poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
RĂZVAN PETRESCU
W roli Jezusa
DL 2000, nr 11 (169)

Może zbyt mocno się uszminkowałem. Jedno oko wyszło niebieskie, drugie lekko pomarańczowe. Za to usta wszyscy uznali za arcydzieło. Zrobiłem je na czarno. W ogóle nie odbija się od brody Michała Walecznego, którą dali mi z rekwizytorni, innej nie było. Kiedy zapaliły się światła, przyszedł reżyser, lekko zaziębiony, usiadł na składanym krześle gdzieś w głębi sali, w sali poza nim nie było nikogo, no i pięknie, więc zacząłem grać Jezusa. Dali mi tę rolę, bo mam odpowiedni wiek, oliwkową cerę i łagodną twarz. Fryzjer za pomocą nożyc starał się wyakcentować pewne cechy mojego wyglądu, przycinając mi pejsy. W czasie tej operacji skaleczył mi prawe ucho. Było to szczególnie bolesne. Ale nawet nie pisnąłem, bo przecież od małego wymarzyłem sobie karierę artysty. Rano zdarza mi się płakać, gdy oglądam króliczka Bugsa, naprawdę. Jak na dźwięk oboju w „Sztuce fugi”. A słychać go niemal zawsze, zwłaszcza w wolnych częściach, snuje się spiralnie nasuwając wyobrażenie jakichś kwietnych łąk pełnych delikatnych, białych margarytek, z których Cyganie splatają wianki, aby nazajutrz z wrednym uśmieszkiem sprzedawać je na placach. Teraz zapuściłem sobie długie włosy, takie jakie nosił Jezus, zwłaszcza w młodości, i przybrałem minę głęboko uduchowioną. Na ulicy wszyscy pozdrawiają mnie głębokimi ukłonami. Niektórym spadają z głów kapelusze, więc je podnoszę. Ludzie kłaniający mi się na skrzyżowaniach ryzykują życiem, nieraz uderzają w nich samochody i przejeżdżają po nich, w najlepszym razie szorując im kardanami po plecach, w wyniku czego niektóre ofiary zaczynają się jąkać. Ja nadal podnoszę ich zakurzone kapelusze z jezdni, odpowiadam na pozdrowienia leciutkim skinieniem głowy, przechodzę na czerwonym świetle i ubieram się w białą bluzę bez kołnierza. Zdaje się, że wszystko to robi pewne wrażenie. Reżyser mi powiedział, że gry nędzniejszej niż moja nie widział w życiu. Mimo to pomaga mi wejść w tę postać aż do zupełnego utożsamienia. Jest to osobowość tak prosta, że musiałem przeczytać o niej kilka książek, przestudiować ikony, chodzić na sympozja, do cerkwi itd. Powtarzam rolę bardzo często przed lustrem w drzwiach bieliźniarki, bo tak podobno ćwiczą wielcy aktorzy, z tekstem nie mam problemów, za to mam trudności z mimiką, bo moja fizys jest niewiarygodnie nieruchoma. Za cenę olbrzymiego wysiłku wykrzywiam się, wybucham śmiechem, popadam w zasmucenie, we wściekłość, wrzeszczę, cierpię, smaruję sobie policzki kremem nivea, zamyślam się, wzdycham, walę pięściami w stół, bębnię w szafę, w ściany, w drzwi, rozbijam talerze albo też wpadam w najczarniejszą desperację i unoszę prawe przedramię do czoła, w której to pozycji pewnej soboty zastał mnie instalator od telefonów i nie zainstalował mi już aparatu. Obejrzałem filmy Zeffirellego i Scorsesego - i znakomicie pojąłem myśl tego drugiego, żeby mianowicie ukazać głównego bohatera w stanie kryzysu, który miały doskonale obrazować tarzanie się w błocie i pierwsze plany, sugestywne, nie powiem, tzn. sugerowały epilepsję, księcia Myszkina albo co najmniej schizofrenię, jak u księcia Myszkina, no ale mój reżyser jest staroświecki i nawet mu przez myśl nie przejdzie, by zmuszać mnie do udawania chorego, powiedział, że nawet zwolnienia lekarskiego nie potrafię sobie załatwić. Rzeczywiście, symulowanie żenowałoby mnie. Mnóstwo razy oglądałem też „Jezus Christ Superstar”, muzyka jest bardzo fajna, szczególnie aria Marii Magdaleny, nauczyłem się na pamięć roli głównego bohatera, tyle tylko, że mój głos jest basowy, a tamten śpiewa bardzo wysokim tenorem, prawie sopranem, takie były może wymogi planu zdjęciowego albo taką miał wizję, a może nie potrafił inaczej. Wreszcie kiedyś, około drugiej w lutową noc, udało mi się zaśpiewać bardzo cienko, przy akompaniamencie bębnienia w garnki. A to dlatego, że pianino sprzedałem, bo brązowe wieko było pęknięte, a czarnych klawiszów brakowało. Białe były w komplecie. Przyjaźni sąsiedzi uspokoili mnie, pomagało im kilku nienagannie ubranych obywateli świetnie znających się na muzyce, którzy powolutku zaprowadzili mnie do karetki. W środku na ławeczce leżał kaftan bezpieczeństwa. Założyłem go sobie sam, nawet pasował na mnie. Już nie pamiętam dokładnie, w jaki sposób, ale w końcu udało mi się w nim uciec, a kiedy wyswobodziłem ręce przed wejściem na scenę, puścił w szwach. Pewnego razu w knajpie z parasolami w czerwone prążki, gdzie powtarzałem scenę z winem, wypiłem tak dużo, że runąłem na plecy w bardzo ciekawej pozycji, razem ze stołem i krzesłem i wszystkim. Jakiś pan pod krawatem, nie grający w filmie, pomógł mi się podnieść. Podziękowałem mu, wstałem i wynagrodziłem go moim walkmanem marki panasonic z egalizatorem. Ten pan także mi podziękował, wziął walkmana i poszedł sobie. Bał się, że mnie nie rozpozna. Ale rozpoznał; zresztą to normalne, bo na planie mam zawsze jakieś problemy, o których wnet dowiaduje się całe miasto. A problemy mam dlatego, że już we wczesnych godzinach rannych, gdy mnie jeszcze tu nie ma, pojawiają się reżyserzy-nieudacznicy, aktorki-histeryczki, scenarzyści... (Mnie jeszcze nie ma, bo w domu, oprócz powtarzania roli, muszę przecież także sprzątać, komponować nowe przepisy kulinarne, poprawiać niektóre kwestie porównując je z Ewangeliami, reperować klamki, uprawiać sporty. Codziennie na przykład trenuję wstrzymywanie oddechu pod wodą, w miednicy. Dłużej nie mogę. Chyba z powodu chloru...), scenarzyści węszący za jakąś kwestią, są nieznośni, bo usiłują z destrukcyjnym entuzjazmem uczestniczyć w pracy nad filmem, zwykle są to jakieś literaciny złaknione sławy albo po prostu przymierające głodem, ustawicznie zmieniają tekst, także jeden drugiemu, masakrują go, rozbijają, wywracają na nice, jeden mówi „lamma sabachtani”, drugi, że chyba wiem, że ma być „Łazarz zmartwychwstał”, a trzeci widząc mnie proponuje z flegmą, bym zaczął od Barabasza, więc ja zaczynam o Barabaszu, a tu zjawia się sekretarka planu z notesem w dłoni i w minispódniczce, więc zapominam o Bożym świecie, patrząc na jej uda, takie jędrne i zdrowe, i próbuję wyjaśniać drobne nieporozumienia z maszynistami, facetami od efektów specjalnych, tymi zza stołu montażowego, z operatorami zawsze niezadowolonymi ze światła, którego wszędzie, gdziekolwiek by kręcili, jest im za mało, z kaskaderami, z chórem, z innymi aktorami i znów ze specjalistami od dialogów, co przecinają kable, słowa, nie zastępując ich innymi, we czwartek zmajstrowałem w jedną całość kwestie zaproponowane przez niektórych z nich, ale z wyjątkiem mnie nikt się nie roześmiał. A przecież wygląd miałem natchniony. Zresztą natchniony, czy też nie, nigdy nie robił on żadnego wrażenia na producencie, pyta mnie bez ustanku - to a propos mojego ćwiczenia się w bezdechu pod wodą- dlaczego nie chodzę po wodzie, dobry sobie, tak jakbym mógł chodzić po wodzie, gdy nie ma wody, bo zepsuł się kran, wysiadła też instalacja w piwnicy, a hydraulik w ostatnich dniach wykitował na wodę w płucach, no a ja nie umiem jej naprawić, potem przyszła scena z Janem Chrzcicielem, gdy nie tylko żaden aktor nie chciał mu obciąć głowy, bo przecież był siostrzeńcem reżysera, ale nawet on sam nie zgadzał się (choć epizod był historycznie udowodniony, on jednak burczał, że udowodniony, czy nie, jest to świństwo) bodaj na obmycie - ciekawe, w czym - i ochrzczenie oraz uznanie Jezusa; nie uznał mnie, innej roli nie chciał, skoro tę przyjął nie po to, by od razu, w pierwszej próbie, ulec dekapitacji, wszak jest jeszcze młody i ma przed sobą całe życie, chce się ożenić, ale wreszcie ojciec przekonał go obiecując mu japoński motocykl suzuki, i ucięli mu głowę japońskim tasakiem, krwi było niewiele, scena jednak wyszła pysznie. Niezwykle wyraźnie, z najdrobniejszymi szczegółami widać było przeciętą tętnicę szyjną, podobnie tchawicę, kręg szyjny, skurczoną arterię główną, wytrzeszczone oczy i usta wykrzywione okropnym grymasem; lepiej nie można było sobie wyobrazić owej epokowej sceny. Wody Jordanu obrobiono w montażowni, pod gołym niebem zaś sfilmowano Dymbowicę, poza której sfalowanym nurtem zamajaczyły w pewnej chwili Piąta Unirii i Banca Religiilor.

Potem nastąpiła scena mojego biczowania. Nie zasłużyłem na nie. O świcie ogoliłem się, później dałem się ubiczować. Nie pamiętam nic oprócz tego, że w pewnym momencie -chyba wtedy, gdy najbardziej wczułem się w rolę - lewy reflektor eksplodował i moje oczy zasnuła gęsta mgła. Ten łobuz statysta, co robił za oprawcę, chociaż zapłaciłem mu słono, żeby nie bił mnie zbyt mocno, tzn. w żadnym razie zgodnie ze scenariuszem, w którym pisało „ze wszystkich sił”, nie tylko okładał mnie, ile wlazło, ale wręcz z nienawiścią, toteż rozszarpał mi plecy trzydzieści trzy razy, czego nie ma nawet w Biblii. Odtąd jednak będzie, jeśli film się ukaże. Zostały mi rany na plecach, gdy się kładę, to jakby na rozpalone węgle, jak Gheorghe Doja*, moje ciało płonie, znoszę to zgrzytając zębami, aktor musi być wytrzymały. Nawet taki wielki aktor jak De Niro, zanim zagrał w tuzinkowym filmie, przez pół roku jeździł na taksówce, całymi latami studiował postać Lucyfera, żeby mieć niespełna dziesięciominutowy epizod w „Angel Heart”, Marlena Dietrich dała sobie wyrwać wszystkie zęby trzonowe, tylko po to, by zyskać tajemniczy cień na zapadniętych policzkach, Greta Garbo znosiła na planie torturę pantofli, choć nigdy żadna para nie pasowała na jej stopy, które miała ogromne i płaskie, koń rzymskiego dowódcy dał się strącić w przepaść w ogniu bitwy z Dakami, Meryl Streep zażądała, by zimą polano ją wodą z węża, aby w filmie z żebrakami jej śmierć wypadła przekonująco, tak samo Maia Morgenstern, inni bez mrugnięcia pozwalają się prać po gębach, jeszcze inni mimo obłożnej choroby przybywają na plan lub na scenę niesieni na noszach, przykłady można by mnożyć. Ja takiego poziomu nie osiągnąłem. Ja tylko gram rolę Syna Bożego chodząc po naszej dzielnicy. Naśladuję go nawet w najdrobniejszych gestach. W mówieniu. I prostocie. Doszedłem do takiej prostoty, że nawet nie umiem sobie kupić chleba. A odkąd zacząłem się ubierać na biało i nosić niebieskie okulary, zauważyłem, że ludzie jakby odrobinę więcej mnie szanują, nie podnoszę już ich kapeluszy, nie pozwalają mi, ich szacunek wzrósł gwałtownie, gdy swoją rolę wziąłem całkiem na serio i kupiłem krzyż, nieduży i nie bardzo drogi, ale taki, bym mógł go niemal przez cały dzień nosić na plecach, od rana aż do wieczora, mniej więcej do szóstej, gdy słońce zachodzi i podnosi się wiatr, jak wtedy, nie jest ciężki, choć dębowy, kierowcy trąbią na mnie przeciągle, zapalają światła, bardzo mi się to podoba, więc chodzę wszędzie z tym krzyżem, nawet po wielkich bulwarach, gorsza sprawa z koroną cierniową, bo uszy bolą mnie od niej. Lekarz-usznik poradził mi, bym nasuwał ją sobie na brew, o tak, trochę na bok, inaczej złapię zapalenie ucha. No i w końcu, któregoś piątku go dostałem, odtąd w uszach noszę-watę, a nieraz też w nosie, na wszelki wypadek, mówię jak z beczki i ledwie rozumiem polecenia reżysera, na szczęście ma tubę. Ale warto ponosić ofiary, bo jeszcze nigdy, nawet gdy byłem dzieckiem, ludzie nie uśmiechali się do mnie tak często. Nawet sprzedawczyni trafiki na rogu uśmiecha się do mnie i oferuje mi za darmo papierosa karpaty, motorniczy robi mi w kabinie miejsce na stołku obok siebie, pozwala mi się bawić dzwonkiem, kontrolerzy udają, że mnie nie widzą, barman częstuje mnie kieliszkiem koniaku - także gratis - raz na trzy miesiące, w kinie od dawna już nie płacę za bilet, bo wchodzę tylnymi drzwiami w przerwach między seansami dźwigając krzyż, nie zdejmuję go nawet w ciemności, więc rozsiadam się wygodnie, sala pustoszeje, nikt koło mnie nie siada, okulista kupił mi za własne pieniądze oprawkę do okularów, z zielonego plastyku, od kilku miesięcy przyjmuję wizyty luksusowych kurtyzan, które wysłuchują moich monologów, gotują mi, nieraz przychodzą z mamusiami, są w wieku do zamążpójścia, jedne i drugie mają mnóstwo różnych kłopotów, kto ich nie ma, na przykład rzeźnik, ale jednak wybiera dla mnie najlepsze kawałki mięsa, bez odrobiny kości, odkłada mi ozór, ozór z oliwkami to moja ulubiona potrawa, krawiec co pewien czas przynosi mi jakąś starą marynarkę, całkiem za bezdurno, różni faceci oferują swe usługi jako impresariowie albo przynajmniej lokaje, a nawet scenarzyści zachowują się miło, robią do mnie oko, pytają o zdanie, co prawda się z nim nie liczą, ale pytają, asystent reżysera szepcze do mnie wybałuszając oczy, że moja interpretacja jest genialna, szkoda że nie mam głosu, śpiewam zbyt wysoko, Cyganie już mi nie tłuką szybki w skrzynce na listy, dawni koledzy z liceum klepią mnie po ramieniu, każdy ma jakieś dobre słowo, co też z nimi się dzieje, wprawdzie dwa miesiące temu wygrałem na loterii trzy miliardy, no ale to zupełnie nieistotne, ja próbuję tylko jak najlepiej zagrać moją rolę w tej sztuce czy też w filmie, bo właściwie nie wiadomo, co to naprawdę jest, w każdym razie sztuka teatralna też byłaby nie do pogardzenia, a jeśli i ona okaże się niejasna, to może napiszę książkę. Urosły mi brwi, oczy dostały jakiegoś dziwnego kształtu i osobliwego koloru, węglowo-granatowego, starego, jakby sprzed dwu tysięcy lat, tak mi mówi mój sąsiad z tej samej klatki, który jest policjantem i wie. Przedtem był też milicjantem, więc przypatruje mi się długo, gdy wracam późnymi wieczorami, i pyta, dlaczego teraz mam oczy granatowe. Niestety, nic mu nie mogę odpowiedzieć, bo nie jest kinomanem. Wczoraj, idąc do studia (studio ciągle się zmienia, jest już bardzo duże, z łatwością mieści teraz pięć tysięcy osób, czeka nas przecież scena z rybami i chlebami), uratowałem od śmierci kodaka. Gospodyni wrzuciła go do kanału, wyciągnąłem go, wziąłem w dłonie i zacząłem pieścić, tak że w końcu zamiauczał cienko, jak każdy noworodek, myślę, że z radości. Po dziesięciu sekundach ugryzł mnie. Postawiłem go ostrożnie na wysepce tramwajowej, odczuwałem głęboką satysfakcję. Nieco później to moje odczucie unicestwiła Przenajświętsza Panienka Maryja mówiąc do mnie - jednocześnie poprawiała swoją czarną szatę - że bólu, którego pozornie mają mi przyczynić gwoździe wbijane w dłonie, powinienem doświadczyć naprawdę, bo ten, który odgrywam teraz, nikogo nie nabierze. Dało mi to do myślenia.

W ubiegłym tygodniu kręciliśmy kilka scen gdzieś nad morzem, bo tylko tam jest piasek. W morzu roiło się od jakichś uskrzydlonych robaków, więc trudno było wejść do wody, gryzły. Nieoczekiwanie w grze pomogli nam turyści, gdyż mieli wygląd dokładnie taki, jakiego potrzebował reżyser, wszyscy jacyś nerwowi, za czymś goniący, wielu było chorych, cierpiących na biegunkę, toteż mieli mnóstwo ekspresji, nawet za dużo, operator zarejestrował na taśmie ich poszarzałe twarze, będzie ich filmował dalej, przy stole. Wieczorem kręciliśmy ostatnią wieczerzę, ale nie wyszła dobrze z powodu Judasza. Następnego dnia od pierwszego razu udało mi się znakomicie rozmnożyć nieskończenie dwie ryby i pięć chlebów - ale przedtem długo ćwiczyłem w domu. Tricków nie tylko nie widać, ale wręcz ich nie ma, trzeba tylko grać naturalnie, dowodem fakt, że gdy któryś statysta bez talentu wyjawił tłumom, jaką scenę przygotowujemy, na plaży ustawił się ogromny ogonek, ponad pięć tysięcy ludzi. Maria Magdalena jest bardzo piękna. Patrzyłem, jak zanurza się w fale, robaki jej nie tykały, teraz też na nią patrzę, gdy jest w swojej kabinie. Ubrana jest w guście nieco wątpliwym, wieczorowo, nosi trochę biżuterii i delikatny makijaż. Teraz przed lustrem poprawia jeszcze uczesanie. Przygląda się sobie uważnie, en face, z profilu, z półprofilu, robi buzię w ciup, podnosi sobie włosy, puszcza je, włosy spadają, całkowicie, pozostaje łysa, podnosi z chodnika kosmyk, w zamyśleniu nawija go sobie na palec wskazujący, odwija, sprawdza jego wytrzymałość, ciągnie z całej siły, rozrywa go, odrzuca z obrzydzeniem, zanosi się płaczem, szlocha, potem maluje się superbem nr 22. Co dziesięć sekund krzyczy przenikliwie: Fortunata! Kadry do Ogrodu Oliwnego nakręcono w parku wypoczynku i rozrywki. Widać tam stateczek „Paczuszek” przekształcony w trzygwiazdkową restaurację. Dziś scena najbardziej skomplikowana, ze ślepcem, zwłaszcza że konsultant-historyk twierdzi, że ślepców było dwóch, jeśli nie w rzeczywistości, to przynajmniej według św. Jana. W końcu wybrano jednego drogą konkursu, drugi pozostał na inną okazję, ja zaś znienacka znalazłem się twarzą w twarz ze szczęśliwym zwycięzcą, ślepym na amen, a tymczasem ponad nami kołysała się żyrafa. Nakręcono co najmniej dwadzieścia dubbingowanych ujęć, ale brakowało nam naturalności, tak jemu, jak i mnie, nie mogliśmy utrafić w ton, kiedy zaś trafialiśmy, zapominaliśmy swoich kwestii. W końcu postanowiono zostawić to na drugi dzień. Nazajutrz uzdrawiam ślepca już w pierwszej próbie, potem tak samo z resztą - głuchym, niemym, trędowatym, kobietą cierpiącą na krwotoki, tłum jest olśniony, wesolutki Łazarz wychodzi z grobu, Maria Magdalena oszczędnie szafuje mirtem, próbuję zaprosić ją do miasta, odmawia mi, odmawia też producentowi i milcząc usuwa się do swej kabiny, skąd znów zaczyna wykrzykiwać rytmicznie: Fortunata! Powróciwszy do domu, nie znajduję już kodaka na wysepce. Spoglądam w niebo. W mieszkaniu nie spoglądam już w niebo, częściowo dlatego, że przez okno widać tylko wewnętrzne podwórko, i zabieram się do czytania książek o cudach i niezwykłych uzdrowieniach.

Wszystko zaczęło się od córeczki sąsiadki z czwartego. Prawą rączkę ma uschłą, zupełnie bezwładną, to skutek upadku podczas jazdy konnej. No i jest głucha jak pień. Jej matka słyszy dobrze, zwykle trzyma ręce skrzyżowane na piersiach, które ma z kauczuku. Zacząłem bawić się z dziewczynką, z nudów, z samotności, nieważne, z ciekawości. W pierwszych dniach nie rozumiała nic, toteż mówiłem do niej poprzez taniec. Tańczyłem całymi godzinami, wedle układów Bejarta. Następnie bawiąc się wspólnie lalkami i misiami wchodziliśmy stopniowo w komitywę. Dziewczynka miała tasiemca. Któregoś dnia wytłumaczyłem jej -jak, za pomocą jakich gestów, skąd w ogóle przyszła mi ta myśl, nie wiem – „Musikalisches Opfer”, namawiając ją, by zasiadła do pianina bez lęku, uważając tylko, żeby nie naciskać zbyt mocno na pedały, mechanizm jest zepsuty, puściła jedna dźwignia. Popatrzyła na mnie swoimi wielkimi fiołkowymi, błyszczącymi oczami, podeszła do taboretu, usiadła i bezbłędnie wykonała „Canones diversi super thema regium”, a na koniec zagrała „Fuga canonica in epidiapente”, co rzuciło mnie na kolana. Rozstaliśmy się, odtąd ślemy sobie całuski na schodach, jej mama opowiedziała mi o cudach dokonywanych przez chirurgów i usznika pod jej nieobecność w domu, piersi jej jakby jeszcze napęczniały, ze szczęścia, zapytałem ją żartem, czy nie chce, bym pomógł jej trochę w mieszkaniu, mógłbym na przykład pozamiatać, znam się na tym, ale ona pojęła mnie w lot i odparła, że nie. Może też dlatego, że noszę okulary.

Następnie przyszła ta historia ze sparaliżowaną staruszką, przykutą do krzesła przed telewizorem i tak bezsilną od tak dawna, że zupełnie o sobie zapomniała. Żyła w trwodze. Musiała oglądać cały program, nie mogła zmienić kanału ani zgasić telewizora, ani nawet wyłączyć dźwięku, ponadto światło nie wysiadało już, jak niegdyś, więc oglądała i słuchała wszystkiego, jak leci, kultura na świecie, Chińczycy ćwiartowani i wrzucani do kanału, kradzież samolotów linii krajowych przez pewnego dyrektora, niekończące się seriale, z których nie rozumiała nic, prezydent republiki poruszający się jak balerina, potrząsający ramieniem, uśmiechający się szeroko i pokazujący grdykę, nos prezydenta na pierwszym planie, przewodniczący partii rządzącej coraz grubszy, z programu na program, zaprzeczający, by kradł domy i był seksualnym dewiantem, usteczka miał malutkie, kobiece, jak wiśnia wciśnięta w podbródek, słucha Wagnera pod gołym niebem stojąc na matce ziemi, podziwia „Nibelungów”, nie może być homoseksualistą, ludzie biegający tu i tam, rośliny, zawody w staniu na słupie, tango, historia, wolność, podpaski tampax, godność narodowa, wyścigi samochodowe, mówiące chomiki, prawdziwe UFO, które przestraszyło sierżanta, pana Mariana, Szatan, panie Marianie, gdzie pan jest, wrzasnął wartownik, z rowu, pytania, więzienia, operacje na mózgu, tajni agenci na żywo, zamaskowani, śmietniska, Cyganie wśród ruin, filmy naukowe o owulacji, kościoły, księża, skrócony film o Jezusie, filmy artystyczne, w których ludziom obcina się palce, filmy z krokodylami, cyborgami, obywatele rozmiarów słonia, nieśmiertelni, Koreańczycy, rozstrzeliwania, małe zarobki, forsa, nikt nic nie ma, mercedesy, zatoki nosowe i gwarantowane pigułki przeciwrakowe, w Kongu, karty magnetyczne, czarownicy, bitwy w parlamencie, wystawa ważek we Frankfurcie, rozkosze zamężnych kobiet, dzieci, mnóstwo, prawa człowieka, bomby z gazem łzawiącym, bomby zapalające, koniec literatury z kluczem, a więc, jak głosować, dlaczego ludzie wyjeżdżają do USA, emigranci, tajemna Dacja przy obiedzie, Burebista wskrzeszony, w futrzanej czapce, upiorny minister zdrowia ciskający szpilkami w kamerzystę, cholera, mityngi, rozwody, Sokrates, rząd wyprzedaje flotę, helikoptery spadają na ziemię, ludzie mówią z trudem, co najwyżej setką słów, a i to źle akcentowanych, Arabowie z damskimi pończochami na twarzach, panie ich nie noszą, ankiety na temat seksu, wybory, łany żyta, których nikt już nie pilnuje, towarzystwo przyjaźni rumuńsko-chińskiej PANDA, górnik, Pascal i myśląca trzcina, kradzieże, czyraki, inwestycje, obywatele z gruba ciosani, muzyka symfoniczna, rap, metal, new wave, transh, bankrutujące banki, gry losowe, testamenty, kosmonauta, co w okrążanie Ziemi wyleciał jako obywatel sowiecki, a powrócił obywatelem rosyjskim, tak że musiał zmienić nawet dowód osobisty, bo teraz nie mieszkał już w Leningradzie, lecz w Petersburgu, pęd historii, tyle że nie w ojczystych gminach i wioskach, Czernobyl, Hiroszima, Indie, paranormalne, wygięte widelce, smutni

miliarderzy, brzydkie sieroty, audycje dla trzeciego wieku, z cmentarzami, dla rodziców, dla dzieci, dla kretynów, dla milionerów, o północy, dla rolników, wieczorki, morderstwa, zabił teściową tłuczkiem do mięsa, dziecko śrubokrętem krzyżowym, a żonę wrzucił do studni, była wiosna, olimpiady, inflacja, sondy do moczowodów, niepełnosprawni uczesani po męsku, cudowne wyzdrowienia, porażenie słoneczne, sceny miłosne na żywo, zodiak, pod gwiazdą kretynów, mutanty wśród komarów, zabrakło papieru, dzielnicowa zamiatarka przejeżdża ulicami, sankcje rządowe, nie sprawdza się już stanu majątkowego, wielu intelektualistów podczas dyskusji panelowych okazuje chęć przelewania z pustego w próżne, naczynia mają, ich sprawa, ale dlaczego mamy na to patrzyć, pyta moderator, bo patrzymy, SF, senatorowie, nietoperze-wampiry, krótkometrażówki o modzie, w których występują też faceci przeciwni prywatyzacji, chcą na Wenus, w góry, chcą Moliera w editio princeps, żeby go czytać w pracy, przy wyłapywaniu psów, w przerwie między dwiema akcjami, pierwsza polega na spędzeniu bezpańskich psów i umieszczeniu ich w konopnym worku, mocnym, druga na tym, że dwóch hyclów samurajskimi tasakami okłada wór pełen psów, aż zabarwi się on, pokrywa ciemnymi plamami czerwonobrązowej barwy, chyba od krwi tych psów, towarzystwo PANDA ulega rozwiązaniu, odkryto życie na Marsie, jakąś bakterię. Na okrągło, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Staruszka charczała, oczy miała wybałuszone, była u kresu sił. Powiedziała mi, że przy dzienniku siusia pod siebie. Wezwała mnie na pomoc, słyszała już o tej historii z dziewczynką, nie chciała, bym jej nauczył grać na pianinie, lecz tylko chodzić. Usiadłem na stołeczku i spojrzałem na nią. Rzeczywiście, była w wieku bardzo podeszłym, żółta pigwa, cała w głębokich zmarszczkach brużdżących jej twarz we wszystkich kierunkach, wyglądała nie jak pigwa, tylko jak wiatrochron samochodu rozbity kamieniem. Ja też przez kilka chwil patrzyłem w telewizor, coś dramatycznego, jakiś człowiek powiewając białą koszulą twierdził, że należy ona do Chrystusa, potem pojawiło się kilku osobników w strojach narodowych i zaczęło coś szemrać, zrobiłem znak głową, o tak. Staruszka wstała i poprosiła o kieliszek wiśniówki z kredensu. Przyniosłem go jej, pochłonięci reportażem sąsiedzi, którzy razem ze mną weszli do garsoniery, nic nie zauważyli. Wypiwszy, staruszka szybkimi, drobnymi kroczkami podreptała do gradami, wzięła tłuczek i z całej siły rzuciła nim w ekran. Potem wyszła razem z łóżkiem. Ja też czmychnąłem. Od owego dnia ciągle widuję ją w windzie, mówi mi dzień dobry i jedzie na czwarte. Słychać stamtąd Ofiarę muzyczną grana na cztery ręce.

Zdjęcia idą dalej, kupiłem sobie całun, dębowy krzyż się wyszmelcował od częstego noszenia. Tak samo z próbami do sztuki teatralnej. Pewnego czerwcowego wieczoru zaprosiłem do siebie kilku aktorów. Była też Maria Magdalena. Tańczyłem z nią, ludzie sobie popili, pojedli, nie za dużo, ktoś podrapał mi serwety paznokciami, jeden z przyjaciół wyrwał ze ściany prysznic, było dużo śmiechu, ciepło, około dziesiątej jedna z zaproszonych rzuciła się z balkonu. Mieszkam na szóstym piętrze, na szczęście nie upadła na żadnego przechodnia, byłaby bieda, kobieta waży ponad dziewięćdziesiąt kilo, a przynajmniej tyle ważyła na chwilę przed tym swoim lotem, sprawdzała to na mojej wadze pobieda, włożyłem więc moją bluzę i zszedłem, żeby zobaczyć, jak się czuję, pomogłem jej podpierając głowę ręką. Natychmiast przyszła do siebie i zapytała, czy nie gniewam się na nią. Żyjemy w wolnym kraju, w demokracji, ostatecznie każdy może robić, co chce. Wstała, wróciła na górę po schodach, winda nie chodziła, i ponownie rzuciła się z balkonu.

Nic z tego, co teraz robiłem tam w dole, na ulicy, przez nikogo nie było widziane.

I nic z tego nie mogę nikomu opowiedzieć, bo nikt by mi nie uwierzył.

Prawdy nie zna ani jeden człowiek w mieście. Chociaż na stacji metra w CrTngasi widziałem afisz, niezbyt duży, jakieś dwadzieścia na dwadzieścia centymetrów, na którym czerwonymi literami pisało, że Jezus Chrystus Uzdrawia 9 Września o godz. 16. W mniej więcej miesiąc później reżyser zachorował na raka. Jego żona ciągała go po lekarzach, niektórzy pobrali mu krew, wielu zrobiło mu punkcje, inni zdjęcia rentgenowskie, jeden próbował uciąć mu nogę, ludzie popadli w zupełną desperację, pewien bardzo sędziwy profesor powiedział, że ma jeszcze tylko miesiąc życia, więc poszedłem do szpitala którejś niedzieli i poprosiłem go o spokój, bym mógł się skoncentrować, i położyłem mu dłoń na czole. Od razu skoczył na równe nogi i zaczął się śmiać. Nadal grasz strasznie źle, wyjąkał trzęsąc się ze śmiechu. No, ale skutecznie. Śmiał się do łez.

Wczoraj piesek przejechany przez samochód, nissan z podwójnym napędem, zdechł mi na rękach. Podrapałem go lekko za okrwawionym uchem. Kilkakrotnie głęboko odetchnął, spojrzał na mnie wilgotnymi, ciepłymi, ludzkimi oczami. Ożył.

Może zbyt mocno się uszminkowałem. Jedno oko wyszło niebieskie, drugie lekko pomarańczowe. Zszedłem na ulicę i znów zacząłem go obserwować, stojącego nieruchomo na swoim zwykłym stanowisku obserwacyjnym, przed blokiem vis a vis, tego faceta, co śledzi mnie od kilku dni. Według tego, jak ma wystrzyżone ciemię, to może być tylko agent tajnych służb. Przyśpieszyłem kroku, a gdy skręciłem w stronę bulwaru, napotkałem, jak co ranka, żebraka, któremu nigdy nic nie daję. Na jego widok odczuwam niewytłumaczalną antypatię, może z powodu białej laski, którą jakoś tak arogancko trzyma wyciągniętą ku górze. Poza tym całym wyglądem okazuje jakąś wyższość, przypominającą mi o czasach, gdy byłem dzieckiem i bawiłem się latawcami, co wcale nie chciały latać, tylko wlokły się po ziemi, a wtedy zjawiał się nauczyciel od prac ręcznych i deptał je. Pozdrowiłem go, jak zwykle, a on ni z tego, ni z owego uśmiechnął się szeroko. Cóż, to nie bardzo przyjemne, gdy ni stąd ni zowąd uśmiechnie się do ciebie ślepiec z rogu ulicy. Podałem mu grosik. Zamrugał, otworzył oczy, spojrzał na mnie z rozbawieniem, spojrzenie miał czarnogranatowe, czyste, i zapytał, jak się miewam. Dopiero teraz go poznałem: to był ślepiec, którego uleczyłem w filmie.

Postanowiłem pójść na policję. Tam rozpytywali mnie o najrozmaitsze rzeczy, szczególnie o choroby przebyte w dzieciństwie, potem kazali mi wypełniać różne formularze. Wypełniałem je, aż skończył mi się długopis, poprosiłem, by dali mi drugi. Nie mieli. Wtedy poszedłem sobie go kupić. W sklepie papierniczym sprzedawczyni, pyszna blondyna mniej więcej dwudziestoletnia, ku mojemu zdumieniu spytała mnie z miną lekko poirytowaną: Jak to, właśnie pan, który czyni tyle cudów, nie ma długopisu?


Tłumaczył Ireneusz Kania

* Przywódca ludowego powstania chłopskiego z 1514 r., spalony żywcem.

„România literară”, nr 23, 24/1998.

RÂZVAN PETRESCU, ur. 1956 r. w Bereşti (Galaţi). Absolwent Akademii Medycznej w Bukareszcie. Prozaik. Opublikował: „Ogród letni” (1989), „Zaćmienie” (1993, 1996), „W pewne piątkowe popołudnie” (1997), „Wiosna w bufecie” (1995). Otrzymał nagrodę Stowarzyszenia Pisarzy Zawodowych Rumunii za najlepszą książkę prozatorską w roku 1998.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas