poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
FELICIA MIHALI
Maj
DL 2000, nr 11 (169)

Przez tych kilka godzin, kiedy pakowałam się przed wyjazdem, przetrząsnęłam wszystkie zakamarki domu w poszukiwaniu rzeczy, które, jak przypuszczałam, mogły mi być potrzebne. Od kiedy wyszłam za mąż, nigdy się sama nie pakowałam. A teraz byłam naprawdę zdezorientowana. Nie jechałam ani w góry, ani nad morze, nie wiedziałam, ile potrwa pobyt, tydzień, miesiąc czy rok. Jak długo żyła mama, byłam tam traktowana jak gość. Nie gotowałam, nie grzałam wody, nie paliłam w piecach. Teraz zaś nie byłam nawet w stanie ogarnąć myślą mieszkania w opuszczonym domu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić choćby jednego spędzonego w nim dnia. Dlatego ograniczyłam bagaże do minimum. Gdy błądziłam spojrzeniem po półkach biblioteki, mój wzrok przyciągnęły dwa tytuły, „Robinson Cruzoe i Piętaszek” albo „Lichtugi Pacyfiku”. Choć pogrążona w najczarniejszym smutku mego życia, przez krótką chwilę poczułam radość. Jasne, że nie mogłam zostać żadnym z nich. Ale po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz. Moja przygoda mogła się rozpocząć.

W dniu, w którym tam przyjechałam, ogród wyglądał jak raj. Zielony i biały. Przyjemnie pachnący. Połowę powierzchni zajmowała winnica, która właśnie zaczynała kwitnąć. Pędy, nie przycinane od pięciu lat, rozpełzły się po ziemi, potem wspięły w górę i splotły ramionami, tworząc dziki gąszcz, przez który nie sposób było się przedrzeć. Druga połowa ogrodu, w której moi rodzice uprawiali lucernę i warzywa, porosła zielskiem. Najbardziej niepozornym i najbardziej agresywnym, pokrzywą, szczawiem, szarlatem, piołunem, rzepakiem, perzem, lebiodą, pędami śliw, jabłoni, mirabelek, które wykiełkowały z rozrzuconych przez ptaki pestek. Były tam także drzewa, które znałam od dziecka, uschłe teraz i poskręcane: dwie jabłonki, dwie grusze, śliwa i mirabelka.

Przy alei prowadzącej od furtki do dużej bramy rozkwitły petunie, długowieczne i odporne, o kielichach powleczonych słodko-gorzkawym klejem. Uszły uwagi mamy, która każdej wiosny niszczyła wszystko, co naturalne i co rosło samo i sadziła najróżniejsze rośliny - bez zapachu, o płatkach w ostrych kolorach i woskowym wyglądzie kwiatów z plastyku. Przez całe lato pielęgnowała te wymizdrzone kwiaty, których wzdęte bulwy wyglądały jak dotknięte przepukliną jądra.

Ulubieńcem mamy była jednak róża; ulubieńcem - uważała ją bowiem nie za królową, lecz za króla kwiatów. Ich miłosny związek był tak ostentacyjny, że wszyscy dokoła patrzyli nań krzywo. Mama, bardzo dumna z wigoru roślinnego samca, posadziła go na samym brzegu, przy cementowym krawężniku. Kiedy malutka sadzonka spod odwróconego do góry nogami słoika urosła i dojrzała, jej kolczaste łodygi opanowały aleje. Na wiosnę kolce, które pokryły ciało rośliny, podobne były do pazurów świeżo wyklutych kurcząt. Za to jesienią, kiedy kwiat gotował się do wybuchu, kiedy zielone kielichy broniły się ostatkiem sił przed eksplozją czerwono-wiśniowych płatków, przeobrażały się w prawdziwe orle szpony. Wykorzystywały najmniejszy moment nieuwagi, by wczepić się w ubranie, rozszarpać skórę. Gdy cały ogród prażył się w letnim słońcu, róża rzucała swoją zielenią wyzwanie imperium pożołkłych roślin. Gdy inne kwiaty rozsypywały po ziemi bezużyteczne nasiona, Króla Kwiatów ogarniało podniecenie i wypełniał powietrze feromonami. Po śmierci samicy usychał i samczyk. Pokrzywy i ordynarna lebioda owijały się wokół jego łodygi, aż po bulwę-jądro, skurczoną we włochatej mosznie. A on opierał się zalotom tych kurtyzan, wierny ukochanej. Ukochanej, której już nie było.

Tocząca się dookoła wojna roślin była mi obojętna. Wydeptałam tylko wąską ścieżkę do jednej z jabłoni i postawiłam pod nią stół i krzesło. Za to Daniel czuł się jak badacz w sercu Afryki. Nauczyłam go łapać owego małego ziemnego potwora, którego ochrzciliśmy Dziadula-Kula, przy pomocy patyka i szklanki z wodą. Zrobiłam mu siatkę na motyle i pokazałam, jak szukać kretowisk. Jego nogi poniżej kolan zmieniły się w krwawiące mapy, a skórki przy paznokciach zwisały w strzępach. Twarz miał spaloną słońcem, spierzchnięte wargi pokryte grubym, białawym strupem, krwawiącym z poprzecznych pęknięć, długie, splątane i zakurzone włosy i uszy zatkane woskowiną.

W ogóle go nie pilnowałam. Prawie nie rozmawialiśmy. Kiedy chciałam, by coś zjadł, kładłam na talerzu dwie kromki chleba z pasztetem i zostawiałam talerz na stole. Znajdował kanapki wyschnięte i oblepione przez mrówki. Zmożony głodem otrzepywał je i zjadał.

Przez cały tydzień czytałam książkę Tourniera. Nie wiem, dlaczego wahałam się dojść do finału, który i tak nic dla mnie nie znaczył. Kiedy jednak skończyłam książkę, powróciłam do pierwszych linijek. Na pokładzie statku kapitan Pieter Van Deyssel rozłożył karty do tarota i powiedział Robinsonowi, że każdy narzuca otoczeniu porządek na obraz i podobieństwo swoje.

Po upływie miesiąca nauczyłam się czegoś o samej sobie. Pojęłam, że jestem leniwa. Tego, że jestem nieszczęśliwa, było mi wstyd. Nie myślałam o tym. Czas, który spędziłam na leżeniu w łóżku i analizowaniu wszystkiego, co zaszło między mną a Mihaiem, nie miał znaczenia. Wierzę, że nieprzypadkowo spotkałam starca wycinającego winorośl właśnie wtedy, w czas łez, zanim znalazłam miłosne liściki adresowane do mojego męża. Te dwa wydarzenia nie istniały osobno. Dlatego sądzę, że mój smutek nie był prawdziwy. Cierpiałam, a równocześnie byłam przekonana, że wszystko jest w porządku.

W ciągu tego miesiąca i ja, i moje dziecko nieomal umarliśmy z głodu i niewiele brakowało, by oblazły nas wszy. O pchłach nawet nie wspomnę. Pewnego wieczora przyszedł do nas mały szczeniak; adoptowaliśmy go i pozwoliliśmy mu spać w domu. Całymi dniami plątał się po ulicach w poszukiwaniu mamy, zaś wieczorem wracał do nas, przynosząc coraz to nowe pasożyty.

Przywiezione przez nas bagaże zawierały całą masę rzeczy bezużytecznych: przybory toaletowe, które traciły sens wobec braku łazienki, garnki i sztućce, które zapakowałam nie pomyślawszy, że nie będę miała czym podtrzymać ognia choćby przez kwadrans. Oddałabym wszystko za najzwyklejszą maszynkę elektryczną albo spirytusową, nie byłam bowiem w stanie przekonać się do palenia słomą i wyschniętymi łodygami słonecznika.

Za wybiegiem dla kur było jeszcze jedno ogrodzenie, okalające resztki zabudowań gospodarskich rodziców: chlew bez dachu, zagrodę dla kóz, z której zostały dwie ściany i stóg przegniłego siana. Za stogiem leżała sterta połamanych łodyg słonecznika, kruszących się przy najlżejszym dotknięciu. Wszystko kłoniło się powoli ku ziemi, próbując zlać się z nią w jedno.

W domu palenisko pozostało nietknięte. Na ceglanej podłodze odkryłam trójnóg, a nad nim okopcony łańcuch do zawieszania kociołka. Po jednej stronie paleniska były drzwiczki do pieca chlebowego, którego używano w zimie. W środku leżały jeszcze poczerniałe od dymu formy. Obie ściany obudowane były - tak, jak to pamiętałam - szafami na naczynia. W piwnicy stały wielkie skrzynie na mięso i mąkę i trzy beczki na wino.

Żeby móc zacząć używać tego wszystkiego, powinnam była najpierw zrobić generalne porządki, tracąc nie wiedzieć ile dni na sprzątanie i szorowanie. Tymczasem mnie nie było stać na najmniejszy nawet wysiłek. Byłam w stanie najwyżej przygotowywać dla Daniela chleb z serkiem topionym i myć go, kiedy już zaschnięte błoto odpadało mu z rąk i nóg jak łuski. Ubrania prałam w zimnej wodzie i też dopiero wtedy, gdy stawały się sztywne.

Przez cały miesiąc przyglądałam się otaczającej mnie ruinie. Plątałam się po niemal wymarłej wsi, przemierzając ją od krańca do krańca. Przez całe dnie nie napotykałam żywego ducha. Drogi były gładkie jak stół, wysuszone przez słońce i silny wiosenny wiatr. Tylko czasami natrafiałam na ślady stóp, albo psich łap. Przydrożne rowy wypełnił ptasi rdest. Znikły przydomowe wodopoje. Rozpadły się ogrodzenia i z drogi widać było zabudowania, a czasem tylko drewniane szkielety domów. Z rzadka, w pojedynczych oknach pobłyskiwały firanki. Wszystkie ogrody pełne były chwastów, podobnie jak ogród moich rodziców. Kilka wychudzonych kotów na płotach i nieliczne psy, przebiegające przez drogę i nie zwracające na mnie najmniejszej uwagi były jedynymi żywymi istotami, które mąciły panującą wokół grobową ciszę.

Może jeden z dziesięciu domów był jeszcze zamieszkany. Tam też tkwiły zastygłe postaci starych kobiet w chustkach naciągniętych na twarze. Przechodząc koło nich skłaniałam głowę, odpowiadały mi tym samym. Tylko jedna zapytała, czyja jestem. Powiedziałam, jak nazywali się moi rodzice, ale kobieta nie pamiętała nazwiska. Dopiero kiedy wspomniałam o babce, pojęła, kim jestem. Przypomniała sobie nawet, że znała mnie jako dziecko.

Centrum wsi było nieco bardziej ożywione. Istniała tam jeszcze poczta i telefon. Był nawet sklep, jakieś trzy kilometry od naszego domu. Wieś w dalszym ciągu miała sołtysa, nie istniała już jednak przychodnia, zakład fryzjerski, piekarnia. Chleb przywożono z miasta. Na odmianę dwie miejscowe knajpy miały z pięciu stałych klientów. W jedynym sklepie można było kupić wszystko, od chleba, makaronu, przecieru pomidorowego, sody, nafty, zapałek, soli i nici po gumiaki, kalesony, łopaty, gwoździe, aluminiowe łyżki, blaszane wiadra, budziki, kapcie i grzebienie. Nie uświadczył za to choćby ogryzka ołówka, ani czegokolwiek, co można by określić mianem zeszytu. Niemożliwością było znaleźć szczoteczkę albo pastę do zębów, gazę, watę, trutkę na myszy i spray przeciw komarom.

Właśnie w centrum, koło czwartej po południu, miałam szansę na spotkanie ludzi nieco młodszych, czasem nawet dzieci. Przypuszczam, że w całej wsi było ich mniej niż dziesięcioro. Kościół stał jeszcze, ale mszy nikt już nie odprawiał. Kościelne drzwi stały otworem tylko w czasie pogrzebów. Pop, jeden z moich kuzynów, mieszkał w Rosiori i za każdym razem, kiedy był potrzebny, ktoś wzywał go przez telefon. Szkołę zamknięto. Moi dawni nauczyciele pomarli, wyjechali albo dojeżdżali do innych wsi - w których było więcej dzieci. Jeździli do pracy i wracali do domu na rowerze i zimą, i latem. Lekarz pojawiał się raz na tydzień, robił chorym zastrzyki i zostawiał recepty na lekarstwa przeciw biegunce, grypie, hemoroidom, wrzodom, zatruciu wieprzowiną, zatwardzeniu, bronchitowi. Sprzedawca ze sklepu przekazywał je mieszkańcom.

Nie wiedziałam, kto z moich dalszych krewnych umarł, a kto jeszcze żyje. Bracia matki wyprowadzili się przed wieloma laty do Rosiori, zaś spośród wszystkich czterech sióstr ojca żyła tylko jedna - jedyna, która nie wiedziała, że wróciłam. Otoczenie naszego domu opustoszało. Ostały się tylko dwie sąsiadki, wdowy, jedna mieszkała z tyłu za domem, druga trzy domy dalej. Za ogrodem było gospodarstwo mojej chrzestnej, siostry dziadka. Widać było jeszcze obdrapany płot i boczną ścianę domu, na której odpadający tynk wyrysował nieco koślawą mapę Afryki. Rozsypał się komin i letnia kuchnia, w której mój kuzyn Manole suszył mi wypełnionym rozżarzonymi węglami żelazkiem rośliny do zielnika. Pamiętam, jak skwierczały pełne soku łodyżki i jak później przyklejaliśmy lepcem do papieru płaskie kształty.

Do dziesiątego roku życia nie wolno mi było rozmawiać z Manole, bo nasze babki kiedyś się pokłóciły. Gdy miałam trzynaście lat, właśnie z Manole próbowaliśmy się kochać - po raz pierwszy w życiu. Weszliśmy oboje do jutowego worka i położyliśmy się na ziemi. I to wszystko. Gdy padał deszcz, siedzieliśmy z Manole na werandzie z drewnianą balustradą. Jego dziadek łuskał kukurydzę, a my wynosiliśmy ją na strych.

Z każdym domem wiązało się tyle opowieści. Nie pamiętałam ich, pozostało mi tylko wrażenie, przelotne obrazy, które nie sprawiały mi przyjemności.

Ileż to razy powtarzałam, że moja przeszłość nie należy do przyjemnych. Nigdy chętnie nie przyznawałam się do swego pochodzenia. Nie zwykłam opowiadać o latach dzieciństwa i rodzicach. Nie było o czym. Omijałam ten rozdział. We wszystkich formularzach wpisywałam pospiesznie odpowiednie dane. I nie ja jedna zachowywałam się tak niewdzięcznie. Wydaje mi się, że wszyscy nosiliśmy w sobie kompleks pochodzenia. Przeszłość była dla nas ciężarem. Tkwiła w nas, nie dająca radości i każde wspomnienie z dzieciństwa sprawiało nam przykrość.

Istniał jeden jedyny dom, którego milczenie i samotność pogwałciłam podczas mojej pielgrzymki. Był to dom stojący po przeciwnej stronie drogi, dokładnie naprzeciw naszego ogródka; mieszkał w nim kiedyś najgwałtowniejszy ze znanych mi ludzi. Obejście stało pustką od ponad siedmiu lat, kiedy jeszcze żyli moi rodzice. Dach ledwie się trzymał. Ogrodzenie z betonowych płyt przewróciło się i rozsypało, wymieszało z ziemią i trawą. Chwasty ruszyły odważnie i dotarły do okien, wpełzając na popękane szyby i zapuszczając żurawia do środka. Rzeźbione drzwi, najpiękniejsze w całej wsi, w której wszystko było tymczasowe, marne i ubożuchne, tkwiły nadal w futrynie i rzucały wyzwanie otaczającemu zaniedbaniu. Łuski zielonej farby - wulgarnej zieleni, której wszyscy chłopi używali do malowania stolarki - obwisały jak strzępy. To był dom, w którym tyle razy piłam owcze mleko, gdzie miałam swoją huśtawkę, zawieszoną na pigwie i gdzie mogłam ukryć się w sianie na stajennym stryszku.

Sforsowałam drzwi. Nie były zamknięte na klucz, ale zawiasy zardzewiały i nie dawały się otworzyć. Była to typowa chłopska chata z okolic Równiny Boianu. Z niewielkiej sieni wychodziło dwoje drzwi: po lewej stronie była czarna izba, w której mieszkała cała rodzina, a po prawej biała izba, ozdobiona kilimami, pełniąca równocześnie rolę składziku Tutaj, na wieszakach i w skrzyniach składano stosy odświętnych ubrań, przyodziewek na ostatnią drogę, posag córek, worki z wełną, dziecięce ubranka zachowane dla kolejnych latorośli. W malutkim przedsionku, w którym nie było żadnych mebli poza stołkiem na wiadro z wodą były jeszcze jedne drzwi, prowadzące do kuchni, wąskiej i długiej jak obie izby razem.

Dom był zupełnie pusty. Nie zostało w nim nic. Tylko kilka gwoździ w ścianach i mysie dziury po kątach.

Ta pustka stała się moim koszmarem. Po nocach śniłam, że ktoś zamknął mnie w środku na klucz. Siedziałam przerażona i czekałam, aż pojawi się ciotka Minka ze spaloną, pełną

przetok twarzą, tak jak ją widziałam ostatni raz przed śmiercią. Zbliżała się do mnie unosząc pokryte bąblami ręce. Poparzyła się, kiedy dmuchnęła w maszynkę naftową. Cała wieś przedefilowała wtedy przez obejście żądna widoku jej ropiejącej twarzy.

Wychowałam się z jej dwiema córkami, przez cały okres dzieciństwa były moimi najlepszymi przyjaciółkami. Pogardzałam nimi, bo były córkami pastucha, ale w ich towarzystwie doświadczałam najwspanialszego poczucia wolności. Ich obecność nigdy mnie nie krępowała i zawsze mogłam spojrzeć im prosto w oczy. Łączyło nas głównie robienie razem tego, co wulgarne. Na własna rękę - i nieco przedwcześnie - odkrywałyśmy tajemnice własnych ciał. Nie było to ani eleganckie, ani higieniczne, ale zdaje się, że szybciej doprowadziło nas do dojrzałości.

Jesienią, kiedy zaczynały opadać liście, wszystkie trzy kładłyśmy się na wielkim owczym kożuchu ułożonym na przyzbie. Ja zasypiałam najpóźniej. Przyglądałam się, jak sen morzy obie siostry. Miałam dwanaście lat i czułam się zmęczona. Patrząc na ich pogodne twarze, słuchając ciężkiego oddechu, jak przez mgłę dostrzegałam odbierającą siły przyszłość.

Mieliśmy wielu sąsiadów. Jak żyli, jak umarli? Krążyło tyle opowieści, że nawet one stały się męczące. Co umarło, było martwe na dobre i niewarte wspomnienia. A jeśli ich nieszczęście okazało się bezużyteczne, niech pójdzie w zapomnienie.

A przecież - choć się buntowałam -już po kilku tygodniach zrozumiałam, że cały ten świat miał znaczenie, odkrywałam to w miarę jak czułam, że do niego należę i odnajdywałam się w niektórych jego elementach. Niezależnie od tego, jak bardzo chciałam, nie mogłam temu zaprzeczyć. Należałam do niego bardziej, niż byłam to skłonna przyznać.


Tłumaczyła Ewa Rossi

Fragment powieści „Din Tara Brânzei” („Z kraju sera”), Wyd. Image, Bukareszt, 1999.

FELICIA MIHALI, ur. 1967. Absolwentka filologii romańskiej oraz języków obcych (chiński i holenderski) w Bukareszcie. W roku 1999 opublikowała „Z kraju sera”, bardzo dobrze przyjęty przez krytykę. W tym samym roku wychodzi drukiem „Mała historia”, a rok później – „Ja, Luca i Chińczyk”. Zajmuje się krytyką literacką, także literaturą porównawczą. Obecnie mieszka w Kanadzie.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas