poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
AGNIESZKA DUTKA
Basy Pani K.
DL 2000, nr 12 (170)

„Co nie ma drugiej strony?”

Siedzimy przy stole w kuchni. Ciach, ciach, ciach: nóż odcina cienkie plastry ogórka, które zgarniam do salaterki z sałatą. Kasia kroi awokado na pół, wyjmuje pestkę, resztę dzieli na mniejsze części.

„Co nie ma drugiej strony?” pyta Michał sięgając po awokado.

Klara już liże owoc i chyba się namyśla.

„Wiem, co nie ma drugiej strony” jej ręka z awokado nieruchomieje przy ustach „Lustro”.

Teraz zatrzymuje się ręka Michała.

„Nieprawda, ma drugą stronę, tylko trzeba przejść za lustro”.

„Nos nie ma drugiej strony”.

„Jak to: to jest jedna, a to druga strona” palec Michała dotyka obydwu boków nosa.

„Ale nie tak: lewa i prawa. To w całości” palce Klary chwytają nos „to jedna strona i nie ma tej drugiej”.

„Jest. Tam w środku, w głowie. Wszystko ma dwie strony”.

Kasia znowu coś kroi, chyba paprykę. Jej dłoń z nożem zawisa w pół drogi, oczy przybierają specjalny wyraz i mówi:

„A ja wiem, co nie ma drugiej strony. Cień”. Dłoń z nożem znowu tnie, może to jednak pomidor. „Tak, cień nie ma drugiej strony”.

Teraz nóż zgarnia czerwone kawałki do miski, w której przed chwilą wylądowały bladozielone plastry ogórka. Biorę się za czosnek. Najprościej byłoby go zgnieść w prasce, lecz jego ząbki są ogromne. Siekam je na desce.

„Idę zobaczyć, co robi tata” Michał ześlizguje się z za wysokiego krzesła „Wszystko ma dwie strony, cień na pewno też”.

Dwa kroki w stronę drzwi i zatrzymuje się:

„Woda... Nie, od strony dna ma drugą stronę”.

Dwa kroki w stronę drzwi.

„Skała!” krzyczy Klara.

Michał podchodzi do niej powoli. Kręci głową.

„To jak woda. Od strony ziemi ma drugą stronę. Tam w środku. Jak drzewo. Wszystko ma dwie strony”.

W kuchni jest przyjemnie. Pachnie kawą i zieleniną. Popołudniowe światło wydobywa kolor z przedmiotów leżących na stole. Pod stołem leży pies. Niby śpi, lecz raz na jakiś czas otwiera oko i będąc nieruchomym, rozgląda się.

„Miałbyś ochotę pójść do ogródka dosypać ziemi do kwiatków?”

„Dosypać ziemi do ogródka?”

„Tak. Kupiliśmy i od wczoraj nie miał się kto tym zająć.”

„W tych workach przed wejściem jest ziemia? „

„Taka cudna. Czarna i brązowa.”

„To chodźmy. Z przyjemnością. Nigdy nie mam okazji popracować w ogródku.”

Na zewnątrz jest inaczej niż dwie godziny temu. Słońce wisi gdzieś z boku, w dodatku zrobiło się pomarańczowe, choć to jeszcze nie zachód. Kasia ciągnie za rogi worek z ziemią w stronę małego klombu. Kładzie go, chwyta za inne rogi i przechyla worek otworem w dół. Ziemia z worka wysypuje się na ziemię w ogrodzie.

„Wczoraj myślałem o pani K”. zdobywam się na odwagę.

„Za każdym razem, gdy się widzimy mówisz coś o pani K”. głos Kasi jest lekko zniecierpliwiony, albo tylko się tak wydaje.

No tak. Ale przecież wtedy obok też stała Kasia. Przyszła z panią Popiel od pani K., gdy siedziałem na balkonie przy białym stoliczku. Z racji szczenięcego wieku nie wiedziałem jeszcze nic, więc nie wiedziałem o pokrewieństwie łączącym Kasię z panią K. Sądziłem po prostu, że też się znają.

Tymczasem Klara wychodzi z domu i powoli zbliża się. Trzyma rękę na czole i mówi:

„Źle się czuję. Boli mnie głowa”. Czubkiem buta toczy kamyk „Chyba pójdę spać”.

„Oj, czy nie jesteś chora?” Kasia z niepokojem zerka na nią i kładzie jej rękę na czoło „Nie, chłodne”.

„Ale ja i tak idę spać”.

„Lepiej nie, za wcześnie, jeszcze nie pora”.

Więc Klara kuca i przygląda się nowej ziemi. Została.

Bo aby znaleźć się w łóżku, trzeba usłyszeć komendę dorosłych. „Czas spać” wypowiadane zawsze w złym momencie, w trakcie najlepszej zabawy, odcina dzień od nocy. „Czas spać”, komenda bezwzględna, a przez to złowroga, budzi oczywisty sprzeciw i rodzi błaganie: „Jeszcze chwilę...” Choć ta chwila nie zbawia. „Czas spać”. Przerwana zabawa zastyga w przedmiocie unieruchomionym przez wypuszczenie go z ręki: w kolejce, której ostatni wagon się przewrócił, czy w misiu, obserwatorze zabawy kolejką siedzącym dotąd na krześle. Lecz właśnie zaraz spadnie, jeśli się go nie przytrzyma. „Czas spać”! Miś leży na podłodze łapą przykrywając lokomotywę. Lokomotywa przechyla się. Ale nie przewraca. Teraz ani kolejka, ani miś nie przyciągają do siebie. Wystarczyło oderwać się od nich na chwilę, a już z przyjemnością oczekuje się, że po tych wszystkich: „zjedz to” i „teraz do mycia” będzie się w łóżku, znów sam na sam z własnymi myślami. To dziwne, że gdyby nie to „Czas spać”, człowiek sam z siebie nie zdecydowałby się na przekroczenie granic zabawy, na zaprzestanie jej, by przyspieszyć to przyjemne „w łóżku”. Bo przecież wleczony na siłę do łazienki stawia opór, bo przez dzień pełen zabawy, zapomniał o uroku chwil poprzedzających zaśnięcie. Dlatego, aby znaleźć się w łóżku, niezbędna jest komenda „Czas spać”. A i tak mija jeszcze sporo czasu zanim w końcu jest się tam: na poduszce i pod kołdrą.

Matki i ojcowie w napięciu wymieniają uwagę;

„Śpi?”

„Śpi”.

Wtedy rozluźniają się: przestają trzymać prosto plecy, omawiają sprawy, o których wcześniej milczeli i nawet nierzadko dłubią w nosie. A gdy oni nadganiają zaległości, usiłując w te wieczorne godziny upchnąć wszystkie czynności, na które nie znaleźli dotąd czasu, człowiek, który ma niby spać, wreszcie może pozbierać myśli. Wreszcie jest święty spokój. I tylko, gdy matka z ojcem wtykają głowy przez uchylone drzwi („Śpi?” „Śpi”.), na wszelki wypadek lepiej zamknąć oczy. Ich głowy cofają się, a drzwi są znowu zamknięte. Tak to wygląda z grubsza. W szczegółach różni się w każdej rodzinie. Rozwinę to o szczegóły.

Właściwie było niezupełnie tak, bo tata wracał późno, często gdy już leżałem w ciemnym pokoju i chodziło o to, żeby doczekać się na jego powrót. Tak się składało, że wracał równocześnie z dzwonkiem obwieszczającym opuszczanie i podnoszenie rampy na przejeździe kolejowym przy torach biegnących sześć domów od tego, w którym mieszkaliśmy my. Więc właściwie czekałem na przyganiany echem odgłos daleko jeszcze pędzącego pociągu, i na terkotanie dzwonka. Potem przejeżdżał pociąg i znowu dzwonił dzwonek na rampie, a ja czekałem teraz na znajome kroki na schodach. Pewne było, że jeśli nie z tym, to pojawią się z następnym pociągiem. I gdy już te kroki słyszałem, ogarniał mnie błogi spokój. Mógłbym teraz zasnąć. Mógłbym, gdyby nie to, że się nie dało, bo właśnie działy się nowe rzeczy. Na przykład w świetlistej szparze pod drzwiami pojawiały się ruchome ciemniejsze miejsca wyznaczone przez przesuwające się postacie. Przykuwały mój wzrok i, żeby było ciekawiej, stawały się cieniami wyimaginowanych osób. Z tym, że lepiej było nie wyobrażać sobie za dużo, bo można się było przestraszyć. Potem świetlistość pod drzwiami zmieniała charakter i to oznaczało, że ojciec zaświecił lampę przy łóżku. Rozlegał się sygnał „Muzyki i aktualności” zagłuszany przez szelest, który wdzierał się nawet w środek snu i jeśli się miało dość śmiałości, by otworzyć drzwi, widziało się ojca czytającego gazetę. W piżamie w paski leżał podparty na łokciu i czytał albo siedział oparty o regał i też czytał. Na podłodze piętrzyła się sterta gazet nowych i już nadczytanych, w których ręka ojca zagłębiała się raz za razem z furkotem szeleszczącego papieru i wybierała egzemplarz, o który właśnie chodziło.

Nieco inaczej miała się sprawa w lecie. Kładziony do łóżka o absurdalnej porze, gdy było jeszcze jasno, przewracałem się z boku na bok, drżąc z oczekiwania na nadchodzące wakacje. Tradycyjnie opatulony w kołdrę, którą specjalnie rozkopywałem (ściślej mówiąc nie kołdrę, a koc obleczony poszwą) czułem, że to dziwny fragment dnia przez zaniedbanie wstawiony w miejsce wieczoru. Tym razem ojciec wracał, gdy było jeszcze jasno, co nie zmieniało niczego, bo i tak było późno. Ale choć było późno, światło w szparze pod drzwiami nie pojawiało się, bo wciąż było jasno.

Lecz niezależnie, czy to było bezwieczorne lato, czy niemal stale przeobrażona w noc zima, późną godziną dobiegał z hallu powtarzający się dźwięk dzwonka telefonu i odgłosy prowadzonych przez niego rozmów. Telefon był „towarzyski”: aparat stojący na półpiętrze dla nas i pani K., aparat na parterze - w mieszkaniu państwa B. Na dźwięk dzwonka państwo B. podnosili słuchawkę u siebie, a od nas pędziło się na złamanie karku na półpiętro, i dopadało się jej z lekką zadyszką. Potem trzeba było wezwać właściwą osobę. Więc my zbiegaliśmy na dół, jeżeli telefon był do państwa B., a oni wybiegali na górę, jeżeli telefon był do nas. Albo, jak teraz, do pani K. Jej mocny głos i charakterystyczny śmiech dominowały nad ciszą, która, jak mi się wydawało, wypełniała dom od dawna. Nie była to cisza wynikła z tego, że wszyscy mieszkańcy pogrążyli się w odpoczynku. Ta cisza była tym, co słyszałem dopiero teraz. Dopiero teraz, różne, nie zagłuszane dźwięki mieszały się z tymi, które zawsze mieszkając w moich uszach, dzwoniły na wysokich częstotliwościach, nieraz budząc mój strach. Gdy pani K. tkwiła przy telefonie, nie głuszyła tych dźwięków, a tylko dodawała nowe, czyniąc hałas, który, o dziwo, nie przeszkadzał, bo był swojski, codzienny, a przez to mój własny.

I tak, zaopatrzony w te dźwięki, przeczekawszy wizytę mamy, która przyszła opatulić mnie lepiej kołdrą (moje oczy zamknięte, jej ręce troskliwe), wstawałem i podchodziłem do okna. Wdrapywałem się na szeroki parapet i, osiągnąwszy w ten sposób oczyma poziom oczu osoby dorosłej, otrzymywałem obraz, który na zawsze zsynchronizował się we mnie z głosem pani K. do telefonu i dziwnym pogłosem, który pojawiał się, gdy zamykała za sobą drzwi do pokoju. Długo nie kojarzyłem tego pogłosu z panią K. I, choć nie przypominał mi niczego, sądziłem, że ktoś (kto?) w ten sposób nocami pociąga za gumkę owijającą mały bębenek. Częstotliwość dźwięku była różna, choć często równomierna, i gdy wracałem z parapetu do łóżka, przytulałem się do rogu kołdry, zapadałem w towarzystwie bębnienia w przyjemne odrętwienie poprzedzające sen. Było ono składową nocy i nigdy nie pojawiało się w ciągu dnia. Bo w hierarchii głosów dziennych, ustępowało wszystkim pozostałym, więc znajdowało się na najniższym szczeblu drabiny, stłamszone tymi ze szczebli wyższych.

Zaś co do obrazu zza okna - ignorowałem go, z zainteresowaniem wypatrując całujących się par, które zgodnie z moją intuicją, powinny tłumnie wypełniać ulicę nocą. Nic z tego. Tylko raz w zimie zauważyłem na rozjaśnionej śniegiem i żółtawym światłem latarni ulicy Łuka-szewskiego dwie przytulone sylwetki. I już przykleiłem nos do szyby, by nie umknęło mi z widoku nic, na co czekałem tyle miesięcy, a może i lat, gdy para zbliżyła się do rogu naszej ulicy i nie wiedzieć czemu, już nie przytulone, każda z postaci udała się w inną stronę.

A basy trwały.

Mały bębenek ukryty w którejś ze ścian, lub w schowanym w jednej z nich pokoju powtarzał swój cowieczorny rytm, aż do mojego zaśnięcia. A nawet dłużej. Przebudzony nieraz natrętnym szelestem gazety (powstawał wtedy, gdy ojciec gwałtownym szarpnięciem prostował zagiętą stronę) zaraz słyszałem znajomy i bliski odgłos stłumionych basów pani K. Wciąż nie wiedziałem, że mają coś wspólnego z panią K. Wciąż nie wiedziałem, że to basy.

Natomiast wiadomo było, że wieczorne wybuchy ostrych, wysokich dźwięków to jej śmiech, towarzysz rozmów telefonicznych. Odkładała słuchawkę z lekkim stukotem ebonitu, widełki gwałtownie przyciśnięte wzdychały poruszając aparat w miejscu, gdzie umiejscowiony był dzwonek. Więc ebonitowemu stuknięciu towarzyszyło lekkie dzwonknięcie. Teraz pani K. wychodziła parę schodów do góry (nota bene mijając po lewej ręce swój portret narysowany przez Witkacego) i skręcała w lewo. O czymkolwiek akurat myślałem, jakąkolwiek właśnie historię wyobrażałem sobie, zawsze na drugim planie widziałem panią K. spieszącą do telefonu i wracającą do siebie, czy stojącą na półpiętrze ze słuchawką w jednej ręce, a z drugą też zajętą: założoną za głowę na bolących plecach. No więc, skręcała w lewo, mijała swoją piękną szafę i komodę i naciskała klamkę drzwi. Ach, ta klamka, jej metaliczny, delikatny zgrzyt, to stuknięcie drzwiami... Znaleźć się tam i usłyszeć, że choć minęło ćwierć wieku, ta klamka wciąż zgrzyta, a drzwi nadal stukocząw ten sam sposób. Znaleźć się tam i z zaskoczeniem stwierdzić, że łazience przywrócono jedyną właściwą jej funkcję i z rozczuleniem uśmiechnąć się na wspomnienie jej obrazu sprzed tych trzydziestu lat. Łazienka bowiem, tak jak telefon, hali i strych, była wspólną przestrzenią naszą i pani K. Mówiąc wprost: łazienka była wspólna. Poniekąd wspólny był dom. Cóż z tego, że willa stała w ogrodzie, ozdobiona dwoma świerkami od frontu, czterema topolami z tyłu i wierzbą płaczącą za oknem pani K.? Cóż z tego, że właściciele żyli, mieszkali w niej i spotykało się ich stale? Dom, podzielony przez kwaterunek między przypadkowych lokatorów, był niewygodny, choć przytulny. Na parterze mieszkali właściciele, państwo B. i chyba tylko oni mieli w pełni funkcjonalne mieszkanie. Mały pokoik zaraz przy bramie zajmowała Antosia, od lat związana z rodziną państwa B., w dwóch następnych pokojach, przerobionych na pokój z kuchnią mieszkała pani Osiecka. Wyżej na półpiętrze stał „nasz” telefon, a na piętrze mieszkaliśmy my w dwóch pokojach i nielegalnie zrobionej przez ojca kuchni na strychu oraz pani K. w pokoju z ciemnią fotograficzną. Ciemnia, nie pełniąca swej funkcji, została zamieniona w przytulną „dziuplę”, prawie w całości wypełnioną tapczanem. W niedużej wnęce stały walizy i różne graty, na innej ścianie wisiało parę półek. Jedna urywała się nagle, by zetknąć się z umywalką z kranem, i by dalej po tym zetknięciu, po drugiej stronie umywalki, kontynuować swój bieg. Z kranu nie płynęła woda, umywalka nigdy nie była mokra. Stanowiły jedyny element (prócz braku okna) przypominający o jakimś specjalnym przeznaczeniu pomieszczenia. Gdy tymczasem, zapchane, stanowiło komorę, z której wyssano dźwięki, i nawet jeśli który pojawił się, głuszył go nadmiar przedmiotów. Tak więc, pani K. mieszkała w pokoju z ciemnią. Na piętrze była jeszcze łazienka, jak już wspomniałem, wspólna. Dla nas była łazienką z ubikacją, dla pani K. była również kuchnią. Na dwupalnikowej kuchence gazowej, na której my w ogromnym garze grzaliśmy wieczorem wodę na mycie, gotowała swoje obiadki, wodę na kawę Nesca (dostawała w paczkach z Londynu), a na sitku ustawionym nad parą odświeżała bułki. Stół z długą półką zawieszoną na nogach parę centymetrów nad podłogą, stanowił równocześnie blat kuchenny i szafkę na garnki. Tak więc, otwarcie i zamknięcie drzwi pokoju pani K. oznaczało, że pani K. idzie albo do swojej kuchni albo przejdzie obok niej i skręci do telefonu. Lub, tak jak tym razem jej kroki przybliżą się do końca hallu. Więc zapewne zdążały na strych, gdzie tuż za drzwiami, na skrzyni, pani K. miała swoją „lodówkę” w zimie. Lecz oto otwierają się drzwi do pokoju, w którym właśnie „śpię”, w jasnym otworze widzę ciemną, zgarbioną sylwetkę.

„Czy nie ma tu mojego kota?”

I już, zanim ostatnie słowo i znak zapytania wybrzmiały do końca, drzwi są zamknięte. Otwierają się drzwi do pokoju rodziców:

„Czy nie widzieli państwo mojego kota?”

i protest mamy:

„Jakże tak można bez pukania?!”

Pani K. nie zostaje dłużna. Godzinę potem słychać otwieranie i zamykanie drzwi do pokoju rodziców i wrzask pani K.:

„Jakże tak można bez uprzedzenia?!”

To mój ojciec przeszedł przez hali natykając się na panią K. w majtkach. Jej majtki stanowiły stały element w codziennym, wspólnym naszym życiu. Rano i wieczorem krążyła bądź nie w pełni jeszcze ubrana, bądź już częściowo rozebrana, między pokojem, łazienką-kuchnią i swoją szafą w hallu swobodnie, jak we własnym mieszkaniu. Bez najmniejszego skrępowania pokazywała ten szczegół garderoby, gdy siedząc u nas na pogawędce, kładła się z powodu bólu pleców na podłodze w szeroko rozkloszowanym szlafroku. Jej majtki, jedyne w swoim rodzaju, uszyte z połyskliwych tkanin, sięgające kolan, tuż nad nimi ściągnięte gumką, raczej przypominały pokrowiec. Granatowe, ciemnopopielate lub czarne, lśniły na pani K., pędzącej do telefonu przez schody. Gdy ojciec znienacka pojawiał się w hallu akurat „wtedy”, budziło jej protest i gwałtowną ucieczkę do pokoju wśród pisków i lamentu spóźnionego wstydu.

Parę dni potem lub przedtem sunęły w kierunku naszych drzwi kroki pani K. zaopatrzone tym razem w słowa niezadowolenia, ton głosu uprzedza, że miało miejsce coś „irytującego” (tym słowem pani K. często określała pewne sytuacje, to słowo kojarzy się właśnie z nią). Wpada do pokoju i tonem pełnym wysokich, świdrujących nut krzyczy:

„Kto położył tę ściereczkę na imbryku?” (imbryk - piękne słowo usłyszane pierwszy raz z ust panią K., na zawsze już skojarzone w rym: imbryk-wybryk) Myślałam, że to są moje ściereczki i że to ja decyduję o ich przeznaczeniu. Co za pomysł, żeby się wtrącać bez sensu? „Ta” tu pani K. potrząsa zielonym skrawkiem „służy do przykrywania odgrzewanych bułek. Coś potwornego, żebym nawet w tej sprawie nie miała nic do powiedzenia”.

I choć już od nas wyszła, na klatce schodowej jeszcze rozlega się skarga. Ściereczek w łazience jest mnóstwo. Prostokątne, obrębione lub nie, wzorzyste i gładkie, niektóre nadpalone przy krawędzi na rudo, z tkanin mięsistych i cienkich. Wszystko zależy od przeznaczenia. Oprócz pani K. nikt nie jest w stanie go poznać, ani się nauczyć. Więc znalezione na podłodze, czy strącone przypadkiem kładzie się gdzie bądź. Odłożone na stół okazują się tymi przeznaczonymi do wycierania kuchenki, ta zawieszona na gwoździu powinna się znaleźć na imbryku, a ta z bułek - skąd wzięła się na ziemi? I czemu ściereczkę do wycierania kocich łap ktoś powiesił na krześle? Więc był i kot: stara Kleopatra.

Na drewnianym krześle bokiem przytkniętym do stołu siedzi pani K. i długimi, szczupłymi palcami przemywa żalącej się kotce krwawy kikut. Kot nie ma ogona. Ze swojej podróży po

strychu wrócił z zakrwawionym ogryzkiem, dwucentymetrową pozostałością (sam ogon został odnaleziony na górnym poziomie strychu, utytłany w piachu), płacząc z bólu i żałości po niewątpliwej ozdobie. Jeszcze parę dni wcześniej kot siedział na kaloryferze i patrzył na mnie nieufnie. Bo ja patrzyłem łakomie na talerz z gazety, na którym leżały kawałki ziemniaków i wędzonej ryby. Wydawały się być takie smakowite. Właśnie nie wytrzymałem: jedną ręką sięgnąłem po różowe mięso ryby, drugą po ziemniaka i naraz włożyłem je do ust. Ryba, jak to ryba, trochę podsuszona, o smaku wędzonki, z tym różowym kolorem, to przesada, wpada lekko w brąz. Natomiast ziemniak, wilgotny w środku, podeschnięty tam, gdzie przedtem była skórka, przesiąknięty smakiem ryby, był paskudny. Wyplułem wszystko na rękę pod, jak mi się wydawało, kpiącym okiem kota. I oto teraz kot nie ma ogona. Miejmy nadzieję, że jakoś się z tego wyliże, poradzi sobie z ułomnością i jeszcze będzie brykać. Lecz nie. Wkrótce pojawia się jakieś choróbsko, potem następne, aż w końcu nieustający ich ciąg staje się wyrokiem. Kleopatra została uśpiona w lecznicy zwierząt przy Brodowicza. Era rozleniwionej, zniedołężniałej kotki dobiegła końca, w nadziei mamy dobiegła końca era kotów w ogóle (wszak czasem u nas znajdowano, kierując się węchem, pewne nieczystości). Lecz wkrótce rozpoczęła się era krótka, lecz intensywna, era wesoła i stresująca: era kota Kropka. W wędrówce przez hali do łazienki straciliśmy poczucie bezpieczeństwa, bo Kropek, który zawsze czaił się w ukryciu, czyhał na przechodzące łydki. Hop! Dopadał ofiary, wbijał pazury z rozmachem. Hop! Już go nie było, wpadał pod szafę i nikt, ale to nikt go nie widział. Czasem oczywiście udało się dotrzeć do łazienki bez opresji, lecz i tak, samo oczekiwanie na nią było straszne. Nasze poranione nogi, nie były dla pani K. argumentem, że z kotami żyć się nie da. Na szczęście, za drzwiami jej pokoju, Kropek wykazywał daleko szerszą od „hallowej” inwencję. Wyznawał zasadę, że wszystko dzieje się dla jego zabawy, a więc polował na wszystko wprawione w ruch i na to, co właśnie nieruchomiało: na pióro ślizgające się po papierze, na igłę miotającą się między krawędziami dziur w skarpetach, na migocącą w filiżance taflę kawy czy herbaty, na trzęsącą się grudkę dżemu na bułce i na samą bułkę, rozkołysaną jak łódka, na wymachujące rogami kartki papieru, dyndające frędzle i narzuty, i na całą resztę w pokoju rozedrganą bądź migocącymi promieniami światła, bądź rozkołysanymi cieniami gałęzi wierzby płaczącej. Słowem do wszystkiego dodawał kocie trzy grosze. Polował nawet na panią K., gdy leżąc, stanowiła świetny cel skoków z rozkołysanej firanki. Został w końcu wyprawiony na wieś, do zaufanych gospodarzy, gdzie, odwiedzony przez panią K. po jakimś czasie, ujawnił się jako leniwy i opasły kocur. Następnych kotów nie było. Nie ma.

A basy trwały. Basy trwają.

Tymczasem na drewnianym krześle bokiem przytkniętym do stołu siedzi pani K. i trzymając mały nożyk w długich, szczupłych palcach obiera jarzyny. Stoję obok i podziwiam smukłe dłonie, którym przyziemna czynność nie przystoi. Więc czym powinny się te dłonie zajmować? Ano wszystkim, czym zajęte są poza tym: haftowaniem w krzyżyki, układaniem suchych bukietów, głaskaniem kota, pisaniem wierszy. Lecz jeść trzeba. Zatem do garnków stojących na półce pod stołem dodajmy parę podręcznych rondelków z niesfornymi przykrywkami. Jest noc. Oto jedna upadła na posadzkę i kolistym, przyspieszanym brzdękiem stawia cały dom na nogi. Towarzyszą jej okrzyki pani K. pełne oburzenia? dezaprobaty? wobec przykrywki? czy własnej niezręczności? W końcu jednak pojawia się zgrzyt klamki, stuknięcie drzwiami i zapada cisza, w której znów słychać odległe, przyciszone basy pani K. Więc moja teoria się sprawdza: pojawiają się tylko w zupełnej ciszy, takiej, że towarzyszy jej szum i pisk w uszach. Tego się boję. Tego szumu i pisku. Taka cisza, że nie ma nic? nikogo? jestem sam? Przedmioty w znanym od zawsze pokoju nabierają sztywnych kształtów, takich, jakie mają rzeczy dopiero co nabyte, zanim, ogrzane naszym rytmem staną się miękkie, a więc znajome i własne. No więc kształty sprzętów sztywnieją, drzwi do szafy zamieniają się w drzwi do nieznanego, a ubranie rzucone na krześle zaczyna przybierać kształt nieproszonej postaci. Rozrzucone na podłodze zabawki, ciemne od nocy, twardo milczą w swej niezależności, podkreślając tym moją samotność. Zwłaszcza, że na krześle jest już gotowy „ktoś”, zwisa w dziwnej pozycji, jest straszny i poraża wzrokiem, a za drzwiami do szafy, wreszcie wiadomo, czai się tygrys. Powietrze zaczyna pulsować, czuć, że znajduje się wszędzie, a gdy otworzyć szeroko oczy, widać, że składa się z czarnych punktów. W każdej chwili mogą mnie zasypać. Lecz naraz słyszę stukot drzwi pokoju pani K., człapanie pantofli, więc wiem, że skręciła na prawo, parę schodów na dół, potem w lewo, wiem, że stoi już przy telefonie, stukocze widełkami, widocznie nie ma sygnału, ter-kocze wykręcany numer, słuchawka uderza o widełki, stopy pani K., z kłapaniem kapci, wznoszą ją po schodach, teraz skręca w lewo i, przez otwarte na chwilę wejście do jej pokoju, wylewa się do hallu muzyka z radia. Tym razem muzykę słyszę na tyle wyraźnie, że w jej rytmie odnajduję rytm. basów. Nie jest źle, zwłaszcza, że przez drzwi do pokoju rodziców słychać szelesty (to tata czyta gazetę), rzewną melodię trąbki obwieszczającej „Rewię piosenki” Lucjana Kydryńskiego i wreszcie jego głos z miękkim „r”, odsuwanie krzesła (to mama wstała od biurka). Wraz z zamknięciem drzwi do pokoju pani K. rozlega się bębenek. Choć wiem, że to basy z radia, wciąż wierzę, że to jednak ktoś w którejś ze ścian pociąga za gumkę. Wtulony w róg kołdry wsłuchuję się w basy pani K., ich rytm wystukuję palcami stóp. Na ścianie przesuwa się cień podziałów okna podświetlonego reflektorami samochodów. Z lewej na prawą, z prawej na lewą stronę płyną jak we śnie. Gdy spojrzeć od drugiej strony ...

„Cień nie ma drugiej strony”.

„Wszystko ma dwie strony, cień na pewno też”.

Michał zatrzymuje się:

„Woda... Nie, od strony dna ma drugą stronę”.

Robi parę kroków w stronę drzwi.

„Skała!” krzyczy Klara.

Michał podchodzi do niej powoli. Kręci głową.

„To jak woda. Od strony ziemi ma drugą stronę. Tam w środku. Jak drzewo. Wszystko ma dwie strony. Chociaż..”. Michał leciutko marszczy czoło, patrzy w bok, potem uśmiecha się i jego spojrzenie ogarnia nas radośnie „Wiem! Już wiem, co nie ma drugiej strony! Powietrze! Przecież jest wszędzie, dokładnie wszędzie, więc nie ma drugiej strony!”

Słońce, choć przesunęło się nieco, nadal wpada do kuchni, do której wróciliśmy z ogrodu. Na stole, nie wiadomo skąd, pojawiły się grzanki, oliwa i ser. Salaterka z sałatą lśni trochę wilgocią, trochę zielenią, trochę szkłem.


1997-2000

Agnieszka Dutka


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas