poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ALEK POPOW
Raport złożony
DL 2000, nr 9/10 (167/168)

W tamtych czasach byłem strasznie dumny, że pracuję w Urzędzie Bezpieczeństwa, choć funkcję tam sprawowałem nader mizerną. Około dziewiątej rano obchodziłem pokoje, zbierałem raporty i dostarczałem je do Kancelarii. Po południu, koło piątej, powtarzałem ten obchód, by zmienić zużyte taśmy w maszynach do pisania i zaopatrzyć je w czysty papier. Korytarze przemierzałem, poruszając się na srebrzystym wózku akumulatorowym: lubiłem rozpędzać się na gładkiej wykładzinie i słyszeć, jak świszczą na zakrętach małe pękate opony. To było wszystko.

W ciągu dnia w całym ogromnym gmachu Urzędu Bezpieczeństwa są zaledwie trzy osoby: portier, Ani i ja. Trochę to przygnębiające, ale za to mamy spokój do pracy. Portier - ponury typ w szarym mundurze, bez znaków szczególnych - rzadko opuszcza oszkloną budkę przy wejściu. Jego rola jest raczej formalna; system czujników przy bramie uważnie bada odcisk mojej dłoni, nim zostaję wpuszczony. Portier wychodzi koło ósmej wieczorem, zamyka drzwi na klucz i zabezpiecza je grubym zardzewiałym łańcuchem. Obliczyłem, że spędza w swojej budce ponad dwanaście godzin. Kiedy je? Kiedy odpoczywa? A może jest dwóch portierów, którzy są po prostu do siebie podobni? Czasem myślę to samo o sobie i o Ani...

Ani mogłaby być prawdziwą pięknością gdyby nie jej puste, błądzące spojrzenie. Wysoka, zgrabna, jasnowłosa... Tyle że w jej zawodzie cenione są całkiem inne cechy. Jest niewidoma. I ma najdłuższy język, jaki możecie sobie wyobrazić. Czasem wysuwa jej się z ust i opada na brodę, różowy, lśniący od śliny. Ani przychodzi do pracy koło siódmej rano, całe dwie godziny przede mną i rusza na obchód pokoi, suwając rękami po ścianach. Pośrodku każdego pokoju stoi małe biurko z maszyną do pisania; zapisane kartki leżą z prawej strony, a czyste - z lewej. Zadaniem Ani jest włożenie zapisanych kartek do wielkiej żółtawej koperty. Potem przychodzi kolej na jej soczysty, długachny język. Płask! Jest to konieczne, by kogoś z pracowników nie skusiło zajrzeć do raportów. Ani to nie dotyczy, bo jest niewidoma. Kiedyś spytałem ją: „Czy ci się nie znudziło tak ciągle lepić i lepić te koperty?” Ani uśmiechnęła się, wyciągnęła z kieszeni fartucha pudełeczko z cukierkami - takie drobniutkie, niebieskie. Spróbowałam jednego; był kwaśny, usta wypełniały się gęstą, lepką śliną.

Ani jest wzorowym pracownikiem, ale nawet najlepszemu fachowcowi może zdarzyć się pomyłka. Któregoś ranka wypełniałem swoje zwykłe obowiązki, gdy natknąłem się na coś okropnego. Na podłodze leżała kartka. Upuszczona kartka! Przez dłuższą chwilę spoglądałem w osłupieniu na biały papier, pokryty czarnymi rządkami liter. Potem ostrożnie go podniosłem. Nie ulegało wątpliwości - był to fragment jakiegoś raportu. Ani przypadkiem upuściła tę kartkę, innego wytłumaczenia nie widziałem. Poczułem, że parzy mnie w palce - to była tajna informacja. Supertajna! Zatrzymałem wzrok na dużej żółtawej kopercie z numerem pracownika operacyjnego. Pomyślałem, że ją otworzę i wsunę do środka zgubioną kartkę. Uświadomiłem sobie jednak, że to równałoby się jeszcze większemu wykroczeniu... Mogłem zgnieść kartkę i wrzucić ją do śmietnika gdzieś na zewnątrz. Ten, dla kogo przeznaczony był raport, na pewno jednak zauważy brak jednej strony. Zacznie się dochodzenie - jak, kiedy, gdzie się zgubiła. I wcześniej czy później dotrą do nas: Ani jest od urodzenia niewidoma, więc w grę mogę wchodzić tylko ja. Ona upuściła kartkę, a ja ją ukradłem! Ją zwolnią z pracy, a mnie postawią przed sądem!... Wykończą mnie! Już nawet sam fakt, że przeczytałem całą stronicę tajnej informacji - nikt nie uwierzy, że tego nie zrobiłem - jest dostatecznym powodem zniszczenia mnie.

Przez cały dzień nie opuszczały mnie ponure przeczucia. Nie mogłem ani wyrzucić tej przeklętej kartki, ani tym bardziej zatrzymać jej przy sobie. Nie wiedziałem, dokąd ją zanieść. Dla mnie zawsze było zagadką, kto pisze raporty. I kiedy. Przypuszczałem, że pracownicy operacyjni przychodzą późnym wieczorem, około północy, bo w dzień na pewno śledzą wrogów. Wydawało mi się, ż jest to jedyne logiczne wytłumaczenie. Wyobrażałem sobie, jak nocą gmach się ożywia. Maszyny stukają, korytarzami śpieszą zaaferowani urzędnicy... Nagle przyszła mi do głowy zbawienna myśl. Zaniosę kartkę temu pracownikowi operacyjnemu, z którego koperty wyleciała! Wręczę mu ją osobiście i wszystko wytłumaczę. Wiedziałem, że istniał kategoryczny zakaz przebywania przez któregokolwiek z pracowników w gmachu po godzinie ósmej wieczorem, mimo to jednak takie rozwiązanie wydawało mi się najlepsze. Miałem zresztą obiektywny powód, by to zrobić. A może dostanę pochwałę? Awans?

W półmrocznym korytarzu ognistym blaskiem świeciły czerwone światła wózka. W głębi wisiała ogromna pięcioramienna gwiazda, wykuta z miedzi. Znajdowałem się na piątym piętrze, przed drzwiami pokoju, w którym znalazłem upuszczoną kartkę.

Mijała dziesiąta. Gmach był pusty. Wśród zimnych kamiennych ścian panowała głucha cisza. Bałem się. Kilka razy ogarniała mnie pokusa ucieczki. Dalej jednak czekałem, sparaliżowany przez ciszę i półmrok, przygwożdżony czerwonymi ślepiami wózka. Nadsłuchiwałem: w każdej chwili spodziewałem się usłyszeć w pustych korytarzach odgłos pośpiesznych kroków pracowników operacyjnych. Nikt jednak nie przychodził. Minuty wlokły się bez końca. Cisza stawała się coraz głębsza. Może dzisiaj mają wolny dzień?...

Nagle rozległ się ostry, zgrzytliwy dźwięk, od którego krew zastygła mi w żyłach. Posępna sylwetka gwiazdy w głębi korytarza poruszyła się. Jej promienie opisały łuk i gwiazda przekręciła się do góry nogami.

Zapadła cisza. Teraz już nic nie było tak jak przedtem. Czułem jak poprzez pory skóry przeszywa mnie jakieś niewidoczne, zimne promieniowanie. Odwrócona pięcioramienna gwiazda przypominała koszmarny łeb z dwoma grubymi rogami, między którymi skumulowana była jakaś czarna siła.

Po kolejnym kwadransie pełnego napięcia oczekiwania za pobliskich drzwi dobiegło stukanie maszyny do pisania. Przemknął się, a ja go nie zauważyłem! Przytknąłem ucho do dziurki od klucza: maszyna terkotała jak karabin maszynowy. Zabrałem się na odwagę i zapukałem. Nikt nie odpowiedział, słychać było tylko stukanie klawiszy. Pewnie nie słyszy, kiedy pisze. Poczułem się głupio, że przeszkodzę mu w pracy. Nacisnąłem jednak klamkę. I wszedłem...

Nieduży pokoik oświetlała niebieskawa jarzeniówka. Właśnie miałem wybąkać jakieś przeprosiny, gdy spostrzegłem, że przy biurku nie siedzi nikt. Pokój był pusty! Mimo to jednak maszyna pracowała w szaleńczym tempie; klawisze podskakiwały, wałek jeździł w tę i z powrotem, a na zakończenie każdego wiersza odzywał się metaliczny brzęk dzwonka.

Sam nie wiem, jak znalazłem się na korytarzu. Zęby niepowstrzymanie mi szczękały. Powitała mnie wściekła kanonada dziesiątek, setek maszyn do pisania. W głębi korytarza znów zamajaczyła złowieszcza sylwetka odwróconej gwiazdy. Pobiegłem w panice do sąsiednich drzwi: pokój był pusty, a maszyna łapczywie pochłaniała papier. W sąsiednim pokoju to samo. Miotałem się po korytarzu, bezładnie otwierając drzwi. Wszystkie maszyny gorliwie pisały. Klawisze dziurawiły papier, dziurawiły mi głowę. Ziały otwarte drzwi, a w pokojach nie było żywego ducha, tylko widmowy blask jarzeniówek. Musiałem stąd uciec. Za wszelką cenę! Pobiegłem do windy i wcisnąłem palec w guzik.

Metalowe drzwi bezszelestnie się otworzyły. W progu jaskrawo oświetlonej kabiny stał ogromny mężczyzna. Miał ze dwa metry wzrostu, ubrany był we wspaniały niebieskawy mundur z błyszczącymi generalskimi naramiennikami. Nisko na czoło nasuniętą miał czapkę z rubinową odwróconą gwiazdą pięcioramienną.

- Czego tu szukasz, chłopcze, o tej porze? - spytał.

W jego głosie nie dosłyszałem ani zdziwienia, ani gniewu. Był spokojny i głuchy, pozbawiony wyrazu.

- Towarzyszu generale - wymamrotałem, grzebiąc w zdenerwowaniu po kieszeniach. - Znalazłem taką kartkę, chciałbym ją zwrócić.

Nie mogłem oderwać wzroku od jego twarzy: szczęka, nos, policzki porośnięte były miękkimi rudawymi włoskami. Jego oczy w cieniu daszka czapki były niewidoczne. Wreszcie znalazłem kartkę i podałem mu ją drżącymi rękami. Nie zainteresował się nią jednak. Miał wygląd człowieka, który wie wszystko.

- Chodź ze mną - powiedział.

Wszedłem do kabiny. Winda zawiozła nas na najwyższe piętro. Kręcone metalowe schody prowadziły na dach. Wiał tu ostry wiatr, a niebo było w odcieniu brudnoceglastym. Chmury tajemniczo przemieszczały się z miejsca na miejsce, jakby ktoś układał tam gigantyczne puzzle. Na gładkim, płaskim dachu niewyraźnie lśniło kilka podłużnych wilgotnych plam. Miasto było pogrążone w mroku, tylko uliczne latarnie kreśliły drżącą niebieskawą sieć. Terkotanie maszyn do pisania rozlegało się daleko pośród nocy jak echo ulewnego deszczu.

- Młody człowieku, dopuściłeś się naruszenia regulaminu - zwrócił się do mnie generał -choć twoje pobudki były szlachetne...

Wciąż ściskałem kartkę z raportu jak swoje jedyne usprawiedliwienie.

- Poza tym wstąpiłeś w bezpośredni kontakt z supertajnymi informacjami - dodał. - I cóż ja mam z tobą zrobić?

Przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Czekałem na wyrok... Generał milczał, jego zwalista postać groźnie górowała nade mną.

- Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko cię awansować... - mruknął nagle. - Mimo wszystko dobry z ciebie chłopak.

Poczułem, jak z wrażenia kolana uginają się pode mną. Nie mogłem uwierzyć, że awansuję. A jednak sam tak powiedział: „Dobry z ciebie chłopak, nie pozostaje mi nic innego”. A więc?

- Będziesz mi wierny? - spytał surowo.

- Tak! - odparłem z drżeniem.

- I będziesz wykonywał wszystko, co ci rozkażę?

- Tak, tak - powtarzałem tępo.

- Musisz się podpisać - powiedział rzeczowo olbrzym, wyciągając z tylnej kieszeni skórzany notes.

Chwycił moją rękę i uniósł ją do ust. Poczułem ostre jak szpilki zęby, wbijające mi się w palec. Przeszył mnie ogromny ból. Zęby rozcięły skórę i ciało aż do kości. Krew trysnęła na jego cienkie wargi. Przycisnął mój krwawiący palec do kartki. Nabazgrałem jakiś hieroglif... - Gratuluję! - rzekł generał. - Od dziś będziesz okiem i uchem państwa. Wieczorem będziesz tu przychodził i pisał raporty - wszystko to, co widziałeś i słyszałeś. Będziesz miał własny pokój i własną maszynę.

Patrzałem na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem, odrętwiały z bólu i przerażenia.

- Nie cieszysz się? - spytał generał.

I uśmiechnął się; jego cienkie, ostre zęby pokrywała żółtawa pleśń. Owionął mnie ciężki, cuchnący oddech. Nagle wyciągnął swoje wielkie łapska, chwycił mnie wpół i uniósł nad głową. Zacząłem wymachiwać kończynami jak bezradny owad. Przez moment przeszywały mnie płonące purpurowe kulki jego oczu. Ruda szczecina zjeżyła się. Wielkimi krokami podszedł do krawędzi dachu i ze straszliwą siłą cisnął mnie w przepaść.

Kilka metrów przed zderzeniem się z cementową nawierzchnią już byłem nieżywy z przerażenia. Zręcznie i szybko opuściłem spadające jak kamień ciało. Byłem bardzo lekki i zwinny. Krążyłem wokół ulicznych latarni jak niewidzialna ćma. Wciąż byłem jeszcze oszołomiony. Wkrótce jednak stwierdziłem, że nie jestem sam. Było nas wielu! Towarzysze pomogli mi zorientować się w nowej sytuacji i przywyknąć do mojego niezwykłego statusu. I oto jestem jednym z nich. Przedostaję się przez ściany, siadam przy stole i słucham, o czym ludzie rozmawiają. Czasem przyczaję się w słuchawce telefonicznej. Czasem przysiadam na czyimś ramieniu i ten człowiek nosi mnie przez cały dzień ze sobą, nic o tym nie wiedząc. Nie opuszczam go ani w ubikacji, ani w łóżku. Czuwam... A późną nocą, gdy słyszę nieodparte wołanie odwróconej gwiazdy, wraz z pozostałymi lecę do wielkiego gmachu w centrum miasta. Tam jest mój pokój. Maszyna czeka, wkręcono w nią nową, śnieżnobiałą kartkę. Mnie pozostaje tylko napisanie kolejnego raportu.


Tłumaczyła
Hanna Karpińska

ALEK POPOW - ur. w 1966 w Sofii. Debiutuje powieścią „Drugata smyrt” („Inna śmierć”). Autor esejów i sztuk radiowych. Przedstawiciel młodego pokolenia pisarzy bułgarskich, których nie opuszcza poczucie zagubienia, absurdu życia, strachu. Daje temu wyraz w zbiorze opowiadań, który ukazał się w roku 1994 „Mrysni syniszta” („Złe sny”). Jego proza odwołuje się do stylistyki ekspresjonizmu, ale towarzyszy temu specyficzna gra z czytelnikiem.

W podobnym charakterze utrzymane są kolejne pozycje Popowa: „Igra na magii” („Gra magii”) i „Istorii ot pyrwo lice” („Historie w pierwszej osobie”). Prezentowane opowiadanie pochodzi z tomu „Mrysni syniszta” („Złe sny”), Reporter, Sofia 1994.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas