poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Noc Helvera
DL, nr 11/12 (181/182)
Ingmar Villquist, „Noc Helvera”
Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie, Scena Miniatura.
Reżyseria Barbara Sass
Scenografia Ewa i Andrzej Przybyłowie
Premiera 12.09.2001.


Ostatnio w teatrze zazwyczaj nudzimy się lub co najwyżej irytujemy. „Noc Helvera” Villqista w reżyserii Barbary Sass to zapomniany już rodzaj przedstawienia ciekawego i niepokojącego, takiego, które pamięta się długo. Historia opowiedziana przez Villqista podejrzanie prosta i banalna, zmierza do oczywistej, tragicznej pointy.

Tę historię można opowiedzieć w kilku zdaniach. Rzecz dzieje się w latach 30. w nieskonkretyzowanym kraju Europy, gdzie władzę obejmują faszyści. Karla kiedyś zaopiekowała się niedorozwiniętym chłopcem, którego teraz pragnie ocalić. Plan ucieczki z miasta nie udaje się – Karla może tylko zabić przybranego syna, aby uratować go przed cierpieniem. To dramat prawie historyczny i na pewno psychologiczny. Jesteśmy świadkami kilku godzin, w czasie których Karla podejmuje decyzję. Ale tę historię można opowiedzieć w kilku innych zdaniach, może bardziej prawdziwych: Karla, która zaopiekowała się niedorozwiniętym chłopcem, z przerażeniem dostrzega, że ów, spragniony akceptacji otoczenia, upaja się władzą, jaką daje mu przynależność do „faszystowskiej bojówki”. Karla musi powstrzymać niezdolnego do zrozumienia rzeczywistego sensu wydarzeń chłopca (już mężczyznę), który zagraża jej, wprowadzając w domu wojskowy terror. Karla musi zabić wychowanka, bo oto minęła dla niego upojna noc, w czasie której kroczył przez miasto ze swoją szturmówką, wołając „ścierwusy”, i chłopca czeka śmierć z rąk tych, którzy pozwolili mu sobie towarzyszyć.

Historia ostatniej nocy Helvera da się opowiedzieć jeszcze inaczej: Karla zaopiekowała się niepełnosprawnym chłopcem, ponieważ kiedyś porzuciła własne niepełnosprawne dziecko, aby uratować swoje małżeństwo. Dorastający chłopak widzi w niej nie tylko matkę, ale i kobietę. Zresztą może i dla Karli Helver jest nie tylko dzieckiem, a mężczyzną, którego wybrała, gdy opuścił ją mąż. Jeśli nie ona, to sąsiedzi i koledzy Helvera są tego zupełnie pewni. To zapewne oni dręczą Helvera docinkami na temat jego stosunku do matki, rozwijają być może jego miłosne pragnienia i chłopiec staje się coraz bardziej agresywny. Ratując Helvera przed cierpieniem, Karla być może wyzwala siebie z urojonego lub rzeczywistego kazirodczego związku. Wtedy wyjąca za oknami domu historia jest tylko pretekstem.

Kameralny dramat Villqista pęcznieje od znaczeń, od aluzji, czyniących prostą historię manieryczną konstrukcją postmodernistyczną, w której nic nie jest pewne poza nastrojem grozy, dewiacji i psychologiczną walką dwóch wrogich sobie i kochających się istnień. Zamykając bohaterów w czterech ścianach mieszkania, do którego docierają wrzaski z opanowanej przez bojówki ulicy, dramaturg czyni bohaterów raz więźniami losu, raz – historii. Jednocześnie stara się, aby ów terror historii był jak najmniej konkretny. To zaledwie aluzja do lat 30.; może w Niemczech, może w Skandynawii, gdzieś obok miasteczka Emlit ze złowrogim szpitalem lub ze szpitalem przystanią. Miasteczka, może miasta, które zna większość bohaterów sztuk Villqista.

Villqist niewątpliwie umie budować napięcie, stopniować je, gmatwać intrygę i motywacje postaci, nawet w układzie tak kameralnym i przejrzystym, jak ten zarysowany w „Nocy Helvera”. Oczywistość staje się podejrzana, prawie każda supozycja interpretacyjna może być trafna lub błędna. Ofiara banalnie przemienia się w kata (Helver musztrujący matkę, Helver pragnący ją zgwałcić; matka współczująca Helverowi, matka grożąca mu).

Cokolwiek by przypuszczać, w ciągu tej samej nocy tryumfujący Helver staje się zaszczutym zwierzęciem, które musi zapłacić za chwilę upojenia. On, który patrzył, który asystował, może nie tylko biernie, tłumowi rozbijającemu mały sklepik. Historyczne realia są wprawdzie zamazane, lecz pełnią funkcję zagrożenia i pokusy, mogącej stać się udziałem świadomości Helvera, niezdolnej objąć całej grozy wydarzeń. To zresztą najciekawsza część jednoaktówki Villqista, bardzo wrażliwie zinterpretowana przez Bartka Kasprzykowskiego. Jego Helver na początku spektaklu jest dzieckiem, opowiadającym, jak świetnie bawił się w wojaka. Bardzo, bardzo chce, aby jego bezbarwna, rozsądna matka zachwyciła się jego przygodą. Zachłystuje się radością, zachłystuje się zachwytem, dumą – wypełnia cały ubożuchny dom krzykiem, upojony wyje tak, jak tłumy za oknem. Ze szturmówką, w wysokich butach, berecie mógłby pozować do rzeźby, mógłby stać na pomniku. Jego drobna, szczupła i schludna opiekunka, matka (koronkowy kołnierzyk, bluzeczka w ciapki), nie może go uspokoić. Ona (Anna Tomaszewska), niemiecka czy skandynawska „Frau”, stara się zlekceważyć doświadczenie syna. Kręci się po ubogim mieszkanku między opasłą lodówką, kuchenką, stołem i żelaznym łóżkiem. Nie ma jednak szans zaimponować swoją zupą temu chłopakowi, który najadł się wojskowej grochówki, zaraził entuzjazmem motłochu rozwalającego sklepy. Ona teraz może tylko wziąć udział w coraz straszliwszej zabawie tego mężczyzny i syna, który chce ją zmienić, uchronić od kpin i śmiechów imponujących mu kumpli z oddziału. Uchronić tak, jak kiedyś ona go chroniła. Helver poddaje ją musztrze, ruga, każe się czołgać, padać, wstawać. Karla Tomaszewskiej znowu udaje, że to tylko zabawa, że się nie boi, ale coraz trudniej jej ukryć strach. Zaskoczona tempem ćwiczeń i brakiem akceptacji Helvera, upada ciężko, niezgrabnie, jak zabawka, jak placek. Podnosi się mozolnie, niezbornie, coraz bardziej przerażona.

Helver Kasprzykowskiego w swoim dziecinnym pragnieniu zmienienia matki traktuje ją jak jednego ze swych wojaków– zabawek. Najpierw nieświadomie krzywdzi, potem przemienia musztrę w akt odwetu wobec opiekunki, wobec całego świata. Naśladuje już nie tylko kumpli, dowódców z „oddziału”, ale powtarza słowa i gesty, których doświadczył kiedyś od niej. On: „Ty masz pustą głowę... słyszysz jak dzwoni”, Ona: „Musisz mnie nauczyć, proszę cię”, On: „Ja chcę! Ale ty nic nie zapamiętujesz”. Sekwencja musztry uchyla rąbka tajemnicy życia w tym ubogim mieszkaniu, tych dwojga skazanych na siebie ludzi. Helver mści się na Karli za wszystko, co od niej lub od innych usłyszał, za to, że jest odmieńcem. W tej chwili czuje się lepszy i równy jej. Ale Karla nie będzie dłużna. Dotąd ofiara, prawie bezwolna, nieskutecznie walcząca o godność, zmienia się w kipiącą, bulgocącą nienawiścią furię. Powód jest błahy – przypuszcza, że Helver zniszczył jej ślubne zdjęcia. Nie, ten powód nie jest błahy, Helver zabił resztkę jej wspomnień, więc ona w rewanżu zagrozi mu oddaniem do kliniki. Tomaszewska z satysfakcją opisuje procedury medyczne, jakim zostanie poddany. Ale uspokoi się natychmiast, kiedy przerażony Helver, znów dziecko, odda jej zdjęcia. Aby przeprosić wychowanka, opowie mu historię swojego życia. Opowie o tym, jak i dlaczego zaopiekowała się Helverem. Opowiada tę historię tak, jakby opowiadała mu ją już wielokrotnie na dobranoc. Jest w tej historii i prawda, i baśń o samej sobie. Może z powodu literackości tej historii odnosi się wrażenie, że Karla kłamie, zmyśla. Zwłaszcza, że wątek ekspiacji, motywujący przygarnięcie Helvera jako gest pokuty za porzucenie dziecka wydaje się wypływać z chęci przekonania go, że jest dzieckiem kochanym.

Ta historia pozwala im znowu siebie pokochać i Karla–matka znowu chce ocalić wychowanka. Kiedy pokrwawiony i zbity, po nieudanej próbie przedostania się na dworzec wraca, Karla obmywa go, gotuje na śmierć, którą zada mu sama, wysłuchując jego marzenia – największego. Marzenia o tym, „by nie być takim Helverem”. Helver w jej ramionach jest teraz znowu jak dziecko posłuszny, jest taki, jakim go zawsze chciała mieć i ona jest taka, jaką zawsze chciała być. Jest tą, która broni, ocala. Karla Tomaszewskiej powstrzymuje szloch, gniewać się może już tylko na Pana Boga, który skazał dziecko; jej dziecko. Dlatego Karla z uśmiechem wita swoją śmierć. Zrobiła tyle, ile mogła zrobić. Czy czuje się teraz bardziej wolna niż kiedy Helver żył, wolę nie pytać. Villqistowi bardzo zależy, aby Karla w finale sztuki uśmiechała się i ten uśmiech znowu może znaczyć wszystko.

Ta sztuka to świetny materiał na świetne role realistyczne i takie role, wewnętrznie prawdziwe, w spektaklu Barbary Sass Anna Tomaszewska i Bartek Kasprzykowski stworzyli. Aktorzy nie tylko wyraziście scharakteryzowali postacie, ale także zbudowali wokół nich aurę bolesnej tajemnicy. Udało im się naszkicować sytuacje, które raczej przerażają niż wzruszają, wydobyć spoza łzawej fabuły, skonstruowanej przez dramaturga, kwestie niejednoznaczne, problemy prowokujące.

Mój dystans w stosunku do dramatu, który niewątpliwie sprawdził się na scenie, płynie z tęsknoty za dramatem, który zamiast w czasach niedookreślonego totalitaryzmu rozgrywałby się w dookreślonej epoce dziury budżetowej, może w Warszawie, może w Wieliczce. W pobliżu mogłoby się znajdować sanatorium dla psychicznie chorych, ale bohaterami tego dramatu nie byłaby ani para gejów, ani para lesbijek, ani para prostytutek, ani para małolatów, ani para morfinistów, ani para schizofreników, ale jacyś zupełnie przeciętni rodzice, których szczęście niszczą narodziny kalekiego dziecka. Czy taki dramat byłby możliwy bez wątków kazirodztwa, sadyzmu, przemocy? Czy taki dramat jest potrzebny, czy to tylko owoc chorej na tradycjonalizm wyobraźni krytyka? Powodzenie „Nocy Helvera”, granej w kilku teatrach i w telewizji, zdaje się świadczyć o tęsknocie teatru i widzów za realizmem. Realizm Villqista jest realizmem stylizowanym, upozowanym symbolicznie, ale może się czepiam, jeśli cała ta strindbergowsko-ibsenowska aura służy aktorom.

Małgorzata Ruda

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas