poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MIRCEA HORIA SIMIONESCU
Bibliografia ogólna
DL 2000, nr 11 (169)

Mario Nagozalążkowiec, „Epopeja farmakopeiczna”

Dowiedziawszy się, że ustanowiono u nas dynastię dwugłową, wielostronną, nie miałem już powodu, by kryć się z moimi uczuciami monarchistycznymi, tlącymi się we mnie od wczesnego dzieciństwa; toteż jąłem ronić łzy, wrzeszczeć, skakać na jednej nodze wokół stołu, w prawej ręce wznosząc triumfalnie zielono-pomarańczową flagę zrobioną z pończochy. Wychowano mnie bardzo starannie, w duchu poprawności i dyscypliny, w wyższej szkole absolutyzmu. Dzięki czułości matczynej od dzieciństwa byłem obznajomiony z waleniem na odlew w pysk, za czym szło klęczenie na utłuczonych skorupach orzechów tudzież - w chwilach współczucia dla mej przyszłej żołnierskiej doli - ciskania mną o podłogę, kiedy to ledwo zdążałem się kulić, aby nie grzmotnąć czaszką o ziemię i nie zobaczyć zbyt gęstych zielonkawych gwiazd przed oczami. A znów tatuś w swej dobrotliwej, przewidującej mądrości starał się często dostarczać mi okazji do eksplorowania od środka karcerów o betonowych podłogach, o małych okienkach i ścianach ociekających wodą, z rojami czarnych karaluchów. Mając lat piętnaście mogłem uważać się za mężczyznę całą gębą, toteż rada familijna pozwoliła mi mieć własne, niezależne poglądy, oczywiście monarchistyczne.

Walka o ten ideał była ciężka i długa, jeśli zważyć choćby fakt, że wszyscy, z którymi dzieliłem się moimi przekonaniami, natychmiast stawali się mymi wrogami, wyśmiewali mnie, usiłowali plunąć mi w twarz, w najlepszym zaś razie wygłaszali do mnie długie, naszpikowane cytatami prelekcje. Oprócz mądrości rodzicieli żadnej innej nie trawiłem, więc zdarzało mi się wyciągać spluwę, ilekroć zaczynano wygłaszać jakąś utartą opinię. Kiedyś, gdy tłumaczyłem pewnemu koledze, dlaczego byłoby dobrze, gdybyśmy oprócz jednego, głównego króla mieli również innych, w każdej podmiejskiej dzielnicy tworzących złocistą hierarchię niby łańcuszek z breloczkiem, ten zarżał jak krokodyl i kazał mi studiować życie pszczelego ula. Cóż za durny pomysł!

Później górne moje poglądy wtrąciły mnie w konflikt z władzami. Było to gdzieś około 1925 r; prowadziłem właśnie manifestację na rzecz powrotu dynastii. Wyszliśmy z sali kinematografu „Parole d'Honneur”, kierując się ku pomnikowi króla Sublimata II. Karabinierzy zagrodzili nam drogę na rogu, gdzie jeszcze teraz jest księgarnia z lalkami brytyjskimi Saliforma i bez ostrzeżenia, bez wahania otworzyli ogień do tłumu. Padł wtedy również Konrad Deka, którego pamięć czczą obecnie wszyscy monarchiści. Mnie wrzucili na ciężarówkę i zawieźli do szpitala dla nerwowo chorych.. Tam moje poglądy weszły w stan erekcji, przeciwstawiając się poglądom pewnego zatwardziałego, radykalnego republikanina, któremu na odchodnym pogroziłem pięścią przyrzekając, że jeszcze o tym pogadamy...

Straszliwie uradowało mnie zwycięstwo! A więc teraz każda dzielnica ma króla - mówiłem sobie okrążając stół, z furkoczącą triumfalnie flagą. W dzielnicy Perhydrol na władcę namaszczono Kakodyluata Sodu. Mikołaj Antypiryn, Paraskiw Paracetamol, Włodzimierz No-otropil, Paweł Streptomycyn, Sokrat Rivanol i Michał Izosorbitol sprawują pełnię władzy monarszej w innych dzielnicach. Ich domy, niekiedy budynki typu wagonowego, jak w wypadku Antypiryna, mają teraz inne wejścia, co od razu przydało im majestatu; powiewają nad nimi chorągwie, a przed nimi paradują po trotuarach strojni gwardziści w błękitnych mundurach i króliczych czapach z kutasami. To oszałamiające, jak szybko wszystko się dokonało! W ciągu kilku godzin miasto strząsnęło z siebie jarzmo demokratycznej anarchii i zdecydowanie, dumnie wkroczyło w świetlisty, szczęsny i dostojny gościniec uroczystej monarchii, z hukiem wchodząc w nową erę. Patrzysz na ulice i wprost wierzyć ci się nie chce, że każdy dom jest królewskim pałacem; w tej chwili jest w mieście ponad ośmiuset królów z królewskimi małżonkami, z marszałkami dworu (gdyż doliczono się w poszczególnych dzielnicach mnóstwa podwórców gospodarskich, które aż do wczoraj ustrój parlamentarny pozostawiał na pastwę dzikiego zielska), z książętami-następcami tronu i tłumami ślicznych dam dworu. Wokoło ich rezydencji natychmiast zainstalowały się - w porządku, jaki zapewnić może tylko dyscyplina królewska - sklepy kuśnierskie, sklepy nadwornych jubilerów, butiki reprezentujące domy mody z Paryża i Amsterdamu, warsztaty nadwornych szewców, nadwornych wytwórców kołder i precli, nadwornych rakarzy, nadwornych żebraków, nadwornych kieszonkowców.

Na ulicach pojawiły się nowe wywieszki: ulica Papuzia nazywa się teraz Bulwarem Jego Majestatu, ogródek koło poczty - Wielkim Placem Dostojników, plac Stratona - Parkiem Chwały. Bibułkowe girlandy, pieski myśliwskie, pozłacane kolaski, tytoń indyjski, kościoły z osobnymi kaplicami rodzin królewskich przydały miastu ozdobności. Na frontonach domów, na kioskach, na drzwiczkach karet, dorożek i dwukółek, na naleśnikach sprzedawanych na rynku pojawiły się miniaturki herbów rozmaitych królów. Wedle statystyk trzy czwarte mieszkańców miasta ma od wczoraj prawo do tytułu „dziedziców”, pod warunkiem jedynie zrobienia sobie rentgena celem ujawnienia kości szlacheckiej.

Zaczęły się pląsy i zabawy. W sieni z oknami na ulicę ludzie tańczą, pary pławią się w szczodrym świetle lampy naftowej, na chodniku przed sąsiednią posesją, gdzie kiedyś była lodziarnia, urządzane są niebywałe wprost parady. Jeden z pięciu miejskich czołgów szparko sunie pośród kwitnących lip. Przyprowadzono też pięknie przystrojone konie, wszyscy w mieście liczą na kawalerię głównego króla, od którego królowie dzielnicowi pożyczają na kilka godzin pyszne ogiery, tak by również ich defilady robiły wrażenie, by zdumiewały widzów. Na drugim piętrze domu szklarza, na werandzie, urządzono wielką międzynarodową wystawę. Prezentowane są na niej sztachety ze starodawnego płotu, młynek do kawy (również z dawnych czasów), świeca łojowa ze starych czasów, o której twierdzą, że podobno w przeszłym stuleciu prowadziła królów po ścieżkach wygnania. Niewiasta z czasów starodawnych udziela kompetentnych objaśnień.

Bezustannie trwają wzajemne wizyty między królami. Wczoraj wieczorem gościł wśród nas z misją kurtuazyjną prześwietny Chloroform III wraz ze swoją świtą, wszyscy na rowerach. Inni, w towarzystwie kilku marszałków, podróżują po sąsiednich przedmieściach, odwiedzając innych królów, u których wygłaszają przemówienia, wydają bankiety i sami są bankietami podejmowani. U niejakiego Bromurala Bez Trwogi zajadałem się pyszności bitą fasolą ze smażoną cebulą i piklami wprost z beczki, przyprawioną leciutko cząberkiem i owianą rozkosznym zapaszkiem czosnku. Spłakałem się ze szczęścia przeżywając te chwile spełnienia, zaofiarowane mi z królewską zaiste szczodrobliwością przez monarchę. Pożartowałem z królową, dwa razy dałem szacha królowi. Także Mikołaj Antypiryn przyjmował mnie z wielką pompą. Ucałowałem mu dłoń, on zaś podniósł mnie z klęczek i przypiął mi do piersi order z napisem ZASŁUGA, zaczem skłonił mnie do uroczystych wyznań. Potem dozwolił mi przyglądać się z balkonu jego domu królewskim zmaganiom dwóch kogutów na sąsiednim podwórku, co nastręczyło mi sposobność do poczynienia głębokich obserwacji w kwestii kaprysów losu, jakie muszą cierpieć maluczcy i nieoświeceni. Jest godne uwagi, że w sobotę wieczorem jego wysokość kąpie własne dziecię w blaszanym szafliku, co odnotować chyba należy jako przykład skromności.

Już od dłuższego czasu wskutek machinacji republikańskich, anarchistycznych i socjalistycznych kran w naszej kuchni nie działa. Z rury buchał gęsty dym, do miski zaś kapała wrząca woda. Poprosiłem o audiencję u Jego Wysokości Mateusza Gomenola I. Przyjął mnie życzliwie, pozwalając - jak każdy nowoczesny monarcha - bym zasiadł na taborecie przy jego stole roboczym. Przedstawiłem mu sytuację. Pojął mnie w pół słowa. Wezwał głównego szambelana i kilku doradców, z którymi odbył naradę. Nazajutrz, z precyzją iście królewską, jego gwardziści wyaresztowali wszystkich republikanów w dzielnicy. Wszyscy, nie tylko my, mieszkańcy budynku z zepsutym kranem, lecz również lokatorzy pozostałych kamienic, poczuliśmy się usatysfakcjonowani tą egzekucją naszych praw.

Nie przyjąłem (choć nie mogę powiedzieć, by mnie w tym względzie nie nagabywano) żadnego stanowiska w jego pałacu, a raczej w pałacach. Inni owszem, uczynili to. Pewien mój sąsiad zaangażował się jako stróż w bloku przy Bulwarze Garbarzy; inny, zresztą przybłęda, objął wysoką funkcję urzędującego na dachu królewskiego trębacza, z prawem grania w wolnych chwilach dla własnej przyjemności. Jeśli o mnie idzie, jeszcze przez kilka miesięcy pragnąłbym pozostać idealistą. Stąd też poczuwam się jedynie do obowiązku układania ód sławiących najznakomitszych naszych królów. Do pisania ód wszelako potrzebne mi są czyny orężne. Okazji do ich przeżywania i opiewania zaiste nie brakuje; monarchii bez konfliktów, bez momentów chwały, bez heroizmu i marszów przy wtórze mosiężnych trąb wprost nie da się pomyśleć. Wnet rozpoczęły się wojny, może najbardziej spektakularne z wszystkich, jakie dotąd znały dzieje.

Oto Franciszek Pentalong wypowiedział wojnę Analcydowi III-mu, Pirvu Sulfatiazol - Sifamidowi Bretońskiemu; Perhydrol - Eleudronowi V-mu; Andrzej Emetyk- Rudolfowi Asprocolowi. I tak dalej. Zwykle walczono na generałów, ale również na białą broń; sagany, chochle, czajniki, nocniki z uchem; niektórzy jako broni zaczepnej używali piły, widelca, bosaka rybackiego, sznura do bielizny, siejąc trwogę w szeregach wrogów. Odnotowano ataki z balkonów, wyłomy w ścianach drwalni, szturmowanie klatek schodowych i skoki w ich czeluście, jako że windy nie działały. W powietrzu latały maszynki do gotowania, świdry i kozły drewniane, kojce na gołębie, motorowery i łyżwy. O odpowiednich porach podawano komunikaty z placu boju - z ogródków bądź korytarzy wiodących do łazienek czy kuchni; trochę wrzaskliwie - z kuchenek i świetlików. Jeden z królów rozbił syfon na głowie głównodowodzącego armii, który ukrył się w piwnicy, inny skutecznie posłużył się szlauchem z wodą do rozbrojenia pewnej gospodyni domowej twierdzącej, że jest strażą przednią kolumny pancernej. Prawdziwie heroicznie zapisała się w historii mansarda spod numeru 46 bis, gdzie inna kobieta, niewiasta-bohater, starła się w drzwiach z Nitaminem Młodszym, druzgocząc mu maszynką do mięsa kostki i przeguby. Do ostatniego broniło się kilkoro dzieci uzbrojonych jedynie w blaszane dzbanki, które podawały sobie z rąk do rąk, aby chlustać z nich wrzątkiem na wrogów, bohatersko broniąc pokoiku, gdzie stał gipsowy biust króla i ich rodzica. Poddani innego króla, na innej ulicy, w innych domach bronili się podobno przed napastnikami za pomocą śrub i kół zębatych wyjętych ze złomowanej limuzyny, ongiś należącej do pewnego adwokata; agresorzy szybko opuścili plac boju z kieszeniami pełnymi części zamiennych, reporterzy wojenni zaś donosili, że napastnicy okazywali wielką radość ze zdobytych trofeów - cztero-palnikowych butli gazowych, ślicznych glinianych garnków malowanych przez artystów ludowych z domen królewskich, poduszek i trzepaczek do dywanów, wycieraczek zszytych z gałganów, które, znienacka wyszarpnięte spod nóg, dawały efekty wstrząsające.

Mogę wam wyśpiewać - powtarzam sobie - wszystkie te cudowne, waleczne czyny: zuchwałe natarcie Rivanola spoza kiosku z napojami chłodzącymi, aż na podwórko pracowni blacharskiej, albo ów fantastyczny, oszałamiający wypad Mikołaja Urynopropolisa na czele wszystkich jego hufców na czerwony gmach filii Banku Kredytowego... Czy wpadnięcie Szefa Sztabu Generalnego do dołu z wapnem, albo pamiętne słowa, jakie przy tej okazji wyrzekł, słowa godne zapisania w kronikach: „No, braciszkowie, podajcie mi, do cholery, rękę, żebym stąd wylazł”?

Jakkolwiek są w tych wojnach punkty niejasne, zakończyły się one - jak wszystkie wojny -bez zwycięzców i bez pokonanych. Trofeów zgarnięto mnóstwo, i dopiero na ich widok człowieka przejmuje dreszcz aż do szpiku kości. Przed moim na przykład domem leżały na ziemi puste butelki po piwie, bidet, obrus w różyczki, wiadro, dwie drabinki od gołębnika, globus, para lakierków, kilka obrazów. Na innych podwórkach walały się damskie pasy od pończoch, obrazy przedstawiające Cyganki, plastykowa cytryna z wesela, dziecinne łóżeczko, patefon z tubą, dwie wstęgi z koronek, gołębnik podróżny i wózek dla paralityka.

Pantovitowi Ptasznikowi, do którego przyłączyłem się podczas kampanii przeciw Antyspazmikom (bardzo to wredne i wojownicze plemię z Ulicy Głównej), odczytałem pierwsze moje próby w gatunku ody. Nie uniósł wzroku znad dostojnej swojej pracy (zszywał właśnie wspaniałe chomąto, miał bowiem nadzieję zakupić konia na miejsce muła, co padł mu podczas walk), słuchając jednak końcowych strof o swoich bohaterskich dokonaniach nie omieszkał uronić dźwięcznej łzy, którą łaskawie kazał mi potraktować jako złotą monetę monarszej radości. Skłoniwszy się, podniosłem ją symbolicznie, czując doń wdzięczność dozgonną.

W dniach następnych władza królewska i pokój sprowadziły na nas chwile szczęścia, zaiste wspaniałe. Pod życzliwym słońcem berła Jego Majestatu zbudowałem sobie szopę z kurkiem na dachu, zmajstrowałem taboret i żardinierię, a w końcu akwarium z trzema barwnymi rybkami. Mam też okazały asparagus, który z ojcowską troską podlewam rano i wieczorem. Za ody, opłacane przez dom królewski, zwłaszcza po proklamowaniu cesarstwa, zrobiłem sobie koszulę w śliczności kratę, którą naszam na przyjęciach, by mogły ją podziwiać damy dworu, ja zaś mogę przy tej okazji wieść z nimi rozhowory o tak jeszcze niedawnych dniach pełnych napięcia i niepowstrzymanego entuzjazmu.

Marzę o skończeniu z wyuzdaniem, w jakie wtrąciło mnie życie nieco zbyt lekkie, i o przyoszczędzeniu pieniędzy na zakup - może kiedyś? -używanego roweru. Przejażdżki po okolicy, po lesie, zrobią mi dobrze, pobudzą natchnienie, tak że po latach, jakie mi jeszcze pozostały pod miłosiernymi rządami dobrego mego władcy, króla Pantovita Schizofrena, będę mógł ułożyć wielką epopeję naszego szczepu. A gdy już spełnię tę szczytną misję, łatwo przyjdzie mi pogodzić się z myślą, że i mnie czeka wspólny wszystkim koniec - spokojny, w moim łożu z baldachimem, bądź też prawdziwie męski, od ciachnięcia majchrem, tak jak skończyli wszyscy moi dzielni przodkowie. (Wydawnictwo „Hoechst”, Bamberg 1942)


Rudolf Cohen, „Literatura zmajstrowana przez kontrabandzistów”

Autor stawia sobie za cel wyjaśnienie, w jaki sposób jedno z najmniejszych państw Europy, Republika San Marino, zdołała stworzyć wielką i znakomitą literaturę narodową, prześcigając w tym względzie Francję i Anglię, kraje o starej tradycji, by nie wspomnieć już o literaturach rosyjskiej i niemieckiej, bo te - ze wszystkimi ich, dobrze wszak znanymi arcydziełami - zostawiła daleko w tyle.

Jak wiadomo, aż do 1603 r. terytorium, na którym usadowiła się nowa republika, było okolicą pustą i ubogą, zamieszkaną przez kilka tysięcy wieśniaków trudniących się uprawą pomidorów na przecier, sporządzaniem korkowych spławików (rosnących bez uprawy), uprawą drzew oliwnych i sztufadowych, z której to rośliny robi się przepyszną potrawę tejże nazwy. Klimat umiarkowany, z kapryśnymi wiosnami i jesieniami, zahartował pracowitych mieszkańców tej krainy i w taki sposób ukształtował ich charaktery (będące wszak zwierciadłami zrównoważonego temperamentu), że oznaczają się oni zarówno zacnością, jak i zmysłem analitycznym, dokładnością i przedsiębiorczością. Dzięki zbywaniu swych produktów po korzystnych cenach na rynku międzynarodowym, z którym wiążą ich cywilizowane szlaki, mieszkańcy tej ziemi już dawno zbudowali sobie trwałe instytucje i nowoczesne miasta, które w epokach późniejszych stały się jeszcze nowocześniejsze niż dawniej; tak przynajmniej twierdzą historycy sanmartineńscy. Wnet też prawdziwy dobrostan zapanował w granicach nowego państwa, gdy tylko niektóre rodziny uzgodniły utworzenie republiki i zakazały partii monarchistycznej dalszych poszukiwań, w różnych krajach ościennych, odpowiedniego kandydata na władcę, choć lokalny dom sprzedaży wysyłkowej gotów był dostarczyć nie jedną, lecz kilka par.

Zamożność, ogólna pomyślność i energiczny obrót towarowy, a także przepyszna uroda wieczornego nieba przed wschodem księżyca - wszystko to rozjątrzyło zawiść sąsiadów, którzy w przerwach między niekończącymi się kampaniami wojennymi przeciwko wielkim mocarstwom znajdowali czas na dość brutalne atakowanie małego, świetnie prosperującego państwa. Mądrzy jego przywódcy uświadomili sobie niebezpieczeństwo, zagrażające wręcz samemu istnieniu narodu. Natychmiast też wydzielili jedną trzecią zysków ze sprzedaży przecieru w słoikach na wybudowanie wzdłuż granic kraju potężnych murów z dobrze ryglowanymi bramami, zwodzonymi mostami, z dzwonkami alarmowymi ukrytymi w trawie lub pod brukiem peryferyjnych dróg. Wprowadzono surową kontrolę osób wchodzących przez bramy; każdy obywatel został wyposażony w dokumenty niemożliwe do podrobienia, niebywale szczegółowe w każdej dziedzinie, z rysopisami i adresami tudzież obfitymi informacjami. Wszystkie takie legitymacje i zaświadczenia mieściły w sobie dane z kilkuset teczek. Gwoli uniknięcia przykrości każda osoba musiała zawsze mieć je pod ręką, nosząc je w małej kieszonce.

Ludziom bardzo bogatym dano możliwość otoczenia się licznymi służącymi, strażą przyboczną, klientami (ogrodnicy, sprzedawcy pustych butelek, drobni kantornicy, szoferzy i poeci-panegiryści); tym o niższych dochodach zaoferowano codzienne spektakle w sądach, cukiernie, rowery spacerowe i kontrolowaną przez policję gazetę, w której - zgodnie z wzorami zapożyczonymi z Republiki Dominikańskiej - można się było szczerze wypowiedzieć w formie ogłoszeń pogrzebowych.

W bardziej zaawansowanym okresie dziejowym pewne tereny zostały wyjęte spod prawodawstwa ogólnego i na mocy koncesji odstąpione kilku wielkim amerykańskim kompaniom naftowym, nie tyle z myślą o dobywaniu z głębin ziemi gazu czy ropy, których to surowców kraj był całkowicie i beznadziejnie pozbawiony, ile raczej po to, by zaistniały spółki konkurencyjne, również naftowe, wielkie biura i zarządy, hałaśliwe kłótnie, oskarżenia o grabież kraju, skandale, brudne afery, interpelacje w parlamencie. Za przyzwoleniem bądź wbrew woli potężnych badylarzy utworzono większość i mniejszość parlamentarną, grupy robocze i eksperckie. Wszystko to miało na celu tchnięcie nowego życia w społeczeństwo, bo przecież wiadomo, że społeczność, która się nie regeneruje, skazana jest na gnicie w murach grodu i zaczyna, jak inne, pragnąć wojen, ekspedycji karnych, najazdów itd. Ten zaś naród ma usposobienie z gruntu pokojowe, problematyka wojenna wcale do niego nie pasuje.

Bardzo wcześnie okazało się, że literatura to luksus, który może zepsuć najambitniejsze zamiary. Arkebuzer, usiłujący opisać swój oręż w jednostronicowym utworze, okazał się nałogowym pijakiem i dziwkarzem. Praczka, która najmowała się do roboty w znakomitych domach i ni stąd, ni zowąd, między gotowaniem bielizny a zawieszaniem jej na sznurach, zaczęła recytować fragmenty ballady własnej kompozycji, okazała się niebawem głęboko zdeprawowana, nadto zaś - co godne pożałowania - na pół niepiśmienna; stąd jej sukces był lichy, a jego efekty dramatyczne - żrące. Podjęto drastyczne kroki prawne, aby oduczyć ludzi takich zachowań. Za niepożądane uznano nawet pisanie listów, z tego prostego powodu, że nadawca mimowiednie wdawał się w godną potępienia literacką pisaninę.

Żeby stworzyć literaturę, trzeba koniecznie, by wszyscy wariaci umiejący pisać - śpiewać, prać, strzelać z karabinu czy też kochać; by wszystkie niedojdy nie umiejące w życiu niczego - mogły przelewać na papier to, co im przyjdzie do głów. Wówczas możesz mieć nadzieję, że uzyskasz - obok paszy, cegieł, oliwek i cienkorunnych owiec - również jakiegoś Dantego czy Schillera, jeśli tylko przez dłuższy czas będziesz sumiennie udawał, że ta sprawa cię interesuje, i jeśli będziesz wszystkich zachęcał do zapełniania kajetów radami i pytaniami. Było jednak oczywiste, że burmistrz wraz z większością nie usiłują nikogo zachęcać, bo na razie ludzie jakoś nie potrzebowali Dantego, a opinię o Schillerze mieli raczej kiepską. Próby zmajstrowania jakiegoś lokalnego wieszcza przynosiły więcej społecznych komplikacji i szkód niż pożytku.

Taki stan rzeczy mógł trwać aż do 1826, kiedy to w następstwie Rewolucji francuskiej (1789) Europa stała się bardziej pobłażliwa, krucjaty i wojny trzydziestoletnie zaczęto uważać za anachronizm i coś nagannego, tyranie okazały się podejrzane, a masy zaczęły kontrolować bieg spraw. Na całym świecie ludziom pozwolono pisać, nie tylko czytać. Niektóre osoby, jak rzeczony Schiller, okazały się niewinne. Prestiż literatury wzrósł.

Prestiż ten przypuścił szturm na Republikę San Marino; jej mury zachybotały się, alarmy jęły gwizdać przenikliwie. Przez kilka lat dzieje kraju doznawały katastrofalnych wstrząsów pod intelektualnym naporem jego gospodarzy. Gdy jednak okres ten dobiegł kresu, a jego kroniki pozszywano i umieszczono w segregatorach, przemożnie dały znać o sobie nowe wydarzenia i nowe czasy. Zaczęto stosować wyższe formy - handel arcydziełami i przemyt utworów literackich. Operacja ta była znana również pod kryptonimem Z. P, tj. „Zgubna Penetracja”, jako że w jej rezultacie okropnie ucierpiały mury wzdłuż granic państwa, ludność zaś w istocie niczego dobrego na tym nie uzyskała, jeśli nie liczyć paru kresek więcej na termometrze wskazującym temperaturę całego ustroju, nuty niejakiej melancholii i garści aspiracji nie przystających do możliwości kraju i jego położenia geograficznego.

Proces ten przebiegał następująco: kilka setek zdemobilizowanych żołnierzy, którzy zaznali smaku chwały i rozkoszy bitewnych, a teraz oto musieli powracać do swych tradycyjnych zajęć, jak przygotowywanie przecieru czy szlifowanie spławików, poczuło się tak urażonych tą proponowaną im zmianą, że zorganizowali się w bandy i grupy, ażeby jąć się spraw, o jakich dotąd nie słyszano. Przez jakiś czas szukali zajęć bardziej lukratywnych, lecz ogłoszenia prasowe rozczarowały ich. W końcu dowiedzieli się, że na niektórych rynkach istnieje popyt na dzieła literackie i autorów. Ponieważ w znanych im z wcześniejszej działalności krajach towaru tego było w bród (podobnie jak pod dostatkiem było tam zapasów flanelowych spodni, sznurowadeł, wędzonych żeberek, świeżego barszczu i oprawek do żarówek), postanowili stworzyć system nielegalnego importu. Zaczął się szmugiel.

Od tego momentu działalność kontrabandzistów znana nam jest jedynie z raportów służb celnych, dokumentów, na które powołuje się autor i które interpretuje - jak zobaczymy -jednostronnie. Byli żołnierze, ludzie prości, kierujący się tylko handlowymi aspektami sprawy, pojęli rzecz zasadniczą: towar, jakim zamierzali obracać, ma wielką łatwość przenikania przez placówki celne - nie tylko z jednego miejsca do drugiego, lecz również z jednego czasu w inny. W odróżnieniu od jajek lub peklowizny, spożywanych od razu po dystrybucji, w odróżnieniu od maszyn do szycia bądź wozów konnych przekazy literackie mogą krążyć ponad czasem, ponad dziesięcioleciami i stuleciami, jako że dzięki technikom zwielokrotniania ich, druku i przechowywania w bibliotekach oraz w myśli stopień ich zniszczalności jest bliski zeru. Dlatego poezje Ronsarda można znaleźć na każdym rynku, ale również w każdym domu, można je nosić na wytwornych zgromadzeniach, w stroju galowym, ale również w rodzinnym zaciszu, ba, nawet w zupełnej samotności. Towar tego rodzaju ma tak wielkie zalety i przynosi tak wysoki procent zysku, że tylko kompletny dureń może się obawiać, iż inwestując śmiało w tym sektorze - absolutnie dochodowym - bodaj nawet bez perspektywy natychmiastowych zysków, straci. Przeciwnie, zysk jest tutaj tysiącprocentowy. Czyż nie mamy w tym względzie wielu przykładów? Czyż nie widywano wielkich firm, które cały kapitał zaangażowały w handel serem szwajcarskim bądź soczewkami i które zrujnował pierwszy pożar, pierwszy kryzys nadprodukcji, pierwsze załamanie giełdy? I czyż nie odnosili sukcesów ci, co inwestując szaleńczo i samobójczo w jakiś wiersz czy powieść uratowali wszystkie swoje inne interesy i w fantastycznym stylu rozbili kasę, niebywale wzbogacając własną firmę?

Wbrew tonom alarmistycznym, raporty o akcji Z. P. to dobrze uargumentowane analizy, przeprowadzone zgodnie z imponującą zaiste, ścisłą logiką. Na ich podstawie można dokładnie zrekonstruować proces formowania się szkół i prądów literackich, powstawania wielkich konstrukcji epickich, arcydzieł dramatycznych i systemów lirycznych rujnujących, w miarę jak wszystko to się rozwijało, dawne, pozornie stabilne, instytucje kraju.

Najpierw cichaczem wmycono do kraju kilku poetów, autorów ballad, sprośnych piosenek i ód. Nie o taki, rzecz jasna, towar chodziło w tym momencie, gdy właśnie nawiązano kontakty z holenderską spółką produkującą nalepki. Spółka chciała importować pomidory surowe, gotować je i wekować samodzielnie, i mieć wyłączność na stosowanie własnych nalepek. Holenderscy biznesmeni, świadomi, jak sprawy stoją, zagrali va banque; udawali chojraków, grozili zerwaniem negocjacji w sprawie kontraktu, kosztowali pomidorów dopiero co zerwanych z krzaków i twierdzili, kręcąc nosami, że zajeżdżają pleśnią. Do korków odnieśli się z obraźliwą wręcz pogardą demonstrując na miejscu, że żaden z nich nie pasuje do właściwego mu otworu. Sprowadzenie poetów w takim momencie nie tylko nie rozwiązywało problemów, ale wręcz zdawało się prowokacją wobec zgodnych wysiłków przedsiębranych dla wyjścia z podstawowego impasu. Zaczęła się więc nagonka na poetów: szykanowano ich i wyśmiewano, jak gdyby to oni byli winni niepowodzeń w zakupie nalepek z Holandii. Niektórzy uszli cało z tych prześladowań.

Potem nastąpił przemyt na wielką skalę autorów dramatycznych. Podobnie jak poprzednio, przedsięwzięcie okazało się chybione. Już na cle przechwycono Ricarda Bonfiniego, Gabriela Sertoriusa, Angelikę Tebaldi, którzy, aby ominąć wprowadzone cła zaporowe, dokonali bardzo nieestetycznych samookaleczeń. Jednemu brakowało reflektorów, deski rozdzielczej, układu zapłonowego, drugiemu rury wydechowej, tylnych błotników, wału kierownicy. Angelica Tebaldi bez ogumienia i przedniej szyby wyglądała żałośnie. Co prawda czujne oko celnika od razu potrafiło ocenić wartość towaru, kontrolerzy byli bowiem wyćwiczeni w odtwarzaniu - niemal z niczego - dawnego stanu i możliwości pisarzy, zwłaszcza Angeliki Tebaldi. Wpuszczono ich więc, ale za bajecznymi wręcz opłatami.

Z jednego posterunku celnego sygnalizowano wykrycie bandy szmuglującej - kanałami dotąd nieznanymi i poprzez sieć kontaktów równie tajemniczych - eseistów oraz autorów dzienników z podróży o wyraźnie literackim charakterze. Towar porządny, w świetnym stanie. Komu był potrzebny? Główną troską wielkich spółek był wówczas eksport żołędzi zamiast oliwek; zanotowano już w tym względzie pewne sukcesy, jakkolwiek konsumenci otwierający puszki z oliwkami skarżyli się potem na ból zębów i biegunki, przedstawiciele zaś firm importowych bezustannie wysuwali jakieś zarzuty, na dowód fałszerstw prezentując wyłamane zęby trzonowe i inne przedmioty. Szukano wyjaśnień, organizowano demonstracje, wśród zaś urzędników zajmujących się tymi sprawami rosła liczba ofiar.

Wykryto też znaczne ilości scenarzystów filmowych, poetów-epigonów Baudelaire'a, krytyków literackich, nowelistów. Moment ten zbiegł się ze zbiorem pomidorów, toteż gazety przez kilka tygodni grzmiały z oburzeniem na nikczemność przemytników. Chwalono kroki podejmowane dla wykorzenienia tej kontrabandy, czujność celników, którzy udaremnili wwóz niejakiego Merimée'go, nieznanego nikomu Francesca de Sanctis i innych osobników takiego autoramentu. Uczciwi obywatele nie potrzebują- ani w okresie zbiorów, ani później - świecidełek, homoseksualistów, kuglarzy, złodziejaszków. Stwierdzono wszak (i słusznie używano tego jako argumentu), że takie typki wylegują się w łóżkach przedpołudniami, do zupełnie niesłychanej godziny, nie stosują się do pewnych rozporządzeń - na przykład wielu z nich odmawia noszenia przy sobie teczek z dokumentami; jedzą też strasznie dużo i potrzebują (co za rozpusta!) książek, papieru, znaczków pocztowych i gotowanych pomidorów. Angażowanie ich do uprawy rozsad czy obsługi kotłów narażałoby na zakłócenia tok produkcji i obciążałoby finanse państwowe brzemieniem płac. Spółki amerykańskie, potężne rodziny, handlowcy uważali, że bazgranina, jaką zdolne są wyprodukować te indywidua, nie warta jest funta kłaków; że za sumę, jaką na cle trzeba wybulić za jednego Stendhala, można z Wysp Zielonego Przylądka lub z Birmy zakupić 15 (piętnastu) doskonałych skrybów, zdolnych w dwa lata po ukończeniu szkoły stenodaktylografii według systemu Duployena pisać dwu-, trzykilogramowe książki o dynamicznej akcji, ze zbrodnią doskonałą, happyendem i inne.

W późniejszym czasie nastąpiły dalsze zmiany. W świetle statystyk okazało się, że wbrew kontrolom i podatkom po ulicach i szosach krążą jednak pisarze i poeci o wielkiej pojemności cylindrów i znakomitych układach napędowych, manewrujący poprawnie i właściwie używający migaczy. Dla zapewnienia normalnego ruchu drogowego, z szybkością dostosowaną do rytmu czasów, buduje się nowoczesne magistrale, parkingi, garaże. Samochody wwiezione z pominięciem fiskusa uzyskały zezwolenia. Zauważono (i opublikowano w tej dziedzinie przekonujące analizy i komunikaty naukowe), że jednostki, które tymczasem stały się dobrami wartymi wykorzystania, mogą przynosić zyski o wiele większe, niż można było oczekiwać. Wszystko pospiesznie zalegalizowano. Wolter dostał stołeczny numer rejestracyjny i poszedł do remontu, Rousseau i Diderot trafili do wielkiego warsztatu naprawczego, Chenier otrzymał wyściółkę i zainstalowano mu hamulec nożny, Leopardiemu zaś, Novalisowi i Ed-garowi Poe zafundowano - ze specjalnych dotacji - grzejniki i nowe akumulatory „Varta”. Do innych, młodszych, podczepiono dwukołowe przyczepy z firaneczkami i przytulnymi kuchenkami. Wszystko od razu zaczęło wyglądać inaczej!

Niebawem też pojawiły się nowe zadania. Norwegia wyraziła pragnienie zakupu świeżych pomidorów; najlepszymi środkami transportu nadal, rzecz jasna, byli poeci i prozaicy. Ich więc obarczono tym zadaniem, a oni byli najwidoczniej szczęśliwi, że mogą prezentować ten towar w nordyckich miastach, gdzie się zatrzymywali, rozkładając go w sklepikach i na straganach, w kolorowych, atrakcyjnych i wymyślnych opakowaniach.

Ich działalność okazała się tak niezwykle użyteczna, że wszyscy orzekli zgodnie, iż drogą racjonalnego (wedle systemu Forda) wykorzystania poezji, prozy, eseju można o 15% zwiększyć dochodowość i stopniowo obniżyć koszty własne, zwłaszcza te, które stanowią bieżące obciążenie w zakrojonej na większą skalę działalności wielkich spółek.

Z perspektywy lat dawna kontrabanda okazywała się pożyteczna i uzasadniona.

Poza tym Rudolf Cohen w swej książce zajmuje się kwestiami takimi, jak szybka wymiana opon zużytych podczas szosowego transportu pomidorów, i konieczność zwrócenia uwagi na zagrożenie, jakie stanowi przechylona ciężarówka, zwłaszcza gdy wycieka z niej przecier, skutkiem czego asfaltowa nawierzchnia przekształca się w śmiertelną ślizgawkę.

MIRCEA HORIA SIMIONESCU


Tłumaczył Ireneusz Kania

Fragment pochodzi z tomu „Bibliografie generală”, Wyd. Nemira, Bukareszt 1992.

MIRCEA HORIA SIMIONESCU, ur. w 1928 r. w Târgovişte. Prozaik i eseista, jeden z najwybitniejszych reprezentantów współczesnej prozy rumuńskiej bliskiej postmodernizmowi. Zadebiutował w 1969 r. utworem „Pomysłowość dobrze ujarzmiona, Słownik onomastyczny”. Następnie opublikował: „Bibliografia ogólna III” (1970); „Po 1900, koło południa” (1974), „Pół plus jeden” (1976), „Nieskończone niebezpieczeństwa” (1978), „Brewiarz” (1980), „Bankiet” (1981). „Toksykologia albo Po tamtej stronie dobra i Po tej stronie zła” (1983); „Płaszcz”, (1984); „Licytacja” (1985), „Trzy lustra” (1987), „Anioł w fartuchu kuchennym” (1993); „Szarmanckie opowiadania” (1995), „Gorączka” (1998).

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas