poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
LJUBOMIR KANOW
Człowiek kukułka
DL 2000, nr 9/10 (167/168)

Czasy nobliwe acz wiarołomne, o których zaraz będzie mowa, tonęły w półmroku. Na granicy między światłem i ciemnością splatały się ze sobą losy bohaterów naszego opowiadania, którzy za węgłem cicho, niczym pająki tkali sieci swoich intryg, wszystko było kłamstwem, z trzech dań w miejscowej restauracji dwa były posypane trucizną, wieczorami za kolumnami teatru miejskiego podstępnie chował się co najmniej jeden, ale zazwyczaj dwóch najemnych morderców oczekujących na antrakt, by szpadą udającą laskę ugodzić w serce aktora lub widza, czy też zgodnie ze światową modą zadać cios w głowę specjalną ołowianą bombą, udając, że chodzi o powitanie...

Służby miejskie nie działały, kiepsko było z oświetleniem, kanalizacja rzęziła z nadmiaru nieczystości, z kamionkowych rur stale dochodziło świdrujące burczenie, strażacy nieustannie upijali się piwem, a kiedy wybuchał pożar, wyjeżdżali do ognia rozparci w dorożkach przy wtórze orkiestr, na miejscu śpiewali i tańczyli nieprzyzwoite tańce, dopóki ogień nie strawił wszystkiego.

Wszyscy bez wyjątku kradli i podejrzewali też o to innych, przekupywali się wzajemnie, po czym słali na siebie donosy do burmistrza, kochali pieniądze i nienawidzili pracy, ale o dziwo, że niezależnie od okoliczności zawsze wyrażali się nadzwyczaj wykwintnie, byli szarmanccy i otaczali opieką sztuki.

W centrum miasta, o którym będziemy mówić, wznosiła się wieża zegarowa, obiekt powszechnej dumy i być może jedyna rzecz, która jednoczyła wszystkich i jakoś tam pozwalała układać wzajemne stosunki. Powód, dla którego ją zbudowano przyczynił się do podziałów między nimi... Mimo to, aby istnieć, miastu było potrzebne coś, co wszystkich zdołałoby połączyć, jakiś wspólny symbol. Symbolem tym stała się miejska wieża. Jej wierzchołek zwieńczony był domkiem, z którego co godzinę wychodziła olbrzymia kukułka i wołała ludzkim głosem: „Szanowni państwo, zaraz powiem, która godzina!”... Najdziwniejsze, że zawsze kukała nie mniej niż dziewiętnaście razy, ale nie więcej niż dwadzieścia cztery. Z tego powodu w mieście ciągle było późne popołudnie lub noc, nigdy nie świtało, o południu nie było mowy, zresztą nikt nawet nie podejrzewał, że taka pora mogłaby nadejść. W mieście, jak już wspomnieliśmy, królował półmrok, często chadzano do teatru, co stało się jednym z powodów nerwowości i obłudy tej na szczęście tak odległej od nas epoki...

Nie ma sensu ukrywać, że wspomniana kukułka właściwie nie była żadną kukułką, lecz Gedeonem Schmerzem - budowniczym wieży. W trakcie jej wznoszenia zapomniał o schodach, którymi można by zejść, więc skończywszy budować wieżę schował się w domku na górze nie chcąc narażać na szwank krążącej o nim opinii zdolnego architekta... Uznano go za zaginionego...Gedeon żywił się wróblami, które łapał w pułapkę zrobioną z solidnej dachówki, kija i swoich starych szelek. Pił deszczówkę zbieraną do butów... Nie miał łatwego życia. Z czasem zaczęło go to złościć i postanowił używając do tego piór po zjedzonych wróblach przebrać się za kukułkę, co pozwoliło mu bałamutnie mieszać pory dnia i zemścić się za swoje uwięzienie.

Właściwie wszyscy mu szczerze obrzydli na długo przedtem, nim zbudował wieżę. W przeszłości zdarzało mu się zza kotary w swoim przedpokoju pluć na przechodniów, a kiedyś w trakcie przyjęcia u burmistrza wymknął się do odległego pokoju i zadźgał scyzorykiem ulubionego tchórza gospodarza (naczelnik hodował te zwierzątka).

Tak to właśnie sprawy się miały w tym mieście - złowieszczym i źle oświetlonym w czasach, o których mowa.

Pewnego dnia lub raczej pewnego wieczoru w mieście pojawili się wędrowni artyści. Zamierzali dać przedstawienie, zaśpiewać, jeśli się uda, rozczulające do łez pieśni, zatańczyć, wystrzelić kilka petard, a potem zebrać do dziurawych kieszeni garść srebrnych lub miedzianych monet i ruszyć w dalszą drogę. Rozbili namioty dokładnie naprzeciw wieży, krzątali się wzniecając przy tym sporą wrzawę... Fakirzy wyjmowali ze swoich ciał i prostowali gwoździe, a karły - niczym rycerz sięgający przed walką po szpadę - z brzuchów. Siłacze, przypominający gladiatorów, zaczęli miotać rękami i nogami deski, listwy i różnej maści drewniane belki, więc niedługo na placu wyrosło coś, co kształtem przypominało szafot. Była to drewniana scena, na której wędrowni artyści chcieli wystąpić...

Mieszkańcy zauważyli przygotowania i zaintrygowało ich to całe zamieszanie. Szepczący po kątach cichli, ludzie w pelerynach, którzy dotychczas kryli się w halach targowych w oczekiwaniu na swoje ofiary, podchodzili nieco bliżej, przyglądając się wydarzeniom. Miejski teatr przerwał w samym środku jedną ze swoich obłudnych sztuk i skrajnie zawiedzeni fałszem widzowie wyszli, aby zobaczyć, co dzieje się w prawdziwym świecie... Zawodowi truciciele opuścili swoje mroczne laboratoria, w których dzień i noc wrzały kolby ze związkami rtęciowymi i cyjanowymi i poszli wtopić w zgromadzony na rynku tłum swoje pozieleniałe twarze. W końcu, gdy dotarły tam nawet nielegalnie ciężarne służące, pojawił się burmistrz. Przyjechał odkrytym powozem ozdobionym złotymi wizerunkami tchórzy i sępów. Na twarzy miał tak ostentacyjnie wyrytą dwulicowość, że skóra cierpła nawet tym, którzy dobrze go znali.

W tym samym czasie prostoduszni wędrowni artyści ciągle zajęci byli ostatnimi przygotowaniami do występu, rozwieszali kurtynę, a w międzyczasie nakładali makijaż. Dla nich to miasto niczym nie różniło się od innych, musieli zaprezentować się z najlepszej strony, by w zamian dostać garść drobniaków.

Gedeon Schmerz obserwował wszystko przez szparę swojego domku. Nie wiedzieć czemu złościło go to ożywienie na dole. Właściwie to, co teraz się działo, burzyło monotonię jego kukułczego życia... Czy da się jednak do końca przewidzieć, co może czuć człowiek zmuszony do długiego życia na wierzchołku wieży, którą sam zbudował i z której nie da się zejść. Jego ojciec -znany dramaturg i obłudnik, przed laty nalegał, aby syn grywał w niektórych wyjątkowo podłych sztukach jego autorstwa. Nie bardzo wiadomo, jak to się stało, że jeszcze w trakcie pierwszego aktu, Gedeon dwukrotnie wychodził za potrzebą. Cała ta sprawa naturalnie musiała odbić się na jego charakterze. I rzeczywiście, później starego Schmerza udusiła w loży pewna primadonna. Poszło o nieporozumienia na tle dramaturgicznym. Ale to nie mogło zmienić osobowości Gedeona, ani też usprawiedliwić ofiary...

I tak Gedeon Schmerz patrzył, wściekły ze złości, jak w dole gromadzi się miasto, a wędrowni artyści przygotowują się do występu. Wkrótce wszystko było gotowe. Mieszkańcy, wpatrzeni w drewnianą scenę, ucichli.

Gedeon, rozzłoszczony do granic możliwości, nagle się ocknął, otworzył drzwiczki i powiedział: „Szanowni państwo zaraz się dowiecie która godzina!” Potem zakukał dokładnie dwadzieścia razy i przedstawienie się rozpoczęło...

Najpierw wyszli osobnicy niosący w rękach zapalone pochodnie. Półmrok panujący w mieście, do którego wszyscy zdążyli się przyzwyczaić, nagle zalał blask poświaty. Spowodowało to zamęt, niektórzy próbowali chować się za cudzymi plecami, a inni, jakby czegoś szukali, uklękli. Jacyś

osobnicy z tłumu pobili się, słychać było szybkie uderzenia ołowianych bomb, ale wkrótce udało się to zażegnać i strony konfliktu wzajemnie się przeprosiły, z charakterystyczną dla tego miasta uprzejmością...

Pierwsi zaprezentowali swój program wędrowni muzycy. Pieśni z akompaniamentem lutni wywołały entuzjazm. Naczelnik nawet uronił łzę, co większość widzów uznała za znak, by również zapłakać... Później wyszły karły łykające rozmaite przyrządy. Najpierw małe noże, potem szable, piły i pochodnie. Rozległy się oklaski. Na koniec większy karzeł połknął innego mniejszego, co wszystkich wprawiło w niekłamany zachwyt.

Wędrowny teatr podbił serca publiczności...

Fakirzy grą na fletach zmusili do tańca węże wpatrujące się w ich smutne oczy. Potem zaczęli wbijać sobie w ciało gwoździe, co nadzwyczaj bawiło widzów.

- Teraz panie i panowie - pojawił się w końcu i stary klown - nasza wędrowna trupa cyrkowo--teatralna odegra scenkę z życia księcia i księżnej de Gersen! Oglądajcie uważnie, może znajdziecie w niej dla siebie jakiś morał na przyszłość!...

Treść scenki była banalna, księżna w trakcie jednej z wypraw męża zaszła w ciążę i urodziła bliźnięta złowieszczemu, acz pełnemu diabelskiego uroku, jubilerowi Rozenkranzowi. Książę wraca z wyprawy i szczęśliwy wita się wylewnie z niewierną żoną ... Ta jest rozdarta między uczuciem, którym winna darzyć śmiałego i męskiego księcia, a niemożliwym do ujawnienia pożądaniem jubilera. Są jeszcze bliźnięta. Znajduje dla nich schronienie w odległym skrzydle zamku, gdzie oddana głuchoniema opiekunka przygotowała dziecinny pokój. Rozenkranz, który, co do tego nie ma wątpliwości, jest zaliczany do ścisłego grona przyjaciół księcia i często bywa na zamku, w trakcie jednego z przyjęć zostaje przyłapany przez wiernych swemu panu ludzi, gdy pod stołem wkłada rękę między nogi księżnej de Gersen. Donoszą o tym księciu, który, nieprzygotowany na taki cios ani ze strony przyjaciela, ani ukochanej żony, zaczyna niewiarygodnie z tego powodu cierpieć. W końcu jednak za radą zauszników, udając, że wyrusza na polowanie, ukrywa się w sypialni... Cała prawda wychodzi na jaw... Książę tylko raz, ale śmiertelnie policzkuje Rozenkranca, po czym wstrząsany szlochem idzie do drugiego skrzydła zamku zabić scyzorykiem bliźnięta.

Mieszkańcy patrzyli wstrząśnięci na scenę, wielu płakało, a burmistrz ryczał basem zapewne przypominając sobie śmierć ukochanego tchórza....

W chwili powszechnego załamania nerwowego na szczycie wieży rozległ się mrożący krew w żyłach nieopisany śmiech. Śmiał się Gedeon Schmerz - budowniczy wieży, który otworzył szeroko drzwiczki pozwalające mu wysunąć się, by oznajmić, która jest godzina.

Miasto zamarło i przestało płakać... Wszyscy spojrzeli w górę i zobaczyli go - odrażającego, z rozdziawionymi ustami, całego porośniętego nastroszonymi piórami.

- To przecież jest Gedeon Schmerz! - powiedział w końcu burmistrz i zamknął oczy, ponieważ poczuł, że robi mu się niedobrze.

- Tak - odwrzasnął Gedeon. - To jest Gedeon Schmerz! To jest człowiek kukułka, który pije wodę z własnych butów... Ha-ha-ha - nie przestawał się śmiać i zrzucił celując w burmistrza ogromną cegłę stanowiącą fragment sideł.

Artyści też byli wstrząśnięci! Książę wciąż jeszcze trzymał w jednej ręce scyzoryk, a drugą w teatralnym geście przyciskał do serca. Martwy Rozenkranz podnosił się z podłogi gotowy do ucieczki.

- Jestem człowiekiem, który zabił twojego ukochanego tchórza - wrzeszczał z wieży Gedeon wskazując palcem burmistrza. - Opluwałem was z okna nieszczęśni truciciele i rozpustnicy! -wytykał mieszkańcom. -Ja, Gedeon Schmerz, tyle lat mamię was iluzjami, że jestem kukułką! Ale to nieprawda. He, he niegodziwcy! Teatralne kukły. Pozbawiłem was południa, ranka i wieczoru. Ale i tego wam mało... Nadszedł czas prawdy. Już czas, by wam powiedzieć, kim jesteście. To nie jest miasto, to nie może być miasto. Wszyscy, spójrzcie na siebie - wraz w waszą obłudą, źle funkcjonującą kanalizacją i domami z sekretnymi wejściami, wszyscy szpiedzy i mordercy jesteście jedną wielką ptasią kupą i niczym więcej!...

Słysząc te słowa tłum, który do tej pory stał nieruchomo, przechylił się w tył i słychać było jednogłośne: „Aaa! Łajdak!” Gedeon Schmerz poczekał, aż tłum się uspokoi, wypiął dumnie pierś i krzyknął znowu:

- Ja - łajdak? Nie! Jestem Gedeon Schmerz, a to jest coś znacznie więcej niż wszystko razem wzięte, jeśli możecie sobie to wyobrazić. Nie wierzycie? W takim razie, szanowni obywatele, powiem wam - która godzina!

I Gedeon nadymając się zakukał dokładnie dwanaście razy. Nagle zaświeciło jaskrawe oślepiające blaskiem słońce...

Świdrujący blask raził oczy tłumu. Wszyscy zakryli twarze i z przerażającym krzykiem rozbiegli się po ulicach. Artyści zostawili pochodnie, najemni mordercy porzucili kindżały, konie naczelnika zarżały i wyrwały się z cugli. Zapaliła się scena, po niej zwały śmieci a potem od ognia zajęły się także domy.

Gedeon stał na górze i patrzył niczym Neron, jak w podziemiach wybuchały probówki wypełnione przez trucicieli chemikaliami. Nad wszystkim unosił się trujący przesycony siarką dym.

Niedługo z miasta została tylko wieża.

Wciąż trwało popołudnie zasnute dymem pożaru, który się rozprzestrzeniał, by stopniowo ogarnąć także okolice...

Gedeon napluł na zniszczone szelki. Nagle ogarnęła go nuda. Pospacerował i wypił łyk wody z porzuconego w kącie buta. Woda miała okropny smak.

Zasypane kurzem, znienawidzone miasto było martwe.

Śmiertelnie zmęczony Gedeon został w swoim domku dzień-rok-wieczność. Czasem dla odmiany kukał, by w kilku miejscach nastał świt, zamieniał go na północ, wkrótce jednak dźwięki, które wydawał, coraz bardziej matowiały - nabawił się chrypki. A w któryś dzień zupełnie przestał kukać.

Zrozumiał wtedy, że samotność zmieniła go w prawdziwą kukułkę.

Później Gedeon Schmerz zaczął znosić jajka, nauczył się latać i od czasu do czasu wyprawiał się do lasu, mając nadzieję, że spotka tam inne kukułki. Nic z tego jednak nie wyszło - nie mógł już kukać i zrozpaczony wracał do wieży, gdzie sam sobie opowiadał zmyślone historie o genialnym budowniczym wież Gedeonie Schmerzu.



Tłumaczyła Celina Juda

LJUBOMIR KANOW urodził się 29 października 1944 roku w Bankii. Ukończył medycynę. W marcu 1977 został aresztowany i oskarżony o „sianie oszczerczej, kontrrewolucyjnej propagandy i zamiar ucieczki na Zachód”. Odbywał karę więzienia w Starej Zagórze. Nieustannie represjonowany w 1984 emigrował do Kanady. Pod koniec lat osiemdziesiątych przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Od 1989 roku mieszka i pracuje jako psychiatra w Nowym Jorku.

Teksty opowiadań zaczęto publikować w bułgarskich czasopismach dopiero po 1989 r. W dwa lata później ukazały się w tomie „Czowekyt kukawica” („Człowiek kukułka”). Kanow jest też autorem zbioru opowiadań „Parejdolii”. Jak sam objaśnia, chodzi o „efemeryczne przywidzenia, które nauka o ludzkich iluzjach określa mianem parejdolii”.

Opowiadanie pochodzi z tomu „Czowekyt kukawica” („Człowiek kukułka”), Sofia 1991, s.47-53

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas