poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOJAN BIOŁCZEW
Garnczek fasoli
DL 2000, nr 9/10 (167/168)

Stary usłyszał wołanie żony. Biały kolor mleka wapiennego gdzieniegdzie poobłaził już ze ścian chałupy, prześwitywała tam żółta glina, którą kiedyś obrzucił plecione z chrustu i gałęzi ściany. Była to ta sama glina co na podwórku, na którym od dawna nie było już ani jednej kozy i z którego kolejne jesienie zmyły zielonkawą barwę nawozu. Wyżej ta sama żółtawa glina przecinała pastwisko strzępiastym wąwozem, który przecisnąwszy się pod siatką otaczającą rezerwat znikał w buczynie, by czekać na deszcz, zawsze zaskakujący w tej suchej okolicy. Staruszka nawoływała ze swojego pokoju i w jej głosie rozbrzmiewał ten odwieczny kobiecy upór, dla którego wiek nie odgrywa żadnej roli. Stary podniósł się ze spróchniałej ławki, ławka westchnęła sucho i jakoś nieufnie, bo człowiek pozostał przy niej, wpatrzony w niebieskawe szkło okna. Odkąd przestał dobrze słyszeć, zaczął bać się krzyków i całkiem przestał mówić. Powoli poszedł ku domowi. Wytarł gumowe łapcie w trawę przed progiem i zrobił parę kroków po polepie. Stara przebierała na stolnicy fasolę i po padającym cieniu domyśliła się jego obecności.

- Załóż aparat, jak nie słyszysz - rzekła i spojrzała na niego przez pęknięte szkła okularów. Stary stał przy niej w pytającym pochyleniu.

- Załóż aparat, głuchoto - krzyknęła kobieta i jej palce roztańczyły się wśród fasolowych ziaren. Stary poruszył rękami, jakby pytając, czego od niego chce, poszedł do ściany i ze szczerniałej

półki zdjął małe czarne pudełko, zawinięte w jedwabną chustkę, poprzez którą sterczały jego ostre kanty. Mężczyzna wyciągnął z chustki cienki drucik z białym guziczkiem na końcu i wsadził go sobie do ucha. Ostrożnie przesunął palcem wzdłuż brzegu pudełka i natrafiwszy na kółeczko, przekręcił je. W ucho trysnęła muzyka. Nogą podsunął do niskiego stołu trójnożny stołeczek i siadł naprzeciwko żony. Ta podniosła wzrok i ujrzawszy drucik, zwisający mu z ucha, krzyknęła:

- Fasola w tym roku marna.

Stary kiwnął głową, choć nie patrzyła na niego. Wiedział, że nie chodzi jej o odpowiedź, lecz wystarczy to, że się jej słucha. Skłamał mówiąc, że jest to aparat słuchowy, bo gdyby się zorientowała, że radio tranzystorowe, nie pozwoliłaby mu go słuchać. Nie lubiła hałasu, od wielu lat już mieszkali sami i poza szumem wiatru w buczynie naokoło nie było słychać nic innego. Była przyzwyczajona do słuchania ciszy, chyba że sama wpadała w gniew z powodu jakiegoś drobiazgu i zaczynała głośno pomstować.

Tranzystor dali mu pijani myśliwi za ostatnią kozę. Przez całe życie hodował kozy tu, na tym stoku, daleko od wsi. Zaczął jeszcze wtedy, kiedy we wsi było dużo ludzi i kiedy od czasu do czasu ktoś przychodził do niego po skóry. Na zimę miał zawsze przygotowane bukowe gałązki na paszę, wtedy nie było jeszcze siatki, dlatego ścinał sobie z buczyny ile chciał gałęzi. Gajowi go nie zaczepiali i dlatego, że odziedziczyli go po swoich poprzednikach i że czasami wstępowali do jego chałupy odpocząć i wypić kubek cierpkiego koziego mleka. Sam nie wiedział, kiedy zrobił się stary i lekko przygarbiony od bólu pleców, kiedy jego żona pomarszczyła się i schowała za okularami. Nie ruszali się z tej żółtawej ziemi, którą obrzucił chałupę i w której sadził fasolę, choć lepiej rodziła ona pokrzywę w cienistym kącie na tyłach domu. Na dole wieś wbiła się w tę ziemię pazurami, brat z bratem przez nią się darli, a potem, jakby jakiś przesyt ogarnął ludzi, zebrali całą ziemię do kupy, a wieś zaczęła pustoszeć. Ziemia przy jego chałupie nikogo jednak nie zainteresowała. Leżała zbyt daleko od wsi, zbyt wiele kamienistych jarów i wąwozów ją od niej dzieliło i nie było sposobu na połączenie jej z tamtą wspólną ziemią. Zostawili go w spokoju razem z kozami. Tyle że musiało ich być pięć. Nie więcej. Wtedy zabił te, które wydawały mu się słabsze, podczas gdy stara wyklinała od ostatnich jego, wieś i wąwóz. Wybrał cztery samice i jednego upartego kozła, który miał paskudne usposobienie i wciąż przydeptywał sobie brodę. Skóry tamtych poukładał na ławach, mięso nasolił i powiesił do suszenia, ale spiekło się na kość i trzeba je było, ani nie uszczknięte, wyrzucić.

- Daj no cebulę, słyszysz, cebulę! - zawołała staruszka i jej palec przesunął się przed jego oczami, jakby szukając ziaren fasoli.

Stary wstał i z muzyką w uchu podszedł do półki, na której wisiał brązowy warkocz cebuli, urwał jedną główkę i podał żonie. Ta posiekał cebulę wąziutkim od ciągłego ostrzenia nożem i rzuciła do garnczka, potem kantem dłoni zgarnęła tam i fasolę.

- A ty dokąd - zawołała, widząc, że przestępuje z nogi na nogę i patrzy na drzwi. - Siadaj. Posłusznie siadł z powrotem, wpatrzony we włóczkowy deseń jej wyświeconych na łokciach

rękawów. Muzyka w jego uchu ucichła i zaczęli mówić coś o świecie. A co on widział ze świata? Stąd do wsi i potem znów z powrotem w górę, do lasu. Pamiętał więcej kóz niż ludzi. Teraz jednak świat brzęczał mu w uchu jak pszczoła i słuchał go, wpatrzony szklanymi oczami w żonę.

Kiedy się z nią ożenił, służyła po domach, bo była sierotą. Mała i brzydka, chwili się nie zawahała, kiedy jej powiedział, by poszła z nim na górę, do szałasu. Ludzie śmiali się z nich, choć do wsi chodzili rzadko. Pop dał im ślub w zamian za dwie kozie skóry, drużbą został jeden z gajowych, który lubił kozie mleko. Żona rozzłościła się już w chwili przestępowania progu chaty, jakby przyszła tu specjalnie po to. I tak już zostało. Z początku otwierał usta, by jej coś powiedzieć, ale przerywała mu i nawykł do milczenia. Podawał jej, czego potrzebowała, kiwał głową, kiedy o coś pytała, a potem szedł do kóz, które robiły dużo hałasu, ale niczego nie chciały. Przy stole od pierwszego dnia siedzieli wciąż tak samo: on twarzą do drzwi, ona do półki - żeby mieć wszystko przed oczyma, gdy mu każe wstać po to czy owo, podczas gdy on patrzył wciąż na zewnątrz, rad wymknąć się przy pierwszej okazji. Dzieci mu nie urodziła i nigdy o tym nie mówiła. Tylko od czasu do czasu bawiła się z koźlętami i przyłapawszy go na przyglądaniu się zawsze znajdowała powód, by go ofuknąć. Trzy razy wąwozem waliła wielka woda, ale jakoś ich ominęła. Żyli na tej żółtawej ziemi, w plecionej z chrustu, obrzuconej gliną i potem pobielanej lepiance, w której pachniało zupą z pokrzyw, kozami i macierzanką. On raz tylko zachorował, uderzyły na niego zimne poty i pojawił się mokry kaszel. Położył się na ławie i wydało mu się, że półka chwieje się i przekrzywia i kiedy się zastanawiał, jakim cudem naczynia nie zlatują z niej na ziemię, jego oczy przesłonił zielonkawy jak młoda pokrzywa mrok. Obudziwszy się ujrzał, że jest rozebrany do naga i że stara przywiązała do niego z dwóch boków kozy. Kozy próbowały wstać, bił od nich gorący smród, w którym poczuł też zapach śliwowicy. Zobaczywszy, że otworzył oczy podeszła do niego, dotknęła mu czoła i nakrzyczała, żeby ani myślał wstawać, choć on nie miał siły się ruszyć, tylko kozy się rzucały. Napoiła je dla żaru śliwowicą i kozy od czasu do czasu pobekiwały jakby intonując piosenkę. Potem, kiedy zaczął już wstawać, wciąż na niego pokrzykiwała, ale nie kazała mu stale czegoś przynosić z półki. Któregoś dnia, gdy widać doszła do wniosku, że już jest całkiem zdrowy, zabroniła mu polegiwać w ciągu dnia na ławce. Wychodził do kóz, próbował sobie uświadomić, z którymi z nich dzielił łoże, ale wszystkie tak samo głośno beczały i wszystkie spoglądały na niego tak, jakby miały ochotę na śliwowicę. A kozioł biegał bokami i walił łbem w płot z zazdrości, wściekłości i strachu.

Nic nie było w stanie zmusić jej do zejścia do wsi. Kiedy przestała dobrze widzieć, posłała go do doktora po okulary. Doktor z początku się śmiał, potem się rozzłościł, potem znowu się śmiał

i kazał mu przyjść z żoną na badanie. Stary zawahał się, wreszcie wymamrotał, że źle słyszy, doktor znów się uśmiechnął i powiedział, żeby sobie kupił aparat z drucikiem do ucha, bo nic innego mu nie pomoże. Wrócił do starej. Wąwozem popłynęły jak wielka woda przekleństwa, ale kobieta nie ruszyła się. W tym czasie gajowy przyniósł jej mętne, grube okulary po jakiejś zmarłej staruszce i doszła do wniosku, że w nich widzi lepiej, choć kłuła sobie palce przy szyciu i kilka razy zgasiła ogień, dolewając wody do garnka. Przychodzili też jacyś ludzie zobaczyć, jak im się żyje, próbowali ich na coś namawiać, ale na pierwszą wzmiankę o konieczności opuszczenia domu stara kuliła się we dwoje, wpychała męża do pokoju i potem jeszcze długo sapała i prychała, choć tamci dawno już zeszli z kamieniska oddzielającego ich od wsi.

W uchu starego świat i całe gadanie o nim ucichły, znowu rozległa się muzyka, w której wszystko brzęczy i śpiewającego nie słychać, ale mężczyzna był już do tego przyzwyczajony i nawet bezwiednie zaczął kiwać w takt głową. Żona spojrzała na niego, podniosła się ze stołka i podeszła do ognia. Dołożyła drzewa i z garnczkiem w ręku poczekała, aż dobrze się rozpali, podczas gdy mężczyzna patrzał na jej drobną zgiętą postać, na szeroko rozstawione nogi w poprzecieranych gumowych łapciach i na wyświeconą wełnianą suknię z rękawami sterczącymi kanciasto na łokciach, choć ręce miała wyprostowane. Nie pamiętał, czy go kiedy pieściła tymi rękami, choć stale nimi coś robiła. Kładli się na kozie skóry i tylko na moment cichła tuż przy nim, jakby ogarnięta jakimś raptownym bólem, potem przypominała sobie o czymś ważnym w drugim kącie izby.

- Daj paprykę - zawołała ochryple od pieca.

Podszedł do półki i podał jej czerwone okrągłe naczynie, choć nie słyszał jej dobrze. Wiedział, że teraz może jej być potrzebne tylko to.

I podczas gdy kobieta dorzucała do garnczka papryki, mężczyzna siadł na trójnożnym stołku i myślał sobie, że od wielu lat jadł fasolę o jednym i tym samym smaku... I zawsze z tego okopconego i wysłużonego garnczka, zawieszonego nad pełgającym ogniem.

Kozy przepadły razem z siatką. Wtedy po raz pierwszy zobaczyli przy swoim domu tak dużo ludzi. Byli hałaśliwi i śpieszyło im się, siatka pełzła po łące, przeskoczyła wąwóz i znikła za wzgórzem. Buczyna została zamknięta w klatce, szumiała w niej tak samo jak przedtem i od czasu do czasu jakaś młoda i niedoświadczona gałązka przeciskała się ku żółtawej glinie starej lepianki. Stary nie pamiętał, jak się skończyło z kozami. Trzech nowych skór na ławie nawet się nie poczuło. Spróbował jakoś wyżywić kozła i najmocniejszą kozę, ale kamienisko rodziło za mało jak na kozie gardła, a gałązki, które udawało mu się zebrać przez siatkę na długość wyciągniętej ręki, szybko się skończyły. Wtedy zabił kozła. Wiele razy bił kozy i wiedział, co i jak, ale tym razem zapamiętał wszystko. Długo go gonił, nim wreszcie złapał za ogon, kozioł wtedy wepchnął rogi pod drzwi z przerażenia i z głupoty. Koza siedziała z boku i prychała, podczas gdy struga krwi zmywała kurz spod plecionego ogrodzenia, potem tupnęła kopytami i utkwiła wzrok w buczynie. Pozostali we troje, wieś w dole coraz bardziej pustoszała, mimo że pozakładali głośniki, które przekrzykiwały się na wyludnionych uliczkach. Koza wychudła, przestała dawać mleko i zrobiła się podobna do nich. Siedziała i patrzała na podwórko, potem niby zrywała się do biegu, ale po chwili przystawała i zaczynała wpatrywać się w jeden punkt, jakby zapomniawszy sobie o czymś ważnym.

Znów przychodzili do nich jacyś ludzie. Weszli do domu, cmokali, ale nic nie mówili, widać już wiedzieli, jaka jest gospodyni. Po jakimś czasie oboje otrzymali rentę. Listonosz przyszedł do nich dwa razy z pieniędzmi, ale wydziwiał, że tak daleko mieszkają. Pieniądze nie były im potrzebne i dogadali się z listonoszem, że będzie im przynosił chleb i mleko, a pieniądze zatrzyma. Więcej go już nie widzieli, chleb i mleko przysyłał im codziennie przez chłopaka, który stawiał je na progu i leciał z powrotem, nim oni zdążyli otworzyć.

Koza całkiem wychudła, weszła do domu i tam już została. Przywykła do ich głosów i nawet przestała nastawiać uszu na burczenie starej. W dole krakały puste głośniki we wsi, w górze w rezerwacie, od czasu do czasu jazgotały kołatki i huczały strzelby, czas biegł bosymi nogami chłopaka, który przynosił im chleb i mleko.

Potem przyszły jeszcze dwa czy trzy lata, przez które nic się nie zmieniało i nie zachodziło nic nowego aż do przybycia tych pijanych myśliwych, którzy im dali tranzystor.

Przez dwa dni słychać było strzały i zobaczywszy ich idących przez łąkę stary domyślił się, że nic nie udało im się ustrzelić. Zatrzymali się na otwartej przestrzeni niedaleko siatki, gdzie świeciło bez przeszkód słońce, i powyciągali butelki. Śmiali się z czegoś, ale on ich nie słyszał, widział tylko rozciągnięte wargi i ręce wesoło igrające zielonkawym powietrzem. W tym momencie zobaczyli kozę. Próbowała chwycić liście jakiegoś cherlawego krzaka, rosnącego na skraju łąki. Nie żeby była głodna, stary wiedział, że nie jest głodna, bo była stara jak oni i jak im starczało jej trochę mleka i chleba, ale była przecież kozą i te małe cherlawe listki widać nie dawały jej spokoju. Wśród myśliwych nastąpiło poruszenie i popodnosili strzelby, nie wstając z ziemi. Huknął pierwszy strzał. Nabój rozorał powietrze i głucho uderzył w żółtawą ziemię poniżej łąki. Drugi wystrzał zakołysał krzakiem, ale koza, przyzwyczajona do nagłych hałasów, tylko potrząsnęła głową, jakby się opędzała od muchy. Trzeci strzał oderwał jej przednią nogę, beknęła, spróbowała uciec, ale zaryła głową w trawę, zerwała się i znów upadła, a z kikutka jej nogi tryskała krew tak, jak kiedyś tryskało jej mleko z wymienia. Rozległ się czwarty strzał i stary po jego dźwięku zorientował się, że był celny. Koza poruszyła się kilka razy i została na łące, wyciągnąwszy zdrową nogę ku lepiance. Jej oczy były czyste i spokojne, pod lewą łopatką ziała szeroka rana z bielejącymi w niej żyłami. Stary zamknął jej oczy ręką, ale oczy się otworzyły i wtedy dostrzegł, że tli się w nich jeszcze iskierka życia. Podszedł do myśliwych. Spojrzeli na niego z pijackim zdumieniem i skruchą. Stanął obok nich i milcząc patrzał.

- To może twoja koza, dziadku? - powiedział któryś i stary kiwnął głową. ,

- Tu mieszkasz, w tej lepiance?

- Że też w czymś takim ludzie mieszkają...

Stary nie odpowiedział. Stał i patrzał na nich, potem wskazał na kozę, popatrzył na swoją lepiankę i znów zwrócił się do nich. Zaczęli się nad czymś naradzać, nawet jakby się pokłócili, potem zaproponowali mu pieniądze. Te pieniądze odtrącił, bo nie były mu potrzebne, i myślał, dlaczego wydawało im się dziwne, że w tym domu mieszkają ludzie. Czemu by mieli nie mieszkać? Próbowali mu wepchnąć pieniądze na siłę do rąk, bali się i on to rozumiał. Jeszcze bardziej przestraszyli się, kiedy zobaczyli, że on rzeczywiście tych pieniędzy nie chce i kiedy pieniądze upadły na delikatną trawę łąki. I wtedy jeden z nich wepchnął mu do rąk to radio. Przepraszał, że łapie tylko jedną stację, ale stary miał drucik do ucha i stary je zatrzymał. Wytłumaczyli mu, jak się włącza i mieszając pogróżki z prośbami kazali sobie obiecać, że nikomu o tej kozie nie powie. A potem sobie poszli, a on został z tranzystorkiem w ręku. Założył słuchawkę i samotne, odległe głośniki we wsi weszły mu potulnie do ucha. Wypełniony bliską i nieznaną muzyką wszedł do starej i skłamał, że to jest właśnie aparat do słuchania, który przepisał mu doktor, ponieważ był pewien, że za każdą inną rzecz zaczęłaby na niego krzyczeć. Stara płakała. Po raz pierwszy od tylu lat widział ją płaczącą z powodu ostatniej kozy, która została przy nich i już nie chciała dawać mleka. Tyle kóz zabił na jej oczach, a ona płakała z powodu ostatniej. Stanął przed nią i podczas gdy jego ucho przyzwyczajało się do niezwykłych, nowych dźwięków, ze zdziwieniem przyglądał się łzom, kapiącym z gniewnej pomarszczonej twarzy.

Potem znów popłynął czas.

Stary patrzał na żonę, stojącą nad garnczkiem z fasolą i pomyślał sobie, że pewnie za chwilę go ofuknie. W jego uchu pulsowały odgłosy świata, podczas gdy on tkwił w swoim świecie, wypełnionym kilkoma stosami kozich skór, staruszką, która wierzyła, że jest słyszana, i bulgoczącym garnczkiem z fasolą, której brakowało już tylko soli. Stary mężczyzna spokojnie siedział na trójnożnym stołku i cierpliwie czekał na moment, w którym stara kobieta odwróci się i coś krzyknie, a on podejdzie do półki, weźmie jedno z drewnianych naczyniek i w milczeniu jej poda.




Tłumaczyła Hanna Karpińska

BOJAN BIOŁCZEW - ur. 11. XII. 1942 w Sofii. Polonista, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie autor wielu opracowań poświęconych literaturze polskiej (m. in. Mickiewiczowi, Mrozkowi, Gombrowiczowi, Kochanowskiemu, Wyspiańskiemu), tłumacz, autor scenariuszy filmowych, dziekan wydziału filologicznego, a od 1999 rektor Uniwersytetu Sofijskiego. Debiutuje w roku 1975 tomem opowiadali „Probużdane” („Przebudzenie”), w 1979 ukazuje się zbiór nowel „Sapfir” („Szafir”), a w 1981 powieść „Ocziłe płaczat razliczno” („Oczy różnie płaczą”). Kolejna powieść „Saturnów kryg” („Krąg Saturna”) wydaje w 1983. Następne pozycje to m.in. „Holter-87” („Holter-87”) - 1990, „Miraż pod naem” („Miraż do wynajęcia”) -1991, „Biuro namereni weszti” 2001 („Biuro rzeczy znalezionych 2001”) -1992, „Pisma ot raja” („Listy z raju”) -1996, „Usesztane za Byłgarija” („Doświadczanie Bułgarii”) -1999. Opowiadanie pochodzi z archiwum tłumaczki.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas