poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MIRCEA ELIADE
Fragmenty dziennika
DL 2000, nr 11 (169)

KORDOWA, październik 1944

Badajoz

Trzy godziny tkwimy na dworcu w Badajoz. Pośród wierzb wschodzi ogromny księżyc, potem, świecąc jakby zimniej i smutniej, wznosi się ponad miasto. Jeszcze nigdy żaden hiszpański dworzec nie wydał mi się tak smutny. Ten spektakl prawie nie ma widzów. Tylko kobieta trzymająca za rączkę dziecko, za wszelką cenę usiłujące wyrwać się z zasięgu światła lamp gazowych. Dalej widać młodego mężczyznę o kulach w towarzystwie kobiety o nieobecnym wyrazie twarzy i znużonym wyglądzie. To bez wątpienia żona bohatera, gdyż przypatrzywszy się dokładniej, widzę na jego piersi baretkę wysokiego odznaczenia, przyznawanego za ciężkie rany na wojnie domowej. Ma może trzydzieści lat, może trochę mniej, ileż jednak szlachetności w tym zmęczeniu, które zgasiło mu twarz i pochyliło czoło! Długo stoi w cieniu, wsparty na kuli, żona trzyma go pod rękę gestem owej machinalnej cierpliwości, z jaką nosi się torebkę. Oboje niemal ukradkiem przypatrują się, jak w wagonie sypialnym ścielone są łóżka. Gdy ostatni przedział jest skończony, młody człowiek skręca sobie papierosa. Przez chwilę, w płomieniu zapałki, na jego twarzy maluje się dziwna męka - jak gdyby natężył wszystkie siły, by zdusić w sobie pragnienie, głód, młodość.

Powrót

Widzę ją znowu taką, jaką opuszczałem wiele lat temu - w owo ciepłe kwietniowe popołudnie, gdy na końcu mostu przez Gwadalkwiwir samochód stanął, byśmy mogli po raz ostatni spojrzeć na Puerta del Puentę, z samotnym minaretem rysującym się w tle. Obraz ten prześladował mnie przez długi czas, jak gdyby się domagając, by tchnąć weń nowe życie: afirmujące go i wzmacniające.

Dziś, rankiem 3 października, rozpościera się przede mną panorama nowej Kordowy, gdy tak jadę wolno jednokonną dorożką z dworca, mijając ogrody Wiktorii ze stojącymi w rozedrganej ciszy palmami i eukaliptusami, następnie skręcając na Paseo del Gran Capitán, pusty jeszcze o tej nieludzkiej porze, aby wreszcie dotrzeć do tego dziwacznego hotelu „Las cuatro naciones” w samym sercu miasta. Jest to Kordowa opanowana przez bujną zieleń, karmiona obfitymi sokami. Pierwsze napotkane domy są niemal nowoczesne, wielopiętrowe, niekiedy skromne, innym razem nieśmiałe w swej brzydocie, jak gdyby prosiły o wybaczenie, że znalazły się w tej byłej siedzibie kalifów. Im bardziej jednak zbliżam się do centrum, tym wyraźniej owa „nowoczesna” architektura traci swą krzykliwość. Słońce jest tak silne, a niebo tak błękitne, że pod ich naporem kolory bledną i w końcu gasną. Poza tym rozmaitość elementów nowego wystroju - stoliki pod parasolami na trotuarach, egzotyczne rośliny, tonące w kwiatach balkony-tłumią butę kamienia i betonu, spychając je jakby na drugi plan.

Wrażenie, że jest się w mieście nowoczesnym, trwa tylko kilka minut. Nagle budzimy się na uliczce, której dorożka zajmuje całą szerokość, od chodnika do chodnika. Widać tylko niebieskie niebo w górze i żółtomiedziane domy, do których murów przyklejają się przechodnie, by nie nawinąć się pod kopyta sennego konia.

Paseo de la Ribera

Stanowi przedłużenie Rondy i nie jest tak pusty. Przechodzą tędy liczni żołnierze. Sątu też kamienne ławy wyciosane w parapecie; opuszczam je z wielką przykrością, na każdej chciałbym posiedzieć, by spoglądać na inny, odwieczny Gwadalkwiwir. Mówię sobie: z tego kamienia, w tej właśnie przedwieczornej godzinie możesz oglądać piękno pojawiające się tylko raz w dziejach świata, i oglądasz je tylko ty, bo jesteś tutaj i teraz, i sam. Nigdy już nie powtórzy się to tak czyste, ostre światło, nigdy już nie przepłyną te same łódki ani te same dzieci nie będą przebiegać koło ciebie. Ta chwila jest jedyna, a z każdej ławy możesz oglądać inny obraz świata, także jedyny. Jesteś tutaj jedyną istotą zdolną ocalić przed unicestwieniem bodaj niektóre z tych objawień, przyjmując je i chłonąc w siebie ich moc, która cię ubogaca. Później będziesz z pewnością starał się znów w sobie ożywić wszystkie te na pół rozszyfrowane cuda, ale w pamięci odnajdziesz tylko jakieś przymglone, pomieszane i zubożone obrazy. Stań, przypatrz im się dobrze: na wyspie pośród rzeki nie drgnie ani jeden listek, niebo jak z opalu, profil tamtej kobiety, nie do zapomnienia; chłopaczysko z meastrią spluwa ponad parapetem, liść przylgnął do dłoni, która spoczęła na kamieniu - i tak został.

Postęp nauk

Uczestniczyłem w otwarciu kongresu luzo-hiszpańskiego, odbywającego się w jedynym wielkim, nowoczesnym budynku Kordowy - gmachu Wydziału Weterynaryjnego. Otóż w sali sekcji historyczno-filologicznej stoi po prawej stronie katedry przewodniczącego tekturowy koń wielkości naturalnej. Gdy muszę słuchać referatu całkowicie dla mnie nieinteresującego (na przykład o pewnym XVII-wiecznym hiszpańskim jezuicie, którego rękopisy mają wyjątkowe znaczenie itd., albo o jakimś forcie portugalskim, o którego mury, zwalone w którymś tam wieku, toczą się zajadłe naukowe spory), daję odpoczynek oczom przenosząc wzrok na owego tekturowego konia i puszczając myśli swobodnie.

Nic nie zachwyca mnie bardziej od tego pięknego Wydziału Weterynaryjnego, z pewnością największego w całej Hiszpanii. Wzruszająca jest ta absolutna konsekwencja w miłowaniu i udoskonalaniu konia, od czasów kalifów aż po współczesność. Tu, w Kordowie, w niezliczonych poematach podziwiano i sławiono te dumne, nerwowe, arabskie rumaki, o które zazdrosne były nawet najbardziej pożądane kobiety, gdyż konie odbierały im część miłości kochanków. I tylko w Kordowie kalifów - niezrównanie bogatej w piękne kobiety, biblioteki, i tak drogiej poetom - pełnię sensu uzyskiwało słynne przysłowie, wedle którego raj znajduje się w przepastnych oczach kochanki, w dobrej książce i na grzbiecie arabskiego konia. Czytam w programie kongresu, że jutro będziemy wizytować słynną kordowańską stadninę, gdzie zaprezentują nam najczystsze okazy wszystkich ras hiszpańsko-arabskich. Ta wiadomość to prawdziwe pocieszenie wśród nudy wiejącej z licznych referatów, których, z uwagi na miejsce zajęte przeze mnie w amfiteatrze, muszę słuchać aż do zamknięcia posiedzenia.

Od dwóch dni bacznie przypatruję się uczonym. Na myśl, że kiedyś mógłbym stać się podobny do któregoś z nich, mój sarkazm mięknie, przechodzi w smutek. Ci ludzie prawdopodobnie wiedzą bardzo dużo o czymś bardzo małym, bo też tak ktoś definiował uczonego: to człowiek wiedzący coraz więcej o coraz mniejszym wycinku. Jeden wie wszystko o jakichś kamieniach, drugi - prawie wszystko o jakichś papierach. To ludzie opętani, jeśli zaś trwonią dnie i noce na żmudne badania, robią to nie w celu szukania prawdy i eliminowania błędu, lecz po pierwsze dlatego, że nic innego i inaczej robić nie potrafią; pasjonuje ich własna praca, są we władzy namiętności podobnej do pasji zbieracza znaczków czy muszel. Naukowcy całego świata to w większości zwyczajni rzemieślnicy, niestrudzeni wyrobnicy. Próżno szukać na ich twarzach szlachetnego znużenia myślą, gorączkowej obsesji prawd podstawowych, pasji całościowego zrozumienia świata; widać na nich tylko fizyczne przemęczenie, skromność albo butę, nieśmiałość bądź oderwanie. Czyżby naprawdę Arystoteles, Galileusz, Leonardo da Vinci bądź Leibniz po to się narodzili, myśleli, miotali się i cierpieli, aby teraz mógł spokojnie prosperować taki rodzaj ludzi?!...

A jak wzruszające są ich drobne manie, ich kompleksy niższości lub wyższości, ich społeczna postawa! Szczególnie fascynuje mnie pewien nader godnie się noszący, starszy uczony, niewątpliwie wielki specjalista od którejś z licznych, uprawianych obecnie na świecie nauk. Jest drobny, chodzi sztywno, aby pokazać, że jest jeszcze krzepki, nosi pince-nez i przerażający biały kołnierz, w którym jego szyja niemal ginie - oraz, rzecz jasna, surdut. Po raz pierwszy zauważyłem go w Ratuszu, podczas przyjęcia na cześć uczestników kongresu. Stał przed stołem obficie zastawionym, z miną dostojną i jednocześnie nieobecną, jakby udając, że całkowicie przypadkowo znalazł się koło tych kanapek, napojów i słodyczy. Na szczęście troszczyła się o niego jego piękna żona, w przyzwoitych odstępach czasu podając mu starannie wybrany cukierek; uczony brał go w roztargnieniu i żuł w znudzeniu, spoglądając w okno, niewzruszenie osobny w tym ruchliwym tłumie łakomczuchów, ludzi spragnionych bądź po prostu spieszących się. Nie wiem, co mnie pociągało w tej drobnej figurce uczonego, ale przez długie minuty nie mogłem oderwać od niej wzroku. Jaką dziedzinę nauki uprawia? - zadawałem sobie pytanie. Z łatwością mógłbym się tego dowiedzieć, ale chciałem, o ile możności, przedłużać tę tajemnicę, kontemplować w nim jak najdłużej ogólny typ uczonego. Dziś spotkałem go na dziedzińcu Wydziału, rozmawiającego sztywno z dwoma księżmi. Musi być historykiem, językoznawcą albo filozofem - powiedziałem sobie. Później jednak natknąłem się nań w sekcji nauk przyrodniczych. Zaczyna mnie rozpoznawać; na mój widok zawsze błyska w jego oku pełne urazy zaskoczenie. Niewątpliwie myśli sobie: ten nieznajomy nie

ma pojęcia, kim jestem, mija mnie i spogląda mi w oczy jak pierwszemu lepszemu starszemu jegomościowi, jednemu z tysięcy ignorantów, co to chodzą po ulicach, bimbając sobie na sprawy poważne i głębokie. Ten bezczelny typ zawsze patrzy na moją plakietkę uczestnika kongresu, na którą zasłużyłem sobie długimi latami pracy naukowej i którą z godnością noszę w klapie surduta - a on patrzy na nią z komicznym uśmieszkiem na wargach. Ciekawe, za kogo mnie uważa? Skoro nic jeszcze o mnie nie wie, nikt go nie poinformował o moim nazwisku, autorytecie naukowym i specjalności? Bo w tym natarczywym spojrzeniu nie widzę ani podziwu, ani szacunku...

Mędrzec

Na korytarzu spotykam z zaskoczeniem znajomego z wagonu restauracyjnego, człowieka, którego nazwiska nikt nie zna i który, korzystając z faktu, że jest członkiem jakiegoś portugalskiego towarzystwa kulturalnego (jeśli dobrze zrozumiałem, zajmuje się ono rozwojem farmakopei kolonialnej), wpisał się na listę uczestników kongresu w Kordowie. Kilka razy jedliśmy przy tym samym stoliku w wagonie i w hotelu „Las cuatro naciones”. Jest to mężczyzna pod sześćdziesiątkę, ale nie rezygnujący jeszcze z podróżowania, przygody, niespodzianek - jak każdy, kto młodość spędził w koloniach. Wiedziałem, że nie będzie wygłaszał referatu, bo -jak sam celnie to skomentował - „również na takie referaty jest właściwy czas... Kogo dziś, w piątym roku europejskiej wojny, mogą one obchodzić?!...” Toteż nie mogę ukryć zaskoczenia spotykając go w Wydziale. W obradach której sekcji zamierza uczestniczyć? On jednak z rozbrajającą szczerością wyprowadza mnie z błędu. Nie powinienem sądzić, że przyszedł tu, by wysłuchać jakiegoś referatu. Bynajmniej; po prostu przyszedł odebrać swoją plakietkę uczestnika kongresu, bo interesują go możliwości wycieczek po okolicy, a może nawet do Sewilli. W drukowanym programie mowa jest tylko o kilku takich wycieczkach, i to niezbyt dalekich. Czy tylko na tyle zdobył się komitet organizacyjny kongresu? Jeśli tak, to (niech to pozostanie między nami) kiepsko się spisał...

Artysta

Razem z G. De M. idziemy do p. Rafaela Bemiera Soldevilli, na ulicę Encarnación 8, koło katedry, zobaczyć jak wyrabia się kurdyban. Drzwi wejściowe, oplatane przemyślnie sznurami i sznurkami biegnącymi poprzez wewnętrzny dziedziniec, otwiera nam dziewczynka pracująca na piętrze, Za stukającą drobnymi kroczkami dziewczynką, pilną i najzdolniejszą, jak się dowiadujemy, uczennicą i zarazem córką mistrza, wspinamy się po marmurowych schodach do pracowni.

Mieści się ona na piętrze, w jasnym pomieszczeniu z bogatą biblioteką, w której widać eleganckie edycje i najbardziej szczegółowe, jakie wydano w Hiszpanii (a wydano ich, dalibóg, niemało!), opracowania z historii sztuki. Stół zapchany jest motkami, świdrami, igłami różnych rozmiarów, lampami spirytusowymi, tyglami i moździerzami. Mistrz to bez wątpienia artysta, wykonuje tylko kilka przedmiotów rocznie i tylko na zamówienie. Przed wojną dostawał podobno zamówienia z Holandii i Ameryki. Pokazać nam może tylko rzeczy, nad którymi obecnie pracuje: drewniane, pokryte skórą puzderko na klejnoty, oprawę książki i miniaturową damską torebkę. Wszystkie te rzeczy robione są, jak nas zapewnia, według autentycznych wzorów kordowańskich i techniką, która w hiszpańskich warsztatach zanikła już w ubiegłym stuleciu. Zdarza mu się pracować z myślą o konkretnych ludziach, żyjących albo już zmarłych.

„Wykonałem teczkę dla Teofila Gautier (sic!), dokładnie taką, jaka by mu się - wedle mej wiedzy - spodobała. Trzymałem ją z cztery lata. W końcu, nie wiedząc, co z nią zrobić, sprzedałem ją za osiemset peset podczas wojny domowej. Zrobiłem też - ale już dawniej - tabakierę dla Berensona. Ale jakoś nie zawitał do Kordowy, więc nie dowiedział się o niej, toteż wziął ją pewien cudzoziemiec, belgijski kolekcjoner”.

Copán, 30 grudnia 1978

Piszę te linijki w pośpiechu, siedząc na wielkim głazie, podczas gdy przewodnik opowiada naszej grupie o dziejach wykopalisk. Opuściliśmy Gwatemalę o szóstej rano; po czterogodzinnej podróży przez góry i lasy dotarliśmy nad granicę z Hondurasem. Nasz przewodnik znika w budynku posterunku granicznego, żeby wbić wizy do naszych paszportów, i po chwili zaczyna się rytualna dezynfekcja naszego autobusu, zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz. Przez godzinę jechaliśmy drogą całą w dziurach i wybojach, ale to, co ujrzeliśmy później, przeszło nasze najczarniejsze oczekiwania. Że nasz autokar w ogóle mógł w takich warunkach jechać naprzód, zakrawało na cud. Na przebycie piętnastu kilometrów dzielących nas od Copanu potrzebowaliśmy ponad godziny.

Gdyśmy wszelako dotarli w końcu na miejsce, zmęczenie i denerwowanie znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki. Najpierw witają nas trzy ogromne papugi o jaskrawym, pstrokatym upierzeniu - niebieskim, czerwonym i żółtym; następnie idziemy między gigantycznymi drzewami, tymi samymi, które najprzód skryły ruiny pod swymi gałęziami, potem zaś, już rozbite na kawałki, wydźwignęły je na powierzchnię. Ponieważ stanowisko w Copan nadal jest w trzech czwartych nie przebadane, można się zastanawiać, ile z tych drzew przeżyje wykopaliska archeologiczne. Korzenie, rozsadziwszy i rozproszywszy fundamenty budowli, wydobyły na powierzchnię ich kamienie, które potoczyły się w dół, w dolinę. Żadnego z budynków, tkwiącego więcej niż połową w ziemi, nie da się odsłonić i odrestaurować (a mówiąc ściślej, „odremontować”), nie wycinając pierwej rosnących na nich drzew.

Zagłębiwszy się w las, zauważamy pierwszą świątynię; ma siedem schodków. Jej dwie antropomorficzne figury... Rezygnuję jednak z przepisywania moich notatek. Ogromny okrągły kamień z wyrytymi znakami i wyliczeniami astronomicznymi oraz kalendarzem zaćmień. Przewodnik mówi, że na tym głazie zapisano wnioski z „Pierwszego Kongresu Astronomicznego Majów”. Ołtarze w formie potężnych kamiennych bębnów. Pniemy się po zboczach niewygodnymi ścieżkami wijącymi się wśród drzew, chcemy bowiem obejrzeć inne zabytki i stele z płaskorzeźbami. Potem schodzimy dróżkami równie stromymi, gdyż cały ten region uległ silnej erozji wodnej i pokryty jest głębokimi jarami. Ulewne deszcze poważnie utrudniają eksplorację stanowiska. „Za dużo wody! Za dużo wody!” - powtarza przewodnik.

Robimy postój przed stelą wzniesioną na cześć jedynej kobiety, która rządziła szczepem Majów (muszę to sprawdzić w Chicago). No, i rzecz jasna, boisko do gry w piłkę. Potem napotykam budowlę kilkumetrowej wysokości, nadzwyczaj dla mnie intrygującą. Widać na niej z profilu jakieś rzeczywiście zagadkowe zwierzę; pewnym autorom wydało się ono słoniem z trąbą. Ale na kontynencie amerykańskim nigdy nie żyły słonie... W figurze tej wyznawcy „dyfuzjonizmu”, według których cywilizacja wczesnoamerykańska jest pochodzenia azjatyckiego, widzieli dowód na to, że Majowie zachowali wspomnienie (co prawda dość mętne) swej praojczyzny, Azji... U stóp posągu - drzewo, którego pień ma dwa do trzech metrów średnicy. Ciągle ten sam dramat: drzewa wydźwigują zabytki na powierzchnię ziemi, ale to również one wcześniej je niszczą.

Wracamy z zapadnięciem nocy. Jeszcze nim nasz autokar zaczyna zjeżdżać w dolinę, spostrzegamy z daleka światła Guatema-la City. Jedziemy więc, a ja wspominam owo letnie popołudnie 1930, gdy w kalkuckiej Imperiał Library czytałem „Elephants and Anthropologists” George Eliott-Smitha, książkę o tytule rozmyślnie agresywnym, który nasunął mu się na widok oglądanego przez nas dziś zabytku. W rzeczy samej „słoń” z Copa-nu dostarczył Eliott-Smithowi argumenty na rzecz jego tezy dyfuzjonistycznej. Książka była niedorzeczna, ale napisana mistrzowsko. Przy tej okazji nasuwają mi się też inne obrazy z Indii, ale zbyt jestem zmęczony, by je notować.

CHICHICASTENANGO, 31 grudnia

Trzy godziny w autobusie, ale tym razem po dobrych drogach. Zaraz po wyjeździe z Guatemala City krajobraz gwałtownie się zmienia. Rozłożyste wzgórza przeplatają się z głębokimi dolinami, potem w oddali rysują się trzy wulkany. Jeden z nich, Agua (najgroźniejszy), strojny jest w cienki pióropusz dymu. W przejrzystym powietrzu, pod niebem tak jasnym, wydaje się on prawie nierealny, zwłaszcza gdy wyłania się raptownie zza zakrętu leśnej drogi...

Do Chichicastenango przybywamy przed samym obiadem i natychmiast idziemy zwiedzać kościół San Tomas. Na przykościelnym cmentarzu grupki Indian palą kadzidła i recytują modlitwy do bogów i przodków. Sumę odprawia się tu jedynie w niektóre święta; w niedzielę jest tylko jedna msza, o siódmej rano. Dziś jest niedziela i aż do zachodu słońca kościół pozostaje do dyspozycji tubylców jeszcze nie nawróconych albo nawróconych bardzo powierzchownie. Do uczestnictwa w ceremonii dopuszczeni są tylko mężczyźni i wdowy. Na obszernym placu oddzielającym od siebie rzędy ławek, przed płonącymi świecami, paru mężczyzn i dwie wdowy trzymające za ręce dzieci odmawiają głośno modlitwy, jak gdyby byli sami, w intencji swych zmarłych i „świętych opiekunów”. Rzadko używają do tego hiszpańszczyzny, najczęściej zaś własnego języka – maja-kicze.

Któregoś wieczoru napisałem w innym miejscu, nie w moim zwykłym zeszycie, garść spostrzeżeń na temat tego niewielkiego, a jednak sławnego w swym rodzaju miasteczka. Mianowicie Chichicastenango do dziś jest siedzibą „oddzielnego rządu” Indian, mającego, jako jedyną prerogatywę, obronę interesów społeczności tubylczej.

Oprócz tego rządu istnieje też organizacja religijna zrzeszająca cofradias, bractwa poświęcone rozmaitym świętym. Bractwa te, podobnie jak chukchajan, „specjaliści od modłów”, odgrywają w życiu religijnym społeczności większą rolę niż Kościół katolicki. Dzieci chrzci się w kościele, ale obrzędom ślubnym i pogrzebowym przewodniczą chukchajan. Spośród czternastu działających w mieście cofradias najważniejsze jest bractwo św. Tomasza, patrona miasta. Podczas obchodów święta każdego z patronów jego figurę obnosi się procesjonalnie po mieście, po czym bierze ją do swego domu na przechowanie nowy przewodniczący bractwa. Wydaje on wówczas bankiet kosztujący go nieraz więcej, niż może on zarobić przez cały rok.

Jednakże rolę rozstrzygającą w tym synkretyzmie religijnym grają „specjaliści od modłów”. Służą oni jako pośrednicy między poszczególnymi ich świętymi bądź „bożkami”. Ceremonie odbywają się w kościele. Uważa się, że święci i bożki, czyli bóstwa tubylcze, troszczą się o codzienne sprawy ludzi bardziej od samego Boga i o ile możności wysłuchują próśb każdego. Choćby tylko ten przykład ilustruje jedno z najistotniejszych zagadnień religioznawstwa.

Jarmark w Chichicastenango, sławny jeszcze przed przyjściem Hiszpanów, trwa w najlepsze. Pośród namiotów i zaimprowizowanych daszków powstał labirynt dziesiątków uliczek, wijących się na zapleczu nieprzerwanego ciągu straganów z koszulami, sukniami, szalami, chustkami; wszystko furko-cze na wietrze i faluje z jednego końca do drugiego, gdy tylko jakiś turysta wyciągnie rękę, aby pomacać tę lub ową tkaninę. Przypomina to orientalny bazar, zwłaszcza kiedy człowiek dla ochrony przed słońcem wejdzie pod płachtę czy namiot między dwoma negocios.

Z trudem przedzieramy się przez zwarte grupy turystów. Przybyli oni zewsząd - oczywiście ze Stanów, ale również z Ameryki Południowej, z Europy, nawet z Azji. Obok negocios z tekstyliami inne stragany, rozłożone wprost na ziemi. Sprzedaje się w nich owoce, lemoniadę, tortille, gotowaną kukurydzę w kolbach i rozmaite inne, nieznane nam wiktuały. Tu i ówdzie jakiś stragan oferuje okropne barwne litografie o tematykach ogólnikowo - bądź agresywnie - religijnych.

Po półgodzinie mam dość. Oddzielam się od grupy i zmierzam w kierunku „sektora” z ceramiką i przedmiotami mniej więcej dekoracyjnymi. Zajmuje on tylko kilkadziesiąt metrów kwadratowych, w całości pokrytych garnkami, talerzami i różnymi innymi naczyniami. Tuż obok odkrywam niewielki park z sadzawką pośrodku i olbrzymią palmą, w której uwija się chmara ptactwa. Ich śpiew przerywają przenikliwe chrząkania prosiaków, które ich nabywcy niosą w siatkach na plecach bądź w ramionach.

Obiad jemy w hotelu „Tulkah”. W salach na parterze tłumy turystów. Na piętrze są następne sale, bardzo malownicze ze swymi drewnianymi schodami i ukwieconymi balustradami. Lokalna orkiestra przygrywa na patio, gdzie kilka przekupek, które otrzymały stosowne pozwolenie, rozłożyło swe towary wprost na trawie, w pełnym słońcu. Dwie godziny później powracamy na jarmark. Simone i Paul Ricoeurowie przychodzą z niego obładowani prezentami dla dzieci i przyjaciół: słomkowymi kapeluszami, tkaninami, szalami, wszystko upchane bezładnie w dwóch ogromnych siatkach.

Piszę te linijki przy stole w hotelu chwilowo opróżnionym z turystów, czekając na autobus mający zawieźć nas do Los Encuentros.

GUATEMALA CITY, 3 stycznia 1979

Tej nocy miałem dziwny sen. Ktoś mi nieznany, kogo ledwie widzę, gdyż jestem w wąskim i mrocznym korytarzu, pokazuje mi wiadro pełne brudnej wody i oznajmia, że postawi je na mojej drodze. Potem zawiązuje mi opaskę na oczach - niepotrzebnie, gdyż słuchając go miałem oczy jakby zamglone i prawie nic nie widziałem. Mury, wiadro, a nawet sam ów tajemniczy jegomość - wszystko ginęło w jakimś oparze. Kim był ten człowiek? Najprawdopodobniej kimś mi drogim, gdyż czułem się coraz bardziej z nim związany, jakby z Mistrzem lub nieznanym przyjacielem. Powiedział, bym szedł prosto przed siebie, szybko, lecz drobnymi krokami, nie zatrzymując się, by macać teren, po którym idę. Była to oczywiście jakaś próba inicjacyjna, gdyż wywrócenie wiadra lub tylko nadepnięcie go oznaczałoby moją „zagładę”. Nie wiem jedynie, jaką formę miałaby ona dla mnie przybrać.

Pamiętam, że klasnął w dłonie i zawołał: „Ruszaj!”. Z bijącym mocno sercem ruszyłem więc drobnymi, szybkimi krokami, jak mi kazał. Co było dalej, nie pamiętam.

W Chicago od kilku dni szaleje burza śnieżna, lotnisko z pewnością jest zamknięte.

Dociera do mnie wieść o śmierci Rogera Cailois. Wylew krwi do mózgu zmiótł go w wieku sześćdziesięciu pięciu lat. Po raz pierwszy z jego nazwiskiem zetknąłem się w Lizbonie, w 1942, poprzez szczupłą książeczkę jego pióra pt. „L'Homme et le sacre”, następnie poprzez artykuły o „demonach południa” w „Revue de Thistoire des religions”. Poznać miałem go w 1946 u Georgesa Dumézila. Zazdrościłem mu wszechstronnej erudycji, w szczególności zaś odwagi, z jaką podejmował najrozmaitsze zagadnienia: religijną funkcję kata, literaturę fantastyczną, powieść kryminalną, kryształy i minerały, itd... Był pierwszym tłumaczem Borgesa, którego twórczość on właśnie, bardziej niż ktokolwiek inny, spopularyzował w Europie.

Pamiętam nasze spotkanie w 1955, na kongresie religioznawczym w Rzymie. Pewnego wieczoru, gdyśmy we czwórkę jedli kolację w restauracji, powiedział mi, jak zbija go z tropu, a jednocześnie bawi uporczywe używanie przeze mnie terminu „historia i fenomenologia religii”. Mówił, że we francuskich środowiskach uniwersyteckich określenie „historia (porównawcza, bądź nie) religii” ma niedobrą markę. Lepiej już stosować inne, na przykład „socjologia religii” bądź „antropologia religii”; wówczas otworzyłoby się przede mną więcej drzwi.

Był zapamiętałym entomologiem, żywiącym prawdziwą namiętność dla motyli. Od jego żony dowiedzieliśmy się o incydencie, jaki zaszedł przy okazji inauguracji pewnego instytutu w którymś z krajów orientalnych; Roger Caillois brał udział w uroczystości w charakterze przedstawiciela UNESCO. Odbywała się ona w parku wokół tej nowej placówki. Orkiestra gra hymn narodowy, obecni są oficjele i cały korpus dyplomatyczny, gdy wtem przed oczyma Rogera pojawia się jakiś motyl. Był to okaz rzadkiego gatunku, brakującego Rogerowi do kolekcji, toteż na oczach osłupiałych notablów rzuca się on za nim w pościg...

GUATEMALA CITY, 4 stycznia

Niemal cały dzień spędzam w moim pokoju przepisując notatki, z których wiele, nagryzmolonych w pośpiechu ogryzkiem ołówka, stało się prawie nieczytelnych.

W najbliższą sobotę wracamy do Chicago. Lotnisko jest zamknięte, ale mamy jeszcze dwa dni przed sobą. We wtorek wieczorem czeka mnie dalszy ciąg wspólnego z Wendy O'Flaherty seminarium na temat „Księgi królów”. Ale, jak zwykle, zamiast zagłębić się ponownie w dokumentację dotyczącą „Szah-name”, którą przezornie z sobą wziąłem, daję się ponieść wspominkom. (Kto potrafi się oprzeć pokusie przeżywania na nowo wielkich odkryć własnej młodości i okresu dorastania, niech pierwszy ciśnie we mnie kamieniem!). Było to podczas mojej pierwszej podróży do Włoch, zorganizowanej przez moje liceum wiosną 1926. W specjalnie wynajętym wagonie sypialnym jechaliśmy z Bukaresztu do Neapolu i z powrotem, ale różnymi trasami. W Wenecji u jakiegoś bukinisty wypatrzyłem ośmiotomowe wydanie „II Libro dei Re”, w tłumaczeniu Itala Pizzi. Podczas naszego peregrynowania przeczytałem dwa pierwsze tomy - z zachwytem, ale też z niejakimi kłopotami, gdyż przekład był wierszowany. Zaraz po powrocie kontynuowałem lekturę, lecz zdaje się, że nie wyszedłem poza tom IV. “Księgę królów”, tym razem już w całości, miałem przeczytać w pięć lub sześć lat później, w przekładzie francuskim Jules'a Mohla.

A co powiedzieć o „Manuale di lingua persiana” Pizziego? Kiedyś chwaliłem podręcznik entuzjastycznie w obecności Lucjana Bogdanowa; nawet się uśmiechnął, on, który śmiał się tak rzadko.

- Jak możesz z takim zapałem wychwalać gramatykę języka, o którym masz tak mętne wyobrażenie?! - zawołał.

Odpowiedziałem mu z dość zakłopotaną miną, że czytając tę książkę odczuwałem entuzjazm, nawet rozkosz. Owego popołudnia tam, w sali biblioteki Towarzystwa Azjatyckiego w Kalkucie, Bogdanów zaproponował mi, że wyuczy mnie perskiego „szybko i gruntownie”. Robił to jedynie przez dwa miesiące; w jakiś czas potem musiałem już wracać do Rumunii.

To naprawdę dziwne, że tak nieoczekiwanie przypomniałem sobie o Bogdanowie i jego lekcjach perskiego, z których niewiele pozostało mi w głowie. Co prawda upłynęło od tamtego czasu czterdzieści siedem lat... Ale jeszcze dziwniejsze, że tym wspomnieniom nie towarzyszy nawet odrobina melancholii^ Wszystko, co spotkało mnie później, wszystko czego zdołałem się nauczyć, ale również zapomnieć, wszystko, czego zdarzyło mi się pragnąć, o czym marzyłem - pozostało zapisane gdzieś we mnie, nie w pamięci, lecz w jakiejś głębszej sferze mnie samego.

I może właśnie dlatego piszę te linijki bez najmniejszej goryczy. Wszystko to, co naprawdę dla mnie ważne, potrafiłem zachować. Nic się nie zatraciło. A więc -bez goryczy, ale nie bez pewnej obawy. Cóż, wystarczyłoby (tak mi powiedziano) umieścić w określonej okolicy mego mózgu maleńką elektrodę, aby powróciła do mnie, z najdrobniejszymi szczegółami, pokaźna część mej przeszłości, i by usadowiła się w mojej pamięci. Gdyby zaś miało mi się to przytrafić...

MIRCEA ELIADE


Przełożył z rumuńskiego i francuskiego Ireneusz Kania

„Jurnal”, I. Wyd. Humanitas, Bukareszt, 1993,
„Fragments d'un Journal t. II”, wyd. Gallimard, Paryż, 1981.

MIRCEA ELIADE, ur. w 1907 r. w Bukareszcie. Prozaik, eseista i filozof religii. Studiował filozofię na Uniwersytecie w Bukareszcie. Autor nowel, powieści, sztuk teatralnych, pamiętników, prac z dziedziny indianistyki, mitologii, folkloru, etnografii, socjologii, antropologii, a także studiów dotyczących historii religii. Powieści: „Izabela i wody diabła” (1930), „Maitreyi” (1932), „Chuligani” (1935), „Panna Christina” (1936), „Wąż” (1937), „Wesele w niebie” (1938), eseje filozoficzne i antropologiczne: „Mit reintegracji” (1942), „Traktat o historii religii” (1949), „Noc Świętego Jana” (1955), „Sacrum i Profanum” (1956), „Aspekty mitu” (1963), oraz: „Wspomnienia I” (1966), „Od Zamolxisa do Dżingis-chana” (1970), „Fragmenty dziennika I-II” (1973-1981), „Historia wiar i idei religijnych”, I-II (1976-1978), „Pamiętniki” (1980).


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas