poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
SYLWIA FROŁOW
Karnisz
DL 2000, nr 12 (170)

Restaurator Berger zamówił go u najlepszego mistrza w Wiedniu. Ręcznie toczony, zgrabny, dwiema ciężkimi kulami zakończony i wsparty na uchwytach w kształcie lwich pazurów. Szlamek, uczeń stolarza Meyera, przyszedł go zainstalować. - Ajajajaj! - wołała żona restauratora wznosząc do góry ręce. - Tapety piękne, wytłaczane, a ty chcesz je dłutkiem kuć?!

- Pani nic się nie boi, pani Bergerowa! - Szlamek wsoło czarnym okiem łypał. - Ja tak zakuję, że śladu nie będzie! Karniszek piękny, na cymes zrobiony, wszystkich nas jeszcze przeżyje!

- Nie bluźnij, chłopaku, nie bluźnij! - Bergerowa grubym paluchem groziła. A śmiał się Szlamek, w ustach pejsa filuternie gryząc.

Już na schodach kroki słychać było, skrzekliwy glos przez megafon do wyjścia wzywał. Berger otarł zimny pot z czoła i oczy stare do okna zwrócił. Ręce stare wzniósł, nie wiadomo, czy do Pana w Niebiosach, czy do karnisza ręcznie toczonego. Nie zdążył, drzwi ciężkie ktoś na oścież rozwarł.

Potem zimna noc była, płacz, modły i wonność ziemi leśnej, która na zawsze swym płaszczem ich okryła.

Teraz nowe tapety ktoś kładł na ścianach. Nową kotarę przez karnisz powiesił. Dym cygar okna spowijał i muzyka Wagnera. Połysk oficerskich butów, śmiech młodej kobiety, woń czerwonego wina i strzały za oknem.

Śnieg padał obficie, kiedy znów ktoś na oścież drzwi ciężkie otworzył. Kilku młodych żołdaków z czerwonymi od mrozu twarzami wpadło do środka, wszelkiego dobra szukając. Ciało w lesie pozostawili, oficerki ze sobą zabierając. Kotarę zdobioną zdarli z karnisza i nogi nią przemęczone poobwijali. Woń przepoconych ciał mieszała się z dymem sypanej na gazetę machorki i cierpkim odorem samogonu, chłopu na wsi zabranego.

Poszli dalej, okno rozwarte pozostawiwszy, a śnieg biały w każdy zakamarek zaczął się wciskać.

Wiosną ręce czyjeś drewna na opał przyniosły, ogień w piecu zapaliły. Tapety ze ścian dawno odpadły, a karnisz od brudu zmatowiał. Długo on kotary nie zobaczył, jeno sznurek parciany, na którym kolejny lokator- ten z odmrożonymi na wschodzie nogami - się powiesił. Nie darmo Szlamek młotkiem stukał i dłutkiem kuł. Wytrzymał karnisz zmarnowane ludzkie życie.

Później przyszedł następny lokator z całą rodziną. Gwar duży i śmiech dzieci rozlegał się dokoła. Ściany na zielony kolor nadziei pomalował, a karnisz kotarą w różyczki przyozdobił. Długo jednak swym szczęściem się nie nacieszył. Ktoś ciężkie drzwi na oścież rozwarł i mężczyznę z domu wyprowadził. Nie wrócił już nigdy, a ściany swój zielony blask nadziei straciły. Podrosły dzieci i własne dzieci miały, lecz śmiech zastąpił krzyk i urąganie tych, co z życiem za bary co dzień się biorą i padają pokonani.

Kotarę w różyczki ogień papierosa strawił, ściany sadza obsiadła. Znowu okna na oścież rozwarto, a śnieg do środka się wdarł, każdy kąt zapełniając. Mury popękały, dach niczym starzec zapadł się w sobie i tylko karnisz lwim pazurem kurczowo ściany się trzymał.

Wśród zwału poczerniałej cegły znalazł go pewien człowiek. Obejrzał okiem znawcy i wyjść z podziwu nie umiał. Ręcznie toczony, kulami na końcach zdobiony, z litego złota na jakieś trzy kilogramy zrobiony.

- Mój Ty Boże... - westchnął ciężko. - Ileż mogłeś życia ocalić...

I rację miał młody Szlamek, karnisz niejeden świat przeżył i tyle ludzkich języków zapamiętał. Uległ w końcu, w kłębek się zwinął i w ciężką sztabę przemienił.

- Karniszek piękny, na cymes zrobiony, wszystkich nas jeszcze przeżyje!

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas