poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JERZY JARZĘBSKI
Lem i świat po 11 września
DL 2002, nr 1/2 (183/184)

Atak terrorystów na Amerykę przyszedł dla Stanisława Lema w najmniej odpowiednim momencie, zepsuł mu bowiem przygotowywane od wielu tygodni huczne i wesołe w zapowiedziach osiemdziesiąte urodziny. Zamiast toastów, wierszy i śpiewów okolicznościowych były tylko krótkie życzenia, po których wszyscy rozeszli się szybko do telewizorów, aby tam ze ściśniętym sercem obserwować tragedię nowojorczyków. Sam jubilat o terrorystycznym ataku dowiedział się już w sali, gdzie planowano obchody urodzin. Dziennikarze zaś, którzy zbiegli się tam, aby rejestrować wspólną zabawę, pytali zgromadzonych raczej o sąd na temat wydarzeń zza Atlantyku. Indagowany wówczas na tę okoliczność przez dziennikarkę Polskiego Radia, powiedziałem od razu, że amerykańska tragedia jawi mi się spełnieniem proroctw samego Lema o tym, jak będą wyglądać wojny przyszłości i jakie systemy broni zwyciężą w ogólnoświatowym współzawodnictwie. W miarę jednak dalszego rozwoju wypadków prognozy zawarte w książkach Lema zdały mi się coraz bardziej przenikliwe, a zakres tego, co należałoby w tym kontekście brać pod uwagę, coraz obszerniejszy. Nie będę tutaj referował owych prognoz po to, by sławić głośną od dziesięcioleci zdolność Lema przewidywania przyszłości, nie tyle chodzi bowiem o współzawodnictwo o laury największego futurologa, ile o to, by wesprzeć się o pewien „projekt ogólny”, pozwalający lepiej zrozumieć, co się ze światem stało.

Nic dziwnego, że pierwsze, o co chciałoby się pytać po ataku, to militarny aspekt katastrofy. To dość złożony problem, choć jedno zdaje się oczywiste: że, mianowicie, skala i typ uderzenia zdecydowanie przekroczył wyobraźnię ludzi odpowiedzialnych za ochronę terytorium USA. Trochę zgodnie ze sławnym powiedzeniem, iż generałowie przygotowani są zawsze doskonale do prowadzenia poprzedniej wojny. Takie wojny dnia wczorajszego przewidywały uderzenia zmasowanymi siłami wojsk, użycie potężnych broni i równie potężnych ich nośników. W myśl takiej doktryny wojennej zdolni do prowadzenia współczesnych działań bojowych byli w gruncie rzeczy wyłącznie partnerzy dysponujący bardzo nowoczesną techniką, nie mówiąc już o olbrzymich środkach materialnych, potrzebnych do skonstruowania militarnego arsenału. Stąd też konieczna w perspektywie światowego konfliktu gra o globalną dominację, o zagarnięcie bogactw naturalnych i rynków zbytu. Lem wielokrotnie przestrzegał, że wojna przyszłości może wyglądać zupełnie inaczej, a mianowicie – że bronie najbardziej w perspektywie niebezpieczne to te, które pozwolą na atak po pierwsze: niejako bez wiedzy atakowanego, że taką inwazję w rzeczywistości się przygotowuje; po drugie: z użyciem mechanizmów zminiaturyzowanych, niełatwych do wykrycia, tanich w produkcji, a jednocześnie pozwalających kumulować swoją moc w miarę składania drobin w większe agregaty.

No dobrze, zapytamy, ale cóż to ma wspólnego z najbardziej w historii spektakularnym atakiem na Amerykę, z zagładą tysięcy ludzi i rozbiciem w proch architektonicznego symbolu Nowego Jorku? Otóż ma, ale nie tyle na poziomie całkiem konkretnych rozwiązań technicznych, ile na poziomie całej filozofii wojny.

Lema fascynują walczące drobnoustroje – czy będą to sztuczne „owady” z powieści „Niezwyciężony”, czy prototypowe bronie wykoncypowane w „Weapon Systems of the Twenty First Century or The Upside-Down Evolution”. Szczególnie te ostatnie mogą nas tutaj zainteresować, działać bowiem miały tak, by na siebie nie zwracać uwagi, przenikać poza linie obronne przeciwnika niepostrzeżenie i tam dopiero integrować się, aby dokonać niespodziewanych zniszczeń. Takich broni zapewne (jeszcze) nie mamy, ale czym innym jest terrorysta, jak nie „drobnoustrojem”, bakterią niewidoczną dla nieuzbrojonego oka, a zdolną przedzierać się na głębokie tyły wroga, by tam tworzyć dopiero śmiercionośne komando? Cała filozofia terroryzmu jest związana z ideą działań obliczonych na zainfekowanie atakowanego organizmu, na unikanie „siłowej” konfrontacji, w której terroryści nie mają oczywiście żadnych szans, w zamian zaś na wykorzystanie niszczycielskiego potencjału przeciwnika tak, by spowodować u niego jak największe straty i powszechny popłoch.

Terrorysta atakuje niekoniecznie w sposób spektakularny, nie zawsze porywa się na zniszczenie wielkich obiektów, zawsze jednak ma na celu destrukcję społecznego porządku i morale wroga, toczy bowiem wojnę nie wypowiedzianą i nie umiejscowioną, wojnę, w której działania mogą nie być na pierwszy rzut oka widoczne, kierują się bowiem niekoniecznie bezpośrednio przeciw ludziom, uzbrojeniu i majątkowi wroga, ale przeciw środowisku, w którym przebywa. Stąd pomysł Lema, że w przyszłych zmaganiach będzie można np. wpływać na klimat w kraju atakowanym tak, by jego przemiany kładzione były na karb naturalnych kataklizmów. Tego terroryści jeszcze nie umieją, umieją natomiast całkiem nieźle dokonywać inwazji na informatyczne sieci, rozsyłać wirusy sprawiające wrażenie produktu komputerowych maniaków, atakować giełdy i świat finansów, zapewniając sobie środki na dalszą działalność, itd. Następnym krokiem w tego typu wojnie jest rozsiewanie śmiercionośnych bakterii, zatruwanie źródeł wody lub powietrza.

Ani mi w głowie poświęcać ten tekst „straszeniu”, on jest zresztą nie tyle o terrorystach, ile o wizji świata, którą zrekonstruować można z książek Lema, i o związkach pomiędzy jego pomysłami a dzisiejszym stanem ludzkości. Jeśli coś w tym stanie świata niepokoi i przeraża, to współistnienie rozumnych zasad funkcjonowania i organizacji społeczeństw z irracjonalizmem zbiorowych przeświadczeń, wzmagającą się rolą mitów i stereotypów. Jest tak dlatego, że człowiek jest istotą nie tylko i może nawet nie przede wszystkim racjonalną, ale uwikłaną w całą swoją przeszłość, powodowaną w takiej samej mierze rozumną analizą rzeczywistości, co ciemnymi emocjami; działającą niekoniecznie w imię własnego dobra, ale wręcz przeciw niemu. Nie darmo Lem był swego czasu pilnym czytelnikiem Dostojewskiego, a przede wszystkim jego „Notatek z podziemia”. „Człowiek z lochu” jest bez wątpienia prototypem wielu Lemowych bohaterów. Ale krakowski autor konstruuje ich inaczej: kładzie wciąż nacisk na rozdwojenie wewnętrzne opisywanych istot. Roboty z „Cyberiady” zdają się na pozór kreacjami groteskowo-komicznymi, ale u podstaw tej kreacji leży chyba przeświadczenie, iż jesteśmy – w tej samej mierze my, co bohaterowie opowieści o Trurlu i Klapaucjuszu – osobliwym połączeniem tego, co nowoczesne, rozumne, oparte o naukowe podstawy, i tego, co staroświeckie, irracjonalne, sterowane przez popędy lub prymitywne żądze – władzy, bogactwa, użycia. Rozłamuje się więc bohater Lema na biologiczne ciało i mechanizm, emocję i analizę, świadomość i nieświadome popędy. W „Cyberiadzie” przeprowadzone to w tonacji buffo, ale w „Masce” na przykład już zupełnie inaczej, ze śmiertelną powagą – bo dziwaczna bohaterka tego niezwykłego opowiadania, będąc robotem obleczonym zrazu w ciało zjawiskowo pięknej dziewczyny, stara się przeniknąć „prawdę” o sobie i choć tnie całkiem dosłownie powłokę, która w niej okrywa metaliczne i zaprogramowane z zewnątrz „sedno”, w rezultacie niczego konkretnego o sobie nie umie się dowiedzieć. Do ostatniej chwili prezentuje się sama sobie jako nierozerwalny splot obydwu czynników: chłodnego, narzuconego jej programu – i gorącej, osobistej emocji. Autor opowieści przeprowadza swoją bohaterkę przez kilka niejako sfer autoanalizy. Bada ona materialny substrat swej istoty, przechodzi przez doświadczenie miłosno-nienawistnego związku z człowiekiem, którego ma doprowadzić do śmierci, wstępuje w mit o funkcji społecznej i politycznej, a wreszcie zadaje sobie pytania natury religijnej: o granice w sobie predestynacji i wolnej woli. Wszystkie te próby prowadzą do podobnych konkluzji – o nieuleczalnym rozdarciu bohaterki na to, co przynależy do sfery ratio i na to, co emocjonalne, na to, co pochodzi z ciała, i na to, co się gnieździ w mechanice. Ale i pozbawiona ciała bohaterka jako „czysty mechanizm” jawi się podobnie niedefiniowalna, tak jakby wykolejenie ścisłego projektu jej myślenia i działania wynikało wprost ze stopnia komplikacji wewnętrznej. Kiedy przyglądamy się podobnym istotom u Lema, dochodzimy do wniosku, że one właśnie najlepiej służą jako ilustracja poglądów autora na naturę człowieka.



Ale nie na tym koniec – bo człowiek to nie tylko nader złożona wewnętrznie jednostka, ale także istota społeczna. Jako taka zmienia się, bo byt społeczny wyzwala w niej odmienne cechy – tak jakby historia ludzkiej zbiorowości, jej myślenia i działania, narzucała jednostce maski, wikłała ją w jakieś kolektywnie żywione przekonania. W opowiadaniach Lema nader często pojawiają się społeczeństwa-próbki, poddane eksperymentom socjologicznym, społeczeństwa, które zachowują się wbrew przewidywaniom, bo ich działaniem rządzą prawa zbyt skomplikowane, aby można było prognozować udatnie skutki takich lub innych operacji na określających je parametrach.

Wiąże się to nad wyraz ściśle z ideą naprawy społeczeństw, raz z parodystycznym zacięciem, innym razem z wielką powagą przedstawianą w różnych tekstach Lema. Melioracja w tych opowieściach z reguły się nie udaje – z różnych powodów, z których najważniejszy to zapewne zbytnie prostactwo naprawczych pomysłów w zestawieniu z niezmierną komplikacją społecznej struktury, a także – zróżnicowanie zachodzące pomiędzy poszczególnymi typami społeczności, zróżnicowanie uniemożliwiające przewidywanie skutków zastosowanych posunięć. Tak jest w opowiadaniu „Kobyszczę”, w którym Trurl na próżno chciałby stworzyć społeczeństwo istot szczęśliwych, tak w „Dziennikach gwiazdowych”, w których Ijon Tichy wciąż nowych i innych napotyka kosmitów, a każda z ich ras czy odmian rządzi się innymi prawami, co z góry czyni wszelkie pomysły standaryzacji dobra czymś bezsensownym.

Jeśli przyświeca Lemowi jakiś parodystyczny zamysł, to wiąże się on być może z misjonarskimi zapędami, jakie mieli przedstawiciele cywilizacji euroamerykańskiej wobec innych ludów. Idea, że wszystkie społeczeństwa powinny dążyć do realizacji modelu stworzonego przez ową cywilizację jest dosyć głęboko zakorzeniona w świecie zachodu. Choć już od czasów Herdera, a szczególnie Aleksandra von Humboldta, wiadomo, że kultury są po prostu różne i nadzwyczaj trudno zaprowadzić wśród nich jednolitą hierarchię, przedstawiciele zachodniej cywilizacji radzi są mniemać, że przyjęcie przez kraje Azji czy Afryki standardów świata zachodu pozwoliłoby im nie tylko poprawić sytuację ekonomiczną, ale też wychować nowe, szczęśliwsze społeczeństwo. Jest to idea nad wyraz wątpliwa, nie bierze bowiem pod uwagę odmiennych tradycji i związanego z tym odmiennego wartościowania różnych modeli życia i społecznej organizacji.

Lem w swoich pierwszych powieściach zdawał się wierzyć w pewne uniwersalne standardy społecznego bytu i moralności, co pozwalało mu określać cywilizacje Marsjan w „Człowieku z Marsa” czy Wenusjan w „Astronautach” jako opętane złem, zaś społeczeństwo Białej Planety z „Obłoku Magellana” jako „dobre” czy przynajmniej podług naszych standardów racjonalne. Do dziś pamiętam wywód uczonego z tej powieści, podług którego kosmici po prostu  m u s z ą  ludzi przypominać. Nic dziwnego, że wszystkie trzy planetarne społeczeństwa z tych wczesnych książek niejako z konieczności poddawać się miały ocenom w kategoriach ludzkiej etyki. Niebawem stanowisko to ulegać zaczęło modyfikacji. Wątek niemożliwości uzgodnienia systemów wartości pomiędzy cywilizacjami pojawia się już w „Edenie”, gdzie – podług stanowiska Ziemian – dzieją się      potworne zbrodnie, a władza dokonuje okrutnej eksterminacji własnych obywateli. Próba interwencji ludzi w obronie jakiejś ponadplanetarnej moralności przynosi jednak kolejną hekatombę, z czego płynie wniosek, że jakiekolwiek narzucanie jednej cywilizacji standardów wytworzonych w obrębie innej jest rzeczą niesłychanie ryzykowną. Ten sam wątek pojawia się w „Niezwyciężonym”, to samo – w inny sposób – w „Powrocie z gwiazd”, gdzie ścierają się dwie wersje cywilizacji ziemskiej. W „Fiasku” próba – zaledwie – nawiązania kontaktu (tyle że ‘par force’) z obcą, innoplanetarną kulturą prowadzi w efekcie do zniszczenia planety przez Ziemian. Wszystkie te przykłady, łącznie z klasycznym wątkiem nieporozumienia z jedynym mieszkańcem planety Solaris, mówią właściwie jedno: że istnieje mianowicie coś takiego, jak zasadnicza i gruntowna odmienność uniemożliwiająca uzgodnienie języka i wartości pomiędzy różnymi istotami czy kulturami, przy czym kultury owe mogą istnieć obok siebie, nie mieszając się i nie przejmując wzajem sposobów życia i rozumienia świata. Ten ostatni motyw pojawia się szczególnie dobitnie w „Wizji lokalnej”, gdzie na jednej planecie istnieją obok siebie dwa systemy polityczno-społeczne: bogata Luzania, w której nie tylko rozwiązano wszelkie problemy technologiczno-produkcyjne, ale też zapewniono obywatelom maksymalne bezpieczeństwo wraz z szerokim zakresem osobistej wolności – oraz prymitywna Kurdlandia, udręczająca swych poddanych politycznym terrorem i nakazująca im żyć w warunkach urągających wprost godności jednostek. Tezą Lema, wypowiedzianą mimochodem w tej powieści, jest – że jednostki w obydwu systemach mogą cierpieć podobnie, a zatem – że subiektywne poczucie szczęścia nie jest prostą pochodną komfortu życia i poziomu swobody. To właśnie sprawia, że obydwa państwa bytują przez wieki obok siebie, przy czym to wyżej technologicznie rozwinięte jakoś niekoniecznie wchłania to drugie lub narzuca mu swoje standardy. Teza owa powinna dać do myślenia tym wszystkim, którzy uważają, iż model parlamentarnej demokracji w stylu zachodnim czy wykształcony na zachodzie model rządzenia, ekonomii i trybu życia jednostek powinien prędzej czy później zostać przejęty przez wszystkie cywilizacje na świecie jako „obiektywnie najlepszy” (na tym, z grubsza biorąc, polegała teza Fukuyamy o „końcu historii”). Takie myślenie doprowadziło w wielu punktach świata do stanów zapalnych, a już na pewno: do głębokiego urażenia przedstawicieli kultur odmiennych niż euro-amerykańska.

Najbardziej jednak przenikliwą i pesymistyczną diagnozę dotyczącą sytuacji, w jaką niepostrzeżenie wchodzi ludzkość, przynosi dopiero „Katar”. Książka to niezwykle sugestywna w swej warstwie prognostycznej, mówi bowiem o takich zagrożeniach, które rodzą się w społeczeństwie przyszłości niejako bez niczyjej winy czy nawet woli. Seria zagadkowych śmierci pacjentów zakładów balneologicznych na południu Włoch powstaje przecie nie jako wyrafinowane morderstwo, ale jako produkt szeregu przypadkowych koincydencji, w wyniku których rodzi się nieszczęsny związek chemiczny odpowiadający za śmiertelną psychozę kolejnych ofiar. Do ostatecznego rozwiązania powieściowej zagadki bohater dociera jednak zrazu poprzez doświadczenie terroru, które wydaje się być tutaj tylko nieco mniej radykalną wersją zła rodzącego się z chaosu. W swym doskonałym szkicu poświęconym powieści Przemysław Czapliński pisze:

„ »Katar« ukazuje – co wydaje mi się osobną, acz nie dostrzeganą wartością utworu – nowe postaci zła. Pierwsze z nich, upostaciowane przez terroryzm, ma charakter działań premedytowanych (a więc zamierzonych jako zbrodnia), lecz równocześnie losowych, a więc nie wymierzonych w konkretną ofiarę. Jako przeciwdziałanie politycy proponują siłę równoważną: „na ekstremistyczny terror nie ma skuteczniejszego środka ponad prewencyjne likwidowanie aktywistów. Na profilaktyczny mord wprost demokracja sobie nie pozwoli, może jednak przymknąć oczy na prorządowe skrytobójstwo z ograniczoną odpowiedzialnością pod dyskretnie upośrednionym nadzorem. To już nie stary mord kapturowy, represja firmowana przez państwo, lecz konstruktywny terror per procura”.

Pogląd jest tak dosadny, że właściwie nie wymaga komentarza; dodać pewnie można jedno: widać tu nie tylko, jak każde zło, które się upowszechnia, pociąga za sobą metodykę prewencji, a więc zarówno poszukiwanie metody poznawczej, jak i strategii postępowania. W „prewencyjnym likwidowaniu aktywistów” uwidacznia się i to, że nowe postaci zła, powołując do życia środki zaradcze, zarażają sobą dobro – niejako zatruwają je, niwecząc jakąś część jego siły, płynącej z moralnej czystości” (1).

 Terror, jaki w swej powieści pokazuje Lem, jest wyraźnie odmienny od tego, który znamy z odleglejszej w czasie historii. Tamten dawniejszy kierowany był przeciwko starannie wybieranym celom: ginąć miał nienawistny władca lub członek jego rodziny, minister czy policmajster, w każdym razie przedstawiciel państwowego systemu. Terror dzisiejszy jest na pozór ślepy i bezkierunkowy: „Nowozelandzki turysta, chcąc zaprotestować przeciw porwaniu w Boliwii australijskiego dyplomaty, usiłował porwać w Helsinkach czarterową maszynę z pielgrzymami do Watykanu” – powiada się w ,,Katarze”. Groteskowość tego przykładu blednie, jeśli go przyłożymy do świata globalnych powiązań i współzależności. Rzeczywistość dzisiejsza polega nie tylko na niewyobrażalnym nagromadzeniu rzeczy i faktów, ale też na pomnożeniu wiążących te elementy relacji. W tej sytuacji cios wymierzony w „kogokolwiek” może jakoś tam, w drodze wielu rykoszetowych odbić, trafić w przewidziany cel. Świat globalistyczny wymaga zatem globalistycznego systemu prewencji i kontroli, jego choroby rozprzestrzeniają się bowiem błyskawicznie i obejmują cały organizm tego molocha. Lem pokazuje nam to, co stało się bijącą w oczy rzeczywistością nazajutrz po zamachu 11 września: że niemal każdy może stać się ni stąd, ni zowąd ofiarą ataku terrorystów, ale też – że każdy musi w tym świecie przygotować się do roli podejrzanego, poddać upokarzającym procedurom inwigilacji.

Ale unaocznienie niebezpieczeństw płynących z globalizacji powiązań międzyludzkich i „przepełnienia” planety to jedynie pierwszy stopień wtajemniczenia w nowy porządek, w którym z wolna trzeba się nam będzie zadomowić. Drugi stopień spowija jeszcze mgła, ale widać już zarysy nowego typu zagrożeń, który w „Katarze” uosabia chemia: to wszak nieoczekiwane, losowe następstwo chemicznych reakcji doprowadza w powieści do serii śmiertelnych wypadków. Terrorysta współczesny strzela więc do przypadkowych przechodniów na ulicy, wysadza się wraz z bombą w przepełnionej kawiarni, zawsze jednak jest to akt świadomy i ukierunkowany, podczas gdy chaos zabija mimochodem, poza wszelką intencją i rachubą. Powiada Czapliński:

„Jeśli więc konsekwentnie rozpatrywać krytyczność powieści Lema jako nowego obrazu zła, to polemika polegałaby na ukazaniu współczesnej cywilizacji jako producenta mechanizmów zbrodniczych i nieprecyzyjnych, działających nie jak zegar, lecz jak maszyna loteryjna, dla której ofiara to nie cel na muszce, lecz przypadkowy obiekt w polu gęstego obstrzału” (2).

I dalej:

„Powieść kryminalna, powołana u swych źródeł do przywracania porządku, w wariancie Lemowym ukazała, że nie ma czego przywracać: nie istnieje metoda poznania gwarantująca wykrycie zła, nie ma społecznego mechanizmu przeciwdziałania zbrodni i, wreszcie, nie ma świata, który po chwilowym zakłóceniu przestępstwem mógłby wrócić do normy” (3).

Czy jednak chaos jest u Lema jednoznacznie zły? Wydaje się, iż stosunek doń autora jest bardziej skomplikowany i niejednoznaczny. Chaos bowiem produkuje nie tylko zło, lecz i dobro, poznajemy go jako maszynę losową, z której może wyskoczyć wszystko, co tylko fizycznie możliwe. Ten wątek pojawia się u Lema często w aurze niepoważnej lub groteskowej, choć w najgłębszym ujęciu chaos jest ważny i niezbywalny jako kolebka wszelkiej zmiany, a więc i rozwoju. W miarę jednak rozwoju wydarzeń na świecie chaotyczność zdaje się pisarza coraz bardziej męczyć i przerażać. Jej odbiciem najwyrazistszym staje się dla niego internet – jako nie tylko metoda przesyłania i gromadzenia informacji, ale też jako gigantyczny labirynt, w którym nie sposób się rozeznać i wśród milionów wiadomości nieistotnych lub zgoła fałszywych odszukać te, które mają jakąkolwiek wartość. Co więcej, internet obrazuje nie tylko chaos mentalny, ale i moralny, jest bowiem areną, na której każdy może wystąpić w masce, eksponując to, co w nim złe lub perwersyjne, a łatwość dostępu do sieci połączona z anonimowością powoduje, że obok żądzy poznania szaleją w niej także wszelkie niepoczciwe żądze, pleni się agresja, zwołują czciciele zagrażających ogółowi wiar religijnych czy politycznych, miłośnicy sadystycznego seksu, pedofile etc. Trzy niedawno wydane książki Lema o charakterze eseistycznym: „Tajemnica chińskiego pokoju”, „Bomba megabitowa” i – szczególnie – „Okamgnienie” coraz dobitniej wyrażają ten nowy, zdecydowanie bardziej pesymistyczny stosunek autora do chaosu, w którym powoli rozpuszcza się struktura i hierarchia świata ludzkiej kultury, a jedynym orężem pozwalającym w pewnej mierze utrzymać go w ryzach wydaje się wszechobecna inwigilacja.

W początkach lat sześćdziesiątych taki organizm społeczny, w którym bylejakość i chaotyczność iść miała w parze z totalnym ubezwłasnowolnieniem jednostki na rzecz instytucji, kojarzył się Lemowi raczej z państwem totalitarnym w jego najwyższym stopniu rozwoju. Tak właśnie prezentuje się czytelnikowi Gmach z „Pamiętnika znalezionego w wannie” – biurokratyczna struktura dążąca do przechwycenia kontroli nad każdym atomem poddanego jej świata. Taki absolutyzm nie idzie jej na zdrowie, bo od wiedzy i mocy totalnej bardzo blisko do niewiedzy i niemocy – właśnie przez to, że lawiny pozyskiwanych wiadomości nie da się w żaden sposób opanować i sensownie użyć, można jedynie z ich pomocą udręczać zaplątane w trzewia Gmachu jednostki.

Gmach jako sublimacja totalitarnego państwa tym się jednak odznacza, że w nim wszyscy działają z jakąś (polityczną, militarną) intencją, wszyscy spiskują – nieważne już, w imię jakiej władzy czy idei, bo także wszelkie wyższe motywacje ulegają w strukturze Gmachu rozpuszczeniu i zrównaniu. Monument z gówna – tak widzi go w końcu zniechęcony bohater. Ale współczesna permisywna i demokratyczna kultura globalna ma tendencję do wytwarzania podobnie grząskich i brzydko pachnących quasi-struktur, w których ukryte powiązania mogą łączyć wszystko ze wszystkim (np. agencje rządu USA sprzedają potajemnie broń do Iranu, by – równie potajemnie – sfinansować swe akcje w Nikaragui). W takim środowisku znakomicie rozwija się terroryzm – jako sposób prowadzenia wojny nielegalny lub półlegalny, poddany kontroli już nie parlamentów czy rządów, lecz struktur wywiadowczych, wielkich korporacji, tajnych zrzeszeń lub nawet osób prywatnych.

Trzeba dobrze zrozumieć Lema: nie jest on z pewnością chwalcą ustrojów opartych o konserwatywne zasady i wzorce działania, nie poparłby bez wątpienia prawicowego stylu myślenia o społeczeństwie i wartościach. Przecież jednak nie umie przystać na świat bez moralnej sankcji, świat, w którym brak „moralnego kręgosłupa”, czyli zbioru reguł pochodzących nie z racjonalnych rozumowań, tylko z tradycji i umów społecznych. Te reguły funkcjonują prawidłowo nie tyle wtedy, gdy stoi za nimi przymus prawny, ale wtedy, gdy są uwewnętrznione, gdy posłuszeństwo im staje się indywidualnym i społecznym odruchem. Dzisiejsze społeczeństwo globalne już takich uwewnętrznionych reguł nie słucha – może dlatego, że w kulturowym zmieszaniu uległy one relatywizacji? Może dlatego, że ludzie coraz mniej wierzą w pozaświatowe sankcje czekające grzeszników? Może wreszcie dlatego, że cywilizacje trwające w pogoni za dobrami wyższego rzędu zastąpiły cywilizacje nastawione na materialne korzyści, zabawę lub drażnienie ośrodków rozkoszy? Cywilizacja, w której normy moralne uległy atrofii, rozwija się nadal, nawet może dokonywać znaczących odkryć, ale jest wciąż zagrożona rozpadem. Antidotum na kryzys moralności zdaje się niektórym fundamentalizm – ale ten właśnie zdaje się być owocem kryzysu religii, zaraził się bowiem także etycznym indyferentyzmem, przekształcił w ideę bezkompromisowego „niszczenia niewiernych” bez pytania o winę i rację, gdzie cel ma – jak zwykle – uświęcać środki.

Choroba, jaka toczy współczesne społeczeństwo jest więc szczególnie trudna do uleczenia, ma bowiem charakter infekcji niezogniskowanej, zarażającej zbiorowości ludzkie jako całość, utajonej w strukturach socjalnych, w wiarach i systemach wartości, w urządzeniach politycznych, w kanałach przesyłu i przechowywania informacji. Nie da się zapewne zapanować nad nią w sposób tradycyjny: przez edukację, wprowadzenie takich czy innych reform systemu prawa i jego egzekucji. Lem zdaje się sądzić, że będą tu w perspektywie potrzebne jakieś zupełnie nowe pomysły na opanowanie sytuacji, wcale nie koniecznie miłe dla mieszkańców planety.

Skutki zagrożeń w postaci globalnego systemu nadzoru nad obywatelami Lem przewidział bardzo wcześnie. Co szczególnie smakowite, przewidział zrazu niejako bezwiednie – bo to Andrzej Stoff, jak sam autor przyznaje – zwrócił jego uwagę na szczególny charakter systemu władzy w „Powrocie z gwiazd”. Ziemia przyszłości jest tam zarządzana przez władzę dobrze przed mieszkańcami globu ukrytą, a jednocześnie wszechwiedną i dość bezwzględnie narzucającą wszystkim założony porządek, w którym miejsce naczelne zajmuje przymusowa amputacja instynktu agresji. Może więc tylko tak da się uchronić ludzi przed nimi samymi? Wizję poprawioną takiego systemu przynosi „Wizja lokalna”, gdzie nadzór nad obywatelami Luzanii przejmuje automatyczna „etykosfera”, chroniąca jednostki przed zagrożeniem i działająca na poziomie mikrocząstek, więc niejako wprzągnięta w porządek natury. Czy tylko tak uda się ludzkości skojarzyć ideę osobistej wolności z pragnieniem bezpieczeństwa? Nie myślę tu o „etykosferze”, która – jako pomysł – zdaje się wciąż urządzeniem fantastycznym, nieziszczalnym w dzisiejszym stanie technologii. Czy może więc powstać system zapewniający bezpieczeństwo w sposób arbitralny, nie przekształcając się natychmiast w jakąś formę totalitaryzmu? Trudno na to pytanie dzisiaj odpowiedzieć, choć bez wątpienia jakieś próby rozwiązania opisanych tu dylematów muszą być podjęte. I może nie byłoby źle, gdyby zajęci tym ludzie mieli gdzieś pod ręką – choćby jako zbiór przestróg – opowieści Stanisława Lema.


Jerzy Jarzębski


(1) P. Czapliński, „Śmierć chaotyczna: »Katar« Stanisława Lema”, w: „Mikrologi ze śmiercią. Motywy tanatyczne we współczesnej literaturze polskiej”, Biblioteka Literacka „Poznańskich Studiów Polonistycznych”, Poznań 2001, s. 146-147.
(2) P. Czapliński, op. cit., s. 151.
(3) Tamże, s. 155.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas