poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
WIKTOR PASKOW
Big biznes (fragmenty)
DL 2000, nr 9/10 (167/168)

...sterczałem na moście Aleksandra, patrzałem na skrzydlate złote konie, po komunistycznemu rozpędzone ku skrzydlatej przyszłości, plułem do Sekwany. Dołem przepływały stateczki, oblane różnobarwnymi światłami i pełne beztroskich turystów. Reflektory całowały niebo. Muzyka, śmiech, dźwięki, mężczyźni, kobiety... Paryżanie zachowywali się jak motyle. Postanowiłem nadać swojemu przyszłemu synowi imię „mostu Aleksandra”. Żeby był wesoły jak ten most, a nie taka oferma jak ojciec. Kiedy dorośnie, opowiem mu, jak gotowałem fasolę dla milionera. Moralny przykład. Nie, stanowczo nie nadaję się do big biznesu. Nie nadaję się i już! Ruszyłem powoli mostem, minąłem Grand Palais, Petit Palais, była tam wystawa Picassa i ogromne tłumy Amerykanów z tymi ich... ależ ja byłem wściekły na wszystkich Amerykanów!

Żeby ten cały Koleff nadawał się chociaż na temat opowiadania, ale skąd! Cały tłum pisarzy już go opisał - od Renesansu po dziś dzień, to gdzie się będę pchał?

Wszystkiemu winna była depresja twórcza w połączeniu z tym idiotycznym milionerem, który z kolei łączył się z moim życiem wolnego artysty w Paryżu, które ze swej strony łączyło się z depresją twórczą... o rety, dość!...

Masz swoje Rio! - dumałem z goryczą w metrze unoszącym mnie do Boissy. - Hawaje, hacjendy!

W metrze było prawie pusto. Spróbowałem się zdrzemnąć, ale jak tu drzemać z taką wściekłością w brzuchu. Przypomniał mi się wiersz Eliota o metrze, jak wszystko pogrąża się w mroku, ten Eliot wiedział, co pisze.

... i jeszcze to „Paskou, Paskou”! - rozzłościłem się. - Czy nie może mówić do mnie Pasków, jak ludzie? Dlaczego mu nie zwróciłem uwagi? Dlatego, że brak mi charakteru. Sztuka wymaga indywidualności... charakteru... ofiar...

- Ofiara Ceauşescu! Ofiara Ceauşescu! Panie i panowie, litości dla ofiary Ceauşescu! Ogarnęła mnie wściekłość!

Myślcie sobie, co chcecie, ale nie cierpię metra. Tylko oni sprawiali, że dawało się w nim wytrzymać - ci z gitarami i bez gitar, deklamujący, śpiewający, wyczyniający magiczne sztuczki i uczciwie zarabiający na chleb!

Od chwili upadku komunizmu metro wypełniło się ofiarami Ceauşescu. Ofiary Ceausescu nie umiały ani śpiewać, ani deklamować, ani wyciągać gołębi z rękawa. Przebierali się jak bohaterowie z filmu o Drakuli, okrywali łachmanami, malowali sobie wory pod oczyma. Pod pachą trzymali apatyczne, blade dzieciaki, które od czasu do czasu wydawały pisk, ponieważ ofiary Ceausescu potajemnie je podszczypywały, tacy byli z nich wirtuozi nędzy, laureaci rozpaczy!

Szloch, wydawany przez ofiary Ceausescu, pobrzmiewał fanatycznym profesjonalizmem.

Mordercy stylu! Rabusie tradycji! Kto im pozwolił tak paskudzić moją codzienność?

Wypędzili z metra skrzypków, grających Brahmsa. Wypchnęli staruszków z katarynkami. Wyrugowali kloszardów z omszałymi wąsami. Przepędzili łagodnych hinduskich jogów, dumnych Murzynów Bantu, zombie, akrobatów, żonglerów, połykaczy ognia, wtargnęli ze swoją nikomu niepotrzebną rewolucyjną agresywnością, wprowadzając atmosferę przerażenia, nerwowe tiki, płacz i zgrzytanie zębów - apokalipsę - piekło!

O żeż wy, ofiary Ceausescu!

Ten był w moim wieku. Koło czterdziestki. Zgarbiony, odziany w worek. Pod workiem piżama z podartymi nogawkami. Przez dziury widać było cienkie, owłosione nogi, zalane od góry do dołu keczupem. Jasne! Ceauşescu krajał go piłą.

Ja jednak pracowałem przez trzynaście lat w niemieckiej operze i przez trzy lata w bułgarskiej kinematografii. Wiem, do czego służy keczup. Nie ze mną takie numery!

- Ofiara Ceausescu, monsieur! - niemal wsadził mi w nos swoją brudną łapę. Wstałem. Zmierzyłem go od stóp do głów lodowatym spojrzeniem (jakim powinienem był

zmierzyć Koleffa!), uśmiechnąłem się okrutnie, drwiąco (tak powinienem się był uśmiechnąć do Koleffa) i wyartykułowałem dobitnie:

- Ofiara Todora Żiwkowa! Cisza.

Wszyscy na nas patrzyli. Kołysaliśmy się tuż obok siebie, nie dotykając się. Metro wpadało to do jednego, to do drugiego tunelu.

Jego twarz znieruchomiała. Stała się jak z drewna. Patrzał na mnie bez jednego mrugnięcia. Wzrok mu pociemniał, jakby obserwował chiński wazon, magnolię czy co tam jeszcze. W kąciku oka pojawiła się łza. Wezbrała, urosła. Oderwała się. Spłynęła po policzku, żłobiąc rowek w szarej szmince i różu. Oddychał ciężko.

- Bracie... - odezwała się ofiara czystą bułgarszczyzną. - Bracie! - otworzyła ramiona, po czym nastąpiły takie uściski i całusy, jakbyśmy rzeczywiście byli braćmi. Z aż takim wybuchem uczucia nigdy się dotychczas nie spotkałem... i w ogóle obiekt uczucia ze mnie marny, więc tym bardziej... Byłem tak zaskoczony, że bez protestu pozwalałem się ściskać!...

Metro zatrzymało się. Pociągnął mnie za rękaw. Moja wola była sparaliżowana.

- Skąd znasz bułgarski? Nie jesteś Rumunem?

- Jestem Bułgarem - powiedział. Żółte światło oblewało jego upaćkaną szminką twarz. Absolutna groteska, bohater bajki Charlesa Perrault. - Bułgarem, słyszycie? - zamachał pięścią za oddalającym się pociągiem. - Dawno tu jesteś?

- Dwa tygodnie... - skłamałem, nie wiem dlaczego.

- Toś świeżutki... Nie powinieneś chodzić w tych ciuchach. Nie masz czegoś lepszego? -przyjrzał mi się jak tamta hiszpańska portierka.

- Nie są dobre?

- Są za dobre... Nie zarobisz złamanego franka. Weź je złachaj, wyszmelcuj, zrób jaką dziurę... żebyś wyglądał jak człowiek! Widać, żeś jeszcze zielony... - pociągnął mnie do barku. - Aleś mi zrobił radochę! Ofiara Todora Żiwkowa, słyszeliście, ludzie? - wykrzyknął do podążających pasażerów, wskazując z dumą na mnie. Zaczęli podążać jeszcze szybciej.

Pierwsze dwa piwa wypiliśmy duszkiem. On stawiał. Miał dzisiaj fart. Zarobił sto franków.

- Tu w metrze jest nas z Bułgarii dziesiątka... - perorował. - Kirczo, Ślepy Wanczo, Hrabia... wszyscy z drużyny Ceauşescu. Daj fajkę. O, widzisz? - przerwał sam sobie. - Palisz „Marlboro”. A powinieneś „Gitanes”y bez filtra. Skoro palisz „Marlboro”, to znaczy, że jesteś przy forsie. Nie zarobisz ani frania. Masz forsę?

- Nie mam - skłamałem po raz drugi, nie wiem dlaczego. W kieszeni parzyło mnie sto franków.

- Jak będziesz miał, skoro palisz „Marlboro”? - podsumował logicznie. - Gdzie nocujesz? Skłamałem trzeci raz! Nie wiem, dlaczego. Opowiedziałem mu całą historię - a co, nie stać mnie? - a mianowicie, że nocuję w piwnicy jednego kumpla, który jest kuzynem mojego szwagra i pisarzem. Ten pisarz ma żonę Francuzkę, a ta żona jest doktorem... co ci zresztą będę tłumaczył. No i załatwił sobie fantastyczny biznes: pisze biografię jakiegoś milionera, ten go wozi ze sobą na Hawaje, do Nowego Jorku i Rio, żeby wczuł się w atmosferę jego życia. Potem obsypie go forsą. A ja śpię w jego piwnicy. Ze szczurami.

- Ty to nazywasz biznes? - prychnął pogardliwie Mirczo (bo tak on miał na imię). - Głupi jesteś i tyle. Przecież ten milioner-jeśli rzeczywiście jest milionerem - może sobie kupić jakiego chce pisarza: amerykańskiego, angielskiego, francuskiego! Pierwsze słyszę, żeby jakiś milioner chciał sobie kupić bułgarskiego pisarza. Milioner obejrzy go, posłucha, a potem da mu takiego kopa, że twój pisarz wyląduje na głównym placu Sofii. Co ty w ogóle wiesz o pisarzach?

- Nic - wyznałem. - Ten pisarz jest jedynym, jakiego znam. Ja jestem śpiewakiem, śpiewałem w operze, (Półkłamstwo: śpiewałem w operze, ale nie w sofijskiej, na jej nieszczęście.)

- Słuchaj, stary. Fajny z ciebie chłop. Patriota. Pierwszy raz widzę takiego patriotę jak ty. Ofiara Todora Źiwkowa, no, no! Ale z drugiej strony jesteś ciężki frajer. Dlatego ci stawiam. Ja, bracie, dobrze znam bułgarskich pisarzy. W Sofii jeździłem na taksówce. I nie powiem ci, ilu bułgarskich pisarzy mi w tej taksówce rzygało. Bułgarskich pisarzy interesuje tylko jedno: popić, pojeść i pisać, że komunizm to raj. Przepraszam, teraz już nie piszą, że raj, tylko że gówno. I to jest ich biznes. A ten twój kumpel to gnojek. Jak on się nazywa?

- Wiktor Pasków - odparłem nieśmiało. Sprzykrzyło mi się kłamać.

- Co takiego? Pasków? - wybuchnął Mirczo. - Czy wiesz, ile razy go woziłem z klubu pisarzy do rezydencji Todora Żiwkowa?

Zbaraniałem. Kogo woził, mnie???

- Popatrz, popatrz... Znaczy ożenił się z Francuzką? Pewnie jakaś pokraka. -No, nie...

- Pokraka, pokraka! - przekonywał mnie. - Już ja swoje wiem! On był pierwszym pieskiem Żiwkowa. Kupę szmalu od niego zakosił za pisanie biografii... I według ciebie to ma być pisarz? Taki tłusty, łysy, z zezem?

- ... kurdupel.. beztalencie... gnój!

- ... dupek... tajniak... sukinsyn!

- ... lunatyk... syfilityk... kleptoman!

Przez pewien czas obrabialiśmy Wiktora Paskowa i nasza wzajemna sympatia rosła. Opiliśmy się piwem jak bąki. Opowiedziałem mu, że ten mój pisarz może i jest strasznym łajdakiem, ale kucharzy pierwsza klasa. Oni wszyscy znają się na żarciu, stwierdził Mirczo. Znam ich. Bankiety, rezydencje, kobitki - w pale się nie mieści! Girlandy, konfetti, kurwy, kawior, whisky, a moim sierotom ledwo starcza na chleb i dlatego ich tata musiał tutaj przyjechać... -omal się nie rozpłakał. - Rzuć go w diabły. Znajdziemy ci dobry karton i będziesz spał razem z nami w metrze. Masz przecie swoją dumę, nie? Jakżeś to mówił? OFIARA TODORA ŻIWKOWA! Niech cię uścisnę, jesteś bomba...

- A ty czemu mówisz, że jesteś ofiarą Ceauşescu?

- Bo na Żiwkowa nikt się nie weźmie! Ty jeden jesteś patriotą. Podczas gdy Ceausescu to biznes. Zobacz - wyciągnął garść pogniecionych banknotów i podsunął mi je pod nos. -Powąchaj! Zobacz, jak ładnie pachnie Ceauşescu. To jest za przeproszeniem dyktator... podczas gdy ten nasz to menda. Możesz przez rok jeździć metrem i krzyczeć że jesteś ofiarą Todora Żiwkowa - Nawet na ciebie nie spojrzą. Zdechniesz z głodu. Podczas gdy Ceausescu - wieczny mu odpoczynek - zawsze cię nakarmi, i to nieźle. Wszyscy to wiedzą.

Łyknął piwa i całkiem się rozrzewnił:

- Niech ci ziemia lekką będzie, Ceausescu, i żeby cię w cholerę nagła krew zalała.


Tłumaczyła Hanna Karpińska

WIKTOR PASKOW - ur. 10. IX. 1949 w Sofii. Debiutuje wierszami w czasopiśmie „Rodna ręcz” (1964). W roku 1986 ukazuje się zbiór nowel „Newrystni ubisjstwa” („Niedojrzałe zabójstwa”), gdzie autor prezentuje się jako ukształtowana już osobowość literacka. Rok później ukazuje się „Bałada za Georg Henich” „(Ballada o Georgu Henichu”) - niewątpliwe wydarzenie literackie. Powieść o mistrzu Henichu, starym czeskim lutniku, który w glorii sławy przybył do Bułgarii jeszcze przed I wojną światową, a umiera w 1960 r., jest opowieścią o różnych światach i systemach, w których temu człowiekowi przyszło żyć przede wszystkim jest literackim wskazaniem na rolę sztuki i miłości jako sensu życia człowieka. Prawda, dobro i piękno, ta platońska triada zawiera się w całym życiu starego Heni-cha. Poetycka i pełna muzycznej ekspresji narracja stanowi także o wartości „Ballady”, przetłumaczonej na wiele języków.


W 1991 ukazują się „Cij Kuk” („Cij Kuk”), a w 1994 „Germanija, mrysna prikazka” („Niemcy - brzydka bajka”). Wiktor Paskow jest także autorem scenariuszy filmowych.
Przedstawiony wyżej fragment pochodzi z ostatniej powieści Paskowa „Big biznes” [w:] „Literaturen formum” nr 26, 1991.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas