poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
CZESŁAW MIŁOSZ
O podróżach w czasie
DL 2002, nr 1/2 (183/184)

W dziewiętnastym wieku zaczęto pisać powieści o przyszłości, co oznaczało uświadomienie sobie historii jako przemiany i wiarę w postęp. Ojciec science fiction Jules Verne przewidział mnóstwo wynalazków technicznych, nawet środków do podróży na Księżyc i telewizję (patrz: „Zamek w Karpatach”). Jules Verne uchodzi za pisarza XIX-wiecznego optymizmu, przy bliższym jednak przypatrzeniu się jego twórczości nietrudno dostrzec nutę rozczarowania i goryczy. Bo jednak Jules Verne jest autorem mało znanej, napisanej w 1858 roku, książki „Paryż w XX wieku”. Stolica Francji w jego wizji jest połączona z Atlantykiem kanałem, czyli jest bogatym portem morskim i obfituje w towary z całego świata. Mieszkańcy miasta zajęci są jednak wyłącznie pogonią za pieniądzem i nie udzielają żadnej uwagi literaturze ani sztuce. Bohater powieści, młody poeta, na próżno szuka w księgarniach zapomnianych już klasyków, na przykład Victora Hugo. Młodzieniec jest nieszczęśliwy i alienowany, tak jakby rzeczywiście żył w znanym nam wieku XX. Na próżno usiłuje znaleźć jakieś miejsce w społeczeństwie, wreszcie staje się bezdomnym włóczęgą i umiera z głodu.

Nie można też powiedzieć, że powieść „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” jest opowieścią radosną. Jej bohater, występujący też w „Tajemniczej wyspie”, genialny wynalazca łodzi podwodnej „Nautilus”, w której przemierza samotnie oceany, jest rozczarowanym byłym bojownikiem o wolność swego kraju i patrzy na cywilizację swego czasu oczami mizantropa. Kapitan Nemo czyli Nikt, bo takie sobie nadał imię, ma wszelkie cechy polskiego romantyka po przegranej powstań narodowych. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że rzeczywiście w pierwszej wersji książki Jules Verne zrobił go Polakiem, ale natrafił na sprzeciw wydawcy, jako że „la Pologne martyre” przestała być w Paryżu modna i zajęto się flirtem z carską Rosją, toteż kapitan Nemo stał się Hindusem. Kapitan Nemo po utracie wiary w cywilizację zmienił się wyłącznie w obserwatora, bo ostatecznie jego podwodne podróże nie oznaczają, że nie wie, co się dzieje na powierzchni i nie rozmyśla nad ludzkością w swojej bogato zaopatrzonej bibliotece. Wydaje mi się, że najbardziej przejmującym portretem Polaka intelektualisty i wygnańca w literaturze światowej, bo nie zaliczymy tu zwariowanego poszukiwacza absolutu z powieści Balzaka ,,Poszukiwanie absolutu” wzorowanego na postaci Józefa Marii Hoene Wrońskiego, jest kapitan Nemo. Ma on w sobie coś z Józefa Conrada, z jego sceptycyzmem co do kierunku cywilizacji, ale zarazem ze współczuciem dla cierpiących ludzi, co nietrudno znaleźć w jego ,,Tajnym agencie” czy też w ,,Jądrze ciemności”. Zresztą może ów człowiek zraniony jest podobny do ojca Conrada, Apolona Korzeniowskiego.

Jak można zauważyć, wyobraźnia wybiegająca w przyszłość może dokonać wielkich rzeczy w przewidywaniu techniki, mało jednak może oddalić się od sposobu myślenia okresu, w którym książki futurologiczne są pisane. Jules Verne na ogół pozostał wierny swemu romantyzmowi Wiosny Ludów. Do atmosfery XIX wieku jak najbardziej należy marzenie o socjalizmie i Karol Marks nie omylił się, pisząc w 1848 roku, że po Europie krąży widmo komunizmu. Oznaczało to ogromną podatność ówczesnych ludzi na utopię zaopatrywaną również w epitet: naukowa. Przyszłe szczęście, dobroć i wzajemną życzliwość ludzi opiewała powieść amerykańskiego dziennikarza Edwarda Bellamy ,,Looking Backward 2000-1887” wydana w 1888, polskie wydanie „Z przeszłości 2000-1887” wydane w 1889, znane też pod tytułem „W roku 2000”. Oczywiście szczęście ludzkość zawdzięcza w tym dziele zniesieniu własności prywatnej i wspólnocie dóbr. W PRL, o ile wiem, książki nie wznawiano.

W każdej epoce jej pisarzy niepokoją te same sny. Sny utopijne nie wydają się całkowicie pozbawione lęku. Przecie „Time machine” G.H. Wellsa wydana w l895, znana w Polsce jako „Wehikuł czasu”, podróż w przyszłość traktuje już jako wynalazek naukowy pozwalający opanować ten wymiar, co zresztą upowszechniła science fiction następnego stulecia. Otóż w tej powieści przenosimy się w społeczeństwo dalekiego jutra, pogodne, beztroskie, spędzające czas na uroczym nieróbstwie i erotyce. Jednakże istnienie tych dzieci kwiatów jest osiągnięte za cenę istnienia pod powierzchnią ziemi ludu pracowitych i zdziczałych małpoludów, którzy w nocy wypełzają na powierzchnię, żeby polować na urocze niewinne stworzenia. Tak więc Wells zawarł w swojej książce lęk przed brutalnym proletariatem i jakby ostrzeżenie przed jego rewolucją. Ale czyż panna Izabella Łęcka w „Lalce” Prusa nie ma snów lękowych, w których Wokulski ukazuje się z twarzą jakby podziemnego brutalnego proletariusza? Nota bene Wells, autor niewesołej przepowiedni w swojej „Wojnie światów” z 1898 roku (dała ona początek niezliczonym opowieściom o najeździe wrogów z innych planet) pod koniec swego życia napisał skrajnie pesymistyczną rozprawę „Mind at the end of its tether” czyli „Umysł u swego kresu”. O ile wiem, nigdy nie tłumaczoną na język polski. Tak więc te pierwsze książki o przyszłości mieszały już futurologiczne obrazy techniki z przewidywaniami społecznej struktury. Toteż nie ma chyba zasadniczej rozbieżności między nimi i antyutopiami XX wieku. „My” Eugeniusza Zamiatina, satyra na ujednolicenie, w którym nie ma miejsca na życie jednostki, została napisana w Rosji sowieckiej w 1920 roku. Prawdopodobnie Witkacy, pisząc „Pożegnanie jesieni” i „Nienasycenie”, jej nie znał, bo ukazała się za granicą bodaj w 1926. Również George Orwell, pisząc swój „Rok 1984”, nie słyszał pewnie o Witkacym, co jednak wypadałoby zbadać, skoro utrzymywał przyjazne stosunki z Reną Jeleńską, matką Konstantego Jeleńskiego i interesował się Polską.

Wszelka futurologia jest oparta na wątłych podstawach, bo historia nie stosuje się na ogół do jakiegoś przewidywalnego wzorca. Młody człowiek popełniający samobójstwo w roku 1900 z rozpaczy, że nic się nie dzieje, gdyby żył dłużej, przeklinałby się, że dzieje się za dużo. I nawet zmartwienia z powodu rozwoju technologii nie zawsze się sprawdzają i tutaj pomyślmy o pierwszych futurologach, których przygnębiał nadmierny przyrost ludności miejskiej, co musiało doprowadzić do uduszenia się jej z powodu smrodu końskich ekskrementów, jako że wszelkie pojazdy miały być nadal konne. Nota bene jestem jednym z ostatnich świadków miejskich komunikacji konnych jako pasażer tzw. „konki” czyli tramwaju ciągnionego przez konie w Kownie lat 20. Mogłem też ocenić zalety takiej komunikacji, bo konie biegły lekkim truchtem i można było wskakiwać i wyskakiwać w biegu.

* * *

Wspominam jednak o futurologii tylko nawiasem, bo w istocie interesują mnie podróże w przeszłość. Nasza cywilizacja bardzo późno zdała sobie sprawę, że przeszłość jest czymś innym niż teraźniejszość cofnięta. Świadkiem tego jest malarstwo religijne wielu stuleci, które przedstawiało sceny z Ewangelii, jakby odbywały się współcześnie, z zachowaniem strojów i obyczajów współczesności. Późno też pojawia się powieść historyczna, usiłująca wniknąć w inną rzeczywistość i w inny sposób myślenia. Chyba tutaj powieści Walter Scotta mają jakąś zasługę. Polska literatura chwyciła się tego wynalazku skwapliwie, zresztą niekoniecznie starając się przeszłość rekonstruować, częściej używając jej do celów doraźnych. Tym są przecież takie utwory jak: „Grażyna”, „Konrad Wallenrod”, „Irydion”, „Lilla Weneda”. Olbrzymie dzieło Kraszewskiego wypełniające jego plan pokazania historii Polski w powieściach, ma oczywiście cele dydaktyczne, podobnie jak malarstwo Matejki, choć co prawda łączy z tym zamiarem staranną dokumentację historyczną. Tutaj warto zastanowić się, gdzie my, z naszą wyobraźnią, jesteśmy w porównaniu z naszymi poprzednikami w literaturze.

Dostęp do przeszłości przez wiele wieków był bardzo ograniczony. Oczywiście istniały archiwa, choć dostępne jedynie dla ludzi wysoce wykształconych i przygotowanych zawodowo. Najdobitniej przeszłość utrwalała się w dziełach sztuki. Ale przecież ludność Europy siedziała w swoich miastach i wioskach, mało podróżując, i znała dzieła sztuki tylko ze swego parafialnego kościoła. W początku XIX wieku w Polsce już zaczęto coś mówić o malarstwie włoskim, ale to dlatego, że do Włoch mogli podróżować wybrańcy losu, obdarzeni odpowiednią fortuną. Olbrzymia przemiana nastąpiła w wieku XX dzięki wielu czynnikom jak: ruch ludności ze wsi do miast, likwidacja analfabetyzmu, ilustrowane albumy reprodukcji dzieł malarstwa i wreszcie turystyka, czyli podróże nie tylko dla szczególnie uprzywilejowanych. Do tego trzeba dodać film i telewizję. Nasza wyobraźnia jest więc bardziej pojemna i chętniej ujmuje ludzi dawnych w ich niepowtarzalnej inności. Powstaje jednak pytanie, co z tym próbuje zrobić w piśmiennictwie.

Ludzkość ma za sobą przeróżne cywilizacje, po których nic prawie nie zostało i ogarnia nas zdumienie, kiedy przypominają o nich wykopaliska archeologiczne. Moja nieżyjąca już koleżanka z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, prof. Marija Gimbutas, pisała w swoich książkach („Goddesses and Gods of Old Europe, 6500 -3500 BC: Myth and Cult Languages” oraz „The Civilization of the Goddess: The World of Old Europe”) na podstawie wykopalisk, o cywilizacji rolniczej w Europie Wschodniej i Środkowowschodniej przed najazdem indoeuropejskim, czyli wcześniej niż rok mniej więcej 2000 przed Chrystusem. Zdaje się, że były to społeczeństwa matriarchalne, dzięki czemu książki mojej koleżanki Mariji (pochodzącej z Wilna) zyskały niejakie uznanie wśród amerykańskich feministek. W świetle tych książek inwazja indoeuropejska przyniosła zasadniczą zmianę, faworyzując pierwiastek męski. Dla mnie ta cywilizacja przedindoeuropejska, trwająca kilka mileniów, jest wysoce tajemnicza przede wszystkim z powodu maski. Bo wszystkie wykopywane figurki ludzkie z tamtych epok zamiast twarzy mają maski. Musiało się to jakoś łączyć z ówczesną religią albo religiami i można tylko snuć domysły, dlaczego twarze musiały być ukryte w maskach. Przykład tej Europy przedindoeuropejskiej wystarcza żebyśmy przez chwilę pomyśleli o bezmiarach tego życia ludzkości przed nami. Bo przecie chodzimy tu, gdzie kiedyś ta preindoeuropejska cywilizacja istniała, jak się zdaje sięgając swymi północnymi krańcami do Śląska i Krakowa.

Innym przypomnieniem, że kiedyś było zupełnie inaczej, są lasy. Skłonni jesteśmy wyobrażać sobie puszcze pokrywające Polskę na wzór dzisiejszych wątłych lasków sosnowych. W istocie odrobina przedwiecznego lasu zachowanego w Białowieży poucza nas, że były to niegdyś drzewostany przeważnie liściaste, głównie dębów i lip, a wnętrze puszczy przypominało raczej parki drzew olbrzymów, z przestrzenią na dole pokrytą złomem i walczącym o słońce poszyciem. Kiedy czytamy u Kochanowskiego lamenty nad wycinaniem lasów, o wycinanie tych właśnie liściastych lasów chodzi i dopiero po ich wycięciu pozwolono tu i ówdzie wyrosnąć cherlawym sosnowym laskom. Można by było napisać całą epopeję wycinania lasów, spławiania ich rzekami i bogactwa kupieckich miast u ujścia spławnych rzek. Najpierw przyszło dorzecze Wisły i wzrost Gdańska, następnie przyszło dorzecze Niemna i wzrost Królewca, wreszcie najpóźniej wycinanie lasów w dorzeczu Dźwiny i bogacenie się miasta Ryga. Jak się to wszystko odbywało? Ścinali drzewa. Ale czym? Pił nie mieli. Jak czytamy u Stanisława Vincenza, w XIX wieku do ścinania pierwotnego lasu na zboczach Czarnohory sprowadzono traczy z włoskiego Tyrolu, uzbrojonych w piły, nowy wówczas wynalazek. Więc ścinali siekierami i rozmyślać musimy nad ilością trudu i przelanego potu.

Oczywiście mamy w literaturze polskiej nowsze powieści historyczne niż Kraszewskiego, są to np.: „Srebrne orły” Teodora Parnickiego, „Przemija postać świata” Hanny Malewskiej, „Bolesław Chrobry” Antoniego Gołubiewa. Zastanawiająca jest fascynacja polskich autorów Rzymem, zwłaszcza Rzymem schyłkowym. Tutaj też trzeba umieścić „Quo vadis”. Ja natomiast wspomniałem o lasach dla uwydatnienia tematów nietkniętych, których nie ożywiła żadna fantazja i żadne pióro. Z wdzięcznością, i nie ja jeden, wspominam „Starą baśń” Kraszewskiego i porównuję z innymi próbami cofnięcia się do życia plemiennego, a więc powieści „Nad jeziorem” Anieli Gruszeckiej-Nitschowej, wydanej pod pseudonimem Jan Powalski w 1921 i powieści Gołubiewa. Nie jest dla mnie jasne, dokąd mamy skierować nasze poszukiwania, żeby być bliżej tamtej dawności, czy do antropologii, czy do prehistorii, czy do historii religii? Wydaje mi się, że dzisiaj zdajemy sobie sprawę, jak późne w dziejach cywilizacji było to bytowanie plemion słowiańskich, bo przed nim rozciągały się obszary nieprzebadanego czasu.

Można dzisiaj zdobyć się na przepowiednię:

Ludzkość coraz bardziej będzie żywić się sobą, tzn. swoją przeszłością. Ta przepowiednia oczywiście podlega wątpliwościom właściwym wszelkim futurologiom. Niemniej istnieją oznaki pozwalające na jej obronę. Nieprzeliczone tłumy wypełniają sale muzeów i galerii sztuki, turystyka wprowadziła do obiegowego języka takie słowa jak: Akropol, Paestum, Michał Anioł, Mona Lisa. Film często stara się umieszczać swoją akcję w dekoracjach starożytnej Jerozolimy czy starożytnego Rzymu. Antoniusz i Kleopatra wymagają oprawy innej niż w epoce Szekspira. Prawdopodobnie jednak jest to dopiero początek i można jedynie starać się odgadnąć, jaki będzie ciąg dalszy.

Pozwolę sobie przypomnieć tutaj sentencję Simone Weil na ten temat: „Skąd przyjdzie odrodzenie do nas, którzyśmy skazili i spustoszyli cały glob ziemski? Tylko z przeszłości, jeżeli ją kochamy”.

Nasz związek z przeszłością jest związkiem z ludźmi, którzy kiedyś żyli, a teraz powracają we wspomnieniu albo wyobrażeniu. Grecy kochali Homera, kiedy wojna trojańska była odległą dawnością i dawnością był opiewający ją Homer. W „Ćwiczeniach duchowych” Ignacego Loyoli doradza się jako ćwiczenie wyobraźni przeniesienie się w myśli do Galilei w czasach, kiedy nauczał tam Jezus, i chodzenie jego ścieżkami. Liczne apokryfy starały się dzieciństwo Jezusa przybliżyć opowiadając o gospodarstwie Józefa i Marii, a nawet o przyrządzanych przez nich potrawach. Ten wysiłek, żeby twarze i działania ludzi żyjących dawno przywołać, jest u źródła prawdziwych i mitycznych biografii sławnych twórców np.: w naszych czasach Van Gogha, jako że jego żywot jest jakby żywotem „poety przeklętego” z końca wieku. Niewątpliwie trzeba kochać ludzi dawnych, żeby ich odtwarzać. Kraszewski kochał Polskę, która za jego życia była tylko ideą i przeszłością. Postanowił ją zaludnić postaciami wyobrażonymi, mającymi swoje nazwiska w kronikach albo zmyślonymi i dokonał olbrzymiego dzieła, któremu powinniśmy zawsze składać hołd. Miłość do poezji Kochanowskiego, Ignacego Krasickiego i poetów romantycznych nie przestaje owocować legendą o ich życiu. Przede wszystkim jednak bez ustanku przywoływany jest Mickiewicz. Dla mnie osobiście jest on najbardziej żywy w okresie wileńsko-kowieńskim, bo chodziłem jego ulicami i siedziałem na tych samych może ławkach uniwersytetu. Robiłem, co mogłem, żeby ratować mojego Mickiewicza przed stopieniem się z Mickiewiczami zalecanymi przez innych. Mój Mickiewicz najbliższy jest temu, którego wskrzeszał Zdzisław Kępiński w „Mickiewiczu hermetycznym”, bo ostatecznie szczególna aura przełomu stuleci dostarcza materiału do rozmyślań nad niepowtarzalnością każdej historycznej fazy, a tamta miała i Rewolucję Francuską i wojny Napoleońskie, ale także przedziwne spięcie racjonalizmu i mistycyzmu, zarówno dzieła takie jak „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego, odkrycie pism Jakuba Boehme, loże mistyczne, książki „anonimowego filozofa”, czyli Claude de Saint Martin, popularność Swedenborga, malarstwo i poematy Wiliama Blake’a i bardzo inne Caspara Friedricha. Pewnie dla młodych pokoleń polskich Mickiewicz jest jedynie zabytkiem zmurszałego patriotyzmu. Dla mnie pozostaje poetą sekretnym i zagadkowym. Na przykładzie mego stosunku do niego mogę pojąć, co Simone Weil miała na myśli, mówiąc o ożywczym znaczeniu przeszłości, jeżeli ją kochamy.

Czy Europa chrześcijańska umie korzystać ze swojej liczącej parę tysięcy lat historii? Bo przecie zajmując się jej historią świecką zapominamy, że prawdziwe jej dzieje dotyczą sporów teologicznych, walk religijnych, myśli naukowej wyłaniającej się stopniowo z dyscyplin uprawianych w klasztorach średniowiecza. Nad zdumiewającym sprzężeniem Jerozolimy, Aten i Rzymu nigdy nie dosyć rozmyślać, skoro nie byłoby całej dzisiejszej technicznej cywilizacji bez spotkania się w Europie całego dziedzictwa Żydów, Greków i Rzymian. Ale znaczy to, że pewne wątki są nadal nie zakończone i ciągle obecne. Do nich należy przeciwstawienie Nowego Testamentu Staremu Testamentowi w herezji Marciona w II wieku i następnie w manicheizmie oraz wysiłki Kościoła, żeby utrzymać łączność między Starym i Nowym Testamentem, zawiłe debaty teologiczne IV wieku dokoła dogmatu Trójcy św., odrodzony manicheizm średniowieczny Bogomiłów i Katarów, czyli Albigensów, myśl Pascala zmagająca się z myślą Montaigne’a, czyli cała sieć nurtów duchowych połączona też z dziejami architektury i sztuki.

Niesłychana gęstość spraw i postaci całej minionej cywilizacji europejskiej jest tuż, w zasięgu ręki, jakby tłum wielkich umysłów i potężnych duchów zgromadził się na scenie za zapuszczoną kurtyną i wystarczy tej kurtyny uchylić, żeby spotkać tę zwykle zapominaną obfitość. Można wątpić czy dzisiejsze szkoły średnie potrafią przeszłość przybliżyć. Mnie osobiście szkoła dała dużo. Na przykład poprzez lekcje historii Kościoła i lekcje łaciny. Dużo też dał uniwersytet wileński z jego może dzisiaj dziwnymi przedmiotami jak: historia ustroju Wielkiego Księstwa Litewskiego i prawo kanoniczne. Zresztą, może wiele przeniknęło do mnie z samego Wilna, miasta magicznego, w którym działają jakieś siły teluryczne.

Zakończyło się dwudzieste stulecie i dla nas teraz przeszłością jest era Młodej Polski. Zaryzykowałbym tezę, że polska inteligencja ówczesna gorliwiej chłonęła europejskie tradycje cywilizacyjne niż jej następcy. Gęstość i różnobarwność przeszłości czuł jak nikt Stanisław Brzozowski, ale choć dla mego pokolenia, czyli pokolenia Kazimierza Wyki, dużo znaczył, nie wiadomo teraz, kto go będzie jeszcze raz wskrzeszać. Orle rzuty wyobraźni, żeby użyć młodopolskiego wyrażenia, reprezentował Tadeusz Miciński, dzisiaj jednak jego eksperymentalne prozy czytane są raczej jako dziwactwa językowe. „Żywe kamienie” Wacława Berenta były nielada wizją średniowiecza, a przecie usunęła je z naszej pamięci choroba Młodej Polski, czyli nieuporządkowany język. Tamta inteligencja Młodej Polski miała jakiś format, jakąś przestrzeń, którą próbowała zagospodarować, a tego inteligencji okresu międzywojennego już zabrakło. Chyba jednak dzieło Wyspiańskiego mogło powstać tylko wtedy, kiedy obok istnieli Brzozowski, Miciński i Berent, czyli myśliciele jakby zanurzeni w historii. Wszyscy oni mieli tak, jak Wyspiański porachunki z polskim romantyzmem. Nie kto inny niż Brzozowski mówił o polskim sposobie myślenia jako ‘il storicismo polacco’.

Obecne moje rozważania mogłyby być zaliczone do utyskiwań powtarzających się od czasu do czasu na postęp, który zrywa z szacowną klasyczną tradycją. Kultura masowa zdaje się zagrażać wszelkiej więzi z tym, co było dawno. Ale może i tak się zdarzyć, że kultura masowa jest częścią nawiązywania kontaktu z ludźmi i zdarzeniami minionego czasu przez masy ludzkie, do niedawna pozbawione umiejętności czytania i pisania. Na pewno coś znaczą obiegowe liczmany odnoszące się do starożytnej Grecji, do Średniowiecza, do Renesansu, choćby były rozpowszechniane przez obrazki w telewizji i ilustrowane magazyny. Związki kultury masowej z kulturą wysoką są bardzo zawiłe i mój długi pobyt w Ameryce nie usposobił mnie negatywnie do szans poezji trudnej albo trudnego malarstwa. Według klasyfikacji wybitnego pisarza rumuńskiego Constantina Noiki ludzie dzielą się jak konie na pociągowe, cyrkowe i wyścigowe. Ogromna większość to pociągowe i nie ma na to rady. Niektórzy osiągają sławę gwiazd filmowych albo słynnych sportowców i to są konie cyrkowe, ale kulturę tworzą naprawdę tylko konie wyścigowe. Ich liczba jest nieduża, ale statystycznie większa niż wtedy, kiedy stanowiła procent wśród piśmiennych otoczonych masą niepiśmiennych.

Użyłem wyrażenia „żywić się przeszłością” To na pewno przepis dla nielicznych, ich bogactwo i radość. Rzecz polega na tym, że poruszamy się wśród pytań zadawanych przez pokolenia minione, po prostu dlatego, że kondycja ludzka pozostaje ta sama, powtarzalna i niepowtarzalna. Dziwność i szczególność każdej epoki podszyta jest stałością. Stąd ciągłe odkrywanie nowych warstw dawnych dzieł i dawnych biografii. Ale żeby podeprzeć moje argumenty o łączności kultury wysokiej z kulturą masową konkretnym przykładem, powołam się na nowojorskich taksówkarzy, którzy lubią puszczać sobie w radio Mozarta.

Czesław Miłosz          


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas