poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANTONI GEORGIJEW
W poszukiwaniu utraconego wiersza. Opowieść wigilijna
DL 2000, nr 9/10 (167/168)

Ponieważ nie znoszę wiosek wokół Sofii, szczególnie kiedy zapadają w zimowy melancholijny letarg, wcale nie miałem zamiaru iść na obiad, który Christo postanowił wydać z okazji swojej przeprowadzki do Panczarewa. Początek grudnia jest okropny nie tylko z powodu pogody - ciemno, obrzydliwie zimno i jakoś tak mroźnie-lepko - ale i ze względu na zbliżającą się Gwiazdkę. Zawsze wpadam w przygnębienie w okolicach Gwiazdki, Nowego Roku, tych wszystkich wymyślnych świąt. Poza wyżerką i popijawami, które tak mi zbrzydły, święta są dla mnie nie kończącą się serią wizyt hipokrytów, niemądrym trzymaniem się nic nieznaczących rytuałów, wykonywanych z maniakalną metodycznością nawet przez względnie normalnych ludzi, erupcją zatrważająco przesłodzonego sentymentalizmu, uszczęśliwianiem na siłę. Naturalnie nie mogę zaprzeczyć, że to, co psychologowie nazywają depresją świąteczną, nie omija nawet sceptycznych ateistów jak ja, ale przyczynę mojego pragnienia, by leżeć w łóżku i czytać Paula Austera, zamiast pić gdzieś wino lub pakować prezenty gwiazdkowe, da się wyjaśnić w dużo prostszy sposób: nikt nie może zmusić mnie do świętowania czegoś, w co nie wierzę. Może i Jezus umarł za grzechy ludzi, ale nie za moje. Moje grzechy są tylko moje....

Zawsze chciałem, żeby każdy dzień był dla mnie świętem i fakt, że w czasie świąt ktoś inny mówi mi, że właśnie nadeszły Święta, już mnie drażni.

Ale Christo jest takim dobrym przyjacielem i czarującym rozmówcą, i takim egzotycznym typem, i tak bardzo się cieszył, że w końcu zamienił mieszkanie z wielkiej płyty w Dianabad na domek w Panczarewie, że po prostu nie mogłem odmówić, kiedy udało mu się w końcu zorganizować jakoś nasze małe towarzystwo w celu odwiedzin. Rzecz dzieje się w niedzielę, dokładnie trzy tygodnie przed Gwiazdką. Z Gogiem, Ralicą i Kopriną najpierw obejrzeliśmy, co Christowi udało się zrobić w domu, a potem całkiem wolniutko, powoli, z przerwami, nie zasapując się za bardzo i robiąc wszystko, by nie wykonać jakiegoś zbędnego ruchu, który by nas zmęczył, usiedliśmy przy stole, który Christo zarezerwował w miejscowej knajpie.

Cras amet qui numquam amavit
Quique amavit cras amet

Było dosyć ciepło jak na tę porę roku (sezon grypowy, jak nie omieszkałem zauważyć, żeby zezłościć Goga, który - jak wszyscy wiedzą - jest hipochondrykiem), a więc dopiero co rozpalony ogień w kominku, wokół którego kręciły się nieładne panczarewskie kelnerki, był nieco zbyteczny. Wypiliśmy po rakii, potem po jeszcze jednej; zjedliśmy marynaty, sałaty -ach, jak świetnie być w Bułgarii! W pewnej chwili, kiedy w głowach szumiało już nam od gorąca i alkoholu, rozmowa całkiem naturalnie skierowała się ku rzeczom, które zamierzaliśmy robić zawodowo przez następne dni i tygodnie.

Koprina i Christo są jak dwie strony tej samej monety i jeśli przyjąć to za dobrą monetę, to Gogo za to jest czymś w rodzaju banknotu. Jeśli Christo powie „a”, Koprina natychmiast mówi „b” i uściśla, że Christo całe życie tracił czas, że tak dalej być nie może, że najwyższy czas kupić nowe buty i zmienić kurs itd., itd. W takiej chwili, jeśli w pobliżu znajdzie się Gogo, to on uspokaja piłeczkę z elastycznością banknotu. Mniej więcej coś takiego zdarzyło się w knajpie w Panczarewie i ze względu na to, że zachciało mi się spać do tego stopnia, że nawet zacząłem drzemać, postanowiłem przespacerować się do toalety i spryskać twarz lodowatą panczarewską wodą.

Bardzo, bardzo dawno temu jedna z pierwszych moich szkolnych miłości miała na imię Anna, myślałem kontemplując ciasnotę klitki, najmniejszego chyba pomieszczenia w tym budynku. Anny już dawno nie ma. W tym sensie, że dawno skończyła szkołę, nawet uniwersytet, wyszła za mąż, mieszka w Nowym Jorku i jest mi miło od czasu do czasu usłyszeć ją przez telefon, mimo że za każdym razem dociera do mnie z lekkim bólem, że ani jej problemy nie są moimi, ani na odwrót; ani odległość, jakkolwiek sprzyjają jej czas i wyobraźnia, nie może pomóc w komunikowaniu się dwojga ludzi, którzy przed blisko dwudziestu laty trzymali się za ręce na podwórku gimnazjum angielskiego w Burgas i całowali się w chwili, w której z niego wychodzili.

Jedno z najlepszych moich wspomnień z tamtych odległych lat właściwie jest i nie jest związane z Anną. Były wakacje, przypominam sobie, i po tym jak przez dłuższy czas - niestety bezskutecznie - namawiałem Annę, żeby wybrała się ze mną połazić trochę po Rile - w którejś chwili znalazłem się przy Siedmiu Jeziorach Rilskich całkiem sam, otoczony wielkim i pustym niebem, z którego spoglądały na mnie wielkie i puste gwiazdy. To zdarzyło się dokładnie 18 Gwiazdek temu, kiedy miałem dokładnie 18 lat. Najcenniejszą rzeczą, jaką miałem przy sobie, była pewna gruba książka, od której po prostu nie mogłem się oderwać i nawet czytałem ją idąc górskim grzbietem nad Maljowicą. Książkę przywiózł mi mój przyjaciel Olle z Kopenhagi i w tym czasie ona - jak i jej autor - były totalnie nieznane w po komunistycznemu prowincjonalnej Bułgarii.

Pamiętam, że pierwsze osobiste doznanie sposobu, w jaki literatura naraz wypiera prawdziwe życie, datuje się dokładnie od tego lata. Realność „Maga” była dla mnie dużo bardziej prawdziwa od mojego własnego życia. Bohaterowie, którzy rodzili się, umierali, kochali i tantalizowali nawzajem w książce, byli dużo bardziej prawdziwi od wszystkiego innego włącznie z Anną, i już tylko ten fakt skłaniał mnie jeszcze bardziej, by kochać ją na odległość. Może byłem za młody, żeby zrozumieć, że cynizm (który później, jestem dumny mogąc to powiedzieć, stał się jednąz moich najbardziej typowych cech) był właściwie maską mojej nieumiejętności radzenia sobie z tymi sprawami - pewnego rodzaju impotencją. I że pogarda dla wysiłku, by kochać, jest największym możliwym wysiłkiem. Tak naprawdę wcale nie byłem cynikiem z przekonania, a tylko dlatego, że byłem buntownikiem. Uciekłem od tego, co kochałem, ale nie znalazłem niczego do nienawidzenia i dlatego wydawało mi się, że nie mogę ani kochać, ani odwrotnie.

Kiedy wróciłem do Christa, Kopriny, Ralicy i Goga, rozmowa zmieniła już temat. „Dlaczego nie napiszesz mi historii wigilijnej?” zapytała mnie Koprina w absolutnie niewymuszony sposób, w który zazwyczaj zleca swoim autorom pisanie różnych tekstów.

W ogóle nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego zareagowałem, jak zareagowałem, ale powiedziałem tak. To prawda, nie cierpiałem Gwiazdki, to prawda, że unikam jak diabeł święconej wody łzawego kiczu, z jakim kojarzy mi się cała ta sprawa, ale... Jasne, prawie natychmiast pożałowałem. Co ja wiedziałem o Gwiazdce? Co ja wiedziałem o pisaniu opowiadań na zamówienie? Skąd, na Boga, znajdę czas, żeby usiąść i zajmować się gwiazdkowymi historyjkami???

Już kilka dni później karuzela życia tak mnie zakręciła, że obietnica dana Koprinie zaczęła wychodzić mi bokiem.

Miałem jechać do Helsinek relacjonować spotkanie na wysokim szczeblu Unii Europejskiej. Z Sofii, okazuje się, trudno dostać się bezpośrednio do Helsinek i dałem mojemu agentowi od biletów spis miejsc, przez które chciałbym przejechać w drodze do Finlandii.

Leciałem do Londynu, który osobiście darzę głębokim sentymentem - mimo wszystko, jedne z najlepszych moich lat spędziłem w tym mieście, jeśli nieprawdopodobny konglomerat dziesięciu i coś milionów ludzi można w ogóle nazwać miastem. Zobaczyłem się z Adim i Rado. Kolację zjadłem w Chinatown z Tatiną. Zabrakło mi czasu, żeby wybrać się do opery. U Feulsa kupiłem książkę. Pociąg metra spóźnił się na Heathrow i uciekł mi pierwszy samolot do Helsinek. Piłem piwo przez pięć godzin na lotnisku, zanim nie wsiadłem do następnego.

W Helsinkach jest ciepło i wstrętnie. Śliska bryja, na którą pada deszcz, tak że taksówki ślizgają się. Piętnaście delegacji z krajów, już będących członkami Unii Europejskiej i drugie tyle z krajów, które chcą się włączyć do Wielkiej Szczęśliwej Rodziny. Schroeder, Chirac, Joschka, Tony Blair, Iwan Kostow. Dwa i pół tysiąca dziennikarzy. Widzę śpieszących się starych znajomych, którzy wchodzą i wychodzą dokądś. Dom wariatów. Jak zwykle w takich miejscach, człowiek próbuje poruszać się o dwie albo trzy minuty szybciej, niż jest to fizycznie możliwe, i próbuje zrozumieć co się dzieje na dwie trzy minuty, zanim to się w istocie zdarzy. Całkiem naturalne, że w czasie tych wszystkich wydarzeń Solana jedzie do Turcji, Bulent Ecevit przybywa z Turcji, jakiś człowiek z Cypru komentuje, co powiedział grecki minister spraw zagranicznych, Iwan Kostow i Nadeżda Michajłowa zwołują konferencję prasową w tym samym czasie, co Miłosz Zeman i Jan Kavan - w głowie zupełnie brak mi czasu na myśli tak o Gwiazdce, jak i nieszczęsnej obietnicy danej Koprinie.

Tak, myślę o Annie, która w tej samej chwili, gdy ja wylatywałem do Londynu, lądowała w Sofii z Nowego Jorku, żeby zobaczyć ciężko chorego ojca w rodzinnym Perniku. Najważniejszym wydarzeniem ostatnich lat jej życia było - tak - urodzenie jedynego do tej pory dziecka parę miesięcy temu. Nie widziałem jej od ubiegłego lata w Kopenhadze - na chwilę przed tym, jak zaszła w ciążę. Tak, znowu się minęliśmy, myślałem jeszcze w samolocie nad Bałtykiem. Tak, tak, tak.

I dokładnie tak samo, jak tamtego lata w Rile 18 lat temu, „Mag” ponownie zaczął wydawać mi się bardziej realny od kilkuset superszybkich komputerów, zainstalowanych w centrum prasowym Targów w Helsinkach, od świata Samsonite i Dali, którymi pachnieli dobrze ogoleni politycy; od anonimowej próżności fotografów i speców od wideo; od surrealistycznego świata mediów, których wymysły określają los milionów postmodernistycznych wyborców.

Ciekawe, że jedną z rzeczy, która w „Magu” nigdy nie była dla mnie jasna, było jego... zakończenie. Powód: nigdy nie byłem na ty z łaciną.

Cras amet qui numquam amavit
Quique amavit cras amet

Jeszcze kiedy wróciłem z Riły w czerwcu 1981 i odbyliśmy z Anną długi spacer brzegiem morza, zacząłem się interesować prawdziwym znaczeniem tych dwóch wersów. W tamtych latach nie miałem pojęcia, kto może znać łacinę na tyle dobrze, by z sensem przetłumaczyć coś, co najwyraźniej było sentencją, a więc powinno mieć kontekst. Najpierw zwróciłem się do świętej pamięci Saszy Chadżipetrowa, ojca Marii. Był adwokatem i znał francuski. Do Włada - mojego przyjaciela, studenta medycyny - też próbowałem, ale okazało się - że też  na to nie wpadłem - że większość łacińskich sentencji, które zna, koncentruje się wokół podbrzusza. Przez te lata (mimo iż regularnie co jakiś czas wracałem zarówno do Anny, jak i „Maga”) łaciński dwuwiersz osiągnął jakieś nierealne rozmiary. Stał się czymś w rodzaju zagadki, czymś jak mała tajemnica mojego dojrzewania, której jakby było pisane pozostać nierozwikłaną dla mnie samego.

Pytałem też moją nauczycielkę łaciny na uniwersytecie (już nie pamiętam jej nazwiska, ale wiem, że była z Plewen i że na egzaminie postawiła mi troję). Zadawałem to pytanie wielu ludziom, którzy mieli coś wspólnego z łaciną, wciąż z tym samym negatywnym skutkiem. Całkiem niedawno Ralica, żona Goga, podjęła dość udaną próbę, ale przyznała, że potrzebuje kontekstu. Powiedziałem jej, że kontekstem jest 600 stron, które zawierają w sobie jeszcze przynajmniej 6000 innych stron. Autor „Maga”, z którym też rozmawiałem, jedynie coś bąknął.

Cras-amet-qui-numquam-amavit-quique-amavi-cras-amet stało się czymś w rodzaju idee fixe, czymś pośrednim między nic nieznaczącą mantysą, która zmierza do minus nieskończoności i w tym sensie nie ma żadnego znaczenia, a mantrą, bez której ani rusz. Właściwie tyle lat obchodziłem się bez niej, że teraz, kiedy przekazałem wypowiedź o Czeczenii Nilsa Helvega Petersena, a jednocześnie próbowałem stanąć bliżej Robina Cooka, mantra jak gdyby przekształcała się w imitację siebie samej.

Wieczór zakończył się wielkim przyjęciem, które Finowie przygotowali dla uczestników spotkania na szczycie. Gdzieś około dziewiątej, o dziewiątej z czymś, razem z kolegami, z którymi byłem w Helsinkach, ruszyliśmy na przyjęcie i tu sprawy ponownie potoczyły się w nieoczekiwanym kierunku.

Zmęczenie i złość nagle wyparowały już w momencie wejścia: w drzwiach powitały nas dwie Królowe Śniegu, które doprawdy kumulowały w sobie zastygłą urodę Dalekiej Północy. Naturalnie, średniej klasy wino kalifornijskie, którego dosyć szybko wypiłem dwie, trzy lampki, dało znać o sobie i zaczęło mi się lekko kręcić w głowie. Przyjęcie naprawdę stało na bardzo wysokim poziomie. Budynek, w którym się odbywało - ratusz albo coś w tym stylu - był ogromny, z bardzo wysokim atrium z aluminium i szkła, a Finowie rzeczywiście strasznie się postarali. Łosoś i kawior były wspaniałe, homary też, a cielęcina na zimno, której w Bułgarii w drogich lokalach serwuje się tylko namiastkę, bo kucharze nie umieją jej przygotować, była dokładnie taka, jaka powinna być. O nasz dobry nastrój dbał damski big band, w którym apetyczne i przykładnie roznegliżowane Finki szarpały w przód i w tył saksofony, a inne grały na trąbkach z manierami Sachmo. Sexy. Organizatorzy przyprowadzili dzieciaki, ubrane a la święta Łucja - w oślepiająco białych szatkach i w koronach z płonących świec na głowach. Finlandia - z powodu języka, ma się rozumieć -jest jednym z najbardziej nieprzeniknionych krajów w Europie i większość Finów, jakich znam, spieszy z podkreśleniem północnej depresji i alkoholizmu jako cech konstytutywnych duchowości narodu. Zwykle chodzi o Sibeliusa. „Jak tylko słuchasz koncertu na skrzypce, masz jasność, że ten człowiek albo cierpiał na depresję maniakalną, albo był alkoholikiem”. „W praktyce w grę wchodziło i jedno, i drugie”, powiedziała mi Riita, malarka, którą spotkałem trzy lata wcześniej w Salzburgu.

Na dziedzińcu budynku płonęły pochodnie i po tym, jak porozmawialiśmy sobie nie o pracy z Brethneyem - jednym z kolegów, z którymi pracowaliśmy w Helsinkach - ruszyłem, żeby trochę rozprostować nogi w korytarzach przyjęcia.

Ponieważ zbliżała się północ, duża część ludzi była już podpita, co, nawiasem mówiąc, dotyczyło też mnie. A więc chodząc sobie po prostu z kieliszkiem w ręku po korytarzach, w którymś momencie dotarłem do niezbyt dużego pokoju, w którym młoda i sympatyczna dziewczyna razem ze starszą i też sympatyczną kobietą natychmiast mnie powitały i powiedziały, żebym został na chwilę. Nad pokojem wisiał napis „Wyślij list do siebie samego” i najwyraźniej była to jakaś kampania reklamowa YLE, fińskiej spółki radiowo-telewizyjnej. Pomysł polegał na tym, że zamiast zmuszać ludzi do noszenia ze sobą różnych broszur, CD ROM-ów itd., te dwie damy włożą je do koperty, którą ty sam zaadresujesz, a następnie one wyślą ci ją pocztą. Zabawne. Naturalnie, nie miałem żadnego zamiaru czytać czegokolwiek o YLE (moja żądza wiedzy od dłuższego czasu ograniczała się do spraw, dzięki którym zarabiam na chleb) i już miałem ruszyć z kieliszkiem w ręku, kiedy młodsza dziewczyna podeszła do mnie i stwierdziłem, że właściwe wygląda całkiem przyjemnie.

Finowie, jak już powiedziałem, to szczególni ludzie. Nie są Skandynawami, ponieważ kości policzkowe mają wysoko, tak jak u Słowian, ale nie są Słowianami, bo twarze mają bardziej okrągłe. Głupio generalizować, ale wydaje mi się, że można dość bezpiecznie powiedzieć, że Finowie pod względem etnicznym znajdują się tam, gdzie są pod geograficznym: między prostotą kształtów Skandynawii i przepełnioną fatalistycznym dramatyzmem duszą Rosji. Jeśli chodzi o dziewczynę, która stoi czterdzieści centymetrów ode mnie, łączy ona w sobie (tak mi się wydawało, ale może była to kwestia światła) całe piękno Szwecji z tym, co najpiękniejsze w Rosji. A ma nie więcej niż 19 lat. „Czym się zajmujesz, poza tym, że wysyłasz mi listy?”, pytam. „Studiuję łacinę”.

Naturalnie! Zawsze wiedziałem o tym jako o kuriozum, a teraz... Fińskie radio jest jedynym na świecie (nie ma tego nawet Radio Watykan), które nadaje wiadomości po... łacinie. Mimo że Finlandia jest małym i względnie nieznaczącym państwem, YLE jest wielką kompanią radiową, porównywalną z BBC, Deutsche Welle i innymi międzynarodowymi korporacjami rozgłośni radiowych. Ale to, co naprawdę czyni ją niepowtarzalną, są wiadomości po łacinie. I ta dziewczyna przede mną jest studentką czegoś, co dla mnie zawsze było okryte woalem misterium, czymś, do czego czułem szacunek laika, drżenie ignoranta, marzeniem związanym z mądrością Klaudiusza, rozpustą Messaliny i niewinną wiarą Lidii.

„Robią państwo jeszcze wiadomości po łacinie?”, pytam.

„Tak, oczywiście, pracuję w tej sekcji”, odpowiada dziewczyna. „Jeśli się pan tym interesuje, Profesor jest tutaj, zaraz go poproszę”.

W niecałą minutę do pokoiku, który w międzyczasie się opróżnił, wchodzi Tuomo Pekkanen, człowieczek drobnego wzrostu, w okularach, który -jeśli coś takiego w ogóle istnieje - stanowi kwintesencję tego, co cudzoziemcy myślą o Finach. Miał przejrzyste i inteligentne oczy, okrągłą twarz, przerzedzone włosy koloru blond, nienaganne maniery. „Co mogę zrobić dla Pana?”, mówi Pekkanen.

„Czy to naprawdę Pan przygotowuje wiadomości po łacinie?”, pytam, już przeczuwając, że ten wywiad w jakiś bardzo dziwny sposób wpisze się w moje rozmowy z Paavo Lipponenem, Jerzym Buzkiem i Romano Prodim.

„Naturalnie”, mówi Profesor. „Oto dzisiejsze wiadomości”, dodaje i wyciąga z kieszeni złożoną na pół kartkę formatu A4.

Po prostu nie mogę uwierzyć własnym oczom. Wydaje mi się, że jest to coś podobnego do wrażenia, jakie odczuwa wielbiciel sztuki renesansu, kiedy po raz pierwszy patrzy na Monę Lisę w oryginale. Latami tyle się nasłuchałem o wiadomościach po łacinie radia fińskiego i oto proszę, jestem tutaj trzymając w ręku dzisiejszą edycję:

De bello tzetzenico

Copiae Russorum urbem Groznyj oppugnare pergunt. Russi nuntiaverunt incolis esse ex urbe abeundum. Se illos, qui ibi mansessent, in numero terroristarum ducturos esse, quibus nihil aliud expectandum esset nisi mors. Cum occidentales nationes tales minas reprobavissent, generalis Victor Kazantsev explicavit illud ultimatum tantum ad latrones spectare. De numero civium Tzetzenorum, qui adhuc in urbe Groznyj sunt, incerti nuntii feruntur...

„Kto czyta to coś i kto tego słucha?”, pytam, wiedząc (na tyle rozumiem łacinę), że będąc martwym językiem, nie ma ona ustalonej wymowy.

„Ja”, mówi dziewczyna.

„Tak, Nina”, potwierdza Profesor. „Ma taki ładny głos. Jeśli chodzi o słuchaczy, każdy w Finlandii słuchał naszych wiadomości przynajmniej raz”.

„A kto za to płaci? Papież?”

„Jesteśmy częścią radia państwowego”, mówi profesor. „W przyszłym roku z pewną firmą turystyczną urządzamy wycieczkę autokarową po Helsinkach z przewodnikiem po łacinie. Będzie się nazywać Helsinki Express Mirabilia Urbi”.

Podczas gdy nalewam sobie jeszcze wina - już siedzimy na dwóch krzesłach w końcu najbardziej bezludnego korytarza i próbuję wydobyć z zakamarków pamięci całą moją skromną wiedzę z łaciny, jaką kiedykolwiek posiadałem - do głowy wkrada mi się następujący szalony pomysł. Mówię Profesorowi o Koprinie, o Bucewie, o Gogo, i o Ralicy. Mówię mu o Panczarewie, o Saszo Chadżipetrowie, o Pepie, o Jacquesie Chiracu i Gerhardzie Schroederze, i o Milenie. Mówię, że obiecałem napisać gwiazdkowe opowiadanie. Przyznaję, że nie mam ani czasu, ani pomysłu. Mówię mu, Cras amet qui numquam...

„No tak, oczywiście”, odpowiada Profesor i upija łyk wina. „Pervigilium Veneris” (Bezsenność Wenery) - anonimowe, trzeci wiek, było bardzo popularne i nawet istniała pieśń z tym tekstem”.

Czy pozostaje mi coś innego, jak podziękować Tuomo Pekkanenowi za najpiękniejszy gwiazdkowy prezent, jaki kiedykolwiek dostałem?

TEN, KTO NIGDY NIE KOCHAŁ,
POWINIEN JUTRO KOCHAĆ,
TEN, KTO JUŻ KOCHAŁ, TEŻ
POWINIEN JUTRO KOCHAĆ.

1999


Tłumaczyła Elżbieta Solak

ANTONI GEORGIJEW (1963). Od 1989 mieszka w Danii. Po wyjeździe z Bułgarii pracował w BBC i Radiu Wolna Europa. Od 1996 pracuje jako dziennikarz i fotografik w Kopenhadze. Prezentowane opowiadanie jest fragmentem książki pt. „Europa, Europa”, która ukaże się pod koniec tego roku.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas