poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Dom KULTURY
DL 2000, nr 12 (170)
 
Spadkobiercom Jerzego Giedroycia

W numerze ostatnim „Kultury” czytamy: „»Kultura« była pismem wyjątkowym ze względu na to, że była prowadzona przez jednego człowieka z pomocą garstki ludzi, która z Nim zaczynała. Wielu czytelników i przyjaciół mówi, że Kulturę należałoby zachować, ale czy jest gdzieś ktoś, kto mógłby prowadzić ją w tym duchu, co Jerzy Giedroyc? To jest naprawdę niemożliwe.

Chcielibyśmy jednak zachować nasz dom - zawsze otwarty dla wszystkich - niejako muzeum, ale jako ośrodek tętniący życiem i pracą”.

Napisałem niedawno, że śmierć Jerzego Giedroycia zamknęła rozdział dziejów polskiej myśli pt. „Kultura”. O „Kulturze”, która stała się już więc historią, można pisać w rozmaity sposób i z różnych perspektyw. Gdy czytałem niezwykłą w swej treści i jakże ważną jako dokument korespondencję między Giedroyciem a Juliuszem Mieroszewskim, przyszło mi na myśl, że refleksja nad ich listami może stworzyć ciekawą- bo opartą na wymianie myśli i poglądów dwóch wybitnych Polaków mijającego stulecia - perspektywę dla zrozumienia fenomenu „Kultury”.

KULTURA NA EMIGRACJI

„Wydaje mi się - pisał Mieroszewski w roku pięćdziesiątym - że „Kultura” jest dziś jedynym, dosłownie jedynym pismem ogólnoemigracyjnym i nie nosi charakteru lokalnego francuskiego, angielskiego czy amerykańskiego. Jest równie ciekawa i aktualna w Paryżu, co w Londynie, Nowym Jorku czy Buenos Aires”.

Taki był właśnie zamiar Giedroycia: stworzyć pismo niezależne od opcji politycznych na emigracji i od towarzyskich koterii, pismo o określonej linii politycznej, ale nie będące organem żadnej partii, żadnej ideologii. Fenomenem był fakt, że pismo o takich założeniach i takim charakterze zdołało nie tylko przetrwać przez lat przeszło pięćdziesiąt, ale rozwinąć się niebywale i wreszcie pod koniec życia Redaktora spełnić Jego marzenie, z którego zwierzył się swemu przyjacielowi: „Choć jest moim marzeniem dożyć chwili, by „Kultura” miała dwa wydania - warszawskie i paryskie - to jednak niestety jest to tylko marzenie i bardzo się obawiam, że „Kultura” do końca naszego życia będzie miała tylko wydanie paryskie”. I z niebywałą konsekwencją - jak przystało na człowieka czynu - dążył Giedroyc, by marzenie się zrealizowało.

Różne, jak wiadomo, były opinie na temat „Kultury”, również zdecydowanie negatywne, pochodzące zarówno z kół emigracyjnych, jak i krajowych ośrodków władzy. Ale najtrafniejszą jej charakterystykę znalazłem znów w korespondencji Giedroycia:

„Sugerowałbym - pisał do Mieroszewskiego w marcu 56 roku - by w swoim przemówieniu położył Pan główny nacisk na analogię Kultury z hercenowskim „Kołokołem”. Pismo wydawane na emigracji, bezkompromisowe i wolnościowe, redagowane dla Rosji, i przez Rosję, od cesarza do prostego inteligenta czytane i wywierające wpływ na sytuację w Rosji (uwłaszczenie chłopów było wpływem lektury „Kołokola” na Aleksandra)”.

Pismo Hercena wywierało istotny wpływ na bieg wydarzeń - i pod tym względem porównanie obu pism wydaje się niezwykle celne. Bo „Kultura” była nie tylko miesięcznikiem, a jeżeli Giedroyc wybrał takie właśnie narzędzie kształtowania opinii publicznej, to dlatego, że uważał pismo „za najlepszą formę działania politycznego”. Z kolei „działanie polityczne” rozumiał Redaktor bardzo szeroko - nie jako realizowanie którejś z doktryn, lecz przede wszystkim jako budowanie podwalin pod przyszłą demokrację w Polsce. To był cel zasadniczy, cel finalny „Kultury” i dwóch twórców jej linii politycznej. Z perspektywy przełomu tysiącleci, jaką los nam podarował, można śmiało powiedzieć, że wizja przyszłej Polski, kreowana na łamach „Kultury” i wyłaniająca się z korespondencji Giedroycia i Mieroszewskiego, w swych ogólnych zarysach zrealizowała się w pełni. A że do państwa takiego, o jakim oni myśleli, jeszcze Polsce daleko? To już w pewnym stopniu sprawa skali wymagań i oczekiwań - ktoś niedawno stwierdził, że Giedroyc czekał na powstanie państwa idealnego, i dlatego nie chciał do Polski przyjechać, by nie tracić złudzeń. Ale inny ideał udało się Giedroyciowi osiągnąć - była nim „Kultura”. Wyszedł z założenia niezależności - prasy, kultury, twórczości. Wiele krytycznych uwag wymienił Giedroyc z Mieroszewskim na temat rozmaitych uwikłań politycznych czy wręcz agenturalnych emigracyjnych mediów, z Wolną Europą włącznie. Niektórzy przedstawiciele emigracji sądzili, że tylko tam, poza krajem, może powstawać prawdziwie polska literatura. Pogląd taki prowadził w konsekwencji do ostrego podziału narodu polskiego i ostrego podziału polskiej kultury. A zatem godnymi zaufania Polakami mogli być tylko ci, którzy świadomie wybrali los emigranta, i to zaraz po wojnie. Batalia, jaką stoczyła „Kultura” w obronie honoru Miłosza, była dowodem na zasadniczo różne pojmowanie roli emigracji przez Giedroycia i jego współpracowników oraz przez zdecydowaną większość przedstawicieli emigracji londyńskiej, dających wyraz swym poglądom na łamach „Wiadomości”, „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” czy „Orła Białego”. To był ów, nazywany przez Giedroycia i Mieroszewskiego, „element zorganizowany”, obok którego jednak istniały na emigracji w różnych krajach rzesze ludzi inaczej myślących, ludzi rozsądnych i wyzbytych zaciekłości, tworzących Polonię raczej niż Emigrację. I oni byli adresatami „Kultury”, do nich zwracano się z apelami o pomoc finansową, oni mieli tworzyć zaplecze społeczne pisma Giedroycia.

To ważne rozróżnienie! Zostało ono dobitnie sformułowane przez Mieroszewskiego, którego krytyka „państwa na emigracji” wywołała oburzenie jej przedstawicieli z różnych ugrupowań i gremialny atak na „Kulturę”. Postulował Mieroszewski uznanie konieczności przemiany Emigracji w Polonię. Złudne, oparte na wyidealizowanym i anachronicznym osądzie polskiej rzeczywistości, reprezentowanie przez Emigrację interesów Polski powinno być zastąpione - zdaniem publicysty - przez służbę krajowi.

„Naczelnym zadaniem Polonii - twierdził w bulwersującym emigracyjną opinię artykule „Polacy i ...poganie” opublikowanym w 1954 r. - jest wyprowadzić Polaków z izolacji. Z getta politycznego, kulturalnego i intelektualnego. Musimy wejść w społeczeństwa zachodnie, jeżeli chcemy wywierać formatywny wpływ polityczny i kulturalny”.

Pozorna niezawisłość Emigracji polegała w istocie na rozmaitych zależnościach od ośrodków decyzyjnych państw zachodnich. Powodowało to nawet niekiedy - uważali Giedroyc i Mieroszewski - że literatura emigracyjna stawała się po prostu literaturą o charakterze agenturalnym, czyli była równie tendencyjna w założeniu, jak literatura powstająca w Polsce Ludowej.

...I W KRAJU

Dla nikogo rozsądnie myślącego zależność ideologiczna i polityczna kultury w PRL nie ulegała wątpliwości. Ale polityka izolacjonizmu, odsądzania pisarzy krajowych od czci i wiary, ignorowanie wszelkich, niezależnie od ich wartości artystycznej, osiągnięć w Kraju oraz uparte podtrzymywanie ze strony Emigracji „żelaznej kurtyny”, niezależnie od przemian zachodzących w Polsce, jako wyraźne zaznaczanie przepaści między dwoma narodami, nawet w latach październikowego przełomu - to - uważali publicyści „Kultury” - polityka samobójcza i wyniszczająca obie strony, prowadząca wyłącznie do destrukcji.

„Kultura” od samego początku, na ile pozwalały jej warunki zewnętrzne, skierowana była również do czytelnika krajowego i dlatego sprawy Kraju były dla Redaktora równie ważne, co sprawy politycznego teatru na emigracji, a w miarę rozwoju wydarzeń w PRL nawet ważniejsze.

Wychodząc z postawy antykomunistycznej nie negowali publicyści „Kultury” wszystkiego, co z komunizmu wyrasta lub jest z nim jakoś związane. Komunizmu - podkreślali -nie wystarczy tylko negować, lecz należy mu przeciwstawić coś znacznie atrakcyjniejszego. Uważali też - co niektórych czytelników „Kultury” mogło bulwersować - że reformować komunizm mogą tylko sami komuniści. Czymś absolutnie zaskakującym dla środowisk emigracyjnych było już samo stwierdzenie, że komunizm da się reformować! Dlatego więc - zdaniem Giedroycia i Mieroszewskiego - do czytelników i słuchaczy w kraju powinni przemawiać w imieniu Emigracji nie zagorzali reakcjoniści, lecz ludzie o szerokich horyzontach intelektualnych, traktujący Polaków rozrzuconych po różnych stronach świata oraz Polaków żyjących w kraju jako jeden naród, choć zależnie od miejsca zamieszkania mających do rozwiązania inne problemy. Po prostu powinni przemawiać i kontaktować się -jak ich nazywali - Europejczycy!

Ważne jest spostrzeżenie Mieroszewskiego, że o ile na emigracji komunizm utożsamiany był z imperializmem sowieckim, to w kraju cześć społeczeństwa, w tym niektórzy intelektualiści i artyści, uważała komunizm za pewien ideowy prąd, który w powojennym chaosie aksjologicznym zdawał się stanowić busolę wskazującą właściwy kierunek rozwoju ludzkości.

Jednocześnie Mieroszewski przestrzegał przed ideą izolacji również społeczeństwo w kraju - co było tym trudniejsze do przełamania, że ideę tę wymuszał sam system. Dlatego też każdą próbę przełamywania tej izolacji „Kultura” witała z życzliwością. Dobitnym przykładem wyrwania się z komunistycznej izolacji była decyzja Miłosza, by pozostać na Zachodzie. Progi domu w Maisons-Laffitte otwarte były dla przybyszy z kraju, szczególnie po roku 56, choć Giedroyc nie miał złudzeń, że niektórzy z nich musieli potem składać sprawozdania smutnym panom z Rakowieckiej. Warto w tym miejscu przypomnieć, co Redaktor w roku 55 pisał o autorze „Mitologii i realizmu”:

„Jan Kott prawie mnie [nie] opuszcza, przyjechali jacyś progresywni katolicy, którzy chcą na gwałt mówić, zapowiada się Maria Dąbrowska, jednym słowem głowa boli od nadmiaru. Kott jest z nich najciekawszy i najuczciwszy. Jego teza brzmi, że o wyrwaniu Polski czy krajów wschodnioeuropejskich z bloku wschodniego nie ma mowy, zresztą nie jest to potrzebne, bo po śmierci Stalina blok sowiecki się demokratyzuje”.

Mieroszewski nie był tak dobrego zdania ani o nim, ani o innych intelektualistach i pisarzach działających w Kraju. Jego stanowisko było pod tym względem znacznie radykalniejsze:

„W mojej opinii - pisał do Redaktora - taż właśnie inteligencja z przełamanym kręgosłupem (Pańskie określenie i spostrzeżenie) mimo wahań i wiecznego dyskutowania -stanowi najpewniejszą pozycję reżimu, bo w razie wyzwolenia bankructwo tych panów byłoby większe niż kogokolwiek innego. (...) Gdybyśmy podjęli jakikolwiek flirt z tymi panami, podcięlibyśmy fundamenty, na których „Kultura” opiera się w Kraju. Negatywny stosunek do przeszłości, akceptacja pewnych reform i ogólna radykalizacja poglądów u większości Polaków w Kraju łączy się z nienawiścią do reżimu. Akceptując sensowne zmiany (...), a przy tym domagając się prawdziwej demokracji - jestem najgłębiej przekonany, że wyrażamy nie tylko tęsknoty, ale poglądy 80% myślącego społeczeństwa w Kraju, i to stanowi tajemnicę pozycji Kultury w Polsce. To nie my potrzebujemy sojuszników, tylko owa grupa intelektualnych kolaborantów i semikolaborantów, którzy są całkowicie zdyskredytowani w opinii myślącego społeczeństwa. Jakież zaufanie czy szacunek może mieć „szary” inteligent w Polsce do takich facetów jak Iwaszkiewicz, Broniewski czy Słonimski. (...) Niezależnie od spraw zasadniczej natury - ta grupa to są nasi wrogowie nie tylko na dziś, ale i na jutro. Z punktu widzenia taktycznego-to są nasi wrogowie również. W razie wyzwolenia będziemy ich niszczyć w opinii Kraju i nie ma najmniejszego powodu, byśmy mieli się z nimi dzielić naszą pozycją, przygarniać ich i dzielić się z nimi naszym sukcesem”.

Giedroyc patrzył na sprawę szerzej i po prostu bardziej tolerancyjnie. Twórców nie oceniał kryteriami politycznymi ani moralnymi, lecz artystycznymi. O tym często się teraz zapomina, a była to fundamentalna zasada jego polityki redakcyjnej. Nie cenił np. specjalnie ani Gombrowicza, ani nawet Miłosza, uważając ich za politycznie naiwnych, ale łamy „Kultury” zawsze były otwarte dla ich utworów. Uważał ich bowiem za wybitnych, niezwykle utalentowanych artystów! Z tych względów zależało mu też na współpracy z Herlingiem-Grudzińskim mimo że przez kilka lat nie utrzymywali kontaktów z powodu różnicy poglądów. Ale i dla Giedroycia istniała pewna moralna granica tolerancji, której nigdy nie przekraczał:

„Inteligencja, a ściślej biorąc intelektualiści, pisarze eta, niezależnie od pochodzenia i warstwy są zawsze oportunistami i z tym się trzeba liczyć. Dlatego też zakładając, że może być taki moment, że wrócimy do kraju i będziemy wielkim pismem krajowym, wszystkim talentom (prawdziwym talentom) dam schronienie w „Kulturze” (...). Trzeba twarde kryteria stosować do polityków, publicystów; w literaturze trzeba być bardziej elastycznym i bardziej pobłażliwym, bo nie będziemy mieli w ogóle literatury.”

Dlatego „Kultura” z nadzieją powitała nowe zjawiska w kulturze, których powstanie umożliwiły przemiany polityczne w Polsce Ludowej, zwane przełomem październikowym. Charakterystyczna jest entuzjastyczna opinia Giedroycia na temat pisma „Po Prostu”. Podobało mu się szczególnie, że było to pismo młodej inteligencji. Bo młody czytelnik to - według Redaktora - najwłaściwszy adresat „Kultury”! Giedroyc i Mieroszewski zdawali sobie doskonale sprawę - w przeciwieństwie do opinii wygłaszanych na łamach innych pism emigracyjnych - że rok 56 w Polsce Ludowej jest okresem „pasjonująco ciekawym. I nie tylko w Polsce, w całym bloku sowieckim”. Mieroszewski jeszcze dużo wcześniej propagował na łamach „Kultury” ideę Federacji Europy Środkowowschodniej.

„Jak długo w Rosji nie nastąpi zmiana, tak długo liczyć możemy na pomoc Amerykanów w organizowaniu Europy Środkowowschodniej i teraz - pisał pod koniec roku 51 -jest jedyna szansa taką federację przygotować, zapewnić dla niej poparcie, by na drugi dzień po wycofaniu wojsk sowieckich z krajów satelickich wkroczyć tam mogły federacyjne oddziały (...) Możemy być w przyjaźni z nową Rosją, ale jako Federacja -wówczas będzie to przyjaźń równego z równym oparta na obopólnych korzyściach”.

Idea federacjonizmu oznaczała budowanie przyjaznych stosunków politycznych i kulturalnych z sąsiadami - po wschodniej, a więc przede wszystkim z Ukrainą, ale i zachodniej granicy - czyli z Niemcami. Charakterystyczne jednak, że zdając sobie sprawę z konieczności ułożenia dobrosąsiedzkich stosunków z Niemcami zjednoczonymi, nie odrzucali twórcy „Kultury” granicy na Odrze i Nysie. To jeden ze spornych problemów antagonizujących środowiska emigracyjne. A przecież jednocześnie to Giedroyc był inicjatorem - co trzeba podkreślić - komitetu rodzin ofiar katyńskich.

„Kultura” stawała się coraz bardziej poczytna za żelazną kurtyną (m.in. na Ukrainie), co skłoniło Giedroycia do podjęcia starań o debit na pismo w kraju. Jak wiemy, ze starań tych nic nie wyszło, Stanowisko władz partyjnych po 56 roku usztywniało się, a Instytut Literacki uważany był za wrogi Polsce Ludowej, antykomunistyczny ośrodek o charakterze agenturalnym. Za dystrybucję „Kultury” szło się do więzienia i łamało się zawodowe kariery, a pisarze krajowi pisząc do „Kultury” używali pseudonimów. Taka sytuacja trwała właściwie prawie do końca lat osiemdziesiątych i radykalnie uległa zmianie w latach dziewięćdziesiątych. Ale to już inna historia...

DOM JUŻ JEST

W grudniu 1954 roku udało się Giedroyciowi kupić dla Instytutu Literackiego dom w Maisons-Laffitte przy avenue de Poissy 91. Adres ten nie zmienił się do dzisiaj. Dom został kupiony dzięki składkom czytelników i sympatyków „Kultury” oraz dzięki kredytowi, spłacanemu potem przez lata. Było to osiągnięcie niebywałe, o wymiarze również symbolicznym. Oto wśród emigracyjnych swarów, w atmosferze nagonki niektórych ośrodków decyzyjnych w polskim Londynie, w sytuacji, gdy wiele wysiłku i samozaparcia wymagało budowanie kontaktów z Krajem, powstaje niezależna od politycznych organizmów instytucja reprezentująca Polskę na obczyźnie, instytucja, która stała się dla wielu Polaków z kraju czymś na kształt Mekki....

W liście do czytelników, odczytanym m.in. w Klubie Poselskim w Buenos Aires w 1955 roku, twórcy „Kultury” podkreślali:

„»Kultura« nie jest tylko miesięcznikiem. »Kultura« jest dziś jedną z największych instytucji polskich na obczyźnie. »Kultura« nie jest emigracyjną efemerydą, która dziś jest, a jutro może jej nie być. U nas nie ma ani „kryzysów”, ani „przesileń”, ani „rozłamów”. Nie dojutrkujemy - budujemy rzecz trwałą, która pozostanie. I w tej pracy potrzebujemy Waszej pomocy, a przede wszystkim przyjaźni - dziś, jutro, zawsze”.

DOM KULTURY - otwarty dla przybyszów z Polski - pełnił przez długie lata rolę pośrednika między Emigracją a Krajem. Przede wszystkim jednak dzięki bardzo przemyślanej i konsekwentnej działalności wydawniczej i dzięki polityce integrującej nie tylko Emigrację z Krajem, ale przede wszystkim Polskę z jej wschodnimi i zachodnimi sąsiadami - stał się on jednym z najtrwalszych elementów polskiej kultury XX wieku.

Mimo więc słusznej decyzji, jaką podjął sam Redaktor, oznaczającej, że 637 numer „Kultury” stał się numerem ostatnim, należy z całą powagą potraktować deklarację i apel Jego Spadkobierców - żebyśmy w wolnej wreszcie Polsce nie zaprzepaścili pięćdziesięcioletniego dorobku Jerzego Giedroycia:

„Dziś są inne czasy i inne problemy, chcemy jednak przypomnieć, że nigdy nie uważaliśmy naszego domu za naszą osobistą własność, ale za dom polski - dom Polaków. Dziś myślimy tak samo i zwracamy się do Was z prośbą o pomoc. Pomóżcie nam zachować ten dom dla naszych następców. Chcielibyśmy, aby stał się on kawałkiem naszej historii, tak jak jest nią Biblioteka Polska w Paryżu, która została pamiątką po Wielkiej Emigracji”.


grudzień 2000

Bogdan Rogatko

Cytaty za:

Jerzy Giedroyc, Juliusz Mieroszewski: „Listy 1949-1956”, część pierwsza i druga, wybrał i wstępem poprzedził Krzysztof Pomian, przypisami i indeksami opatrzył Jacek Krawczyk i Krzysztof Pomian, szkicem o Mieroszewskich i Mieroszewskim uzupełnił Piotr Wandycz, „Czytelnik”, Warszawa 1999.

Krzysztof Pomian: „W kręgu Giedroycia”, „Czytelnik”, Warszawa 2000. „Kultura” nr 10/637, Paryż-Warszawa 2000. NUMER OSTATNI.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas