poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ATANAS SŁAWOW
Kawiarnie literackie. Bambus
DL 2000, nr 9/10 (167/168)

Poniższy tekst jest fragmentem książki: „S tocznostta na prilepi” („Z precyzją nietoperzy”). Są to wspomnienia, rodzaj artystycznej i duchowej biografii Atanasa Sławowa. Autor należał do grona twórców, którzy w okresie odwilży z dużą nadzieją i zaangażowaniem włączyli się w procesy transformacyjne rodzimej kultury. Sławow i jego przyjaciele nie wyobrażali sobie, że jedynym sposobem na istnienie w kręgu literatury miałoby być korzystanie z formuł proponowanych przez Żiwkowa - stale i chętnie przemawiającego do pisarzy. Z tych i wielu jeszcze innych powodów zdecydował się na exodus z ojczyzny i los emigranta. Wspomnienia zaczął spisywać po angielsku na początku lat siedemdziesiątych. Później dla potrzeb radia Wolna Europa przetłumaczył je na bułgarski. Ta wersja ukazała się w Paryżu pod tytułem „S trewa obrasli” („Porośnięte trawą”). W Ameryce ukazały się w pierwotnej wersji, a w ojczyźnie pisarza (pełna wersja) dopiero w 1992 roku.

Na samym początku lat sześćdziesiątych dało się odczuć swoiście bezgłośną (by nie powiedzieć tajną) poprawę sytuacji. Istniała już bułgarska flota handlowa, która z powodzeniem odbywała czarterowe rejsy po całym świecie. Jej kapitałem, za pośrednictwem naszych banków, obracano na trzech kontynentach. Powstawało wiele międzynarodowych spółek z bułgarskim udziałem, których liczba przewyższała ilości znane „wielkiemu bratu”. Kontakty nawiązano nawet z chińskimi przywódcami, na wypadek gdyby trzeba było pomóc bronić naszych nowych zdobyczy.

Oczywiście z daleka zalatywało to źle tuszowaną chłopską obłudą, którą partyjne przywództwo uznało za szczyt przebiegłości, więc długo to nie przetrwało. Niezależnie od tego, w owych latach całe środowisko artystyczne mobilizowało siły, czuło się oznaki liberalizacji, łatwiej było publikować i w ogóle kraj wyglądał na bogatszy i szczęśliwszy, niż był w rzeczywistości. Na półki sklepowe znowu wróciły towary z całego świata. Towarzyszył temu znaczny rozwój turystyki. Zaczęły się pojawiać małe prywatne restauracyjki i kawiarenki przy międzynarodowych trasach turystycznych. Od domku letniskowego, w którym mieszkałem po drugim rozwodzie, do centrum miasta - czyli trasie liczącej dziewięć kilometrów - naliczyłem jedenaście lokali, otwartych do rana. Niektóre z nich były drogimi barami, inne tanimi wiejskimi knajpkami, jako że połowa tego odcinka drogi znajdowała się poza granicami miasta. Jednym słowem Sofia na krótko zaczęła przypominać miasto z końca lat trzydziestych, gdy była u szczytu swojego rozkwitu.

Jednym z nowo otwartych - jeśli się nie mylę jeszcze w 1956 roku lokali - była kawiarnia Teatr Narodowy, ale tej nazwy nikt nie używał, chyba że chodziło o przesłanie pieniędzy na taki adres, mających wesprzeć jakiegoś głodującego poetę. (W kawiarni było znacznie łatwiej go odszukać, niż pamiętać kto i gdzie koczuje w mieście w tanich mansardach).

Bar był ozdobiony prętami bambusa i właśnie od nich wzięła się nazwa miejsca, które na dobre i złe pozostanie w historii bułgarskiej literatury. Kawiarnia Teatr Narodowy istniała w tym samym miejscu przed wojną i wtedy był to elegancki wytworny lokal, w przeciwieństwie do Bambusa, który od początku przypominał duszną literacką dżunglę, porośniętą zdziczałymi pędami nowych radykalnych idei, rozbrzmiewającą nieprzyzwoicie głośnymi krzykami dyskutujących. Jednym słowem nowa nazwa wydawała się odpowiedniejsza.

Otwarcie odbyło się 24 maja - która to data miała dla kawiarni literackiej wydźwięk symboliczny nie tylko dlatego, że święci Cyryl i Metody są patronami święta piśmiennictwa, ale również dlatego, że dla nas zawsze był to dzień tryumfu wyjątkowo niepowtarzalnej idei, którą sprezentowaliśmy światu. W końcu chodziło o prawo narodu, nawet najmniejszego, do czytania Pisma Świętego nie tylko w świętych językach łacinie, grece i hebrajskim, lecz także we własnej mowie i na swój niepowtarzalny sposób. Teraz „prawowierni” mieli „nową ewangelię” - ewangelię marksizmu - i znów pojawił się problem: czy będziemy ją czytać po rosyjsku, czy bułgarsku.

Oczywiście kierownictwa lokalu nie obchodziły nasze kulturalne priorytety odnośnie Rosjan, których przed jedenastoma wiekami nauczyliśmy czytać i pisać. Z praktycznych powodów zrobiono wszystko, co się dało, aby otwarcie odbyło się w ten, a nie inny dzień. Uczestnicy pochodu z okazji 24 maja po przejściu obok mauzoleum Dymitrowa, rozchodzili się nie gdzie indziej, jak właśnie przed Teatrem Narodowym. Każdy wtedy rozglądał się za miejscem, gdzie można byłoby wychylić kielicha, zanim nieodwołalnie przyjdzie wracać do domu. Tamtego roku na chodniku czekało dziesięć stołów otoczonych nowymi, nie skalanymi jeszcze przez żywego poetę krzesłami, gotowych na przyjęcie tłumu. Biel obrusów zachęcała do biesiadowania. Krótko mówiąc: skoro był to dzień poetów, pisarzy i działaczy kulturalnych, właśnie oni po manifestacji w porze obiadowej dowlekli się do placu i zapełnili kawiarnię, z której już nigdy dobrowolnie nie mieli się wynieść.

We wczesnych godzinach poobiednich drugi stolik, licząc od rogu, był zajęty przez niezwykle oryginalną grupę pisarzy. Georgi Dżagarow (najbardziej kontrowersyjna postać z okresu chruszczowowskiej „odwilży”), Mitko Grigorow (członek komitetu centralnego partii komunistycznej, odpowiadający za sprawy sztuki i kultury) i aktor Stefan Gecow (który w tamtym czasie szybko robił karierę niezastąpionego mistrza ról partyjnych supermenów o królewskiej posturze i głosie określanym mianem „czekoladowy baryton”). Dżagarow - w tamtych czasach był jeszcze uznawany za bohatera kawiarnianego środowiska i wiedziano, że właśnie on przyprowadził Mitko Grigorowa (ten ostatni, jako że należał do partyjnej konserwy, z pewnością nie przyjąłby zaproszenia, gdyby przewidział jak potoczą się losy Bambusa). Tak czy inaczej byli tam i popijali pod sałatkę z kapusty, świeżej cebuli i jajek skropionych oliwą i octem, duże rakije. Na chodniku, na oczach tłumu. Goście siedzący wewnątrz, nie zwracając uwagi na to co działo się gdzie indziej, od wczesnego poranka eksperymentowali, jaki jest najlepszy sposób usadzenia dziesięcioosobowego towarzystwa przy stoliku czteroosobowym w boksach wyściełanych miękkimi siedzeniami, ale teraz za ogromnymi otwartymi oknami zastanawiano się, czy odwiedziny Mitko Grigorowa w tym miejscu sygnalizują, że zapali się zielone światło na drodze do demokratyzacji kultury. Mitko dopił swoją rakiję i powiedział:

- Niestety, na mnie już pora!

Na co w odpowiedzi odezwał się duet:

- Bardzo dziękujemy, towarzyszu Grigorow!

Wszyscy trzej wymienili uściski i po sekundzie Dżagarow z Gecowem tryumfalnie wkroczyli do baru.

- Zielone światło zapalone! Teraz nie ma już co wątpić! - Optymiści zamawiali jeszcze po jednym i - Boże! - jak wszystko wokół wypiękniało.

*

Plac przed Teatrem Narodowym bił na głowę urodą wszystkie miejsca w mieście. Bambus znajdował się na parterze bardzo starej kamienicy w stylu fin de siecle - w tamtych latach zamienionej na hotel wojskowy. (Jeśli się nie mylę, należał do rodziny Gendowiczów. Chyba słyszeliście o Gendowiczu - pierwszym właścicielu kinematografu w Bułgarii). Plac był wybrukowany żółtą kostką pamiętającą czasy panowania cara, o którą mieszkańcy Sofii bardzo dbali nie z powodu tęsknoty za carem, ale dlatego, że im się podobała. Perspektywę placu zamykała biała kamienna fasada Ministerstwa Obrony, a z prawej strony wznosił się, utrzymany w wiedeńskim stylu empire, purpurowy budynek Teatru Narodowego. Z lewej - rozpościerał się najstarszy park stołeczny - porośnięty osiemdziesięcioletnimi platanami, lipami, kasztanami i wierzbami za rzędami perełkowców japońskich - rzadkich drzew górujących nad placem swoimi sennymi listkami unoszącymi się jak zielony obłok nad chodnikiem z przeciwnej strony. Było to spokojne miejsce, odizolowane od głównego potoku ruchu ulicznego, choć znajdowało się w samym centrum miasta i gdy stoliki zapełniały się, goście wynosili z baru napoje i siadali na żelaznym drążku opasującym park w cieniu perełkowców. Zimą Hrabia (skromny artysta grafik z Płowdiwu) milcząco przyglądał się ogołoconym z liści drzewom parkowym z okien kawiarni i dni mijały jeden po drugim, dopóki w końcu nie powiedział: „perełkowce puszczają pączki!”.

To oznaczało, że nadszedł czas wysiadywania przy stolikach rozstawionych na chodniku i medytowania w rytm wolno toczącego się lata. W szparach między żółtymi kostkami bruku pokrywającego plac wschodziła wątła trawka. Dorożki od dawna już nie turkotały podjeżdżając pod teatr i niczym ich nie zastąpiono. Parkowanie na placu było zabronione.

Przyjaciel sofijskich poetów, adwokat Tonczo Kożucharow w przerwach swoich służbowych podróży kręcił się dzień, dwa przy wystawionych na-chodniku stolikach. Wyróżniała go z tłumu lwia grzywa opadająca na ramiona, niecenzuralny język i goździk w butonierce marynarki. Mówiono, że gdy był prokuratorem, zmuszano go do oskarżania niezgodnie z prawem starych komunistów w czasie sfingowanych procesów stalinowskich, więc podarł legitymację partyjną. Znał i kochał literaturę nad życie tak, że nawet odstąpił przyszłemu prezesowi Związku Literatów, Dżagarowowi, (w okresie gdy jeszcze walczył o liberalizację literatury bułgarskiej) pomysł na jego antystalinowską sztukę „Prokurator” przy jednym ze stolików Bambusa.

Pamiętam jak pewnego razu poddając się niebiańskiemu działaniu rakiji zwierzał się: „Nie będzie mi żal umierać, chłopcy! Oby tylko Staruszek Bóg pozwolił mojemu wzrokowi przysiąść na listku nad obrusem jak temu wróblowi! Nie ma nic lepszego niż przyglądać się jak popijacie i bawicie się!”

Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, że Bambus zostanie bezterminowo zamknięty i wszyscy go przeżyjemy.

Pory roku wolno się zmieniały i w końcu Hrabia oznajmiał: „Opadają liście z perełkowców”.

To oznaczało, że nieodwołalnie należało wynosić się z ulicy.

Wewnątrz było ciepło i przytulnie. Wakacje się skończyły, nikogo już nie brakowało: kurwy wróciły znad morza - wspaniała Kawiarniana rodzina wspólnie żartująca, spierająca się, nie stroniąca od kłótni, częstująca się wzajemnie znów była razem, a dziewczynki cierpliwe czekały, aż wreszcie jakaś zmęczona dusza z naszego grona zamówi jedną porcję taniej miłości na wynos.

Dziewczyny były dobre i potulne: żadna nie brała więcej niż pięć, dziesięć lewa. Gdy milicja w trakcie kolejnej akcji oczyszczania miasta je dopadała, wyglądały naprawdę bardzo żałośnie. Była wśród nich jedna nierozgarnięta grubaska. Pamiętam, jak kiedyś pojawiła się z grubą teczką pod pachą i położyła ją przed sobą na stoliku.

Pewnie sądziła, że w ten sposób zostanie uznana za poetkę, czy coś w tym stylu. Tonczo zamówił jej następną kolejkę koniaku i choć normalnie brylował inteligencją, ta sprawa z teczką wydawała mu się niezbyt jasna. Zapytał ją więc, o co chodzi z tymi teczkami. Zaczerwieniła się, ale uparcie trzymała się swojej wersji:

- To są rękopisy pewnej młodej poetki - przyjaciółki. Dała mi je do przejrzenia.

- Co? - Oczy Toncza omal nie wyskoczyły z orbit.

- Co się tak dziwisz! - powiedziała dziewczyna. - Ostatnio w kraju sporo się pisze.

Tarzaliśmy się ze śmiechu. Bawiła nas powaga, z jaką grała swoją rolę. Wyglądało na to, że strasznie się przejmuje epidemią grafomanii. A teraz zadaję sobie pytanie: dlaczego właściwie tak nas to śmieszyło. Czyjej nawyk noszenia ze sobą tej teczki nie przytrafiał się też wielu z nas - początkujących pisarzy? A dokładnie: czy nie tuszował uprawianej przez wielu z nas intelektualnej prostytucji.

*

W pierwszych dniach lutego 1960 roku po ulicach szalały ostre, lodowate wichury. Jedna z takich burz szczególnie zapadła mi w pamięci. Podmuchy wiatru były tak silne, że nie mogłem otworzyć oczu, bo lodowate igły kłuły mi twarz. Z kłopotami dotarłem i wreszcie zauważyłem smugi światła z Bambusa odbijające się na chodniku.

Otrzepałem płaszcz ze śniegu. Okna były pokryte lodem (świat za szybami wyglądał strasznie). Tłok, gwar, dalekie od świeżości zapachy. Hrabia od stolika kiwnął w stronę baru. Był lekko obrzękły od wina i ciemnoczerwona twarz przypominała trochę świeżą wątróbkę.

- No wchodź! Czego szukasz na dworze? Śnieg cię zasypie.

- A na co wy liczycie? - zapytałem. Burza z pewnością zaskoczyła ich z rana i od tamtej pory nie wychylili nosa ze środka.

- Kto? My? - zapytał Hrabia. - Przezimujemy tutaj jak Papanin i spółka (1) na biegunie.

Było jeszcze wiele lepszych i gorszych lokali, w których zbierali się pisarze i artyści: Savoy, Klub Dziennikarzy, Bułgaria, Restauracja węgierska. I mnóstwo innych. Żaden nie dorównywał Bambusowi. W żadnym miejscu na metr kwadratowy nie przypadało tyle bohemy, w żadnym miejscu nie notowano takiej produktywności idei, czy w końcu nigdzie nie koegzystowały ze sobą taka dawka głupoty i wigoru.

I najlepiej jeśli zostawimy w spokoju kurz pokrywający meble, przyjaciół, kurwy i kelnerów (od których pożyczaliśmy pieniądze i którym dedykowano tomiki poezji) i zajmiemy się tymi wielkimi bywalcami kawiarni, którzy na stałe zapisali się w naszej pamięci.



Tłumaczyła Celina Juda

(1) Mowa o radzieckim badaczu polarnym, który w latach 1937-38 kierował pracami pierwszej w świecie stacji badawczej na dryfującej krze lodowej w Arktyce. W zespole pracowali też Krenkel, Fiodorow i Szirszow.

ATANAS SŁAWOW urodził się w Sliwen w 1930 r. Ukończył anglistykę. Przez dziesięć lat pracował jako asystent na Uniwersytecie Sofijskim (1961-71). Równocześnie w latach 1966-76 był zatrudniony w Instytucie Sztuki przy Bułgarskiej Akademii Nauk. W latach siedemdziesiątych współtworzył i aktywnie uczestniczył w pracach międzynarodowego zespołu do badań nad metryką wiersza słowiańskiego (przy Instytucie Badań Literackich PAN). W połowie lat siedemdziesiątych wyjechał na stypendium naukowe do Nowego Jorku. Pozostawał na emigracji do lat dziewięćdziesiątych. Pracował w radiu Wolna Europa, BBC i Głosie Ameryki. Współpracował z centrami zajmującymi się badaniem problematyki kultur krajów Europy Wschodniej. Jest między innymi autorem wierszy, prozy fantastycznonaukowej, książek dla dzieci, prozy wspomnieniowej. Z prac naukowych opublikowanych po wyjeździe z Bułgarii do ważniejszych należy zaliczyć: »The „Thaw” in Bulgarian Literature« (1981), w której próbował zweryfikować stanowiska i uproszczoną, zideologizowaną wersję zjawiska, prezentowaną w oficjalnych podręcznikach bułgarskich.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas