.

Drugi z wybranych w pamięci faktów współpracy dotyczy już działalności twórczej. W końcu lat sześćdziesiątych debiutowaliśmy razem w Teatrze Polskiego Radia podpisanym oboma naszymi nazwiskami słuchowiskiem pt. „Mundur porucznika Jermota”. Opracowałem mianowicie dramaturgicznie jedno z opowiadań Filipowicza. Nie pozbawione ono było pomysłowego wątku kryminalnego i ten element właśnie chciałbym podkreślić, gdyż może on dodać jeszcze jednej barwy do portretu, który staram się zarysować. Chodzi mianowicie o temat sensacyjno-kryminalny. W owym czasie byliśmy obaj związani szczególną przyjaźnią z Tadeuszem Różewiczem, stanowiąc razem coś w rodzaju triumwiratu i wszyscy trzej interesowaliśmy się w twórczości tym zagadnieniem. Ja napisałem powieść kryminalną „Nieobecni są winni”, Tadeusz planował „kryminał” o siedmiu krasnoludkach, zaś Kornel przemyśliwał trochę o teorii tego gatunku literackiego. Zresztą podchodziliśmy do tego problemu „pół żartem, pół serio”, traktując go po trochu jako dobrą zabawę, o czym świadczyć mógłby choćby wymyślony przez Różewicza kryptonim „Kapitan Nowara”, którym posługiwaliśmy się wspólnie w niektórych dedykacjach czy pisanych do siebie okazjonalnie liścikach.

Owe przytoczone wyżej zupełnie drobne przypadki wpisuję w tok wspomnień tylko dlatego, aby niejako „odbrązowić” postać Kornela Filipowicza, która chętnie widziana bywa (zwłaszcza przez młodych i zwłaszcza w związku z jego postawą w okresie stanu wojennego i później) jako niemal personifikacja kogoś w rodzaju „Księcia niezłomnego”, rycerza „sans peur et reproche”, mistrza i nauczyciela. Oczywiście, coś z tych cech Kornel istotnie posiadał i podkreślałem to na wstępie. Ale było w tej – nieco pokazowo demonstrowanej pozie – także nieco (co również zaznaczyłem) naiwności, na szczęście neutralizowanej poczuciem humoru, tak jakby pozujący sam trochę tą swoją pozą się bawił.

To poczucie humoru sięgało u Kornela bardzo głęboko, tak głęboko, że dla niektórych obserwatorów było wręcz niezauważalne. Wyrażało się ono zresztą niekiedy nawet w stosunku do spraw skądinąd dla niego ważnych, stając się jakimś rodzajem autoironii. Pozornie lekceważył swoje pisarstwo i w ogóle literaturę. Zapewniał z udanym – również przed sobą samym – przekonaniem, że w gruncie rzeczy interesuje go tylko rzemiosło i majsterkowanie, a najistotniejszą rzeczą w życiu jest śrubka, zamek, kluczyk czy inne tego rodzaju przedmioty, przez niego własnoręcznie fabrykowane i toczone. Pełno ich było też na jego biurku.

Nie ulega wątpliwości, że odgrywał w tych wypadkach – dla słuchaczy, ale i dla siebie samego – pewną aktorską rolę. Pragnął – jakby poszukując ostatecznej prawdy – prezentować się jako wielbiciel twardej, jednej realnie istniejącej rzeczywistości materialnej, ważniejszej niż ułudne i ulotne wartości duchowe, jakie daje twórczość literacka.

Stąd też zapewne jego fascynacja rybołówstwem i sportami wodnymi, co dawało w wyniku częste wyprawy łodziami z przyjaciółmi. Jednoznaczne osiągnięcia fizyczne nobilitują – jak zdawał się dawać do zrozumienia – człowieka i ocalają go przed wątpliwościami niepokojów dusznych.

Ale ta gra nie naruszała, koniec końców, jego podstawowej, elementarnej przyzwoitości, wiary w nienaruszalność ładu moralnego, w prymat ducha. Nie dokończyłem, niestety, rozmowy i sporu z nim na te i inne tematy, myślę jednak, że niedługo spotkamy się, aby je kontynuować. Do zobaczenia się, Kornelu!

Henryk Vogler


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas