poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Koniec epoki. Jerzy Giedroyc 1906-2000
DL 2000, nr 9/10 (167/168)

„…Mam poczucie zmarnowanego życia - zwierzał się Jerzy Giedroyc w spisanych przez Krzysztofa Pomiana wspomnieniach, które ukazały się w roku 1995 nakładem „Czytelnika” pt. „Autobiografia na cztery ręce” - Mówię nie o ambicjach, ale o życiu czysto osobistym. Wszystko, co zrobiłem, zrobiłem kosztem życia osobistego, którego nie mam. Bywa to niekiedy dokuczliwe. Przypuszczam jednak, że nie umiałbym żyć inaczej”.

Poczucie zmarnowanego życia przy jednoczesnym przekonaniu, że udało się jednak sporo dokonać mimo oporu materii. Pokonywanie tego oporu to była dla Giedroycia właśnie polityka, której poświęcił się już w czasach przedwojennych. Polityka rozumiana jako działanie w interesie państwa mocnego, umiejącego ułożyć sobie stosunki z sąsiadami, bo szanującego prawa mniejszości narodowych. Idea takiego państwa przyświecała Giedroyciowi także po wojnie, państwa co prawda nie istniejącego, idealnego, ale możliwego w przyszłości, choć z coraz większą goryczą dawał ostatnio wyraz swemu rozczarowaniu do Polski posierpniowej. Dla tej przyszłości warto było jednak kiedyś, zaraz po wojnie, podjąć się kształtowania państwowotwórczej świadomości Polaków. Taki był cel zasadniczy „Kultury”!

„…Pod koniec pobytu w Rzymie naszą najważniejszą sprawą stała się »Kultura« - wspomina Giedroyc która w związku z tym zmieniła formułę: z kwartalnika stała się miesięcznikiem, a z pisma literackiego - pismem wszechstronnym, przeznaczającym wiele miejsca na politykę i sprawy społeczne”.

Kultura według Giedroycia to również kulturalne uprawianie polityki, czyli inaczej mówiąc kultura polityczna. Dlatego miał wiele zrozumienia i szacunku dla osób o innych przekonaniach i poglądach, jeśli tylko umiały one używać argumentów logicznych, i dlatego tak go irytował w politycznych działaniach chaos, bezmyślność i brak kultury właśnie, ograniczające w rezultacie ich skuteczność. Nie tolerował więc nigdy zaciekłej postawy antypeerelowskiej, a ostatnio postawy lekceważenia wszystkiego, co „postkomunistyczne”, z prezydentem włącznie, wiązał nadzieje z politycznymi przełomami w Polsce Ludowej, wbrew opinii londyńskiej emigracji, co więcej - żywił uznanie dla partyjnych rewizjonistów i zawiódł się, jak wiemy, na działaczach „Solidarności”, którzy nie potrafili wykorzystać szansy, jaką dawał fakt, że był to ruch społeczny o znaczeniu światowym.

Tolerancja, szacunek dla inności były również widoczne w stosunku Giedroycia do literatury. Zarówno na łamach pisma, jak i w Bibliotece Kultury ukazywały się dzieła, które nie zawsze odpowiadały gustom samego Giedroycia. Gusta miał zresztą raczej tradycyjne, ukształtowane na literaturze Młodej Polski. Lubił Źeromskiego jako autora „Róży”, „Urody życia”, „Dumy o hetmanie”, „Nawracania Judasza”, lubił prozę Micińskiego, cenił Berenta, choć z pespektywy czasu przeszkadzał mu zbyt młodopolski język. Najbardziej odpowiadała mu forma dziennika.

„Wiem, że moja predylekcja dla dziennika jako formy - wyjaśniał - bierze się z tego, że jest on otwarty na treści publicystyczne. Ale bierze się i z tego, że dziennik na nich nie poprzestaje, lecz włącza je w bardziej różnorodną całość, co pozwala uniknąć nudy i zyskać większą liczbę czytelników”.

Nie będzie chyba przesadne twierdzenie, że bez Giedroycia nie byłoby ani Gombrowicza, ani Stempowskiego, ani Herlinga-Grudzińskiego - jako autorów diariuszy, które weszły na stałe do kanonu literatury europejskiej. I nie byłoby wielu innych, znakomitych pisarzy i publicystów, by wymienić chociażby Andrzeja Bobkowskiego czy Juliusza Mieroszewskiego.

W historii literatury polskiej zapisał się Jerzy Giedroyc jako jeden z najwybitniejszych, obdarzonych niebywałą intuicją, wydawców. Charakterystyczne, że sam mało pisał na łamach „Kultury”, jeszcze mniej podpisywał swoim nazwiskiem, ale jest zarazem autorem tony listów do swych licznych współpracowników, których krąg znacznie się w ciągu lat poszerzał. Listy te mają nieprzemijającą wartość dokumentalną. Pisanie listów - to też jedna z form wyrażania szacunku dla innych. Niestety, coraz bardziej zanikająca we współczesnym świecie.

Redaktora, bo tak powszechnie mówiło się o Wielkim Samotniku z Maisons-Laffitte, poznałem latem 1988 roku, kiedy jako nowy współpracownik „Kultury” (zacząłem drukować na jej łamach w roku 1987 pod pseudonimem Mikołaj Ruszkowski) znalazłem się w siedzibie pisma. Rozmowy, a raczej dyskusje z Jerzym Giedroyciem to były chwile niezapomniane. Uderzała mnie wielka znajomość spraw krajowych i wielkie dla nich zainteresowanie. Pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych Giedroyc pisywał do mnie dość często, wypytując o szczegóły życia kulturalnego w Krakowie, oraz komentując te wydarzenia, o których słyszał. W liście z 24 lipca 1989 pisał:

Drogi Panie,

Dziękuję za album „Żydzi polscy”. Bardzo ładny, choć lepiej by było gdyby jednocześnie nie było tej kompromitującej historii z klasztorem Karmelitanek. Tego nam tylko brakowało.

Nie wiem, czy już się odbył, czy dopiero się odbędzie ten spęd naukowców ze świata, który ma się odbyć w Krakowie. Boję się, że będzie to niebywała kompromitacja i że zjawią się tylko rozmaite kreatury. Tak np. ma przyjechać do Krakowa D..., były profesor polonistyki na uniwersytecie w.. Jest to nieuk i hochsztapler, którego obserwuję jeszcze z czasów wojny, jak w Rzymie w liceum polskim wystawiał matury za pieniądze. (...) Tak samo zaskoczyła mnie wiadomość, że mają być polscy uczeni ze Związku Sowieckiego. Czy ma ich reprezentować nieoceniony P...W każdym razie, jeżeli Pan będzie też zjazd obserwował, to będę wdzięczny za notę na ten temat.

Łączę najlepsze pozdrowienia
JGiedroyc

Interesował się też żywo sprawami Wydawnictwa Literackiego, o których pisał z właściwą sobie szczerością. Oto list z 30 stycznia 1990:

Drogi Panie,

Czekam wiadomości, jak rozwijają się sprawy w Wydawnictwie Literackim, dochodzą mnie bowiem bardzo mętne wieści. Podobno cała sprawa uległa opóźnieniu na skutek obraźliwego listu do K..., co wywołało negocjacje i sprawa ma się wyjaśnić dopiero na jesieni. Z drugiej strony dochodziły mnie głosy krytyczne co do Pana kandydatury. Podkreślając Pana wielkie kompetencje, wysuwano obawy, że Pan jest człowiekiem zbyt miękkim, a postawienie na nogi wydawnictwa wymagałoby brutalnych cięć, ograniczenia personelu etc. Nie wiem, co w tym jest z prawdy.

Czy na skutek ograniczeń planów wydawniczych jest w dalszym ciągu aktualny przedruk „Archiwum Rewolucji”? Jeśli tak, to niech Pan zwróci uwagę na artykuł, który ukazał się w „Literaturnoj Gazetie” 24 bm.: „Kto ubił Waltera Krywickowa?” Załączam wycinek na wszelki wypadek...

W dalszym ciągu listu interesuje się sprawami szkół ukraińskich w Polsce gotów nieść nieocenioną pomoc:

...Czy byłby Pan tak dobry dowiedzieć się, jaki jest adres liceum ukraińskiego w Legnicy? Chciałbym im bardzo pomóc jeśli idzie o internat, bo jest wielu uczniów, których rodzice nie są w stanie opłacić kosztów, a jednocześnie chciałbym im wysłać paczkę wydawnictw ukraińskich, które ukazują się na Zachodzie. No i zależy mi na ich koncie bankowym, zarówno dewizowym jak i złotówkowym. Tak samo chciałbym mieć numer konta złotówkowego jeśli idzie o Biały Bór. Chciałbym przekazać jakąś sumę na budowę internatu ukraińskiego, ale idzie mi znów o konto złotówkowe, gdyż tutaj chciałbym przekazać z honorariów za Gombrowicza nim złotówki stracą jakąkolwiek wartość...

Jak Jerzy Giedroyc znajdował czas, by zajmować się i takimi, prozaicznymi, wydawałoby się sprawami? Tę tajemnicę zabrał ze sobą do grobu.

Pamiętam bardzo dobrze moje ostatnie spotkanie z Redaktorem. Było to jesienią 1991 roku. Omawialiśmy wtedy, w obecności Rity Gombrowicz, dalsze tomy dzieł zebranych Gombrowicza. Jerzy Giedroyc źle się wówczas czuł. Miał prawą rękę zabandażowaną, przyznał się, że trochę gorączkuje. Pani Zofia powiedziała mi w tajemnicy, że pogryzł Go pies, prawie szczeniak jeszcze, bardzo swawolny i szczekliwy.

Giedroyc nie miał złudzeń co do przyszłości - zdawał sobie sprawę, że Jego śmierć będzie oznaczała zakończenie rozdziału w dziejach polskiej myśli politycznej pt. „Kultura”. Wiemy już teraz, że nie tylko ten rozdział został definitywnie zamknięty. Wraz ze śmiercią Jerzego Giedroycia zakończyła się też pewna epoka - epoka wielkich Polaków, dla których dobro publiczne znaczyło więcej niż szczęście osobiste.

BOGDAN ROGATKO


4 kwietnia 1990
Drogi Panie,

Nie ma to jak okazje. Dzisiaj właśnie dostałem Pana list, przesłany przez KONTAKT, z ubiegłego roku. Datę Pan podał dość niewyraźnie, zdaje się 24.10.89.

Czekam niecierpliwie na Pana odpowiedź na mój ostatni list w sprawie książki Beauvois. Jest to skandaliczna historia jeśli idzie o wyd. Literackie, a z drugiej strony wydanie jej w tej chwili jest rzeczą bardzo ważną i pilną w związku z sytuacją na Litwie. Cyfra 100 mln złotych, którą Pan podał Beauvois, jest niepoważna. Za tę sumę można wydać nie tylko książkę, ale i założyć wydawnictwo. Uważam, że będzie pewną rekompensatą za tą zwłokę, jeżeli Wyd. Literackie zapłaci, czy zapłaciło, honorarium tłumacza jak i autora. Tą książkę, bez tych obciążeń, próbowałbym wydać.

Może Pan da mi znać przez Marka Zielińskiego z „Więzi”. On ma drogi komunikacyjne ze mną, rzeczywiście dobrze funkcjonujące, a zresztą sam wybiera się do Paryża po świętach.

Łączę najlepsze pozdrowienia.
JGiedroyc

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas