poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BARBARA CZAŁCZYŃSKA
O Kantorze
DL 2000, nr 12 (170)

O Tadeuszu Kantorze napisano i powiedziano już tak wiele, że wahałam się, czy włączyć się w ten potok słów. Zdecydowałam się jednak, gdyż w przeciwieństwie do wszystkich znawców jestem tylko „oglądaczem” obrazów. O Kantorze, zanim go poznałam, nasłuchałam się tyle, że stał się on dla mnie jakimś rodzajem legendy. Sama sztuka abstrakcyjna, której Kantor był propagatorem, była czymś nowym i niezwykłym dla ludzi przyzwyczajonych do tego, że obrazy mają przedstawiać świat „jak żywy”, a nie jakieś tam kwadraty i kółka. Na wystawę sztuki nowoczesnej w grudniu 1949 roku poszłam więc prawdopodobnie, aby zobaczyć to, o czym opowiadano, na własne oczy. Malarstwem nie interesowałam się wcale, wręcz nawet uważałam chodzenie do muzeów za coś okropnie nudnego i pozbawionego sensu. Wystawa ta to było jednak coś zupełnie innego. Chodziłam od obrazu do obrazu nie umiejąc zdać sobie sprawy co mam o tym sadzić, a równocześnie te obrazy wywierały na mnie jakieś magiczne wrażenie. Dzisiaj powiedziałabym, ze wystawa była niezwykle interesująca. Nazwiska malarzy nic mi wtedy nie mówiły - nawet niezbyt dobrze je zapamiętałam i gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że niedługo się z nimi nie tylko poznam, ale i zaprzyjaźnię, uznałabym to za kompletną bzdurę. Na wystawę chciałam pójść po raz drugi, ale została zamknięta przed terminem. Kiedy zaprzyjaźniłam się z Marysią Jaremianką i zaczęłam odwiedzać ją w pracowni, chcąc nie chcąc musiałam też zapoznać się z tym, co ona robi. I muszę przyznać, że malowane przez Nią obrazy tak samo jak te na wystawie przyciągały mój wzrok i niejako zmuszały mnie do oglądania. Osoba Kantora pojawiała się w rozmowach: często słyszałam „Kantor był...”, „Kantor powiedział...”. Kiedyś przelotnie zobaczyłam go na ulicy, ale ponieważ nie brał on udziału w wyprawach kajakowych, ani nie grał w „ogona” z Jare-mami, nie miałam okazji poznać go bliżej. Tak naprawdę poznałam go z racji wznowienia działalności teatru „Cricot”. Do wystawionej po raz pierwszy w tym teatrze „Mątwy” Witkacego dekorację robiła Jaremianka i sama w nim grała. Przygotowania do tego przedstawienia trwały długo, dyskusje toczyły się o dekoracjach, o samej sztuce i w ogóle przez jakiś czas wszyscy żyli tymi przygotowaniami. Pierwsze przedstawienie odbyło się w Domu Plastyków na ul. Łobzowskiej. Zeszli się wszyscy ci, którzy przeżyli wojnę i za dawnych czasów uczestniczyli w życiu plastycznym. Samym przedstawieniem byłam po prostu olśniona. Było to coś zupełnie nowego, zrywającego z dotychczasowym uładzonym

teatrem. Inny był sposób artykulacji wypowiadanych kwestii - były to czasem krótkie rytmicznie wypowiadane słowa. Aktorzy ubrani byli w postrzępione kolorowe łachmany nijak nie mające się do tego, co dotychczas oglądałam. A przy tym wszystkim była to spójna koncepcja, dokładnie przemyślana i zaaranżowana.

W niedługim czasie Grupa Krakowska a z nią teatr Kantora przeniosła się do piwnicy pod Krzysztoforami, gdzie uzyskał swoją stałą siedzibę. Przychodziło się tam, albo wpadało na chwilę, żeby napić się kawy i spotkać znajomych, porozmawiać, albo posłuchać tego, o czym mówią inni. Prawdziwymi jednak wielkimi spotkaniami były odczyty Kantora. Były to czasy, kiedy z trudem udawało się wyjechać, a raczej wydostać na zachód. Te czasy zamknięcia przed światem zewnętrznym są na pewno kompletnie niezrozumiałe obecnie, kiedy każdy może jechać gdzie chce i kiedy chce, byle miał za co. Ale w latach sześćdziesiątych to nie było możliwe. Kantor od czasu do czasu wyjeżdżał, jeżeli łaskawie zezwoliły mu na to władze, a po przyjeździe w galerii Krzysztofory odbywał się wykład, gdzie Kantor opowiadał o wszystkich nowościach i nowych kierunkach w sztuce. Tak więc dzięki niemu wiedzieliśmy i o pop-arcie i op-arcie, znaliśmy nazwiska twórców oraz wszystko to, co działo się w sztuce. Kantor miał dar opowiadania - słuchając go prawie widziało się to, o czym mówił i uczestniczyło się w życiu światowej sztuki, o którym milczała zawzięcie oficjalna prasa.

Któregoś dnia już pod wieczór wstąpiłam do Krzysztoforów i zobaczyłam, że jest Kantor i zbierają się też „jego” aktorzy, co oznaczało, że odbędzie się próba nowego przedstawienia. Chciałam usunąć się z „tak zwanego” pola widzenia, ale Kantor zachęcił mnie do obejrzenia przygotowanego spektaklu. I tu zaczęła się dla mnie jeszcze jedna przygoda: poznawanie tego, w jaki sposób powstaje sztuka. Była to wtedy „Umarła klasa”. O ile pamięć mnie nie myli, tytuł powstał trochę później, natomiast przedstawienie, które już było w pełni kantorowskim przedstawieniem przygotowywało się wcześniej. Zachodziłam więc wieczorami do Krzysztoforów, siadałam na małym stołeczku wśród aktorów i przyglądałam się próbie teatru. Kantor utożsamiał się dla mnie wtedy z dyrygentem orkiestry, który natychmiast zauważa fałszywy ton, a w reżyserowanym przez niego przedstawieniu wskazuje tego, który ma wypowiadać swoją kwestię i we dwójkę, aktor i reżyser wypracowywali najlepszą formę wypowiedzi. Siedziałam w czasie tego spektaklu zafascynowana; od czasu do czasu służyłam za zbiorowego widza i wtedy aktorzy swoje kwestie wypowiadali w moją stronę. Rozchodziliśmy się wszyscy o świcie. Aktorzy grali w innych teatrach, a noce poświęcali na próby w teatrze Kantora.

Podziwiałam potem teatr Kantora za granicą; w Paryżu i w Londynie i za każdym razem zdumiewało mnie to, że wszystko to, co działo się na scenie, było dla tej obcojęzycznej publiczności w pełni zrozumiałe i spotykało się z wielkimi owacjami. A przecież nie był to teatr łatwy w percepcji. Pisząc to wszystko, zdałam sobie sprawę jak bardzo Tadeusz Kantor żył życiem sztuki. Właściwie wszystko, co nie było sztuką, istniało dla niego gdzieś daleko na obrzeżach życia, jakby poza nim.

I jeszcze miał tę rzadką umiejętność zarażania swoją pasją innych ludzi i to właściwie nie narzucając nikomu i niczego na siłę. Zapamiętałam sobie dobrze jedną z rozmów z Kantorem. Mianowicie wróciłam do Krakowa po dłuższym pobycie w Paryżu. Przechodząc koło „bunkra sztuki” zauważyłam, że odbywa się tam właśnie wystawa sztuki. Oczywiście weszłam do środka. Były to czasy, kiedy królował w sztuce obiekt wzięty z życia codziennego, ale umieszczony w zaskakujących kontekstach, np. był to but przybity gwoździami do deski, albo krzesło z wystającymi zewsząd gwoździami. Chodziłam od jednego „obiektu” do drugiego i coś mi tu „nie pasowało”. Nie umiałam sobie zdać sprawy, co mi się w tym wszystkim nie podoba. Po obejrzeniu wystawy poszłam do Krzysztoforów, gdzie był już Kantor. Siadłam koło niego i powiedziałam: byłam na wystawie w bunkrze. No i jak? spytał Kantor, który wiedział, że ma „na świeżo” wystawy oglądane w Paryżu. Odparłam z niejakim wahaniem: „Wydawało mi się to wszystko jakieś niechlujne” i trochę się przestraszyłam, że to jakoś głupio wypadło. Ale Kantor natychmiast się ożywił. „No właśnie - powiedział - to jest po prostu niechlujne naśladownictwo”. I wtedy zdałam sobie dobrze sprawę, o co mu chodziło: to, co oglądałam w zagranicznych muzeach, było w każdym szczególe dopracowane, nawet jeżeli to był pogięty i na pół zardzewiały wrak samochodu. I takie samo „dopracowanie” szczegółu widziałam w tym, co robiła niegdyś Maria Jarema i Tadeusz Kantor. Oni wiedzieli, że talent to nie wszystko, że musi on być wspomagany wytężoną pracą.

Wielka szkoda, że Kantor został odsunięty i to dosyć radykalnie od wpływu na adeptów sztuki. Ale jednak w niewielkiej przecież salce w piwnicy pod Krzysztoforami zmienił nasze spojrzenie na to, czym jest i czym powinna być sztuka.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas