poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Camera obscura [DL 2000, nr 12 (170)]

Inga Iwasiów („Plus-Minus” nr 205) jako przykład tekstu dwudziestolecia naruszającego tabu wokół przeżywania macierzyństwa wymienia „Przymierze z dzieckiem” Zofii Nałkowskiej. W rzeczywistości - była to książka Marii Kuncewiczowej. Nałkowskiej trudno byłoby zresztą na ten temat pisać. Nigdy nie była matką. (hm)

Trzy kamyczki do ogródka Krystyny Kłosińskiej, autorki ambitnej książki „Ciało-pożądanie-ubranie” - o powieściach Gabrieli Zapolskiej. 1. Kiedy Zapolska pisze, że kobieta „w istocie jednak rzeczy samej pozostała sfinksem dla siebie samej” Kłosińska dopatruje się tu „filozoficznej, kantowskiej formuły o rzeczy samej” (s. 54). Tymczasem - Kant pisał nie o „rzeczy samej”, lecz o „rzeczy w sobie” (Ding an sich), a Zapolska po prostu skontaminowała (niezbyt poprawnie) dwa potoczne, równoznaczne wyrażenia: „w istocie rzeczy” i „w rzeczy samej”. 2. Dla Kłosińskiej nieokreślony zaimek „to” w wyrażeniach: „zauważyła to okno”, „wpatrzyła się w to rozdarcie” - nieodparcie kojarzy się z Freudowską Es lub Id (s. 74). Odeprzyjmy to skojarzenie: „to” w wyrażeniu „to okno” jest zaimkiem wskazującym, identyfikującym w sposób jednoznaczny określany przedmiot, a „Es” w formule Freudowskiej to zaimek osobowy. 3. Autorka uważa, że w tytułowej zbitce „Kaśka Kariatyda” słowo „Kariatyda” występuje „w miejsce oczekiwanego zgodnie ze zwyczajem patriarchatu patronimu, gdzie wskazywał on prawnego właściciela nazwiska rodowego” (s. 52). W tytułach jednak XIX-wiecznych utworów literackich imieniu bohatera często towarzyszyło nie jego nazwisko, lecz inne charakteryzujące określenie, np. „Janko Cmentarnik”, „Sylwek Cmentarnik”, „Janko Muzykant”, a także „Złoty Jasieńko”, „Bartek Zwycięzca”, „Silny Samson”; tytuł Zapolskiej nie był niczym niezwykłym. (hm)

Aleksander Krawczuk („Polityka” nr 40) przypuszcza, że Mickiewicz chyba nie znał „Odysei”, bo nie było wówczas żadnego dobrego przekładu: „mógł co najwyżej znać streszczenie i pewne fragmenty”. Niezupełnie to przekonuje: Mickiewicz jako student Uniwersytetu Wileńskiego uczestniczył w greckim seminarium Groddka, potem w czasach kowieńskich sam dalej pracował nad swoją greczyzną, próbował tłumaczyć Pindara, Ksenofonta. Polewoj zapamiętał, że cytował po grecku różne fragmenty „Iliady”, mógł więc także zapoznać się z oryginałem „Odysei”. A jeśli nie z oryginałem, to z tłumaczeniem polskim Jacka Przybylskiego z r. 1815 (cóż z tego, że złym?) lub francuskim Anny Dacier. W każdym razie w „Panu Tadeuszu” Hrabia, zwracając się do Zosi, parafrazuje apostrofę Odyseusza do Nauzykai. (hm)

W ciekawej skądinąd książce „Przekorni” Kazimierz Koźniewski przypomina m.in. artykuł Cata-Mackiewicza z r. 1927, w którym autor w czasie procesu białoruskiej „Hromady”, pisząc o jednym z jej przywódców Bronisławie Taraszkiewiczu jako „ideowym, czystym człowieku”, godnym szacunku - kończy wnioskiem, że właśnie dlatego jest on szczególnie niebezpieczny i „wart jest szubienicy”. Koźniewski komentuje: „Uwielbiam Cata za ten karkołomny, ale rycerski sposób myślenia i pisania. Artykuł o Taraszkiewiczu winien się znaleźć w kanonie najwybitniejszej publicystyki polskiej - właśnie jako przykład stylu i kultury myśli” (s. 111). Doprawdy, co najmniej dziwne ma Koźniewski pojęcie o rycerskości i kulturze myśli... (hm)

W związku z notatką w poprzedniej „Ca-merze” Ludwik Flaszen wyjaśnia, że dziennikarz z „Plus-Minus” źle zrozumiał jego wypowiedź: mówił on, że Meyerhold był w Polsce tematem tabu, ale nie w r. 1959, lecz przed swoją „rehabilitacją” w r. 1955. (hm)

Amicus Plato... W portrecie Marii Dłuskiej umieszczonym w „Złotej Księdze Wydziału Filologicznego UJ” Stanisław Balbus pisze (s. 549), że referat jej „Miejsce nauki o wierszu w językoznawstwie” wygłoszony na zjeździe slawistów w Moskwie wzbudził znaczne zainteresowanie m.in. Borysa Tomaszewskiego. Coś się tu nie zgadza: Tomaszewski zmarł rok wcześniej, 24 marca 1957. (hm)

Andrzej Zawada („Nowe Książki” nr 10) przypuszcza, że młodzieniec z karabinem figurujący na fotografii Walerego Rzewuskiego umieszczonej na okładce debiutanckiego tomu Janusza Szubera „Paradne ubranko” to jedno z Orląt lwowskich, których czyn „przekształcony został od razu przez krakowskiego fotografa, kreatora ówczesnej masowej kultury wizualnej w kompozycyjny stereotyp”. Brzmi to przekonywająco, kłopot w tym, że Walery Rzewuski zmarł 30 lat przed obroną Lwowa w r. 1888. (hm)

Wojciech Orliński („Gazeta Wyborcza” nr 256) pisze, że nowa wersja „Koziołka Matołka” z r. 1947 była ostatnią książką Makuszyńskiego opublikowaną za jego życia w powojennej Polsce. Nie jest to ścisłe: w r. 1948 ukazała się jeszcze „Panna z mokrą głową”, „Wyprawa pod psem”, „Awantura o Basię” i „Szatan z siódmej klasy”, w r. 1949 „Skrzydlaty chłopiec”, „List z tamtego świata” i „12 pieśni żołnierskich”. Dopiero później nastąpiła przerwa, która trwała do r. 1954, kiedy to wznowiono „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. (hm)

Bogdan Madej („Rzecz o książkach” nr 262) twierdzi, że dopiero po Październiku „ukazywać się zaczęły dzieła zebrane Żeromskiego, gorszyciela maluczkich Boya-Żeleńskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Prusa, Orzeszkowej i innych dotąd nie wznawianych pisarzy”. Nie ma powodu, by wybielać stalinowski okres PRL, ale nie należy pisać o nim głupstw. Wydania zbiorowe wszystkich wymienionych tu autorów ukazały się przed Październikiem (Boy od r. 1955), co więcej - jeśli chodzi o Prusa i Orzeszkową, są to niestety jedyne powojenne wydania zbiorowe. Natomiast wydania zbiorowe Żeromskiego ani przed, ani po Październiku ze względów cenzuralnych nie mogły ukazać się w całości. (hm)

Jan Pruszyński („Plus-Minus” nr 45) pisze, że pieśń „Omnia die dic Marie” ułożył święty -królewicz Kazimierz 500 lat temu. Po pierwsze - powinno być: „Omni die dic Mariae”. Po drugie - autorem tej pieśni był żyjący w XII w. Bernard z Morles; św. Kazimierz tylko szczególnie ją sobie upodobał. (hm)

Barbara Pietkiewicz („Polityka” nr 46) przypomina, że przed wojną polska aktorka Wisnowska zastrzeliła swego cierpiącego „przedśmiertne męki ukochanego, a potem przywdziała habit zakonny”. Skądże znowu! Maria Wisnowska została zamordowana w r. 1890 przez rosyjskiego oficera huzarów. Autorce chodziło o Stanisławę Umińską, która w r. 1924 zastrzeliła w Paryżu swego ciężko chorego na raka narzeczonego, pisarza Jana Żyznowskiego. Uniewinniona przez sąd francuski, porzuciła scenę i wstąpiła do zgromadzenia sióstr benedyktynek samarytanek, przybierając imię Benigna. Zmarła w r. 1977. (hm)

Ach, ci warszawiści (i warszawistki)! Ewa Ihnatowicz charakteryzując w swej „Literaturze polskiej drugiej połowy XIX wieku (1864-1914)” ówczesny Kraków pisze o jego „uwięzieniu w średniowiecznych murach barbakanu, austriackich umocnieniach obronnych i murach starych kamienic”, choć „rozebranie części murów obronnych i urządzenie Plantów stanowiło właśnie wyraz dążenia Krakowa do otwarcia” (s. 38). Autorka chyba nigdy w Krakowie nie była, skoro wyobraża sobie, że mogły go więzić mury Barbakanu. Na dodatek nie wie, że mury obronne Krakowa (które zdaje się utożsamia z austriackimi fortyfikacjami) rozebrano nie w części, ale prawie w całości już w latach 1809-1813, no i że dopełniacz od „Planty” (krakowskie) to nie „Plantów”, lecz „Plant”. (hm)

Jerzy Paszek („Śląsk” nr 11, s. 73) recenzując przewodnik encyklopedyczny „Literatura polska XX wieku”, zapytuje: „Czemu w sylwetce Romana Ingardena zabrakło ściśle literackiej informacji o jego tłumaczeniu (pod pseudonimem Jana Łukowskiego [...]) drugiego tomu „Czarodziejskiej Góry” Tomasza Manna? Odpowiadamy: z bardzo prostego powodu. Pseudonimem tym posłużył się nie Ingarden, lecz inny filozof - Władysław Tatarkiewicz, co w jego biogramie zresztą odnotowano. (hm)

Jerzy Pomianowski („Tygodnik Powszechny” nr 48) pisze o „sławie światowej matematyków z krakowskiej szkoły, od Twardowskiego po Banacha i Steinhausa”. Twardowski znalazł się tu bezzasadnie; wprawdzie był profesorem Uniwersytetu Lwowskiego, ale zajmował się filozofią i psychologią, nie matematyką. (hm)

Leszek Wołosiuk („Gazeta Wyborcza” nr 275) twierdzi, że do uczniów Edmunda Husserla - Żydów, którzy przyjęli chrzest, należał Wilhelm Dilthey. Dwa błędy w jednym zdaniu! Dilthey był starszy od Husserla o 26 lat i nie był z pochodzenia Żydem. (hm)

Z „Gazety Wyborczej” (nr 271) kamerzysta dowiedział się, że powstaje stowarzyszenie czystej praktyki w biznesie pod nazwą „Manus Puris”. Pomysłodawcą jest dyr. Jakub Bierzyński, program referował prof. Antoni Kamiński, w skład komitetu honorowego wchodzą m.in. Jan Nowak Jeziorański, Hanna Gronkiewicz-Waltz, o. Maciej Zięba. Z całym szacunkiem dla wszystkich tych osobistości - czy rozumieją one, że łacińska nazwa tego projektu znaczy dość dziwacznie. „Ręka - czystym” lub „Ręka - czystymi”? „Puris” bowiem może być tylko celownikiem lub narzędnikiem liczby mnogiej. Jeśli chodziło o nazwę „czyste ręce”, może ona brzmieć tylko: „manus purae”. Bez komentarzy nazwę „Manus puris” przytoczyła „Polityka” (nr 49). I nic dziwnego skoro w tymże jej numerze można znaleźć w artykule Adama Krzemińskiego wyrażenia - „per procura” (zamiast „per procuram”) i „emanacją nazistowskiego munduru - zło in corpore” (co znaczy: „w pełnym składzie osobowym”). (hm)

Nie ma rzeczy doskonałych, więc i Jerzemu Lisowskiemu przydarzyła się w t. III imponującej „Antologii poezji francuskiej” gafa. Wśród utworów Gerarda de Nerval zamieścił wiersz „Le roi de Thule” („Król Thule”) - będący tylko wiernym tłumaczeniem wiersza Goethego pod tymże tytułem. Francuskiemu przekładowi towarzyszy tu oczywiście polski przekład przekładu... (hm) 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas