poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
HENRYK MARKIEWICZ
Laudacja Tadeusza Różewicza
DL 2000, nr 12 (170)

Magnificencjo, Wysoki Senacie, Szanowni Państwo, Znakomity i Drogi Doktorancie!

Zadanie, które mi powierzono jest zaszczytne i radosne, ale zarazem nieproste. Pisarstwo Twoje bowiem, uprawiane od przeszło pół wieku, wielorodzajowe, a w obrębie każdego z tych rodzajów wielokształtne, ogarniające ogromny obszar przeżyć, refleksji i obrazów - pisarstwo to jest wciąż zdumiewającym paradoksem. Jako ‘ergon’, jako dokonanie jawi się nam w wyglądzie monumentalnym, w dostojnej aurze klasyczności, w sławie, która daleko wybiega poza dziedzinę polszczyzny. To samo pisarstwo, rozpatrywane jako ‘energeia’, jako działanie było i jest po stronie autora zuchwałym obalaniem kanonów, ryzykownym i samotnym eksperymentem. Po stronie odbiorców powodowało więc fascynację, ale także zdumienie i szok, stawało się nawet skandalem - skandalem w źródłowych sensach tego słowa, a to znaczy zgorszeniem, ale również pułapką. Zgorszeniem było dla różnych tradycjonalistów, pułapką - dla niektórych swych zwolenników. Najwybitniejsi z nich przyznawali się czasem, że stają bezradni wobec tajemnicy jego oddziaływania. Rozziew między opisem a oceną - nieusuwalny w końcu we wszystkich rozważaniach o poezji był tu jednak szczególnie widoczny. Zresztą - dostępne znawcom instrumentarium zawodziło przy samym opisie.

Poetykę swoją zbudował bowiem Różewicz poczynając od „chwytów minusowych” - jak powiedzieliby formaliści, tj. od redukcji i negacji środków powszechnie uważanych za konstytutywne dla liryki - zarówno tych, które miały za sobą autorytet wieków, jak i tych, które uprawomocnił wiek XX. Różewicz odrzucił metryczne rygory wiersza i jego dźwiękową ornamentację, zrezygnował z obrazowości metaforycznej, przeciwstawił się ideałowi poezji jako samoistnego „języka w języku”. Jak to sam kiedyś wyraził:

Powoli ostrożnie
trzeba zdejmować słowa
rozbierać obraz z obrazu
kształty z barw
obrazy z uczuć
aż do rdzenia
do języka cierpienia
do śmierci

Odrzucił, zrezygnował, przeciwstawił się - nietrudno charakteryzować poezję Różewicza zaprzeczeniami; znacznie trudniej nazwać jej konstrukcyjne zasady. Odkryciem było oparcie budowy wiersza na skupieniu wyrazów, co wkrótce zresztą weszło do historii literatury jako „wiersz Różewiczowski”. Metaforykę, nie zlikwidowaną oczywiście, lecz tylko ograniczoną w swym zasięgu, zastąpiło mówienie sprozaizowane lub synekdocha, fragment zamiast całości, konstruowana z sensualną precyzją, a dzięki temu wyposażona w moc wyglądotwórczą. Semantykę zdań rozwijających się często tokiem paralelnych wyliczeń komplikują nieoczekiwane sąsiedztwa odległych motywów, niedopowiedzenia i elipsy. Koniunkcja pojawia się tam, gdzie potoczna logika dopatrywałaby się alternatywy. Z kolei montaż poszczególnych zdań i sekwencji zdaniowych jest bezspójnikowy, często tylko asocjacyjny, więc pozostawia zintegrowanie tekstu aktywności czytelnika.

Wszystko to sprawia, że liryka Różewicza oscyluje między ostentacyjną prostotą a wieloznacznością, tj. migotliwym rozchwianiem semantycznym lub wieloznaczeniowością, tj. współistnieniem wyraźnych, lecz kontradyktorycznych sensów.

Mimo nakazów współczesnej teorii literatury odczuwamy opory, stosując wobec utworów Różewicza kategorię podmiotu lirycznego czy Ingardenowskich quasi-sądów, sądów nie na serio. Z utworów tych przemawia bowiem sam autor swoją autentyczną, egzystencjalną prawdą. Ale zauważmy, że na skalę dotąd niespotykaną wprowadza do swoich wierszy, a zwłaszcza do poematów, kolaż cytatów najrozmaitszego pochodzenia, a tym samym nadaje liryce rys dramatycznej polifonii.

Podobnie wywrotową strategię znajdujemy w niektórych jego dramatach. Tragizm zderza się tu z rubasznością, oniryczna wizyjność z jaskrawym naturalizmem, iluzję sceniczną zakłócają wypowiedzi autotematyczne. O dramacie „Pułapka” sam autor napisał, że jest to „sztuka amorficzna, przypominająca nie tyle koronę drzewa, ile podziemne korzenie splątane i rozrastające się bezkierunkowo”. Przekracza Różewicz granice pisarstwa dramatycznego także inaczej, i to w przeciwstawnych kierunkach: czasem tworzy szczegółowe partytury teatralne, których didaskalia wyznaczają obrazy o wielkim potencjale oddziaływania scenicznego, kiedy indziej stosuje jakby konstrukcję aleatoryczną, pozostawia w swych tekstach luki, pozwalające reżyserowi na swobodne pisanie na scenie, lub nawet poprzestaje na zarysowaniu tylko projektu dramatu, co można by nazwać dramaturgią konceptualną.

W ogóle zaś cechą twórczości Różewicza w stopniu coraz wyższym jest reorganizacja każdego rodzaju literackiego z pomocą środków zaczerpniętych z rodzajów innych, a także łączenie w jednym utworze różnorodzajowych segmentów; widać to dobrze w jego tekstach prozaicznych. Urągają one tradycyjnym klasyfikacjom, łączą w sobie faktografię z fikcją, opowiadanie z esejem, inkrustowane są nadto fragmentami poetyckimi.

Zapewne, we wszystkich tych technikach nie jest Różewicz nowatorem absolutnym - można znaleźć dla nich antecedencje w różnych nurtach sztuki XX wieku. Ale u niego występują one w powiązaniach nieoczekiwanych, z intensywnością krańcową. Zapewne, stosując niektóre z tych technik, jak np. enumeracja, czy kolaż cytatów Różewicz musi walczyć z niebezpieczeństwem zbyt łatwej mechanicznej aplikacji; o walce tej świadczą najlepiej jego bruliony. W przeważającej mierze środki owe okazały się jednak funkcjonalne: służą konstrukcjom znakomitej nośności dla przesłania Różewiczowskiej poezji.

Jest to bowiem poezja: nie piękna, lecz swoiście rozumianej wzniosłości; szerzej mówiąc wartości estetycznych ostrych, takich, które drażnią, są bolesne, wywołują wstrząs u odbiorców. I tu wyłania się może największa trudność sytuacji, w jakiej znajduje się laudator Różewicza. Jak mówiąc o poezji rozpaczy i goryczy ustrzec się fałszywych tonów w tej odświętnej ale pogodnej atmosferze, w trochę teatralnych ramach akademickiej uroczystości? A także jak w ubogim i skonwencjonalizowanym języku historyka literatury oddać sprawiedliwość poezji, która - pożyczam tu słowa Różewicza - „nie wchodzi na miejsce innej i nie może być przez inną zastąpiona”?

Nie siląc się na formuły dorównujące tematowi, przypomnę więc tylko w największym skrócie: uczucia i refleksje poety i jego bohaterów rozmieszczone są w trzech koncentrycznych kręgach. Pierwszy z nich to losy współczesnego polskiego Everymana. A więc - porażenie wojennymi zbrodniami, bezbronność ofiar wobec katów, skażenie okrucieństwem i pogardą zagrażające także tym, którzy ze złem walczą, powojenna potrzeba ładu moralnego i niemożność uwolnienia się od okupacyjnych koszmarów, złudne nadzieje na sprawiedliwy, przyjazny człowiekowi porządek społeczny, potem trywialność konsumpcyjnego stylu życia wyrosłego na gruncie „naszej małej stabilizacji”, różne automistyfikacje świadomości zbiorowej, wczorajszy i dzisiejszy koniunkturalizm małych, bylejakich ludzi. I wszechobecny splot obojętności i agresji:

Jak my się kaleczymy
roztargnieni spieszący się
wzajemnie okrutni
w skupieniu czynni
nieomylni w zadawaniu ciosu

Zasięg Różewiczowskiego widzenia rychło się rozszerzył: ogarnął powszechną sytuację człowieka w mijającym XX wieku i to jest drugi krąg jego uniwersum. W apokaliptycznej lub groteskowo szyderczej wizji ukazuje się tu cywilizacja współczesna jak świat pozbawiony aksjologicznego centrum, staczający się w rozpadzie i gniciu donikąd. W świecie tym jednostka traci i poczucie własnej tożsamości i zdolność tworzenia autentycznych więzi międzyludzkich, grzęźnie w nudzie, kłamstwie i występku.

I tu wkracza twórczość Różewicza w trzeci najrozleglejszy krąg. Mówi o odwiecznej kondycji człowieka - istoty zaplątanej w sidłach fizjologii, rzuconej w metafizyczną bezdomność, skazanej na egzystencję absurdalną, której prawdziwym imieniem jest obezwładniające słowo: nic.

A więc nihilizm? Stawiano takie zarzuty Różewiczowi. Zarzuty niesłuszne. Najpierw dlatego, że w poezji tej współobecna jest solidarność z każdym cierpiącym istnieniem, uważny szacunek dla etosu prostych ludzi, wierna pamięć o osobach bliskich, tak czułym i przejmującym tonem przemawiająca z ostatniego tomu Różewicza „Matka odchodzi”. Poezja ta jest w głównym swym nurcie laicka, ale odczytać w niej można także niepewne i niejasne, doniosłe jednak znaki transcendencji. „Bóg Różewicza - przytaczam tu fragment recenzji prof. Edwarda Balcerzana - istnieje i nie istnieje, rodzi się i umiera, opuszcza nas i bywa przez nas opuszczany, jest Bogiem osobowym i bogiem z małej litery - by jak w starej poezji metafizycznej - uobecnić się poprzez naprężoną aż do granic sprzeczność, dającą się wyrazić tylko w formie antytezy: „życie bez boga jest możliwe / życie bez boga jest niemożliwe”. Zwątpienie i wiara stają tu obok siebie, a ich kolejność jest także wymowna”.

Przede wszystkim jednak twórczość Różewicza broni się przed zarzutem nihilizmu inaczej. On sam gdzieś powiedział: „Najplastyczniejszym opisem chleba jest opis głodu”. Sparafrazujmy: najwymowniejszą afirmacją wartości humanistycznych jest nieustanny protest Różewicza przeciw ich zatracie Można by powiedzieć, że tak jak istnieje teologia apofatyczna, teologia przecząca, która usiłuje poznać Boga poprzez negację, tak Różewicz uprawia w swej poezji apofatyczną antropologię lub - jeśli wolno się tak wyrazić - antropodyceę, obronę człowieka i jego usprawiedliwienie.

Różewiczowskie światoodczucie podminowane jest rozterką. Nie każdy uzna je za swoje. Ale także ten, kto je odrzuca, lub się wobec niego z tych czy innych powodów dystansuje -nie pozostaje obojętny wobec rozległości i powagi doświadczeń w tej poezji uwidocznionych, wobec dotkliwej siły, z jaką w nas ona uderza, uderzeniem tym raniąc nas i zarazem oczyszczając.

To najważniejsza chyba racja uzasadniająca nadanie Tadeuszowi Różewiczowi najwyższej godności uniwersyteckiej. Są jednak także racje inne. Twórczość jego to „poesis docta”. Często sama się sobie krytycznie przypatruje. Przynosi przenikliwą diagnozę sytuacji sztuki współczesnej. Czerpie inspiracje z wielkiego dziedzictwa literatury polskiej i światowej, interpretuje je wprost lub pośrednio, poprzez różne rozwiązania intertekstualne. Tworzy ekwiwalenty słowne dzieł sztuki różnych wieków - od Wita Stwosza do Francisa Bacona. W utworach o Mickiewiczu i Tołstoju, Kafce i Schulzu, Poundzie i Pasolinim ewokuje tragizm biografii twórców udręczonych, sponiewieranych, wyklętych - i wspaniałość ich dokonań. Bo „to jednak co trwa ustanowione jest przez poetów” - powtarza za Hölderlinem.

Ale nadanie godności doktorskiej Różewiczowi przez naszą krakowską wszechnicę ma jeszcze jedną motywację. Jego powojenna regeneracja wewnętrzna i wejście do literatury nastąpiło przecież właśnie w Krakowie. W niedawnym wierszu wspominał:

Kraków ulica Krupnicza
złota polska jesień
we włoskich topolach
dogasający pożar świata
ocalenie
z krwawej kąpieli
wchodziliśmy po schodach
jak po Jakubowej Drabinie
powrót do życia

Przypomnijmy dalej za recenzją prof. Tadeusza Drewnowskiego: „Jeszcze w partyzanckich »Echach leśnych« wygrywany przez trębacza hejnał z wieży Mariackiej wywołuje w młodym poecie z Radomska marzenie o 'stolicy ducha polskiego', a pierwszy jego poemat ma być odnową kościoła Mariackiego we własnej duszy. W jego indeksie Uniwersytetu Jagiellońskiego z pierwszego roku historii sztuki znajduję podpisy profesorów: Romana Ingardena, Wojsława Mole, Jerzego Szablowskiego, Władysława Tatarkiewicza, Tadeusza Dobrowolskiego. Student historii sztuki i młody poeta przystaje do malarskiej Grupy Krakowskiej nowoczesnych, która pozostanie jego najbliższym środowiskiem twórczym po dziś dzień. Ale przede wszystkim tutaj, w pokoiku na Krupniczej, Różewicz dokonuje wielkiej, mozolnej i w pełni świadomej pracy nad rewizją polskiej poezji, czyli nad swym prawdziwym podwójnym debiutem. W poezji zjawia się gotowy, w pełni zbrojny i olśni największych: Leopolda Staffa, Juliana Przybosia, Czesława Miłosza”.

Można by ten krakowski wątek jeszcze przedłużyć. Krakowianinem jest przecież Mieczysław Porębski, ongiś uniwersytecki kolega Różewicza, potem współwędrowiec, a po trosze przewodnik po krainie współczesnego malarstwa i komentator jego poezji. Z Krakowa wyszły pierwsze poważne studia o Różewiczu, pióra Jana Błońskiego i Zbigniewa Siatkowskiego, a potem pierwsze o nim książki - Henryka Voglera i Kazimierza Wyki.

Więzi poety z Krakowem są więc rozliczne i trwałe; tworzą je także powracające w jego utworach wspomnienia i widoki krakowskie. Przypadek zechciał, że właśnie Kraków jest scenerią jednego z najnowszych jego wierszy ogłoszonego w październikowej „Twórczości”.

Na pewno niepełna jest ta próba uzasadnienia. Wymogi gatunkowe i czasowe laudacji nie pozwalającej jednak dalej rozbudowywać. A przecież niejedno trzeba by jeszcze o Różewiczu powiedzieć, choćby o jego autoironii, o jego humorze, czasem cierpkim, czasem ciepłym i wyrozumiałym. Autor „Niepokoju” jest także autorem tomu „Uśmiechy” i nie bez powodu fascynacji Kafką towarzyszy u niego sentyment dla Prusa.

Nie będzie więc może uchybieniem wobec bohatera dzisiejszej uroczystości, ani wykroczeniem przeciw rygorom laudacji, jeśli obniżając ton, przypomnę w zakończeniu właśnie jeden z dawnych „Uśmiechów” Różewicza:

Poeta to na pewno ktoś
Słuchajcie głosu poety
Choćby ten głos
był cienki jak włos
Jak jeden włos Julietty

Jeśli się zerwie włosek ten
to nasza nudna kula
upadnie w ciemność
Czy ja wiem
albo się zbłąka w chmurach

Słyszycie. Czasem wisi coś
na jednym włosku wisi
dziś włoskiem tym poety głos

Słyszycie


Słyszymy Cię, Poeto. I dziękujemy.


Henryk Markiewicz


Tekst laudacji wygłoszonej 9 listopada 2000 r. z okazji otrzymania przez Tadeusza Różewicza doktoratu honoris causa UJ.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas