poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ZDRAWKA EFTIMOWA
Krew nornicy
DL 2000, nr 9/10 (167/168)

W moim sklepie mam niewielu klientów. Zazwyczaj oglądają tylko klatki ze zwierzętami i wychodzą. Pomieszczenie jest nieduże, gdziekolwiek się zwrócić, wzrok napotyka żaby, jaszczurki, robaki. Od czasu do czasu przychodzą nauczyciele po eksponaty potrzebne na lekcje biologii, pojawiają się i wędkarze, by długo pogrzebać w pudełku z przynętą. Powinnam zamknąć ten sklepik, bo tylko do niego dokładam, ale za bardzo przyzwyczaiłam się do tego ciemnego pomieszczenia, do ciasnoty i do zapachu formaliny. Żal by mi było i malutkich jaszczurek o oczach podobnych do ziarenek soczewicy. Nie wiem nawet, co potem robią z tymi płochliwymi istotkami, mam nadzieję, że nie uśmiercają ich po wykorzystaniu na lekcjach.

Któregoś dnia do sklepu przyszła kobieta. Była drobna i mizerna jak kupka śniegu na wiosnę. Jej białe ręce w półmrocznym sklepiku przywodziły na myśl nieżywe ryby. Nie spojrzała na mnie, ani nie odezwała się. Najwyraźniej nie miała zamiaru niczego kupować, a weszła, bo zrobiło jej się słabo. Zachwiała się i gdybym nie chwyciła jej pod rękę, na pewno by upadła. W niczym nie przypominała moich klientów.

- Czy ma pani nornicę? - spytała nagle. Oczy miała podobne do podartej pajęczyny, w której czają się dwa pająki - źrenice.

- Nornice?

Nie zareagowałam od razu. Powinnam jej powiedzieć, że nigdy nie sprzedawałam nornic i że nawet nigdy nie widziałam żywej nornicy. Tymczasem kobieta czekała na inną odpowiedź - widziałam to w jej spojrzeniu, w bezwiednie wyciągających się do mnie rękach.

- Nie mam - odpowiedziałam. Kobieta westchnęła, potem gwałtownie się odwróciła. Była taka drobna, że nawet jej własne drobne i bezszelestne kroki jakby napawały ją strachem.

- Proszę poczekać! - zawołałam. - Może zresztą mam nornice. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Kobieta zatrzymała się.

- Podobno krew nornic leczy - wyszeptała. - Trzeba wypić trzy krople. Jej oczy były samym cierpieniem.

- W każdym razie ból na chwilę ustaje... - dodała zduszonym głosem.

- To pani jest chora? - spytałam nie myśląc, jak brutalne i nietaktowne jest to pytanie.

- Nie ja, mój syn.

W jej oczach, wokół przezroczystych powiek, coś zadrżało. Dłonie, bezsilne jak uschnięte gałązki, leżały na ladzie. Chciałam jej pomóc, coś jej dać - choćby szklankę wody. Oczy miała utkwione w podłodze, wąskie ramiona, skulone pod szarym paltem, wydawały się jeszcze węższe.

- Może napije się pani wody?

Nie odpowiedziała. Kiedy odbierała ode mnie szklankę i podnosiła ją do ust, powieki zadrżały jej jeszcze mocniej. Nie wiedziałam, co robić. Kobieta wstała - cicho i powoli. Zdecydowałam się.

- Dam pani krew nornicy! - krzyknęłam.

Kobieta uniosła rękę do czoła i tak już została. Pobiegłam na zaplecze. Nie zastanawiałam się nad tym, co robię, nie obchodziło mnie, że ją oszukam. W półmrocznym pokoiku poczułam na sobie uważne spojrzenia jaszczurek. Nie miałam skąd wziąć krwi. Nie miałam nornic. Wiedziałam, że ta kobieta czeka. Może nawet trzyma rękę przy czole. Przymknęłam za sobą drzwi. Brzytwą lekko nacięłam sobie przegub. Powoli zaczęła się sączyć krew. Nie bolało, ale widok krwi spływającej do buteleczki nie był zbyt przyjemny. Kiedy zebrało się jakieś kilkanaście kropel, wróciłam do czekającej kobiety.

- Proszę! - powiedziałam. - To krew nornicy!

Nic nie powiedziała, tylko zaczęła się przyglądać mojemu przegubowi. Ranka jeszcze krwawiła. Szybko opuściłam rękę. Kobieta milczała. Nawet nie spojrzała na naczyńko z krwią. Powoli poszła ku drzwiom, dogoniłam ją i siłą wepchnęłam buteleczkę.

- To krew nornicy! Prawdziwej nornicy!

Wzięła ode mnie naczyńko, w którym jak dopalający się ogień świeciła się krew. Wyciągnęła pieniądze.

- Nie. Nie chcę - bąknęłam.

Nie popatrzała na mnie. Rzuciła na stół banknot i wyszła. Zorientowała się... Chciałam ją odprowadzić albo chociaż jeszcze raz poczęstować przed wyjściem wodą, byle tylko nie zostać samej w tym sklepie.

Dni mijały jeden za drugim, jednakowe jak bliźniaki, przynoszące szelest jesiennych liści i młode wiatry, zwiastujące zimę. Przewidywałam, że wkrótce zamknę swój sklepik. Ta kobieta mogła wrócić. Chciałam ją przeprosić, nie wierzyłam, by krew nornicy pomogła jej synowi... Wczesne wieczory wprawiały mnie w paskudny nastrój. Jesień dobiegała końca, na dworze było coraz zimniej. Przechodnie pospiesznie mijali wystawę i tylko dzieciaki czasem przystawały, by obejrzeć wypchane zwierzęta. W takie zimno nie mogłam spodziewać się klientów.

Któregoś ranka drzwi gwałtownie się otwarły i stanęła w nich tamta drobniutka kobieta. Na jej widok chciałam udać, że mnie nie ma, ale ona dostrzegła mnie w półmroku, podbiegła i mocno się do mnie przytuliła. Była krucha i leciutka, jej łzy parzyły mnie. Bałam się, że jeśli przestanę ją podtrzymywać, to się osunie na ziemię. Nagle chwyciła moją lewą rękę. Blizna na ręce przestała być dawno widoczna, ale ona znalazła jej ślad. Przycisnęła do niej usta i znieruchomiała.

- On chodzi! - w jej rozpłakanym głosie było tyle samo szczęścia, co niewiary w własne słowa.

Próbowała dać mi pieniądze i coś, co przyniosła w wielkiej brązowej torbie. Trzymała mnie za rękę i za nic nie chciała wyjść. Poczułam, że wzięła się w garść, że jej szczupłe palce są twarde i nie drżą. Odprowadziłam ją do drzwi i potem długo patrzałam, jak stoi na zimnie -drobna i uśmiechnięta. Wreszcie ulica opustoszała. W półmrocznym sklepiku czułam się wspaniale, nawet zastarzały zapach formaliny wydawał mi się upajający. Zwierzęta były przepiękne i kochałam je jak dzieci.

Tego samego popołudnia pojawił się jakiś nieznajomy mężczyzna. Był wysoki i przygarbiony.

- Czy ma pani krew nornicy? - spytał, wpatrując się we mnie nie mrugającymi oczyma. W jego wzroku było coś, czego się bałam.

- Nie mam. Nigdy tu nie sprzedawałam nornic.

- Ma pani! Na pewno pani ma! Moja żona umiera... Tylko trzy krople! Ma pani... - chwycił

mnie za lewą rękę, szarpnął ją do góry, ściskając przegub. - Tylko trzy krople... Jeśli nie, to ona umrze!

Ze skaleczonego miejsca wolniutko zaczęła sączyć się krew. Mężczyzna trzymał pod ranka buteleczkę i krople spływały na jej dno -jasne jak żarzące się węgielki. Potem wybiegł, zostawiając na ladzie pieniądze.

Następnego ranka przed sklepikiem czekał na mnie tłum ludzi, ściskających brzytwy i małe buteleczki. Krzyczeli:

- Krew nornicy! Krew nornicy!

Przepychali się, tłoczyli, szlochali. Każdy miał w domu dramat, a w ręce brzytwę.



Tłumaczyła Hanna Karpińska

ZDRAWKA EFTIMOWA - ur. 1959, Pernik Absolwentka anglistyki na Uniwersytecie im. Św. św. Cyryla i Metodego w W. Tymowie. Pracowała jako nauczycielka angielskiego. Debiutuje tomikiem: „Razkazi sresztu tyga” („Opowiadania na czas tęsknoty”, 1984). Laureatka nagrody im. Czudomira i nagrody za opowiadanie, ufundowanej przez niemiecką fundację „Legę artis” (1997). Tłumaczona na angielski, niemiecki, rosyjski i szwedzki. Opowiadanie pochodzi z tomu „Syłza za deset centa” („Łza za dziesięć centów”), „Słynce”, Sofia 1994.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas