poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
FIZYCY O SF
DL 2002, nr 1/2 (183/184)


Rozmawiając i korespondując o literaturze science fiction i twórczości Stanisława Lema z wybitnymi przedstawicielami nauk przyrodniczych w Polsce i na świecie uzyskałam pełne spektrum wypowiedzi: od nie czytam/nie znam po entuzjastyczne peany i nostalgiczne wspomnienia. Przedstawiam zarówno pozytywne, jak i negatywne, motywacja tych drugich bowiem również wydaje się interesująca.
AGNIESZKA FULIŃSKA



 MARCEL AUSLOOS, profesor fizyki teoretycznej w Université de Liège:



Niestety nie czytam dużo science fiction (wolę kryminały), ponieważ mam spore kłopoty z uwierzeniem w świat fantastyczny. Mam poza tym wrażenie, że niestety w naukowych publikacjach jest czasem za dużo fantastyki! A poważnie mówiąc: czytałem trochę powieści science fiction angielskich i francuskich oraz klasykę sf, ale okropnie nie lubię łamania w literaturze praw fizyki. Ostatnio przeczytałem książkę „Harry Potter i kamień filozoficzny” i uznałem ją za infantylną. Czytywałem też Stevena Kinga, ale czułem się trochę oszukany, bo wszędzie był ten sam schemat fabularny, a niedawno kupiłem „Tajemnice zamku Udolpho” Ann Radcliffe napisane w 1794 roku – może uda mi się wrócić do fantastyki, sięgając w głąb historii literatury. Oczywiście znam Dantego i starożytnych autorów greckich i łacińskich, u których jest sporo fantastyki, może nawet naukowej (Dedal i Ikar), chociaż nie jestem tego pewny, jako że wówczas inaczej pojmowano naukę.



SERGEY BEZRUKOV, biofizyk, absolwent Państwowego Uniwersytetu w Moskwie, od 1990 mieszka w USA, profesor National Institute of Health w Maryland:



Obecnie nie czytam dużo science fiction, jako że z biegiem lat coraz bardziej interesuję się historią. Ale w młodości – w szkole średniej i na studiach – czytałem mnóstwo fantastyki. Mam wrażenie, że sf nie jest bardzo atrakcyjna dla dorosłych naukowców, przyciąga natomiast młodych czytelników i czasami sprawia, że zostają naukowcami.

Mój stosunek do Stanisława Lema jest prosty – uważam, że jest najlepszy w swojej dziedzinie. Jego wkład w science fiction jest tak wielki, jak Mariana Smoluchowskiego* w fizykę statystyczną. Wiele lat temu jego dzieła, zwłaszcza „Solaris”, wywarły na mnie wielki wpływ. Bardziej cenię sobie sposób, w jaki Lem potrafi zająć się psychiką ludzką, niż opisy techniki przyszłości.



ANDRZEJ BIAŁAS, profesor fizyki cząstek elementarnych w Instytucie Fizyki UJ, prezes Polskiej Akademii Umiejętności:



Nie czytam obecnie fantastyki, bo uważam ją za nieporozumienie – „prawdziwa” fizyka jest znacznie ciekawsza. U Lema zachwyca mnie talent do tworzenia nowych słów.



IWO BIAŁYNICKI-BIRULA, profesor w Centrum Fizyki Teoretycznej PAN w Warszawie:



Moja styczność z literaturą fantastyczno- naukową jest minimalna. Głównym powodem jest to, iż uważam, że sama fizyka jest już w dużej mierze fantastyczna, a w dodatku jest na pewno naukowa. U Lema cenię bardziej kunszt literacki, niż otoczkę sf.



JEROME I. FRIEDMAN, profesor fizyki wysokich energii w Massachussets Institute of Technology (MIT), laureat nagrody Nobla z roku 1990:



W nauce znajduję tak niezwykłe cuda i tajemnice, że nigdy nie miałem czasu na czytanie science fiction.



KRZYSZTOF FIAŁKOWSKI, profesor fizyki teoretycznej w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego:



 Namiętnym czytelnikiem powieści Lema byłem od dzieciństwa. Chętnie więc powiedziałbym, że miało to wpływ na wybór kierunku moich studiów, ale nie byłoby to prawdą – czytając Lema uczyłem się podziwu nie tyle dla fizyki, co dla człowieka szukającego swego miejsca w świecie. Już pierwsze książki, „Astronauci” i „Obłok Magellana” zachwyciły mnie wiarygodnością postaci bohatera-narratora i umiarem autora, który umiał zrezygnować z opisu Obcych i bezpośredniego spotkania z nimi. Znacznie później zdałem sobie sprawę, jak ponura dla samego autora była wizja trwającego przez stulecia czy nawet tysiąclecia zwycięskiego komunizmu...

Po roku 1956 mogłem porównywać książki Lema z literaturą światową i podziwiać doskonalenie przezeń warsztatu pisarskiego, poszerzanie wachlarza gatunków i dobór tematów.

Powieść „Solaris” pokazała, że science fiction może być poważną literaturą. Rzadko zdarza się, by bohater przeżywający dziwną przygodę na odległej planecie był tak wiarygodny i zrozumiały. Absurdalna z punktu widzenia fizyki koncepcja „fantomów neutrinowych” nie jest wadą utworu, lecz pokazuje, że nie należy odczytywać tej historii o niemożności porozumienia tylko dosłownie.

W „Niezwyciężonym” Lem nobilitował podgatunek ‘space opera’, udowadniając, że typowa historia o spotkaniu ekspedycji z wrogą cywilizacją może być nie tylko pasjonująca, ale i głęboka. Od pierwszego zdania, jakby celowo sztampowego, wyjątkowo daleka jest droga do zdania ostatniego, zamykającego powieść tym samym słowem „niezwyciężony”. Z dwustu stron minipowieści nie dowiadujemy się niczego o wcześniejszym życiu głównych bohaterów, a mimo to byli oni dla mnie zawsze bliżsi i prawdziwsi od wielu przedstawianych szczegółowo bohaterów wielotomowych sag.

Trzecią ważną powieścią jest dla mnie „Głos Pana”. Łatwo byłoby znaleźć dla niej analogie np. z „Andromedą” Elliota i Hoyle’a (skądinąd znakomitego astronoma), ale Lem bije na głowę konkurencję umiarem i stylem. Na historii Projektu Manhattan (konstrukcji amerykańskiej bomby atomowej) wzorowali się autorzy wielu książek, jednak tylko narrator Lema opisuje wypadki tak, jak Projekt opisywali Ulam czy Feynman. Dzięki temu czytelnik nie jest tylko biernym odbiorcą opowiadanej historii, ale może odetchnąć atmosferą „przygody intelektualnej z groźbą zagłady ludzkości w tle”.

Niemniej ważne były dla mnie opowiadania. Rozwój opowieści o pilocie Pirxie, od prostego „Testu” przez „Ananke” aż do „Fiaska” pozwala czytelnikom dojrzewać razem z bohaterem. Cykl „Cyberiady” i „Bajek robotów” nie ma sobie równych przez stworzenie groteskowego świata robotów i spojrzenie na ludzi z ich punktu widzenia, a „Edukacja Cyfrania” jest najwspanialszą znaną mi kpiną z PRL-u w całej literaturze. A jest jeszcze cykl opowieści Ijona Tichego uwieńczony „Pokojem na Ziemi”, niezwykła „Maska”, czy wreszcie zbiory wstępów i recenzji nieistniejących książek. Poza Borgesem nie znam autora, który byłby tak hojny w publikacji kilkustronicowych opracowań pomysłów fabuł. Naprawdę żal, że Lem nie napisał jeszcze choć kilku powieści wykorzystujących te pomysły. Z drugiej strony, nie ma chyba autora, do którego tak doskonale odnosiłyby się słowa z opowiadania Izaaka Babla: „On mówi mało, ale on mówi smacznie. Jak on coś powie, chciałoby się, żeby jeszcze coś powiedział”. Nadal tego chcemy!



ANDRZEJ FULIŃSKI, profesor fizyki statystycznej w Instytucie Fizyki UJ, członek-korespondent Polskiej Akademii Umiejętności:



Fantastykę lubię po prostu jako rozrywkę. Sporo ludzi lubi rozwiązywanie łamigłówek lub czytanie kryminałów, bo tam rozwiązuje się zagadki. A ja mam w mojej pracy naukowej wystarczająco dużo zagadek i łamigłówek i to znacznie ciekawszych, bo takich, których rozwiązania nikt jeszcze nie zna. Każdy, kto zajmuje się badaniami, rozwiązuje zagadki, a nauka musi być fantastyczną zabawą i przygodą, bo inaczej stałaby się zajęciem męczącym, frustrującym i nisko płatnym. Fantastyka pokazuje mi inne wymyślone światy, inne podejście do rzeczywistości, a więc zawodowo ma jakąś wartość – poszerza wyobraźnię. I robi to ani lepiej, ani gorzej niż np. filozofia, podróże czy chodzenie po górach. Lubię to wszystko, bo pcha mnie do tego – podobnie jak do nauki – zawsze ciekawość: co będzie za następną granią, następnym zakrętem, w następnej książce.

Lema cenię przede wszystkim za niespotykany w fantastyce zmysł moralny. Za to, że w „Niezwyciężonym” główny bohater reprezentuje conradowską wierność samemu sobie i niepisanemu kodeksowi moralnemu, bez którego „nie można byłoby latać”. Jest to również u Pirxa, zwłaszcza w „Ananke” i jeszcze bardziej w „Polowaniu”, gdzie sytuacja moralna jest niemal klasycznie westernowa: Pirx ma wyrzuty sumienia, bo podstępem zabił zachowującego się po ludzku robota. Innego rodzaju, ale nie mniej istotny dylemat moralny pojawia się w „Edenie”. Takie ujęcie było wyjątkowe w ówczesnej fantastyce, która problemy moralne stawiała bardzo płytko, jeżeli w ogóle, np. przeciwstawiając artystę czy humanistę technologom i wojskowym. Najmniej pod tym względem poruszyła mnie „Solaris”, którą nieszczególnie lubię i nie rozumiem, dlaczego powszechnie jest tak bardzo ceniona.

Bardzo natomiast lubię „Bajki robotów” i „Cyberiadę” za igraszki językowe i naukowe, z których najpiękniejsza jest ta o smokach prawdopodobieństwa – fantastyczna parodia niektórych prac z fizyki teoretycznej czy matematycznej.



 KS. MICHAŁ HELLER, profesor filozofii i kosmologii, zatrudniony na Wydziale Filozoficznym PAT w Krakowie oraz w Watykańskim Obserwatorium Astronomicznym, członek Papieskiej Akademii Nauk w Rzymie. Zajmuje się kosmologią relatywistyczną, podstawami fizyki i filozofią nauki; autor licznych książek popularyzujących kosmologię i filozofię nauki:



Science fiction czytam rzadko, bo od tego typu literatury wymagam, żeby była bardzo dobra. Jeżeli jest tylko dobra, staje się dla mnie nudna i często banalna. W teoriach fizycznych, z którymi mam kontakt w mojej pracy, otwierają się przede mną tak fantastyczne możliwości, że są one nie do wyobrażenia dla najlepszych pisarzy science fiction. Oni zwykle tylko powielają te pomysły nauki (rozszerzając je i modyfikując, co najwyżej), które już zostały spopularyzowane. W praktyce naukowej mam ponadto możliwość manipulowania „rzeczywistością fizyczną” w stopniu niemożliwym do zrealizowania w literaturze. Modele matematyczne nie tylko opisują świat, lecz również go modelują, tzn. struktury matematyczne, używane do budowy modelu, „naśladują” strukturę świata. Manipulując strukturami matematycznymi, lub wymyślając nowe, mogę... tworzyć wszechświaty. Mając do dyspozycji takie fascynujące rzeczy, po co sięgać do książek science fiction?

Kiedy jednak sięgam? Kiedy oprócz zabawy w wyobraźnię autor ma mi coś do powiedzenia – i to coś więcej niż tylko to, że życie jest „egzystencjalnym dramatem”.

Lubię powieści Lema, bo zwykle ma on mi w nich coś do powiedzenia. Często są to wręcz filozoficzne rozprawki. Tym cenniejsze, że filozofia nie jest w nich wyłożona „kawa na ławę”, lecz samemu trzeba ją sobie odczytać. Albo samemu domyśleć. I wtedy to wygląda jak rozmowa z autorem. To lubię.



MAREK HOŁYŃSKI, specjalista w dziedzinie grafiki komputerowej, autor jednej z pierwszych w Europie książek na ten temat („Sztuka i komputery”, 1976), w latach 80. profesor Massachusetts Institute of Technology (MIT) i Uniwersytetu Bostońskiego oraz współpracownik firmy Silicon Graphics, obecnie dyrektor ds. rozwoju strategicznego w firmie ATM S.A.:



Czytywałem kiedyś dużo fantastyki. Były to przeważnie pozycje dziś uznane za klasykę tego gatunku: Asimov, Tolkien, Dick, Lem. Obecnie robię to rzadko, choć z przyjemnością przewertowałem cały cykl książek o Wiedźminie. Z racji zawodu czułem się zobowiązany do czytania utworów, w których było coś na temat komputerów. Szybko jednak zrezygnowałem, bo denerwowały mnie nieścisłości i uproszczenia. To jest zwłaszcza nie do zniesienia w robionych na ich podstawie filmach. Jacyś nastoletni geniusze w sekundę pokonują wielostopniowe zabezpieczenia w centrach superkomputerowych, a wysportowane blondynki z doktoratami cybernetyki wygłaszają kwestie, które rozbawiłyby byle studenta pierwszego roku informatyki na najgorszym prowincjonalnym uniwersytecie.

Książki Lema odbierałem zawsze z podziwem dla jego wyobraźni, wiedzy i humoru. Podziwiam go wiernie do dziś za trzeźwość umysłu, dar opowiadania i niebanalne przemyślenia. Także w swoich rozlicznych wystąpieniach mówi zwykle barwnie, używa chwytliwych porównań i po paru minutach ma publiczność w kieszeni.

Z niektórymi wypowiedziami Lema nie zawsze się zgadzam, jak choćby z jego opiniami na temat internetu. Możliwe jednak, że nie zauważam w nich drugiego dna – próby posiania fermentu intelektualnego czy ożywczego sprzeciwu wobec dominującej mody.



JERZY KARCZMARCZUK, absolwent fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, obecnie profesor informatyki Université de Caen we Francji:



Podczas wykładu wygłoszonego na Uniwersytecie Jagiellońskim Lem wspomniał sarkastycznie o pisarzach i popularyzatorach, którzy biorą na warsztat pewną dziedzinę wiedzy i gwałcą jej spójność przez arbitralne odcięcie części jej wniosków. Po wykładzie zapytaliśmy, jak to było z „Obłokiem Magellana” i Teorią Względności, którą tam wykorzystał (dziękując fizykom za konsultacje), ale i pogwałcił. Lem szybko przywołał nas do porządku. Fantastyka to nie podręcznik, a element Nieznanego stanowi w tej branży literackiej istotny paradygmat. Odkryłem wtedy człowieka o dwóch osobowościach, żelaznego racjonalistę z „Summy Technologiae” i „Dialogów”, oraz twórcę, który potrafił grać na impresjach, który doceniał pozanaukową fantastykę Ursuli LeGuin, a także nieco schizofreniczną inwencję Philipa K. Dicka.

Nie były to dwie osobowości „rozcięte” jak u bohatera „Pokoju na Ziemi”, ale równoważne i uzupełniające się. Czasami forma literacka tylko ubiera, ale nie wspomaga strony naukowej, jak np. w „Niezwyciężonym”, ale gdy problem jest trudny czy paradoksalny, fantastyka jest u Lema wybuchem wolności twórczej i ja takie wybuchy i pytania bez odpowiedzi, np. w „Solaris”, pamiętam lepiej niż co innego. Sens informacji, jej związek z materią, jej nielokalność czy relatywność, możliwość tworzenia jej z nieWiadomoCzego (puli probabilistycznej Wszechświata?) frapuje Lema od ponad czterdziestu lat. Ale więcej niż jego eseje dają mi opowiastki: „Formuła Lymphatera”, historia o zbóju Gębonie, kawałki „Głosu Pana”. O trudnościach z definicją osobowości, o teleportacji czy kopiowaniu człowieka Lem pisał w „Dialogach”. A świat idzie naprzód i dziś np. wiemy, że informacji kwantowej nie da się kopiować, teleportacja MUSI zniszczyć oryginał, co nie odpowiada na Lemowskie pytania dotyczące identyczności, ale „zmienia rozdanie”. Jakież pole do popisu dla autorów sf!

W latach 90. górę ostatecznie wzięła osobowość racjonalna i w „Tajemnicy Chińskiego Pokoju” Lem napisał, że publikowanie prac futurologicznych w sosie sf było pomyłką. Nie zgadzam się z tym. Wizja literacka jest potężnym motorem i to dzięki fantastyce wielu młodych dociera do niego. Spośród tłumu futurologów i analityków nauki wybieram tych, którzy wykazali, iż są nie tylko analitykami, ale inspiratorami, twórcami, sami potrafią modelować pewne aspekty świata, rzeczywistego albo nie. W dzisiejszym zalewie informacyjnym publicyści są zawsze do tyłu, ale kultura pozostaje nieredukowalną, samoistną kategorią, niesymulowalną, jak pisał sam Lem, i potrzebną jako element wartościowania informacji.

Niezależnie więc od tego, co sam Mistrz o sobie myśli, dla mnie jest i pozostanie w pierwszym rzędzie niepowtarzalnym PISARZEM.



DANUTA KISIELEWSKA, profesor fizyki na Wydziale Fizyki i Techniki Jądrowej Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie:



Science fiction czytałam już jako dziecko, czytam i pewnie będę czytała. Tak naprawdę to fantastyka, nie tylko naukowa, jest jednym z moich ulubionych gatunków literackich, przede wszystkim dlatego, że pozwala całkowicie oderwać się od nie zawsze miłej rzeczywistości. Dziecku potrzebny jest świat baśni – piękny, mądry, ciekawy, sprawiedliwy. To zostaje, choć nie każdy się do tego przyznaje. Oprócz codziennej szamotaniny, ambicji i walki wszyscy potrzebujemy bajek dla dorosłych. Oczywiście szukamy w tych książkach czegoś więcej niż zapomnienia i ukojenia. Odkrywamy elementy filozofii, poznania świata i człowieka. Często szukamy pomocy w rozwiązywaniu dylematów, które w świecie rzeczywistym za bardzo związane są z konkretnymi sytuacjami. Dlatego może nie przeszkadzają mi manipulacje naukowe, czasem nawet pseudonaukowe. Ja nie po to czytam fantastykę, żeby się nauczyć fizyki, natomiast niefachowców każda popularyzacja – nawet daleko posunięta – może tylko zachęcić i pomóc im odkryć nowe pola zainteresowań.

Z kolei futurystyka – w dobrym wydaniu – z czasem nierzadko staje się rzeczywistością. Jak twierdzi mój wnuk, miłośnik książek Juliusza Verne’a: kiedyś była to fantastyka, a dziś zostały fajne książki przygodowe. Myślę, że odbiór twórczości Lema przez następne pokolenia w warstwie przygodowo-futurystycznej będzie podobny.

Książki Lema odegrały w moim życiu ciekawą rolę, „dojrzewały” ze mną. Najpierw przyciągały fantazją i przygodą. Potem odkrywałam w nich bliskie mi przemyślenia filozoficzne, rozważania na temat biologicznych i humanistycznych konsekwencji rozwoju cywilizacji. Wreszcie w chwilach trudnych uczyły mnie, żeby nie rezygnować do końca, a w stosunku do siebie i świata zdobyć się na trzeźwą ocenę, a nawet ironię. Za to dziękuję Lemowi.



MACIEJ KOLWAS, profesor optyki laserowej w Instytucie Fizyki PAN w Warszawie, prezes Polskiego Towarzystwa Fizycznego:



Czytałem zawsze dużo fantastyki, najchętniej klasyczną science fiction; bardzo ceniłem zwłaszcza braci Strugackich – fantastyka radziecka była zresztą ogólnie ciekawa. Fantasy też trochę czytywałem, ale z mniejszym entuzjazmem, nieszczególnie interesowała mnie również fantastyka typu „Gwiezdnych wojen”, gdzie zatraca się podstawowy pierwiastek przygody typu wyzwania intelektualnego inspirowanego nauką i możliwościami ludzi. Książki science fiction były dla mnie bardzo ważne w młodości – to typ literatury, która pobudza wyobraźnię, a więc dla osób ze skłonnością do zainteresowania się fizyką może stanowić inspirację, podnietę intelektualną. Młodzież lubi książki przygodowe, a w sf jest przygoda i wyzwanie, na dodatek oparte na założeniach naukowych.

Lem był pisarzem mojej młodości, zaczytywałem się nim przede wszystkim w latach 60. Miał doskonałą wyobraźnię rozwoju nauki, genialne wyczucie tego, co nazywamy fizyką, a przy tym po prostu doskonale się go czytało. W jego powieściach futurystycznych były treści, które wydawały się całkowitą fantastyką – te wojska rozpadające się na drobne elementy, by w stosownym miejscu i momencie utworzyć potrzebny do walki element makroskopowy. A teraz przecież nanotechnologia jest uważana za technikę niedalekiej przyszłości.

Geniusz Lema polega między innymi na tym, że w jego twórczości można znaleźć bardzo różne nurty: od klasycznej przygody w „Astronautach” (a przecież naukowcem zostaje się również po to, żeby poczucie przygody było zawsze obecne), przez thriller w „Solaris” po pesymistyczną „Maskę”.

W „Głosie Pana” autor przewidział cechę badań naukowych, a może nawet własność wszechświata, którą teraz widzimy znowu coraz wyraźniej – że nigdy niczego nie można do końca odkryć, że im głębiej badamy, im bardziej podstawowe pytania zadajemy, tym więcej nowych aspektów i własności badanego zagadnienia się pojawia. Do tego odpowiedź, jaką dostajemy, bardzo zależy od zadanego pytania. Każde dobrze postawione pytanie daje nieco inną odpowiedź, mimo że – co bardzo ważne – istota rzeczy (Głos Pana) przecież się nie zmienia.



ANDRZEJ KRZYWICKI, profesor fizyki teoretycznej w Université de Paris XI:



 Fantastykę czytam bardzo rzadko. Znam kilka klasycznych pozycji: Wellsa, Huxleya, przejrzałem parę nowszych publikacji, aby towarzyszyć synowi, ale to za mało, żeby móc się długo rozwodzić. Nie czytuję science fiction, bo ten typ literatury nie pobudza na ogół mojej wyobraźni. Powinienem może dodać, że z upływem lat czytuję ogólnie mniej fikcji, a więcej dzienników, wspomnień, biografii itp. Świat rzeczywistych zdarzeń wydaje mi się wystarczająco zagadkowy i zdumiewający, więc nie odczuwam potrzeby przenoszenia się wyobraźnią do innej galaktyki. Muszę wyznać ze skruchą, że nie czytałem powieści ani opowiadań Lema. Czytuję natomiast jego felietony w „Tygodniku Powszechnym”. Zawarte w nich sądy dotyczące nauki są sądami inteligentnego amatora.



MICHAIL LEVINSHTEIN, profesor fizyki w Instytucie Fizyki i Techniki im. A. F. Ioffego w Petersburgu i Politechniki Petersburskiej; autor opublikowanego tomu opowiadań wspomnieniowych pt. „Duch fizyki rosyjskiej”:



Od czasu do czasu czytam science fiction, chociaż dwadzieścia lat temu czytywałem znacznie więcej. Nie sądzę, żeby jej czytelnicy – naukowcy różnili się zasadniczo od czytelników nie parających się nauką. Znam twórczość Lema, najbardziej cenię sobie jego opowiadania. Przez całe życie powtarzałem sobie niezliczoną ilość razy znakomity żart Lema: „Jak pokonać elektrosmoka? Należy stworzyć ogólną teorię zwalczania elektrosmoków, której smok księżycowy będzie wypadkiem szczególnym, bardzo łatwym do rozwiązania.”**



GREGOIRE NICOLIS, profesor chemii fizycznej i fizyki teoretycznej w Université Libre de Bruxelles, członek belgijskiej Akademii Królewskiej i Europejskiej Akademii Nauk:



Dawniej czytywałem science fiction, zwłaszcza takich autorów jak Gamow, Hoyle i Asimov, ale niestety nie znam twórczości Lema. Najbardziej podobały mi się w fantastyce próby wyobrażenia sobie i opisania, jak prawa natury działałyby w zadanych warunkach ekstremalnych – przy zachowaniu rzetelności naukowej. Pozwala to pisarzom pokazać pewne możliwości, które nie są oczywiste w standardowych warunkach, gdzie pożądany rezultat jest trudno widoczny, między innymi przez to, że przesłania go mnóstwo innych zjawisk. Tak tworzone „wzorce” są przydatne dla celów edukacyjnych.



 JERZY NIEWODNICZAŃSKI, profesor fizyki na Wydziale Fizyki i Techniki Jądrowej Akademii Górniczo- Hutniczej w Krakowie, prezes Państwowej Agencji Atomistyki:



Lubię science fiction, w szczególności tę, która mówi nie o tym, co się dzieje na innych planetach, ale raczej o tym, jaka jest przyszłość nas, Ziemian. Najbardziej interesuje mnie śledzenie scenariuszy naszej przyszłości, może dlatego, że zawsze lubiłem bajki (choć nie przepadam za fantasy), a to są takie bardzo prawdopodobne bajki. Także jako fizyk wolę czytać o przyszłości nas tutaj na Ziemi, natomiast nie bardzo lubię wizje życia w innych miejscach wszechświata, zwłaszcza jeżeli są w nich zawarte zupełnie abstrakcyjne, fizycznie niemożliwe rozwiązania. Akurat u Lema tego jest mało, Lem raczej chodzi po ziemi; jest lekarzem z wykształcenia, ale to jest porządne przyrodnicze wykształcenie i on nie łamie za bardzo praw natury.

Mam dwie ulubione książki Lema: jedna to „Dzienniki gwiazdowe”, bardzo dowcipne pamiętniki Ijona Tichego z jego podróży, które są doskonałą rozrywką, a drugie to „Opowieści o pilocie Pirxie”. Natomiast mniej mnie przekonują jego filozoficzne dywagacje – wprawdzie niektóre są również bardzo interesujące, ale nie jestem takim wielkim ich fanem, żebym dla nich rzucił inną lekturę. Lubię publicystykę Lema, jego artykuły i felietony w „Tygodniku Powszechnym” i innych czasopismach. Staram się zawsze je czytać i choć się zżymam na niektóre wątki, to zazwyczaj się z Lemem zgadzam, w większości jego myślenie jest równoległe z moim.



MAREK SARNA, docent astrofizyki, dyrektor Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika PAN w Warszawie, koordynator uczestnictwa Polski w budowie wielkiego, dziesięciometrowego teleskopu SALT (Southern African Large Telescope) w Republice Południowej Afryki:



 Obecnie nie czytam dużo fantastyki; ogólnie w lekturze ograniczam się do poezji czy krótkich haseł ze słowników i encyklopedii i nie wynika to z braku czasu, ale raczej z irytacji tym, co jest pisane. Czytywałem jednak i Lema, i innych autorów. Było to dawno temu (w szkole podstawowej), a fantastyka była prozą, która spowodowała, że przestałem być analfabetą literackim. Mam więc do niej podejście dość osobiste, wynikające z tego, że to właśnie fantastyka i moje niedowiarstwo rozbudziły we mnie zainteresowania naukowe: nie dowierzałem faktom fizycznym/astronomicznym opisywanym w powieściach Lema czy innych autorów. Zacząłem więc czytać literaturę fachową, podręczniki itd. Od tego zaczęła się moja fascynacja nauką (astronomią), która trwa do dzisiaj.

Odkrywanie prawd o Wszechświecie jest o wiele bardziej ekscytujące niż jakikolwiek pomysł z powieści science fiction. Nie odczuwam więc już potrzeby sięgania po ten typ literatury.

Mój stosunek do Lema wyraziłbym tak: po ponad trzydziestu latach, odkąd miałem w ręku jego powieści i opowiadania, niektóre z nich pamiętam do dziś. Za dwie rzeczy: pomysły („Niezwyciężony”) i kreowaną atmosferę („Solaris”). Zupełnie świadomie przez te wszystkie lata unikałem oglądania adaptacji, czy to filmowych, czy innych, powieści Lema. Nie chciałem stracić tego, co zostało z nich w moim umyśle po zakończeniu lektury.



RYSZARD TADEUSIEWICZ, profesor informatyki, rektor Akademii Górniczo- Hutniczej w Krakowie, przewodniczący Konferencji Rektorów Polskich Uczelni Technicznych, członek- korespondent Polskiej Akademii Umiejętności:



Moje zamiłowanie do fantastyki zaczęło się w szkole średniej: interesowałem się naukami ścisłymi i techniką, ale uczęszczałem do klasy humanistycznej z dużą ilością łaciny i historii, a minimalną dawką nauk przyrodniczych, co rekompensowałem sobie pochłanianiem wszelkiej literatury związanej z nauką i techniką. W ten sposób odkryłem science fiction, która pobudziła moją wyobraźnię. Oczywiście wiedziałem, że fantastyka może inspirować pewne odkrycia techniczne, ale na pewno nie opisuje stanu rzeczywistego, niemniej wizje kreślone przez twórców były tak frapujące, a wyzwania tak pociągające, że pochłaniałem prawie wszystko, co mi wpadło w ręce.

Prawdziwym odkryciem były dla mnie książki Lema. Pierwszą było bardzo stare wydanie „Astronautów” z fantazyjnym wizerunkiem rakiety na okładce, na gazetowym, podłej jakości papierze. Przeczytałem je kilka razy, bo doszedłszy do ostatniej strony zaczynałem od początku. Potem zacząłem szukać innych rzeczy tego autora, przeczytałem chyba wszystko, co wyszło spod jego pióra, no i zarówno w szkole średniej, jak  na studiach i potem, kiedy stawiałem pierwsze kroki w nauce, było to dla mnie z jednej strony źródłem wspaniałej rozrywki – do dziś wśród najbardziej ulubionych, doszczętnie zaczytanych książek na mojej półce stoją „Dzienniki gwiazdowe” i „Opowieści o pilocie Pirxie”, do których wracam jak do chłodnej łąki, żeby odpocząć po wyczerpujących wyprawach w krainę nauki – a jednocześnie uderzyła mnie głębia przemyśleń Lema. Pamiętam, że gdy pisałem pracę magisterską, ukazała się „Summa technologiae”, łącząca nurt niezbeletryzowanej fantastyki wizjonerskiej z bardzo głęboką refleksją nad naturą cywilizacji i rolą techniki jako motoru rozwoju. To, że zająłem się biocybernetyką, że w pracy magisterskiej budowałem elektronicznego psa, co wówczas wydawało się dziwactwem, w dużej mierze było inspirowane przez fantastykę, a książki Lema w szczególności, bo uwierzyłem, że jest w nich ładunek bardzo interesujących i przyszłościowych możliwości. Jeśli chodzi o informatykę, potwierdziło się to co do joty.

Zawsze czułem podziw dla wiedzy Lema na temat nauk ścisłych. Będąc z wykształcenia lekarzem zdołał poznać elementy nowoczesnej matematyki, fizyki, techniki i wykorzystywać je w sposób taki, że jakkolwiek ma się świadomość, że pewne wizje roztaczał nieprofesjonalista, to jednak trudno go przyłapać na ewidentnym błędzie.



WOJCIECH ŻUREK, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, od roku 1979 przebywa w USA, profesor fizyki i astrofizyki teoretycznej w California Institute of Technology (CalTech) i Los Alamos National Laboratory, autor publikacji w najbardziej prestiżowych czasopismach naukowych, m. in „Nature” i „Science”:



Bardzo lubię książki Lema i ciągle je czytam (a zacząłem w szkole podstawowej, w latach sześćdziesiątych). Fascynował mnie więc od dawna, chociaż tak naprawdę science fiction nie lubię (oprócz Lema). Nie jestem pewien czemu – trochę denerwuje mnie pretensja do naukowości, która się w wielu tego typu dziełach pojawia. U Lema jest zwykle inaczej. Zresztą ciężko go tak naprawdę sklasyfikować jako sf. Najlepiej znam te „Lemy” w stylu „Cyberiady” i „Dzienników Gwiazdowych” (Podróż Czternasta, ta o kurdlach, ośmiołach i sepuleniu to mój osobisty faworyt). Jest tu troszkę satyry na naukę, trochę komentarza społecznego, trochę futurystyki. No i bardzo lubię te jego igraszki z językiem.

Poza tym to od dawna jestem przekonany, że Lem pisał – oprócz świetnej, ale bardziej „normalnej” science fiction typu „Solaris” – również bardzo ciętą i dobrze zakamuflowaną satyrę polityczną. Nie wiem, od kiedy zacząłem go tak czytać (na pewno od ogólniaka) i nie mam pojęcia czy „autor miał to na myśli”. Ale czytanie w ten sposób ponad dwadzieścia lat temu o systemie nawadniania, który zalał całą planetę i teraz trzeba udawać, że właśnie tak powinno być i że to ewolucja naturalna powinna się dostosować i dorobić obywatelom skrzela (Podróż Trzynasta), było wielką przyjemnością...



*Marian Smoluchowski (1872-1917) - najwybitniejszy polski fizyk (a także wybitny alpinista, przez wielu współczesnych sobie postrzegany jako pewny kandydat do Nagrody Nobla, w 1917 r. wybrany rektorem UJ nie zdążył objąć tej funkcji. Po jego przedwczesnej śmierci Albert Einstein napisał: ,,Los zbyt wcześnie przeciął jego wspaniałe osiągnięcia jako uczonego i wykładowcy, do nas należy pamiętać o jego przykładzie i pracach!”

** „Bajka o maszynie cyfrowej, co ze smokiem walczyła” ze zbioru „Bajki robotów”.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas