poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ALEK POPOW
Stały klient
DL 2000, nr 9/10 (167/168)

Wchodzie nieznajomego było coś, co przypominało ruchy bardzo długiego jamnika. Przeginając się płynnie przeskakiwał schody i usadowił się przy stoliku w kącie.

„Miranda” była niewielkim, ale schludnym, piętrowym lokalem. Na parterze znajdowała się drogeria, na piętrze - trzy stoliki i bar z kilkoma wysokimi stołkami. Ściany pomalowano na bladoróżowo, a niski sufit stwarzał wrażenie przytulności. Kilka luster, dwie-trzy reklamy coca-coli i trochę sztucznej zieleni dopełniało wystrój wnętrza.

Wczesnym popołudniem bar pustoszał. Pod oknami wiatr omiatał jesienny chodnik. Z kolumn płynął nostalgiczny jazz. Nieznajomy zamówił wódkę z colą, wyjął paczkę tanich papierosów i zapalił. Krzątająca się za barem Adi spoglądała na niego ukradkiem i coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że się jej nie podoba. Promieniował jakimś osobliwym brudem, który w niewidzialny sposób wypełniał schludne wnętrze małego lokalu. Niczym odorem zepsutej ryby. Wargi miał wygięte w grymasie pogardy. Nosił wytartą, zamszową marynarkę. Prawie nie pił i nie spuszczał z Adi lepkiego wzroku - czuła jak obejmuje jej ciało i spływa po nogach jak roztopiony karmel.

Bar stopniowo zapełniał się. Nieznajomy wychylił napój i powtórzył zamówienie. Dym taniego papierosa drażnił nieprzyjemnie ostrym, smolistym posmakiem. Miała ochotę walnąć go tacą w łeb, ale w tym samym momencie spostrzegła pana Ping-Ponga, wtaczającego swój okrągły brzuszek po schodach, na górę. Obrzucił pełny lokal zadowolonym spojrzeniem właściciela i zaczepnie pogroził jej palcem.

- Uśmiechnij się, no, uśmiechnij!

Gdzieś koło w pół do jedenastej nieznajomy zamówił trzecią wódkę. Ludzie przychodzili i wychodzili, a on po prostu siedział - już siedem czy osiem godzin. „No, chyba nie mam przywidzeń?” - myślała gorączkowo. Pan Ping-Pong pojawił się znów koło dwunastej, by zabrać utarg. Lokal był pusty.

- Nie chce iść - poskarżyła się wskazując natręta.

- Zostaw człowieka, niech sobie dopije - machnął ręką szef.

Nieznajomy zaczął pojawiać się w każdy boży dzień. Przychodził koło czwartej, kilka minut po otwarciu, i wychodził ostatni, około północy. Wraz z nim do lokalu wdzierała się jakaś niezdrowa woń - pleśni i beznadziei. Niski sufit nie wyglądał już przytulnie, lecz przytłaczająco. Również twarze gości nie sprawiały wrażenia wesołych i rozgrzanych alkoholem; były blade i opuchnięte. Ona sama czuła się strasznie spięta i skrępowana, często coś rozlewała i myliła rachunki. Nieznajomy jakby wyczuwał jej zmieszanie i to mu się podobało. Jego lepkie, czarne oczka jak pijawki wysysały energię z jej mięśni. Pod koniec wieczoru ruchy dziewczyny stawały się apatyczne, bezwolne; kręciło jej się w głowie i traciła oddech. Wracała do domu i zapadała w męczący, przerywany sen. Śniło jej się, że znów znajduje się za barem, a nieznajomy siedzi w kącie i wygląda jakby pił jakiegoś wymyślnego drinka. Jego oczy uporczywie się w nią wpijają. Kilka dni później Adi opuściła „Mirandę”

Zaczęła pracować w cukierni starego Sarkisjana, który podnosząc pouczająco palec do góry niczym biblijny prorok, lubił powtarzać „Dla mnie klient jest panem!”. Adi siedziała przy kasie w czystym białym fartuszku i uśmiechając się przyjmowała pieniądze i wydawała resztę. Dzwoneczek nad drzwiami wejściowymi wesoło witał i żegnał kupujących. Ale pewnego dnia zadźwięczał jakoś fałszywie, niczym stara puszka po konserwie. Nieznajomy wślizgnął się dobrze znanym, wstrętnym rytmicznym ruchem ciała, jakby wlokąc za sobą niewidzialny ogon. Zatrzymał się na środku sklepu i badawczo spoglądał na stoiska wyginając przy tym pogardliwie wargi. Wyświechtany kołnierz jego zamszowej marynarki pobłyskiwał tłustawo.

Wpadał do cukierni dwa razy dziennie: rano, koło wpół do jedenastej zazwyczaj robił zakupy, po południu zaś, koło szóstej gapił się tylko. Gapił się na nią. Gapił się z przekonaniem, iż to jego święte prawo, gwarantowane przez Federację Konsumentów. Adi była jednak pewna, że nie tylko patrzy, ale za każdym razem coś zabiera. Coś, za co nie płaci. Coś z niej. Męczyło ją wrażenie, że między nim a cukiernikiem istnieje jakaś tajna umowa. Że drobiazgi, które niby to codziennie kupuje, są tylko przykrywką dla jakiejś o wiele większej i brudnej transakcji... Adi wytrzymała w cukierni dokładnie tydzień, po czym oznajmiła Sarkisjanowi, że odchodzi.

Kluczyła w labiryncie milionowego miasta i zmieniała pracę za pracą. Lecz nieznajomy z łatwością ją odnajdywał. Jednakowo obojętny wobec biedy i luksusu, z niezmąconym spokojem przepychał się przez knajpy - te najbardziej parszywe, zatłoczone miejscowymi pijakami, jak i te najdroższe, gdzie gromadzili się zadowoleni z siebie biznesmeni. Wychodziła ze skóry na widok jego spowitej dymem papierosowym, lepkiej sylwetki. Któregoś dnia chlusnęła czymś na jego koszulę, kiedy indziej wytrzepała mu na głowę zawartość popielniczki. Wymyślała mu od najgorszych i uparcie odmawiała obsłużenia. Później oczywiście ją zwalniano.

Niezła z ciebie laska. Nie powinnaś być bez roboty - powiedział jej kiedyś ulizany typ w hotelu „Rodina”.

Właśnie wyrzucono ją z baru za chamskie zachowanie wobec klienta. Mijała północ i nie miała dokąd pójść. Nie miała też pieniędzy na taksówkę. Zrozpaczona kuliła się w fotelu i czekała świtu.

- Jak chcesz - mogę ci znaleźć klienta - ciągnął typ. - No, co ty na to? Nie będziesz żałować...

Wskazał wysokiego mężczyznę, chodzącego niecierpliwie w pobliżu wind. Miał na sobie wytartą, zamszową marynarkę. Rzucał w jej stronę długie, lepkie spojrzenia i łakomie oblizywał swe cienkie, pogardliwie wygięte wargi.

- Jak ci się podoba? - stręczyciel odwrócił się.

Ale jej już nie było. Rozespany portier mrugał oczami i głupawo wzruszał ramionami. Ulice zimno lśniły w ciemnościach nocy.

Stały klient, co? - mruknęła groźnie, zaciskając pięści ze złości i gniewu... Już ja ci pokażę!

Ludzie z Zarządu dziwili się trochę, że taka młoda i ładna dziewczyna jak ona chce pracować w tak mrocznym i przygnębiającym miejscu. W końcu jednak machnęli ręką: każdy ma prawo do własnego wyboru. Do tej roboty i tak tłumy się nie garną. Adi pracowała przy piecu numer dwa. Zmarli cierpliwie oczekiwali na swoją kolejkę, ułożeni w prostych trumnach z dykty, owici w srebrzystą folię. Powietrze przesycone było słabym, słodkawym zapachem rozkładu. Piece cicho huczały. Przez piwniczne okienka widać było smagane wiatrem nagie krzaki i wirujące suche liście. W sali krematorium było jednak ciepło, niemal przytulnie.

Nieznajomy leżał w trumnie skurczony, jakby ktoś wcisnął go tam siłą. Jego twarz po raz pierwszy wyrażała zmieszanie i panikę. W szklistych oczach można było wyczytać nieme przerażenie. Co, naprawdę to zrobisz? Nie żartuj... poważnie? Zrobisz to!

- Pewnie, gołąbeczku, zrobię - wycedziła przez zęby mściwie. Z największą przyjemnością to zrobię.

Pchnęła trumnę do pieca i zatrzasnęła ciężkie, żelazne drzwiczki. Przykleiła oko do żaroodpornej szybki zacierając z zadowolenia ręce. Trumna stanęła w płomieniach.


Tłumaczyła
Małgorzata Wnuk

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas