poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
AGNIESZKA FULIŃSKA
Fantastyczne hybrydy
DL 2002, nr 1/2 (183/184)

„Jeśli tłumaczyć zajścia niezwykłe sposobem empirycznym – uzyskamy Science Fiction; jeśli ‘spirytystycznie’, a szerzej: kontrempirycznie – mieć będziemy Horror Story czy Fantasy, przy czym między Science Fiction a Fantasy utworom ‘wolno’ oscylować”.

 S. Lem, „Fantastyka i futurologia”



 Literatura fantastyczna od niemal samych swoich początków podzieliła się dość wyraźnie na dwa podstawowe podgatunki: science fiction i fantasy, różniące się przede wszystkim fabularnym czasem (umowna dalsza lub bliższa przyszłość vs umowna przeszłość), przestrzenią (Ziemia lub wymyślone miejsca sytuowane w naszym wszechświecie vs wymyślone światy niezależne od rzeczywistego) i motywacją (nauka vs magia, przy czym określenie magia jest tu umowne i odnosi się do sfery doświadczeń i wyjaśnień pozaempirycznych). Ścisły podział, odwołujący się przede wszystkim do wzorców, jakie dla science fiction stworzyli Herbert George Wells i Jules Verne, dla fantasy zaś Lord Dunsany, Robert E. Howard i wreszcie J. R. R. Tolkien, nie utrzymał się zbyt długo. Przede wszystkim autorzy science fiction dość szybko wpadli na pomysł, bardzo fabularnie płodny, że literacka eksploracja kosmosu może prowadzić do odkrycia planet zamieszkanych przez istoty bardzo do ludzi podobne (całkowite odejście od antropomorfizacji na dłuższą metę prowadzi w ślepy zaułek – z powodu niemożności nawiązania kontaktu – w którym po „Niezwyciężonym” Stanisława Lema nie ma już czego szukać), ale znajdujące się na wcześniejszym etapie rozwoju historycznego, skądinąd przebiegającego bardzo podobnie do ziemskiego. Jednocześnie autorzy fantasy zaczęli myśleć o bramach między równoległymi światami, pozwalając swym bohaterom mniej lub bardziej swobodnie poruszać się między różnymi czasoprzestrzeniami. Krytykom przysporzyło to jedynie kłopotów, bardzo trudno jest bowiem w wielu przypadkach zdecydować, czy mamy do czynienia z science fiction z elementami fantasy, czy też na odwrót – niektórzy przychylają się do nazywania wszystkich tych gatunkowych hybryd wspólnym mianem science fantasy. Zapewne spory te nie mają wielkiego praktycznego znaczenia, można co najwyżej starać się wyróżnić te powieści, w których nadrzędnym światem jest ten przynależący do jednego z gatunków, warto natomiast przyjrzeć się samemu zjawisku bliżej, zwłaszcza że jest jednym z dominujących wśród tego, co we współczesnej fantastyce najciekawsze i chętnie eksplorowane również przez jej komercyjne odmiany, bo czymże innym jak nie hybrydą nowoczesnej techniki i średniowiecznego feudalizmu i kodeksu rycerskiego jest świat filmowych „Gwiezdnych Wojen”?

SAM WŚRÓD CZAROWNIC

W wydanej w 1963 roku powieści „Świat czarownic” amerykańska autorka pisząca pod pseudonimem Andre Norton wprowadziła motyw wyrzutka z ziemskiej społeczności, który za sprawą szczęśliwego spotkania przenosi się – bez możliwości powrotu: to cena, jaką płaci za ocalenie życia – w magiczny, pseudośredniowieczny świat, dla którego dzięki przyniesionemu z naszej czasoprzestrzeni sposobowi myślenia staje się zbawcą. Świat ten bowiem zagrożony jest przez przybyszów zza jeszcze innej bramy: wysoce stechnicyzowaną kulturę, równie obcą człowiekowi z Ziemi, jak i mieszkańcom jego nowej ojczyzny, niemniej o mechanizmie działania nieco łatwiejszym do rozszyfrowania dla przybysza, obytego z nowoczesną techniką ziemską.

Powieść ta ustanowiła istotne kanony, do których chcąc nie chcąc musiały się odwoływać – aprobująco lub krytycznie – późniejsze hybrydy, zwłaszcza te, w których dominuje fantasy (świat akcji jest przede wszystkim światem fantasy). Przede wszystkim jest to szok kulturowy: bohater, który przyjąłby bez zastrzeżeń nowe warunki i od początku czułby się wśród nich jak w domu, musi wydać się nieprawdopodobny po uczącym się wszystkiego, łącznie z językiem i obyczajami, Simonie Tregarcie. Po drugie: przeciwstawienie dwóch sposobów myślenia, poznawania świata i podporządkowywania go sobie, jakie reprezentują nauka i technika oraz magia. Starcie dwóch światów u Norton jest właśnie starciem tych dwóch typów poznania, całkowicie niekompatybilnych – przechylić szalę w tym konflikcie może tylko ktoś, kto poznał i zrozumiał zasady rządzące oboma światami.

Najciekawszą wariacją bezpośrednio na ten temat – choć z odwróconej perspektywy: świat nadrzędny jest światem przyszłości i nauki – stworzyła jedna z najwybitniejszych autorek zarówno klasycznej science fiction, jak i fantasy, Ursula LeGuin. W tzw. cyklu haińskim ukazała dzieje kilku wypraw eksploracyjnych, nie spod znaku podboju kosmosu jednak, ale z czasów znacznie późniejszych, kiedy ziemscy kolonizatorzy występują w roli archeologów i etnologów poszukujących zachowanych na różnych planetach społeczeństw nieskażonych ziemską techniką.

Pojawia się tu znany z klasycznej sf motyw pytania o prawo człowieka do ingerencji w inne kultury i ich obyczaje, echo kontrowersji, jakie zaczęły budzić w XX wieku m. in. badania antropologiczne tzw. kultur pierwotnych, nie mówiąc już o dokonywanym głównie w poprzednich stuleciach podboju zamieszkiwanych przez nie terenów. Najznakomitszą powieścią tego cyklu jest „Świat Rocannona”, opowieść o etnologu, który z odległych planet zwozi dzieła sztuki do muzeum, i w trakcie tej pracy staje wobec dylematu moralnego znanego wielu jego rzeczywistym kolegom po fachu (nie na darmo autorka wychowała się w domu wybitnego antropologa): pewien cenny eksponat ma tak wielkie znaczenie dla miejscowego rodu arystokratycznego, że jedna z jego przedstawicielek decyduje się na podróż na inną planetę, byle tylko odzyskać klejnot. Niestety nie wie – nie posiada bowiem wystarczającej wiedzy o obowiązującej w tym świecie fizyce podróży międzyplanetarnych – że nie powróci do swoich czasów, nie spełni tak naprawdę misji, w której wyruszyła...

Model zaproponowany przez Norton znalazł wielu kontynuatorów, spora jednak część powieści opartych na podobnym pomyśle wyjściowym – przenosiny bohatera ze świata „rzeczywistego” w równoległy magiczny – nie odwołuje się do motywów stricte science fiction; w większości przypadków przenosiny te spełniają tylko funkcję zawiązania intrygi, zupełnie jak w inicjującej ten gatunek klasycznej powieści dla dzieci – „Czarnoksiężnik ze Szmaragdowego Grodu” (1900) Franka L. Bauma, w której mała Dorota z Kansas zostaje przeniesiona do magicznej krainy Oza przez trąbę powietrzną, czy w innej powieści dla dzieci, „Niekończącej się historii” (1979) Michaela Ende, gdzie rolę bramy między światami spełnia książka. Nawet najciekawsza realizacja modelu chwilowego przechodzenia do innego świata, „Kroniki Thomasa Covenanta Niedowiarka” (pierwszy tom 1977) pióra Stephana Donaldsona, opowieść o śmiertelnie chorym człowieku, który tylko podczas pobytów w „drugim świecie” odzyskuje zdrowie, choć sam nie do końca wierzy w prawdziwość tych powtarzających się przenosin, nie rozwija wątków charakterystycznych dla mieszania gatunków fantastyki. Motyw przechodzenia między światami został też twórczo wykorzystany przez Rogera Zelaznego w cyklu „Amber,” gdzie czasoprzestrzenie rozmaitych cywilizacji (w tym także naszej, realistycznie opisywanej Ziemi) są tworami ludzi władających potężną magią Prawdziwego Świata.

ODNALEZIONE KOLONIE

 Nieco inaczej ten sam motyw wygląda w jednym z najlepszych cykli opisujących zderzenie zaawansowanej techniki z feudalnym światem pseudo-średniowiecza, który zatrzymał się na tym etapie między innymi ze względu na to, że cywilizacja oparta na magii – w tym przypadku jest to raczej tzw. czynnik ‘psi’, czyli zdolności parapsychologiczne, niż klasyczna magia – nie wymaga dynamizmu, w przeciwieństwie do cywilizacji naukowej, w której postęp jest nie tylko potrzebny, ale wręcz nieunikniony. Mowa tu o serii Darkover Marion Zimmer Bradley, autorki słynnej przede wszystkim z feminizujących adaptacji legend arturiańskich; serii, której początki są o rok wcześniejsze od „Świata czarownic”, ale najważniejsze tomy ukazywały się od drugiej połowy lat 60. aż do śmierci autorki w 1999 roku.

Z punktu widzenia chronologii twórczości Bradley cykl rozpoczęły dwie wydane w tym samym 1962 roku powieści usytuowane gdzieś pośrodku opisanych dziejów planety nazywanej przez jej mieszkańców Darkoverem (w „rzeczywistości” Cottman IV), położonej na obrzeżach uniwersum znanego rozproszonym po wielu planetach Ziemianom. W miarę jak powieści przybywało, coraz wyraźniejsza stawała się sugestia, że mieszkańcy Darkoveru nie przypadkiem przypominają przybyszów; wreszcie w roku 1972 autorka, niemal na życzenie miłośników serii, napisała tom, który w wewnętrznej chronologii wykreowanego świata zajmuje pierwsze miejsce, nosi zaś znamienny tytuł „Rozbitkowie na Darkoverze” i opowiada o statku, który rozbił się na planecie o atmosferze zbliżonej do ziemskiej, nadającej się do kolonizacji, ale znajdującej się na samym skraju map – statku, który dość szybko został uznany za zaginiony, a planeta za niezamieszkałą. Wspomina również o kontakcie rozbitków z istotami rozumnymi zamieszkującymi planetę, którego szczegóły, choć nie skutki, autorka zdołała do końca utrzymać niedopowiedziane, pozostawiając je domysłom czytelników. Przez wiele lat Bradley uzupełniała tę historię, prowadząc ją przez różne meandry aż do ponownego „odkrycia” Darkoveru przez kolonizatorów i opisując konsekwencje tego zdarzenia: wzajemną wrogość (zwłaszcza nowych przybyszów wobec nie-ludzkich mieszkańców planety, zasiedlających głównie tereny dla człowieka i tak niedostępne, ale także wobec „zacofanego” społeczeństwa feudalnego, w którym bardzo ważną, choć niekoniecznie dominującą, rolę spełniają kobiety), próby współpracy, zagrożenia, jakie nowoczesna technika niesie dla ekosystemu i struktur społecznych, możliwości, które przybyszom daje inna, bliższa temu, co w literaturze skłonni jesteśmy uznawać za czynnik paranormalny lub magiczny, technika.

W „Darkoverze” obecny jest, podobny jak u Le Guin, czynnik etnologiczno-ekologiczny, zasadnicza różnica polega jednak na tym, że cywilizacja Darkoveru wykształciła „technikę” i broń całkowicie odmienną od ziemskiej, ale co najmniej równie potężną, zdolną przeciwstawić się ewentualnym najeźdźcom, bardzo cenną jako oferta handlowo-przetargowa, a przede wszystkim trzymającą w szachu kolonizatorów. Ponadto jest to kultura znająca zasady dyplomacji, utrzymująca śladowe i niekoniecznie przyjazne stosunki z innymi mieszkańcami planety, wreszcie uwikłana w konflikty i intrygi międzypaństwowe – a nawet międzykulturowe – na własnej planecie, która jest na tyle różnorodna, że pozwoliła na daleko idące zróżnicowanie między zamieszkującymi ją ludźmi (analogiczne zresztą do ziemskiego: pustynia generuje inny styl życia, a co za tym idzie inne obyczaje, niż surowe zimy panujące bliżej biegunów, nie mówiąc o wąskim pasie klimatu umiarkowanego). Wszystko to sprawia, że kolonizatorzy zmuszeni są zrewidować swoje pierwotne plany i potraktować tę pozornie zacofaną zgubioną kolonię na prawach przysługujących światom o pełnym statusie dyplomatycznym w obrębie post-ziemskiego imperium. Wspólne interesy i wspólne zagrożenia, jakie wyłaniają się w toku historii, sprawiają, że technika ziemska i para-technika darkoveriańska przestają być sobie wrogie i zaczynają współpracować na zasadzie komplementarności.

ŚWIAT POST-POSTINDUSTRIALNY

 Jednym z popularnych w fantastyce nurtów od bardzo dawna był lęk przed postępującą industrializacją społeczeństw i technicyzacją życia codziennego, połączony nierzadko z futurystycznymi wizjami wojny nuklearnej i upadku nowoczesnej cywilizacji. Część rozwiązań fabularnych pokazuje wprawdzie w następstwie takiej czy innej katastrofy powrót do organizacji społecznej sprzed rewolucji przemysłowej – jak chociażby „Kantyczka dla Leibowitza” Waltera J. Millera czy trylogia „Wielkozimie” Seana McMullena (w obu przypadkach przetrwalnikami cywilizacji są wykształcone grupy społeczne wzorowane na porządku średniowiecznym, u Millera są to bowiem mnisi, u McMullena – bibliotekarze), niemniej brak tu motywacji baśniowo- magicznej charakterystycznej dla fantasy, a więc wbrew pozorom nie dochodzi do mieszania gatunków. Inaczej rzecz się ma z jednym z najsłynniejszych cykli fantastyki, „Diuną” Franka Herberta.

Akcja pięciotomowej sagi rozgrywa się w świecie, którego cywilizacja rozwinęła się po totalnej wojnie wypowiedzianej przez ludzi maszynom, zwłaszcza komputerom, które w ewolucji swojej coraz bardziej zaczynały zagrażać dominacji człowieka, ich konstrukcja została więc zakazana, a ludzie musieli poszukać we wszechświecie czegoś, co mogłoby zastąpić dotychczasową technikę. Nauka istnieje zatem jedynie w porządku fabularnym Diuny, świat akcji zaś jest bliższy realiom fantasy, jako że kodeks wojenny i przede wszystkim organizacja społeczna oparte tu są na feudalnym porządku, a elementy pozornie techniczne, np. bardzo zaawansowane możliwości lotów międzyplanetarnych – na pozbawionym osiągnięć nowoczesnej techniki złożeniu czynnika ‘psi’ i działania pewnej niesłychanie rzadkiej, występującej na jednej planecie, tytułowej „Diunie”, substancji narkotycznej. Jest to zatem świat, w którym nie ma ani magii, ani nauki sensu stricto, a feudałowie mieszkają w zamkach, co nie przeszkadza im latać statkami kosmicznymi z planety na planetę.

Naukowa ocena tej wizji, podobnie jak i darkoveriańskiej współpracy nauki i ‘psi w powieściach Bradley zapewne wypadłaby marnie, nie ulega jednak wątpliwości, że w obu przypadkach, a w „Diunie” w szczególności, mamy do czynienia z potężnymi wizjami społecznymi i ekologicznymi – właściwie w sadze Herberta najbardziej naukowe jest podejście do ekosystemu planety, którym zachwiać może drobna zmiana, a to z kolei może mieć niewyobrażalne skutki na międzyplanetarną skalę. W świecie, w którym nauki techniczne zostały skazane na banicję przez świętą wojnę z komputerami, zachowanie równowagi i utrzymanie źródła potęgi cywilizacyjnej okazuje się zależne między innymi od inżynierskiego myślenia.

MASZYNY JAK(O) BOGOWIE

Hybrydyzacja gatunków fantastycznych daje właściwie nieograniczone możliwości, niemniej wśród istniejących utworów tego typu dość wyraźnie widać dominację modelu fantasy z elementami rzeczywistej bądź bardziej niż rzeczywista zaawansowanej techniki w tle. Wynika to zapewne z tego, że stworzenie koherentnej wizji opartej istotnie na naukowych przesłankach jest znacznie trudniejsze, a przemieszanie jej z realiami świata rządzącego się innymi prawami, wymaga przeanalizowania ogromnej mnogości możliwych konsekwencji dla obu porządków. Dlatego zapewne największy sukces odnoszą te powieści, które nie skupiają się na analizie konkretnych technologii czy konkurencyjnych dla nich systemów magicznych czy psychotronicznych, ale kładą nacisk na społeczny wymiar kreowanych wizji. Tu właśnie jest miejsce dla jeszcze jednej klasy fantastycznych hybryd: tych, gdzie świat opisywany jest wprawdzie światem futurystycznej techniki, ale żyjący w nim ludzie zapomnieli o tym lub o tym nie wiedzą.

Z sytuacją taką mamy do czynienia np. w cyklu „Długiego Słońca” pióra Gene Wolfe’a, którego świat trudno byłoby jednoznacznie porównać z jakąkolwiek epoką w dziejach Ziemi (są tu elementy starożytne, renesansowe, a w mniejszym stopniu średniowieczne), akcja rozgrywa się bowiem na gigantycznym statku zbudowanym niegdyś dla kolonizatorów nowych galaktyk przez bardzo zaawansowaną cywilizację technologiczną – której zmityzowani przedstawiciele oraz programy komputerowe tworzą dziwaczny panteon rozpadającego się społeczeństwa – i przez tę cywilizację rzuconych w przestrzeń wszechświata, samowystarczalnych jak świat czy planeta, ale sztucznych, kryjących w swych wnętrznościach pozostałości po dawnej technice, równie nieczytelne dla bohaterów jak intencje przemienionych w ich świadomości w bóstwa stwórców i ich maszyn.

* * *

Jak widać, międzygatunkowe oscylacje dozwolone przez Stanisława Lema mogą przybierać rozmaite formy i dotyczyć różnych elementów fabuły i świata, a wszystko to dlatego, że jak czytamy w rozwinięciu słów przytoczonych jako motto: „Wolno dlatego, ponieważ w fantastyce, zwanej naukową, hipotezy, na których się utwory stawia, bywają jak guma naciągane, aż uzyskują wreszcie stan fantastyczności całkowicie kontrempirycznej. Zwyczajowo nie mówi się wtedy: ‘To bzdura, trzeba ją do kosza wrzucić’, lecz, jeśli tekst prezentuje jakiekolwiek wartości estetyczne: ‘To nie Science Fiction, lecz Fantasy.’” Część najwybitniejszych hybryd będzie jednak zawsze zapewne opatrywana obiema etykietami: fantasy i science fiction, a to dlatego, że wśród czytelników fantastyki istnieją spore grupy tych, którzy „lubią tylko sf lub tylko fantasy” – jedni i drudzy zaś lubią utwory hybrydyczne, przypisują je zatem akceptowanemu podgatunkowi. 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas