poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z NICOLAE MANOLESCU rozmawia Mircea Mihăieş
Krytyczna historia literatury rumuńskiej
DL 2000, nr 11 (169)

Jeżeli mówimy o pokoleniu lat 80. to moim zdaniem ci autorzy, którzy przeżyli swoją poezję, w sumie usłyszeli wszystko to, co było do usłyszenia na jej temat. Co więcej, nurt ten wydaje się jeżeli nie wyczerpany, to na pewno w jakimś stopniu przestarzały. Dowodem jest fakt, że prawie wszyscy znaczący reprezentanci tego pokolenia piszą już co innego. Cărtărescu przeszedł do prozy i pisze świetnie, krytycy zajęli się komentarzem politycznym, prozaicy zaś wciąż poszukują nowej tożsamości, której, niestety, dotąd nie udało im się znaleźć. Jest to dramat pokolenia lat 80.!

Nie wiem, czy nie znaleźli. Myślę, że w jakimś stopniu są ofiarami tego wciąż odwlekanego, długiego i męczącego debiutu. To znacznie wyczerpało ich energię. Gdyby mieli możliwość publikowania w normalnym trybie, to ich twórczość wyglądałyby inaczej.

Myślę, że nie można pominąć jeszcze innego aspektu: pokolenie to jest ofiarą łatwego sukcesu, osiągniętego w 1990 roku, kiedy wszyscy zajęli stanowiska i funkcje nie mające wiele wspólnego z literaturą.

Tak. Wszyscy wyszliśmy poza literaturę na dłuższy lub krótszy okres. To było nieuniknione.

Nie przeczę. Od jakiegoś roku lub dwóch zaczynają się znowu pojawiać dobre utwory tego pokolenia. Mariana Marin opublikowała właśnie świetny tomik poezji...

Tak, niezwykle utalentowani ludzie. A Marianę Marin należało uznać za świetną poetkę już piętnaście lat temu. Kiedy zaglądam do podręczników licealnych przygotowanych według nowego programu i widzę tam całą generację lat osiemdziesiątych, to uświadamiam sobie, że zaszła zmiana. Jak wiadomo, szkoła tworzy kanony, i nie jest wykluczone, że za dziesięć lat staną się oni pisarzami zaliczanymi bezspornie do kanonu, w jakim znaleźli się teraz pisarze starsi od nich o dwadzieścia lat. Nawet jeżeli ci już nie piszą, piszą gorzej lub zmienili gatunek.

Chcę poruszyć kwestię, o której myślę od samego początku naszej rozmowy. Călinescu uratował swoją reputację, jeżeli można tak powiedzieć, dzięki „Historii literatury”. Jego krytyka na łamach prasy jest niestety dość przeciętna, tak jak i jego „Kroniki”, które cieszyły się taką popularnością w tamtej epoce, a które dziś wydają się zupełnie infantylne. Natomiast jego „Historia” przetrwała i uważana jest za wybitną. Wydaje mi się, że domyśla się Pan o co chcę zapytać: jak wpadł Pan na pomysł napisania „Krytycznej historii literatury rumuńskiej”? Czy było to wyzwaniem, czy może dojrzał Pan do napisania takiej książki?

Odpowiem na to, zaczynając od środka pytania. Myślę, że dojrzałem do tej pracy. W latach 60. byłem przeciwny historii literatury jako takiej, ponieważ byliśmy zdławieni ogromną ilością nudnych studiów monograficznych, prawdziwym „zsypiskiem” jak wyraziłby się Iorga. Poza tym żyliśmy w czasach pełnego strukturalizmu, kiedy diachronia nie była warta złamanego grosza, a liczyła się synchronia. Ważna była struktura, a nie wartość, autor „ulotnił się”, istniało tylko dzieło. Ale jak stworzyć historię samych dzieł, bez żywych istot, które czas ustawia w szeregi. Tak to wtedy wyglądało. Całe nasze pokolenie przeszło przez ten etap.

Jednakże wcześniej czy później krytyk powinien spróbować stworzyć historię literatury. Jak powiedział Călinescu: „Do pewnego wieku czytamy książki, od pewnego momentu zaczynamy czytać autorów, a na starość czytamy literatury”. To bardzo trafna uwaga. Ja zacząłem interesować się historią literatury w latach 80., kiedy nie mogłem już czytać tylko książek i autorów. Dokładniej rzecz ujmując, odczułem potrzebę ciągłego ich porównywania, zestawiania i umiejscawiania. Zawsze, kiedy czytałem książkę zastanawiałem się: „A gdyby na przykład pojawiła się ona w Anglii, to jaka by była? Albo, a jak pisze rówieśnik tego autora w Niemczech?”

Demon komparatystyki!

Niewątpliwie. Ponieważ czytając coraz więcej, poszerzałem horyzont. I właśnie wtedy pomyślałem o napisaniu historii literatury. Wyzwanie odegrało mniejszą rolę: od ukazania się „Historii” Călinescu w 1941 roku minęło prawie pięćdziesiąt lat i od tego czasu nie mieliśmy historii literatury. Mamy podręczniki, mniej lub bardziej dydaktyczne, mamy traktaty naukowe, ale nie mamy historii autorskiej. Myślałem o tym, gdzie zatrzymał się Călinescu, jaka była metodologia, technika historii literackiej w latach 30. i 40., czyli wtedy, kiedy ją opublikował. Co wydarzyło się przez ten czas? Jak można nadrobić straty i jak wykorzystać zdobycze strukturalizmu? A także o wielu innych rzeczach. I w ten sposób przyszedł mi do głowy pomysł historii krytycznej. Chciałbym podkreślić, że w mojej „Historii” nie brakuje części dotyczącej historii recepcji krytycznej, która czasami jest bardziej ekscytująca, niż same dzieła.

I to właśnie jest nowatorskie w tej historii!

Czytając dzieła i obserwując ich oddźwięk w krytyce zauważyłem jak wielka zmiana zaszła w sposobie ich odbioru. Pomyślałem sobie: dlaczego by nie mówić o tych rzeczach, dlaczego ich nie porównać, nie odnieść się w jakiś sposób do tych, którzy czytali je ponad sto lat temu. W żadnej historii literackiej nie pojawiają się cytowani krytycy i poprzedni historycy literatury. Călinescu nie zacytował imiennie nikogo w całej swojej, liczącej tysiąc stron, historii! Od czasu do czasu pisze tylko: „Jeden z krytyków mówi ...”, ale zawsze po to, żeby go skrytykować, a nie po to żeby z nim się zgodzić; i nigdy nie wymienia ich nazwisk. Dotyczy to zresztą nie tylko Călinescu, ale także De Sanctisa i Lansona. I wszystkich innych autorów historii literatur na świecie. To właśnie było dla mnie wyzwaniem. Myślę jednak, że można napisać historię literatury rumuńskiej, która będzie także historią recepcji krytycznej.

Rodzaj historii dialogu.

Tak naprawdę nie zlekceważyłem żadnego punktu widzenia. I odkryłem rzeczy zdumiewające! Nikt by się nawet nie spodziewał, co napisano o danej książce w ciągu stu lat. Odkryłem jeszcze coś. To, że tak naprawdę historie literatury nie są, jak utrzymuje Călinescu, równocześnie krytyką literacką, ponieważ nie zawierają analiz. Obejmują raczej wypowiedzi bez podawania argumentów, uzasadniając, że nie ma na nie miejsca; jakże można przeprowadzić analizy, kiedy cała literatura wymaga pięciu tomów?! Ogromnym szokiem była dla mnie konstatacja, że w wypadku podstawowych utworów literatury rumuńskiej, które już dawno weszły do podręczników, o których uczyli się wszyscy i czytali je przynajmnniej w szkole, nie ma ani jednej analizy literackiej we właściwym znaczeniu tego słowa.

Wtedy postanowiłem dokonać analizy, zająć się komparatystyką, a więc historią recepcji krytycznej. Teraz żałuję, że nie nazwałem rzeczy po imieniu od samego początku, w przedmowie...

Więc może zdecyduje się Pan na posłowie!

Być może. Na pewno będzie bardziej wyraziste i nie będzie tam nic na temat specyfiki narodowej, jak u Călinescu, ponieważ mnie to w ogóle nie interesuje!

Czy ma Pan już w głowie klarowny plan? Oczywiście, mówię tu o głównych punktach odniesienia.

Niezbyt klarowny. W ostatnich latach recepcja zmieniła się tak radykalnie, że mój sposób patrzenia na rozwój tej historii, począwszy od pewnego momentu, uległ ogromnej zmianie.

Ma Pan na myśli moment w historii czy w historii literatury?

W historii obiektywnej. W ostatnich dziesięciu-piętnastu latach pojawiły się zapowiedzi pewnej perspektywy, której nie mogłem znać, kiedy zaczynałem pisać.

Dlaczego?

Ponieważ wszystko uległo zmianie, ponieważ literatura się zmieniła, ponieważ żyjemy w okresie postmodernizmu, który, jak uważam, nie jest tylko pustym terminem. Paradygmat kultury pozostał ten sam, zaszły w nim jednak pewne zmiany. Jak powiedział Vianu przeszłość się kondensuje i poddawana jest stylizacji. Wiele akcentów zmieniło się, wiele z nich uległo modyfikacji i stworzyło nowy układ. Oddaliliśmy się bardzo od okresu międzywojennego. W momencie, kiedy zacząłem pisać, było to zaledwie piętnaście lat po wojnie. A teraz ten dystans zwiększył się do czterdziestu pięciu lat!

Od epoki międzywojennej oddaliliśmy się już wtedy, ponieważ stała się niewygodna i niepożądana, uległa mityzacji na poziomie politycznym i kulturalnym. Obecnie, kiedy jest już dostępna, z przykrością stwierdzamy, że nie jest tak wyjątkowa jak nam się wydawało.

Jest oczywiste, że ją mitologizowaliśmy, ponieważ potrzebowaliśmy wsparcia w nieszczęsnych czasach kultury proletariatu - Rebreanu musiał być genialny, tak samo jak Ion Barbu, Blaga i inni. Oczywiście, teraz możemy sobie pozwolić na inny dyskurs. Wszystko się zmieniło, ale przede wszystkim zmieniła się moja świadomość, co potwierdza w swojej książce również Mircea Cărtărescu oraz Ioan Bogdan Lefter w swojej pracy doktorskiej. Zrozumiałem, że modernizm powinien być postrzegany dziś jako jedność, ponad wewnętrznymi napięciami i wprowadzonymi podkategoriami. Jak dotąd, nie mamy historii literatury, która by określała, że od któregoś momentu do jakiejś innej istotnej daty mamy do czynienia z modernizmem jako kierunkiem dominującym ...

Problem tkwi w tym, że nie jest pewne, czy my rzeczywiście mieliśmy modernizm. Dlatego, że pod tą etykietą kryją się różnorodni autorzy, z Arghezim włącznie, co według mnie jest dowodem wyraźnego niezrozumienia samego pojęcia „modernizmu”...

Jeżeli przyjmiemy stary punkt widzenia, według którego modernizm przeciwstawiał się tradycjonalizmowi...

Nie, nie o tym mówię. Myślę o „modernizmie” jako o prądzie kulturalnym o dobrze zdefiniowanych cechach charakterystycznych. Tymczasem Arghezi pozostaje tradycjonalistą, który wprowadził pewne innowacje językowe, podczas gdy modernizm modyfikuje przede wszystkim formy...

Ja myślę jednak, że modernizm jest jednolity. Przynajmniej od 1912 roku, poprzez działalność Vinea i Tzary, aż do 1948, kiedy został zamknięty ten cykl, można mówić o jedności. W samym modernizmie możemy wyodrębnić oczywiście i awangardę, i tradycjonalizm. Mamy zarówno manifesty Tristana Tzary i innych, jak i pisarzy „prawie klasyków” jak Argheziego, który jest obecny w obu nurtach. Jest on rzeczywiście pisarzem proteuszowym! I nie jest to pustosłowie.

Ale w zasadzie nie jest on modernistą!

Jeżeli nie ograniczymy modernizmu do teorii Hugo Friedricha ze „Struktury liryki współczesnej”, to wydaje mi się, że można go zaliczyć do modernizmu bez żadnych problemów.

Ja jestem zwolennikiem teorii Vattimo. Widzę w modernizmie istotny komponent ideologiczny, a więc zmianę również przez poetykę zmiany.

Myślę, że Vattimo proponuje przesadzoną wizję. Czy uważa Pan, że Arghezi nie posiada również komponentu modernistycznego?

Oczywiście, że występują u niego elementy modernizmu. Ale według mnie tylko awangarda wpisuje się w pełni w ideę modernizmu.

A Ion Barbu, nie? A Hortensia, nie?

Oczywiście, że nie. Ani Ion Barbu, ani Hortensia. Ion Barbu jest zwolennikiem klasyki, o wyraźnych skłonnościach do szarad.

Obawiam się, że musimy zdefiniować paradygmat modernistyczny - widzę, że opieramy się na różnych interpretacjach. Ja pozostaję bliżej Marcela Raymonda niż Hugo Friedricha, to prawda. Ale może być tak, że wewnątrz modernizmu istnieje więcej kierunków.

Właśnie to pozostaje jednym z wielkich dylematów: „modernizm” czy „modernizmy”?

A jak by Pan określił historię literatury, na przykład, która w środku dziewiętnastego wieku ma romantyzm i w prozie, i w poezji, a w końcu tegoż wieku pierwszą ewidentną walkę o kanony (oczywiście, że i „Dacia literară” toczyła taką walkę, w tym sensie, że kładziono nacisk na takie a nie inne formy pisania, ale nie niszczono poprzedniej literatury). Jednakże, dopiero „Junimea” rozpoczęła pierwszą walkę o kanony i stworzyła perspektywy dla modernizmu. Maiorescu nie rozumiał poetów współczesnych, ale jego teoria czystej poezji jest główną, literacko-ideologiczną podstawą dla poezji dwudziestowiecznej. Jak już powiedziałem, Maiorescu nie rozumiał ani Anghelego, ani Iosifa, nie mówiąc już o Arghezim, czy łonie Barbu. Później mamy wiek dwudziesty, modernistyczny w pierwszej połowie i z tendencjami postmodernistycznymi w drugiej, po epoce kultury proletariatu, dla której nie mogę znaleźć odpowiedniego miejsca. Ograniczyłbym ją do jakichś dziesięciu-dwunastu lat, nie więcej, od 1947-1948 roku...

Historia ta wydaje mi się całkiem normalna, oczywiście, że musimy zdawać sobie sprawę z opóźnienia o kilkadziesiąt lat - tak naprawdę o połowę wieku! - zjawiska romantyzmu.

Zdałem sobie sprawę z funkcjonowania kilku wielkich bloków, których istnienia nie byłem świadomy piętnaście lat temu, kiedy zaczynałem pisać historię. Wydawała mi się wtedy bardziej rozdrobniona. I chociaż wiele rzeczy mi się wyjaśniło, to jak poradzić sobie z tymi monolitami? Z pewnością są i tacy autorzy, co do których nie wiem jeszcze dokładnie, gdzie ich umieścić. Ale musisz przyznać, że chodzi tylko o cztery lub pięć dużych bloków! Łatwiej jest skonstruować gmach z czterech lub pięciu bloków niż z tysiąca cegieł!

A w którym miejscu zablokowały Pana te bloki?

W okresie współczesnym, w dosłownym sensie, w którym miesza się wiele rzeczy - a nie wszystkie estetyczne... Nie wiem, na przykład, co zrobić z okresem kultury proletariatu, czy w ogóle się nim zajmować...


Rozmawiał MIRCEA MlHĂIEŞ
Tłumaczyła Anna Czepiec

„Orizont”, nr 11, 1999 - fragmenty wywiadu.

NICOLAE MANOLESCU, ur. 1939. Krytyk, historyk literatury, eseista, polityk. Wywarł duży wpływ na rumuńską literaturę współczesną. Opublikował: „Lektury niewierne” (1966), „Metamorfozy poezji” (1968), „Współczesna poezja rumuńska od George Bacovii do Emila Botty” (1968), „Sprzeczność u Maiorescu” (1970), „Wstęp do twórczości Alexandra Odobescu” (1976), „Sadoveanu albo Utopia książki” (1976), „Arka Noego. Esej na temat powieści rumuńskiej”, I-III (1980-1983), „Tematy”, I-VII (1971-1989), „O poezji” (1987), „Historia krytyczna literatury rumuńskiej”, I (1990), „Prawo do normalności” (1991), „Książki posiadają duszę” (1995).



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas