poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
OCTAVIAN PALER
Czy Don Kichot mógł być Rumunem
DL 2000, nr 11 (169)

»W każdym razie, ulegając twoim namowom, zabrałem się do ponownej lektury przygód Don Kichota. I wiesz, co mnie uderzyło? Zdałem sobie sprawę, że Rumuni, ogólnie rzecz biorąc, nie szanują uczuć. Mówią o nich, ale nie przeżywają ich głęboko. Być może właśnie dlatego nie ma, niestety, w naszej literaturze wielkiej opowieści o miłości, czegoś w rodzaju „Anny Kareniny” czy „Romea i Julii”. A właśnie szacunek do uczuć charakteryzuje Don Kichota, któremu wiele można by zarzucić, ale nie to, że choć przez moment robi sobie żarty z tego, co czuje. Z chwilą, gdy zakochuje się w kobiecie, Don Kichot uważa, że skandalicznym byłoby obmawianie jej, a poniżającym nakłanianie ucha ku oszczerstwom, jakie rzucają ludzie pod jej adresem. Mam wrażenie, że gdyby Cervantes pisał po rumuńsku, jego bohater nie spotkałby się ze zbytnim zainteresowaniem. Mówiąc językiem przedmieść bukareszteńskich, nasi przemądrzalcy nie mogliby się powstrzymać, by nie ponabijać się z tego starego rycerza, który jest na tyle „szalony”, że pragnie sławy jedynie dla zdobycia serca kobiety. ,Ale głupi” - powiedzieliby nasi przemądrzalcy, i nawet nie przyszłoby im do głowy, że ten „głupiec” sądzi świat według zupełnie innych praw«. Andrei

Fama toreadorów, którzy stawiają czoło śmierci, żeby złożyć ucho byka u stóp kobiety świadczy dobitnie o tym, że Don Kichot nieprzypadkowo narodził się w Hiszpanii. Taki, jaki wyłania się z kart powieści Cervantesa, ma on coś nieeuropejskiego w całej swej istocie. Obcy jest mu kartezjański duch Francuzów i niemiecka dyscyplina, nie ma w sobie nic ze szwajcarskiej neutralności, z krzykliwej wylewności Włochów, czy też z flegmatycznego spleen'u Brytyjczyków. Nie można było przedstawić go błądzącego na koniu wśród ruin Grecji, przeciwstawiającego swój mit mitom bogów; a tym bardziej gdzieś na holenderskich drogach, mimo że w Holandii są wiatraki. W Rosji na pewno trafiłby na Sybir, a w Norwegii szybko zakończyłby swoją karierę, grzejąc się przy ognisku. Don Kichot mógł założyć zbroję jedynie w Hiszpanii. Tylko tam iluzje są ważniejsze, niż rzeczywistość, i odgrywają rolę podobną do roli duchów w Szkocji. Tak że nie powinniśmy się obrażać, gdy ktoś mówi nam, że u nas Cervantes nie odniósłby sukcesu. W dużym stopniu chodzi o niedostatek ducha europejskiego, a pod tym względem znajdujemy się w wyśmienitym towarzystwie.

Czym innym chyba powinniśmy się zająć. U nas myli się kłamstwo z iluzją. Wydaje nam się, że iluzje kłamią a jest to błąd poważny w skutkach. Być może tym, co przede wszystkim zaintrygowałoby nas w Don Kichocie, gdybyśmy poznali go jako pierwsi, byłaby jego szczerość, dla nas zupełnie niezrozumiała. Dlaczego doświadczony mężczyzna - rycerz, który widział wielekroć, z jaką rozwagą ludzie ujawniają, a tym bardziej tają swoje myśli - jest tak otwarty? Dlaczego w czasie, gdy inni kandydaci do chwały z całą skromnością udają że gardzą sławą i że uważają ją za zwykłą próżność, on ma odwagę stwierdzić, że jej pragnie? Zwłaszcza, że miał sposobność wystąpić jako altruista, udać, że wyrusza do walki jedynie ze względu na innych, że nie interesuje go ani nieśmiertelność, ani sława, a do założenia zbroi skłonił go jedynie fakt, iż istnieje zbyt dużo potworów. Wielu przed nim tak robiło. Dlaczego on wolał wykrzyczeć na cały głos to, co inni za wszelką cenę starali się ukryć? My, zdumieni takim zachowaniem, podejrzewalibyśmy go o przebiegłość. Czegóż właściwie chce ten błazen? - powiedzielibyśmy. Pewnie ma jakiś ukryty cel, jeśli w ogóle jest zdrowy na umyśle. Bo inaczej, po co by się tak narażał? Zwłaszcza w jego wieku.

Poza tym, nie lubimy sukcesu, jeżeli nie jest on naszym własnym sukcesem. Gdy komukolwiek uda się wybić nad Dymbowicą, wywołuje to u innych zawiść, chęć zniszczenia go, lub, przynajmniej zdyskredytowania. Nie znosimy, jak ktoś wybija się z tłumu. W tym samym stopniu, w jakim zawyżamy obce wartości, mamy tendencję do zaniżania własnych. „Dyktatura sławy” działa jedynie wtedy, gdy kieruje nami próżność, lub gdy owa dyktatura jest narzucona z zewnątrz. Dlatego też Don Kichot, zanim wywołałby współczucie, zostałby zniszczony przez zazdrość i plotki. Podejrzewam, że nasza niezrównana zdolność do plotkowania odarłaby go z całego nimbu tajemniczości, o Dulcynei zaś krążyłyby pikantne opowieści, które wywołałyby rumieniec wstydu nawet u Sancho Pansy. Gdyby Don Kichot dostał się u nas na języki, byłby skazany na wieczną zależność od tego, co „by się o nim mówiło”.

Ale teraz, gdy już stał się sławny, to, oczywiście, całkiem inna sprawa. Nasi przemądrzalcy muszą to przełknąć, a „prześmiewcy” zwykle uznają, że lepiej będzie powściągnąć język. Dla „prześmiewców” okazanie swojej pogardy byłoby ryzykowne. U nas nieliczni potrafią przyznać, że nie mają w sobie ani krzty romantyzmu, dlatego też nawet litość mieszają często z odrobiną konwencjonalnego podziwu, narzuconego przez autorytet sławy.

(...)

Poza Grekami, Hiszpanami, Skandynawami i Niemcami, inne narody Europy nie posiadają raczej mitów. Mitologia rzymska jest zwykłym pastiszem mitologii greckiej. Nawet Rosjanie, ze swoją zdolnością zgłębiania tajników ludzkiej duszy, praktycznie rzecz biorąc, nie mają mitologii. Widm, które nawiedzają zamki Szkocji, wróżek z opowieści Wschodu, czy też chochlików z baśni niderlandzkich nie można uznać za „mity”.

Nasi hospodarowie bez wątpienia nie byli gorsi niż Agamemnon, Menelaus lub inni wodzowie opiewani przez Homera, skorzy do gniewu i picia, którzy podeszli pod mury Troi i okryli się chwałą. Co więcej, podczas gdy bohaterowie „Iliady” walczyli, by zemścić się na cudzołożniku, nasi hospodarowie walczyli z Turkami, Tatarami, Polakami, Węgrami, strzegąc Ziem Rumuńskich przed apetytem najeźdźców, i nadstawiali pierś Półksiężycowi, aby bronić Krzyża. Tylko że u nas do wszystkiego podchodzi się racjonalnie. Nasze góry nadają się do wycieczek albo do badań geologicznych, a nie do tego, żeby zamieszkiwali je bogowie. Wspinając się po nich, nie jest się ani trochę bliżej Boga, niż na nizinie. Od czasów dackiego boga Zamolxisa żaden już bóg nie siał grozy w naszych lasach. W Grecji bogowie do dziś chodzą szlakami kozic, w poszukiwaniu choćby skąpego cienia drzew oliwnych i tuberoz. W Anglii mgła pełna jest widm, które krążą po miejscach dawnych przestępstw, na Sycylii nawet bieda jest tajemnicza, a na Północy zimne, szklane niebo wzbudza niepokój. U nas krajobraz wydaje się oswojony. Nie straszą tu potwory, jak na bagnach innych krajów, ani czarownice z czasów europejskiego Średniowiecza. Jedynie dusze zmarłych kołyszą trawę. Dra-kula został nam narzucony przez cudzoziemców. Dla Rumunów jest on tak samo egzotyczny, jak „człowiek śniegów”. I nawet skąpany w słońcu smutek ziem, które przemierzał Don Kichot po tym, jak wyruszył z La Manchy, dostrzega się u nas przez przypadek; a nieliczne wiatraki w okolicach Delty w nikim nie wywołują wzruszenia. Na ich widok nie myśli się o zjawach, lecz o ich funkcji praktycznej, której, zresztą już nie spełniają. Żadna grota w Rumunii nie jest na tyle odległa, aby dać jakiemukolwiek pustelnikowi wrażenie odizolowania od świata; i chyba nieprzypadkowo naszą jedyną legendą posiadającą prestiż mitu jest legenda o melancholii, wywołanej śmiercią.

W miastach jest dokładnie tak samo. W żadnym mieście rumuńskim nie można być całkowicie samotnym. Z Bukaresztem włącznie - bo nawet samotność jest oswojona. I niejednokrotnie zwulgaryzowana. Nie skłania ona ani do całkowitego buntu, ani też do pełnego poznania samego siebie. Sprawia jedynie, że wiecznie oscyluje się między tym, czego się nie ma, a tym, o czym się marzy. Jeśli dodamy do tego fakt, że żyliśmy, chcąc nie chcąc, pochłonięci raczej problemami historii niż wiary w Boga, także inne sprawy stają sie jasne. W odróżnieniu od Greków, my nie wytrzymalibyśmy kilku tysiącleci, żeby nie wejść na Olimp. Pokusa szpiegowania bogów, a potem ewentualnie plotkowania na ich temat, byłaby zbyt wielka. Wspięlibyśmy się z pośpiechem na górę, aby przekonać się, co jest prawdą, a co nie, a nasi bogowie dość szybko staliby się przedmiotem drwin.

Istnieją natomiast dwa fałszywe mity, które wyrażają nasz stosunek do historii. Oba ujęte są w sławnych aforyzmach, które pozostawili po sobie nasi kronikarze. Grigore Ureche z goryczą stwierdza, że jesteśmy położeni na „szlaku niedoli”, a Miron Costin zauważa z melancholią, że to nie człowiek jest władcą swoich czasów, lecz przeciwnie, biedny człowiek znajduje się w ich mocy. W rzeczywistości te dwa mity wzajemnie się uzupełniają. Jeden zrzuca winę za to, co nas spotyka, na los, który źle nas usytuował, drugi zaś przekonuje, że - ogólnie mówiąc - w obliczu przeciwności losu nie można się buntować. Nietrudno wysnuć wniosek. Jest lepiej, rozsądniej, unikać nieprzyjemności i ryzyka, kierując się mądrością!

Opierając się na naszych przysłowiach, możnaby sądzić, że nie istniał naród z większą obsesją mądrości. W cnotę przekształciliśmy nawet zdolność czekania. Porównaliśmy się do kamieni, lekceważąc płynącą wodę. Żadne nieszczęście nie trwa wiecznie, powiedzieliśmy sobie. Jeśli ma się wystarczająco dużo cierpliwości, można je przechytrzyć. Po każdej wygranej bitwie nasi hospodarowie wznosili kościół, aby dodać sobie odwagi do odparcia następnego najazdu Turków czy Tatarów, a po każdej klęsce przypominali sobie, że biedny człowiek jest w mocy czasów, przekonani, że zło i dobro jedynie pozornie zależą od nas.

I zgorzkniałość Grigore'a Ureche, i melancholia Mirona Costina przechodziły z pokolenia na pokolenie, uznane za aksjomaty, i nikt nie czuł potrzeby udowadniania ich, choć istniały powody do wątpliwości. Przez całe wieki napadali na nas to Turcy, to Tatarzy. Najeźdźcy palili wioski, grabili, siali grozę. Rosjanie też z apetytem spoglądali na ziemie rumuńskie. Tak samo Habsburgowie. Biliśmy się z Węgrami, z Polakami. Ale czy tylko my jesteśmy położeni na „szlaku niedoli”? Przecież Polska, znajdując się w kleszczach historii, kilkakrotnie uległa rozbiorom. A poza tym, na ile tak naprawdę czuliśmy się „w mocy czasów”? Niemało było hospodarów, którzy kupili sobie tron za ciężkie pieniądze w Istambule, tak jak nierzadkie były przypadki urągania Porcie Otomańskiej. Stefan Wielki i Michał Waleczny zadziwili wiele dworów europejskich swoją śmiałością, a liczba ściętych głów, począwszy od Mirona Costina aż po stolnika Constantina Cantacuzino i Constantina Brâncoveanu, wydaje się obalać teorię „opuszczonej głowy”. Serbowie przez pięć wieków byli pod jarzmem tureckim, żyjąc jakby w historycznym śnie. My jedynie zapadliśmy w drzemkę.

Dlatego też mam wrażenie, że nasz fatalizm nie jest znów taki niewinny. Służył on nam do przekonywania się, że żadne zło nas nie powali, o ile będziemy cierpieć w milczeniu; w nim też znajdowaliśmy pociechę. Pomagał nam patrzeć ze zrozumieniem na naszą ostrożność, powściągliwość, a także wynajdywać wszelkie usprawiedliwienia i wymówki, jakie tylko były nam potrzebne. Rezygnacja - nie będąca w żadnym wypadku oznaką braku odwagi - wydawała się nam rozsądną. Na „szlaku niedoli” trzeba być czujnym, tym bardziej, że jesteśmy „w mocy czasów”!

Z tej perspektywy Don Kichot staje się dziecinny. I trudno byłoby znaleźć solidniejszą podstawę filozoficzną przeciwko jego „szaleństwu”.

Oczywiście, są również i inne narody, które, przekonane z takiej czy innej przyczyny, że żyją w strefie większego zagrożenia, wyidealizowały swoje cnoty, a zminimalizowały wady. Ale my nie poprzestaliśmy na tym. Złym okiem patrzyliśmy na tych, którzy ośmielili się podać w wątpliwość ów wizerunek, który sami sobie stworzyliśmy. Oskarżyliśmy ich, że nie rozumieją, ile poświęcenia kosztowało nas przetrwanie. Płaciliśmy ogromny haracz za liryczną demagogię na temat naszych cnót, przekonani, że robimy to z pobudek patriotycznych; a niemożność przyznania się do swoich wad przeszkodziła nam w poznaniu swoich zalet. Obrażaliśmy się na Europę, ilekroć wydawało się, że nie okazuje ona nam wystarczającej sympatii; stworzyliśmy sobie romantyczną historię. Prawie wszystkie porażki, jakie ponieśliśmy, stały się pod piórem naszych historyków zwycięstwami, które przemieszały się z rzeczywistymi wygranymi, tak że już sami niezbyt dokładnie wiemy, czy zostaliśmy pokonani w jakiejkolwiek bitwie. Za „walecznych” uznaliśmy nawet tych władców, których jedyną cechą była łatwość ścinania krnąbrnych głów.

Jak w tych warunkach można sobie u nas pozwolić na to, by być „niemądrym”? Gdy trzeba zebrać siły, żeby „przeżyć”, niezbyt ma się ochotę walczyć z wiatrakami. Myśli się przede wszystkim o tym, aby przetrwać. Nie jest w dobrym tonie, stwierdziliśmy, kpić sobie z ryzyka, nie zastanawiać się nad tym, co „wypada”, a co „nie wypada”, co „jest zalecane” a co jest „przesadą”, w momencie, gdy ma się jedno życie, a i to zagrożone. Historia nauczyła nas, lub raczej zmusiła do stawiania na to, co „da się zrobić”, a nie na to, co niemożliwe. Ona też sprawiła, że nasza rozpacz nie jest czysta. Wciąż gnieździły się w niej wszelkiego rodzaju kalkulacje i pociechy. Wydaje się, że niezbyt lubujemy się w utopii, ani w uczuciach tragicznych. Nawet w poświęceniu prześladuje nas obsesja użyteczności. Jałowość irytuje nas, demoralizuje, wywołuje w nas bunt.

Nic więc dziwnego, że „szaleństwo” naszych „szaleńców” zwykle szło na marne. Bo nasi „szaleńcy” mieli w sobie przynajmniej „gram rozsądku”, który wszystko psuł. Z braku miary nie mogliśmy dać pełnej miary swoich możliwości. Powagę mierzyliśmy rozsądkiem. I wątpię, czy Rumun byłby zdolny powiedzieć tak jak Luter: „Nie mogę postąpić inaczej”. Skłonni jesteśmy raczej mówić: „Tak też można”. Bo w razie potrzeby, godzimy się na cokolwiek. Wciąż dostając cięgi od historii, siłą przyswoiliśmy sobie mądrość, dlatego też nie mogliśmy zaufać tym „szaleńcom”, ale tylko wtedy, gdy stali się już sławni.


Tłumaczyła Ewa Odrobińska

Fragment z tomu „Don Kichot na Wschodzie”, Wyd. Albatros, Bukareszt 1994.

OCTAVIAN PALER, ur. 1926. Prozaik, krytyk sztuki. Jeden z najciekawszych eseistów rumuńskich. Opublikował między innymi: „Cień słów”. Definicje liryczne (1970), „Drogi w pamięci. Egipt – Grecja”, (1974), „Drogi w pamięci. Włochy”, (1974); „Mitologie subiektywne” (1976), „Obrona Galileusza” (1978); „Listy wyobrażone” (1979), „Życie na peronie” (1981); „Serdeczne polemiki” (1983), „Szczęściarz” (1984), „Muzeum w labiryncie” (1986), „Życie jak corrida” (1987), „Don Kichot na Wschodzie” (1994); „Czas pytań” (1995), „Samotne przygody” (1996).
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas