poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ALEXANDRU PALEOLOGU
Między Bałkanami a Europą
DL 2000, nr 11 (169)

Od jakiegoś czasu nęka nas, Rumunów, drażliwe pytanie, które stawiamy sobie na różne sposoby: kim jesteśmy i jakie jest nasze miejsce w świecie? Jesteśmy właściwie Europejczykami, czy nie? To pytanie wydaje mi się obraźliwe. Europa nie jest tylko formą geograficzną, ale przede wszystkim wspólnotą duchową, której zasięg pokrywa się, choć nie w sposób doskonały, z geografią kontynentu. Miałem szczęście żyć w czasach, gdy Rumun nie miał takich problemów. Nie baliśmy się Zachodu, ani też nie zachłystywaliśmy się nim. Dziś narodowcy drżą ze strachu przed Zachodem, a „zachodniacy” wynoszą go pod niebiosa. My nie mieliśmy żadnych kompleksów - ani wobec Zachodu ani Wschodu. Moje pokolenie wychowało się na idei, że jesteśmy Europejczykami, tak jak inni mieszkańcy krajów europejskich; że każdy naród ma specyficzne cechy, ale że wszyscy przyjęliśmy śródziemnomorskie grecko-rzymskie wpływy. Wiedzieliśmy zwłaszcza, że niezależnie od tego, czy jesteśmy wierzący i praktykujący czy nie, wyrośliśmy z chrześcijańskiej tradycji. Europa zawsze istniała z geograficznego punktu widzenia. Jako wspólna europejska duchowość Europa istnieje od momentu pojawienia się chrześcijaństwa. Wejście do Europy (takiego terminu niesłusznie teraz się używa) dokonało się około tysiąc lat temu przez przyjęcie chrześcijaństwa. Europa powstała w momencie, gdy narody ją zamieszkujące, w różnym czasie, przyjęły chrześcijaństwo.

Nie istnieje idea czystości rasy europejskiej, bazująca na fakcie, że niektórzy z nas prze-siąknęli bardziej kulturą łacińską lub należą do odrębnej formy kultury europejskiej. Rozpowszechnia się dziś na przykład ideę, że prawosławie nie jest europejskie. Przeczytałem, z zaskoczeniem i konsternacją, artykuł pewnego krytyka literackiego, który także jest politykiem i nieraz dowiódł, że jest człowiekiem rozsądnym, o tym, że prawosławie nie jest europejskie. Zapytuję więc: jakie jest prawosławie? W innym miejscu przecież nie występuje. Nasz problem –tak jak i problem Polaków, Bułgarów, Czechów, Węgrów -jest taki sam: to nie kwestia ponownego wejścia do Europy, lecz odnalezienia naszej funkcji jako narodu europejskiego. Zostaliśmy, w takim samym stopniu jak Węgrzy, Polacy, Rosjanie, Bułgarzy, Czesi, pozbawieni europejskości (w różnych momentach - Rosjanie w 1917 roku, my powiedzmy w roku 1945). To jest przypadek, a nie zmiana przynależności do pewnej struktury cywilizacyjnej świata. Obecnie zarzuca się nam, Wschodnioeuropejczykom, zjawiska, które nie odpowiadają tak zwanym „standardom europejskim”. Zostały one sformułowane stosunkowo niedawno przez szczęśliwszą część Europy, przez tych, którzy skorzystali z Planu Marshalla i którzy nie doznali fizycznego i moralnego wyniszczenia, jakie do części Europy przynieśli komuniści. To szczęście, którego gratuluję mieszkańcom Zachodu i którego, mam nadzieję, też doznamy, nie daje im ani krzty przewagi intelektualnej czy moralnej nad nami.

W krajach takich jak Czechy, Słowacja, Polska, Bułgaria, Rumunia i w pozostałych, nastąpiło wymazanie świadomości historycznej, wykorzenienie zbiorowej pamięci, zatrucie narodowej świadomości. To wszystko trzeba odzyskać. Nie możemy odnaleźć naszego miejsca w Europie bez odzyskania pamięci historycznej. Ten proces nie dokona się w sposób dyplomatyczny, ani z dnia na dzień. Wiąże się on z paroksyzmami, ekscesami i kryzysami, które już widzieliśmy i jeszcze prawdopodobnie zobaczymy, a które wmawia się nam teraz, określając je jako „plemienność”, „obsesja tożsamości” i używając innych podobnych określeń, które nas obrażają i dyskwalifikują. Wielki pisarz, Milan Kundera, stwierdza, że Europa kończy się na Wiśle i łuku Karpat. Co zatem znajduje się dalej? „Azjatyccy barbarzyńcy” - mówi. Po pierwsze, mieszkańcy Azji nie są barbarzyńcami. Azja jest kontynentem o odmiennych niż nasze tradycjach. Po drugie, Azja nie zaczyna się ani od Wisły ani od Dniestru. Zaczyna się od Uralu, bez względu na wpływy azjatyckie i mongolskie, które dotarły do Rosji w XV - XVI w. Opinia, że Rosja nie jest Europą, tylko Azją, że wszystko co było pod wpływami rosyjskimi w tej połowie wieku uległo azjatyzacji, jest sądem - który nie określę właściwym przymiotnikiem, bo jest on obraźliwy - nazwę go po prostu głupim.

Kim, my Rumuni, jesteśmy? Czy jesteśmy narodem europejskim? Czy musimy wchodzić do Europy, w której nigdy nie byliśmy? Czy musimy szukać sposobu wejścia do Europy, skoro nie musimy do niej wchodzić, bo w niej jesteśmy? Powinniśmy używać europejskiej terminologii, mówić w sposób nieskrępowany i bez kompleksów. To dowiedzie, że nie musimy nigdzie wchodzić. Musimy tylko odzyskać to, co nam skradziono 50 lat temu, nie z naszej winy, a za zgodą pana Roosevelta i kompanii. I z winy tych, którzy do dziś podtrzymują ideę Roosevelta. Począwszy od Henry’ego Kissingera, stale zachowywano radzieckie status quo i wspierano uznaną potęgę - Związek Radziecki. Ten sposób widzenia świata jest prawdziwą tradycją Partii Demokratycznej USA. Wszystko, co możemy zrobić w tej sytuacji, to przyjąć pozycję, która nie będzie ani służalcza, ani tchórzliwa, ani arogancka - tylko poprawna. Powinniśmy rozmawiać ze światem jak ludzie bez kompleksów. Musimy godnie replikować, odrzucając te obraźliwe i ignoranckie zarozumialstwo pewnych Zachodnioeuropejczyków, którzy nie czerpią już z chrześcijańskiej Europy. Dziś stawiamy sobie inne pytanie, które odnosi się w pewnym sensie do tego, o czym mówi Kundera, że Europa kończy się na łuku Karpat, lub jak u Huntingtona, że punkt załamania Europy jest tam, gdzie leży granica między katolicyzmem a prawosławiem, czyli też na łuku Karpat. Według niego prawosławie jest nie-europejskie. Zresztą mówi on także o pewnego rodzaju cywilizacji islamsko-konfucjańskiej, co jest zupełnym kretyństwem i doprawdy żenującym poglądem. Spodziewałem się, że świat wyśmieje ten pogląd. Biorąc pod uwagę intelektualny stan narodu, fakt, że teza Huntingtona została zaakceptowana i wzbudziła zainteresowanie tak wielu rumuńskich „politologów”, wydaje mi się bardzo niepokojący. Stawiam sobie pytanie, czy z tego typu umysłami możemy nazywać siebie Europejczykami. Czy te umysły prozachodnie są właśnie europejskie? Istnieje pewien rodzaj Zachodu, który nie należy do Europy, tylko do uwiedzionych krajów barbarzyńskich, zafascynowanych europejskimi wygodami. Nie w tym problem. Ja także chciałbym, by z kranu leciała woda, by instytucje publiczne rzetelnie pracowały, by nie było dziur na drogach. Jednak nie takie sprawy są istotne. Te niewygody znikną w momencie, gdy rzeczywiście będziemy mogli w sposób przekonywający przyciągnąć zagranicznych inwestorów. Często stawiamy sobie pytanie, jakie są przyczyny naszego zapóźnienia. Węgrzy, Polacy posiadają prastary zmysł cywilizacji europejskiej, którego elementy dynamiczne, koagulacyjne oraz trwałość zapewnione są przez religię. Przez chrześcijaństwo, nie przez katolicyzm. U nas tę rolę odegrało prawosławie. Nie widać takiego samego rezultatu, ponieważ istniały inne czynniki niszczące. My, na przekór prawosławiu, pozostaliśmy w tyle. Pozostaliśmy w tyle z powodu naszej historii, której nie muszę przypominać.

Katolicyzm reprezentuje instytucja powszechnego kościoła rzymsko-katolickiego. Drugim obliczem Europy jest prawosławie, które, prawdę mówiąc, było pierwszą wspólną formą europejskiego chrześcijaństwa. Europa składa się z tych dwóch części. Jeśli jednej z nich zabraknie, Europa będzie niczym, będzie okaleczona. Zatem, znajdujemy się w sytuacji, gdy ludzie, którzy chełpią się swoimi zachodnioeuropejskimi sukcesami, chcą pozbawić Europę jej prawosławnej części. Ludzie ze Strasburga i Brukseli chcą uwolnić Europę od chrześcijańskiej tradycji. U nas podziału dokonuje się bardzo łatwo, też na podstawie łuku Karpat. Jesteśmy krajem bałkańskim czy środkowoeuropejskim? Jest rzeczą ewidentną, że Siedmiogród to Europa Środkowa. Nie można zaprzeczyć, że obecność Niemców i Węgrów wywarła pozytywny wpływ na Rumunów. Ten wpływ był wzajemny. Prawdą jest także, że Wołoszczyzna podlegała mocnym wpływom bałkańskim. Z powodu snobizmu słowo bałkanizm nabrało negatywnej konotacji: „bałkańskie nieokrzesanie”, bałkańska niedbałość”, „typowy bałkański brak cywilizacji”. W rzeczywistości, my Rumuni, nie żyjemy na Bałkanach, chociażby z tego powodu, że żyjemy na północ od Dunaju. Ale na szczęście mamy mocne i tradycyjne wpływy bałkańskie, które nadają naszemu - głównie wołoskiemu charakterowi -pewien smaczek, subtelność, żywiołowość, tę cudowną moc intelektualnego metabolizmu. Naszymi przewodnikami, którym zawdzięczamy wigor, inteligencję, przenikliwość, zdolność dokładnej obserwacji szczegółów są Anton Pann, Nicolae Filimon, lon Ghica, I.L. Caragiale, Mateiu Caragiale, Ion Barbu, Tudor Arghezi. Bez nich bylibyśmy o wiele ubożsi. Zostawiam na marginesie polsko-rosyjskie wpływy w Mołdawii. Nasz bałkanizm, który sobie zarzucamy i który zarzucają nam inni, jest niesłusznie poniżany. Przecież Sokrates, Platon i Arystoteles też mieszkali na Bałkanach. Imperium Bizantyjskie było imperium tysiącletnim, powszechnym, chrześcijańskim i bałkańskim. To bałkańskie imperium miało ogromny intelektualny, kulturalny wpływ na terenach nie-bałkańskich np. w Kijowie, w królestwach naddunajskich i innych z tego regionu. Nie byłoby żadnym wstydem mieszkać na Bałkanach. My tam nie mieszkamy, ale też nie byłoby żadnego wstydu, gdybyśmy mieszkali. Co zaś do struktury naszego zjednoczonego narodu, to gdybyśmy przystali na podział na to, co środkowo-europejskie i bałkańskie, stracilibyśmy Transylwanię. Do tego może doprowadzić ten tok myślenia. Transylwania nie jest bałkańska, jest rumuńska. Nie neguję prawa Węgrów do przywiązania do Transylwanii po tylu wiekach kohabitacji. Należy szanować Węgrów jako obywateli rumuńskich węgierskiej narodowości, z węgierską kulturą, z ich węgierską flagą (prawo zabraniające wywieszania węgierskich flag jest głupotą). Musimy zdobyć się na ludzkie, spokojne, wyważone stosunki. Zresztą takie stosunki w rzeczywistości istnieją. Z wyjątkiem miejsc, gdzie panuje polityczne delirium, miejsc, gdzie organizowane są manifestacje à la Funar albo à la Tokes, stosunki są przyjacielskie i jest wiele mieszanych małżeństw. Gwałtowny konflikt między Rumunami i Węgrami w Siedmiogrodzie nie może być wywołany przez Rumunów czy Węgrów, ani przez ten czy inny rząd, ani przez grupy zapaleńców. Pragnę przypomnieć artykuł Paula Zarifopola „Mieszkaniec Królestwa”. Jest w nim mowa o rozbieżności między mentalnością mieszkańców Królestwa i Siedmiogrodzian w latach 1919-1920, to znaczy zaraz po Zjednoczeniu.

W Siedmiogrodzie istniał pewien rodzaj kultury, raczej ludowej, chłopskiej, być może dlatego, że większość jej mieszkańców była chłopstwem lub dlatego, że odwoływano się do świadomości chłopów. W tych czasach społeczeństwo Mołdawii i Wołoszczyzny było oligarchiczne, przesiąknięte parweniuszostwem, arystokratycznością, estetyzmem, junimizmem i innymi trendami kulturalnymi bardziej wyrafinowanymi, subtelnymi, zachodnimi, najczęściej francuskimi. Różnice były uderzające w pierwszym dziesięcioleciu po przyłączeniu Siedmiogrodu. Później zmalały do tego stopnia, że kultura francuska jest dziś obecna bardziej w kulturze Siedmiogrodu niż na terenach Królestwa, Ta duchowa niezgoda o charakterze kulturowym nie istnieje już nawet między Siedmiogrodem i Banatem. Czy ktoś chce je dziś przypomnieć? To nieuzasadniony resentyment, który się nie przyjmie. Ten resentyment to poczucie wyższości Siedmiogrodzian nad mieszkańcami Mołdawii i Wołoszczyzny, ponieważ oni należeli do sfery cesarsko-królewskiej, ponieważ mają wiedeńskie wykształcenie, ponieważ nie są takimi zapaleńcami i gadułami jak my, z Królestwa i nawet kawa jest u nich inna. To prawda. Nie wiem, którą wolę. Ja lubię i kawę środkowoeuropejską i tę z posmakiem tureckim. To nie jest dla mnie alternatywa. Pamiętam, że byłem w więzieniu z pewnym Siedmiogrodzianinem, który pogardzał nami, ponieważ jedliśmy oliwki i piliśmy kawę parzoną po turecku. Inny mój wielki przyjaciel i wspaniały człowiek, I.D. Sârbu, mówił, że nie znosi charakteru mieszkańców Królestwa, do którego jednak powoli i w zupełności się przystosował. Te różnice, które dziś ożywają w dyskusjach, są problemem anachronicznym, ponieważ w tak zwanym międzyczasie cała Rumunia stała się Królestwem. Siedmiogród wszedł w skład Królestwa Rumunii, i mam nadzieję, że wkrótce znowu będzie jego częścią.


Tłumaczyła Beata Podgórska

„Cuvântul”, nr 1 (237), styczeń 1997 r.

ALEXANDRU PALEOLOGU, ur. 1919. Estetyk, krytyk literacki, komparatysta. Jeden z najwybitniejszych przedstawicieli inteligencji rumuńskiej. Autor tomów: „Duch i litera” (1970), „Takt jako paradoks” (1972), „Schody świata albo Droga do siebie Michała Sadoveanu” (1973), „Zmysł praktyczny” (1974), „Hipotezy pracy” (1980), „Alchemia istnienia” (1983), „Rozmowy” (1997).

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas