poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
HENRYK MARKIEWICZ
Krakowskie tematy w powieści i noweli polskiej. Część I
DL, nr 11/12 (181/182)


Na początku trzeba tu umieścić cykl sfabularyzowanych po trosze felietonów Kazimierza Majeranowskiego pt. „Podróż do Szarogrodu”, zamieszczonych w „Pszczółce Krakowskiej” w latach 1820-1821, tym bardziej, że nazwane one zostały „powieścią”. W satyrycznym wyjaskrawieniu charakteryzuje tu autor stosunki panujące w państwie Szarogród, położonym – jak pisze – na zachód od Ciemnogrodu (nawiązanie do utworu Stanisława Potockiego jest jawne) – przede wszystkim korupcję i system protekcyjny w urzędach, nadętą pedanterię pseudouczonych, „uwielbienie przesadzone cudzoziemszczyzny z pogardą wszystkiego co jest własne” (1822, t. 1, s. 215), ale może najsilniej różne nowinki romantyczne: „metafizyczne brednie”, niezrozumiałe dziwactwa literackie „w guście gotycko-szaraczkowym”, wyznawanie „transcendentalizmu”, „metampsykozyzmu i wszystkich zyzmów i lizmów” (1821, t. 3, s. 17); dostało się także obrońcom starych budowli krakowskich tych, „szanownych pustek, których przez upór i głupstwo” nie pozwalają rozbierać.

Na kartach powieści zjawia się Kraków dopiero w „Dzienniku pana Władysława W.” stanowiącym część książki „Miasta, góry i doliny” (Poznań 1844) pióra Łucji Rautenstrauchowej. Pojawia się również w świetle niekorzystnym, jako „stare i brudne mieścisko, słynne plotkami i intrygami” (t. V, s. 137). Pod pozorami „familiarnej patriarchalności” kryje się tu zamiłowanie do obłudy i fałszu, intrygi i potwarze. Sieć wrogich sobie koterii solidarna jest tylko w swojej wrogości do obcych.

Wielką natomiast pochwałą miasta, a ściślej mówiąc jego sfery arystokratycznej był „Kraków przed czterdziestą laty” (Kraków 1876) – dziełko Walerego Wielogłowskiego, wydane już po jego śmierci z zakończeniem dorobionym przez Lucjana Siemieńskiego. Romansową fabułę, której bohaterami są zresztą przybysze z Podola, przeplatają tu refleksje autora, wspominającego z pietyzmem i rozrzewnieniem czasy Rzeczypospolitej Krakowskiej, kiedy to „Kraków stanowił jakby jedną rodzinę, w której starsi członkowie poszanowania i miłości, młodsi opieki i pomocy ojcowskiej doznawali, a nikt na cudzy grosz nie łakomił się, ani drugiemu powodzenia nie zazdrościł” (s. 245), uznawano powszechnie „słuszność hierarchicznego porządku” (s. 166), arystokracja (wzorowym jej przedstawicielem jest Artur Potocki, wprowadzony do powieści pod własnym nazwiskiem) okazywała szlachcie „uprzedzające poufałości”, a szlachta z kolei szanowała „przedział rozgraniczający nierówność stanowisk” (s. 181).

Wielogłowski wplótł też w swoją opowieść kilka scenek obyczajowych – wesele krakowskie, majówkę na Bielanach, bal w Pałacu pod Baranami, opisał też ruiny zamku w Łobzowie, wieś Lipki na Połwsiu Zwierzynieckim, ogrody Kremera i Krzyżanowskiego. Z żalem odnotował zmiany w wyglądzie miasta: „Nie masz dziś wieńca murów i baszt otaczających przed półwiekiem wawelskie dziecię, znikł kościół Wszystkich Świętych i wspaniała jego wieża, drobniuchne drzewka plantacji rozrosły się niezmiernie, opustoszał Plac Szczepański, plac turniejowy zieleniarek, piekarek i płócienniczek; znikło tysiące bud z rynku; księgarze żydowscy usunęli się w Szpitalną ulicę, żelazne kramy przepadły bez wieści.

Osierocona po wspaniałym ratuszu wieża ogląda się tęsknie po pustym rynku, nie mogąc sobie zdać sprawy z tego co się stało, w miejsce żwawych wód starej Wisły stoją mętne kałuże; mogiła Kościuszki ściśnięta czerwonym pasem murów, na próżno szuka drzew/ Sikornika, uroczy gaj Olszy nie pozostawił ani śladu po sobie, a biedny Kraków otoczony wałami i fortyfikacjami, zmienił się nie do poznania” (s. 243-244).

Wyraziście nakreślony epizod krakowski znajdujemy w części drugiej powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego „Zagadki”, ogłoszonej w Poznaniu w roku 1873 pod pseudonimem Bolesławita. Autor utrwalił tu swe wrażenia z pobytu w tym mieście w latach 1867-1871. Kraków – powiada – „z imieniem wielkiej stolicy jest małym miasteczkiem... Od Floriańskiej bramy do Wawelu na wylot go może prześwidrować oko” (s. 167), „uwięziony w ciemnym kole fortów i wałów dusi się i tchnąć nie może” (s. 95). Miasto jest jak „wielkie cmentarzysko, po którym chodzą widma stękające” (s. 96). Lud zdaje się być złożony z żebraków, a mieszczaństwo – z emerytów na łaskawym chlebie. W kościołach modlitwy mają „znamię faryzejstwa”, wykłady uniwersyteckie nużą suchą pedanterią. W innym miejscu czytamy, że wszyscy mieszkańcy „nabrali pewnej jednostajnej, książowsko-profesorskomieszczańskiej fizjognomii” (s. 158) Ogólne wrażenie to „opuszczone zaniedbanie, biedne wynędzniałe twarze ludzi, z oszarpanymi zaprzęgami dorożki – pozór nędzy ogólny, a raczej jakiegoś zrozpaczonego nieładu” (s. 98).

„Żywot Krakowa” – konkluduje autor – „ma podobieństwo do życia starca na schyłku; albo drzemie w krześle, lub łaje sługi i kłóci się z rodziną... Milczenie głuche, wśród którego strzeli paszkwil, skandal – i cicho znowu... staruszek spoczywa” (s. 96).

 Gdzieniegdzie tylko dostrzec można wysiłki odbudowy miasta po pożarze 1850 r., rzadkie i wątłe są próby odświeżenia „gęstej atmosfery zaduchy wiekowej” (s. 97). Spostrzeżenia autora i jego powieściowego porte-parole, generała Zbyskiego uzupełnia miejscowy weredyk, doktor Ignacy. Podkreśla on przede wszystkim ultrakonserwatyzm Krakowa, silniejszy niż w całej Galicji: „My tu... jesteśmy konserwatyści, dalej za rok 1831 ani ludzi ani idei nowych znać nie chcemy” (s. 141), „wszelkim proletariatem brzydzimy się aż do wstrętu... proletariatem inteligencji naprzód, proletariatem patriotyzmu, proletariatem pracy... w obronie status quo gotowiśmy na wszystko!! na wszystko” (s. 147); „w ogólności reformatorów nie cierpimy, a w każdym przybyszu śmierdzi nam skryty radykał” (s. 142). Stąd obcy spotykają się z nieufnością i przeszkodami, trudno im wrosnąć w miasto, chyba że są „dobrze urodzeni” i „uznają panowanie z bożej łaski familii” (chodzi tu o Potockich), która zresztą – dodaje doktor – „wiele czyniła i czyni dobrego” (s. 146).

Z tym wszystkim autor nie potrafi jednoznacznie określić stosunku do miasta, głównie ze względu na wielkie jego tradycje: „Dłużej tu pożyć potrzeba i robaczkiem wtoczyć się w stare mury, to się je kocha i oderwać od nich trudno... i umierać tu się by chciało – bo żyć zaprawdę trudno”(s. 96).

Spostrzeżenia przybysza znajdują potwierdzenie w pismach rdzennego krakowianina, jakim był Michał Bałucki. We wczesnej jego powieści „Młodzi i starzy” (Lipsk 1866) bohater wracając do Krakowa po dziesięcioletniej nieobecności z upodobaniem ogląda jego stare mury.

„Spośród gromady mniejszych Mariackie dwie wieżyce wystrzeliły w górę. Jedna wybiegła nad drugą i ukoronowana na skroni, drugiej brakło sił, przy została. W tej niesymetryczności jest coś tajemniczego, niespokojnego. Ta niesymetryczność nie mogła zostać bez legendy. – Zza Mariackich siostrzyc wysuwa się ratusz, potem inne jak wierzchołki sztandarów, bo też całe miasto widziane z dala za przezroczystą osłoną niebieskiej mgły, co osłania je przy zachodzie, ma uderzające podobieństwo jakiejś procesji olbrzymów – stare mury i bramy jak feretrony i obrazy święte. Za świątyniami w otwartym miejscu podnosi się zamek wawelski, właśnie teraz bogato ubrany w purpurę zachodu, koło krzyża katedry kawki jak rój much się uwijały. Całe miasto bogato przetkane zielenią kasztanów i topoli” (t. 1, s. 11).

We wspomnieniach bohatera pojawia się też wkrótce stary Kleparz ze swoimi „karczemkami” i „kramikami”, które strawił wielki pożar 1850 r. W dalszych partiach powieści nurt opisowy jednak zanika. We wspomnieniowych i publicystycznych komentarzach wiele natomiast mówi autor o mentalności krakowskiego mieszczaństwa na początku lat sześćdziesiątych XIX w., bo wtedy, przed powstaniem styczniowym, rozgrywa się akcja powieści. Oceny jego są bardzo krytyczne: panuje w tym środowisku bezczynna „miękkość i zasiedziałość”, obawa przed wszelkim ryzykiem politycznym, władza przywileju, lub protekcji, zamknięcie się w ciasnym kręgu familijnym, konformizm dbały przede wszystkim o zachowanie „przyzwoitości”.

Tej martwocie i zgnuśnieniu „starych” przeciwstawiają się „młodzi”. Marzą o niepodległej i sprawiedliwej Polsce, spierają się o wybór drogi do niej prowadzącej – przez rewolucję czy też „modlitwę i wytrwałość”; na razie walczą o prawa języka polskiego na uniwersytecie, organizują czytelnie i towarzystwa samopomocy studenckiej, szerzą oświatę wśród rzemieślników. Ale o tych działaniach Bałucki zaledwie wzmiankuje – pierwszy plan jego powieści wypełniają konwencjonalne wątki romansowe i sensacyjne.

Zgodnie z tytułem panują one całkowicie w innej powieści Bałuckiego „Tajemnice Krakowa spisane przez samego Lucyfera i dewotkom krakowskim w dowód uznania i zasług dedykowane” (1870). Zainteresować tu mogą tylko odnotowane przez autora wyrazy ówczesnego szwargotu złodziejskiego: klawo, andrus (złodziej), forsacz (bogacz), hara (wódka), okapować (zadenuncjować), dać nogę.

W realiach krakowskich mocno osadzona jest natomiast powieść „Z obozu do obozu” (Warszawa 1874). Tę drogę od stronnictwa demokratycznego do konserwatywno- klerykalnego przechodzi bohater utworu powodowany obrażoną ambicją i popędliwym temperamentem. Negatywnym bohaterem powieści jest jednak kto inny, napastliwy felietonista nazwiskiem – zabawny to przypadek – Urban: „Nie kochał nic i nikogo, nie wierzył w nic i nie miał innego celu życia, prócz zaspokojenia własnych zachceń i namiętności. Namiętności były jedynymi sprężynami, które ociężałą masę jego cielska wprawiały w ruch i skłaniały do pracy, a dominującą namiętnością jego była zaciekła nienawiść do tych, co ponad niego wyrośli, czy to majątkiem, czy znaczeniem czy rozumem. Ta nienawiść zrobiła z niego demokratę; stając niby w obronie ludu, którym w duszy pogardzał i nazywał głupim motłochem, miał sposobność zadośćuczynienia swej nienawiści do wielu ludzi [...]. Język jego był nagi, bezczelny, pełen siły niszczącej i gwałtownej, nie oszczędzał nic, nie obwijał nic w bawełnę, ale rąbał jak siekierą bez litości, a uderzeniom tym towarzyszył złośliwy i cyniczny dowcip, którym ośmieszał swe ofiary wprzód nim je zabijał moralnie. [...] Skandal był straszną potęgą w jego ręku, przed którą drżało wielu” (s. 141-142, 144).

Obok umiarkowanych i zręcznych konserwatystów pojawia się w tej powieści także ksiądz Gabriel, fanatyk żądny panowania nad duszami wiernych – postać wzorowana zapewne na ks. Zygmuncie Golianie, w różnych odmianach występująca także w innych powieściach Bałuckiego.

Właśnie bowiem klerykalizm i dewocja – „rzemiosło dość intratne w Krakowie” („Pańskie dziady” 1881, Kraków 1956, s. 372) stanowiły najczęstsze obiekty satyrycznych obserwacji pisarza. Charakterystycznym dla miasta zjawiskiem były też w jego oczach „pańskie dziady”, tj. zubożali arystokraci i ziemianie, zapewniający sobie egzystencję rozmaitymi usługami wyświadczanymi zamożniejszym krewnym i powinowatym.

Nie tyle w swoich powieściach, co w szkicach wspomnieniowych i reportażach z cyklu „Typy i obrazki krakowskie” (1880) i „Mój pierwszy występ literacki” (1890) Bałucki z upodobaniem i sympatią szkicował postacie ze środowiska ludzi prostych – rzemieślników, przekupki, stróżów, drobnych urzędników, obdarzając je ujmującymi cechami dobrego serca, skromności, miłości rodzinnej, a także – przywiązania do Krakowa. Stary kościelny z opowiadania pod tym tytułem, zachęcany przez syna do wyjazdu na wieś odmawia: „A gdzieżbym ja mógł obejść się bez mojego ukochanego Krakowa, bez tych dzwonów, z których każdy rozróżniam po głosie, a które mi tak serce radują jak najmilsza rozmowa; a gdzieżbym ja mógł wyżyć bez tego Zygmunta, co tak poważnie huczy z wieży na każde święto, na rezurekcję, na sumę św. Stanisława. To się nie da, to się nie da...” („Typy i obrazki krakowskie”, Kraków 1956, s. 218).

Sceneria krakowska słabo rysuje się w twórczości Bałuckiego; o lokalizacji przypominają często tylko nazwy ulic czy „handelków”. Ale np. w powieści „Z mętów społecznych” (Warszawa 1891) znajdujemy rozbudowany opis obchodu święta Bożego Ciała na Rynku. Gdy na zakończenie mszy rozległa się salwa karabinowa – czytamy tutaj – „Spłoszone gołębie zerwały się z zębatych murów Sukiennic, na których siedziały podczas Ewangelii i kołowały niespokojnie nad tłumem; niektóre szukały schronienia i odpoczynku w otworach wieży mariackiej; ale wieża odstraszyła ich także jękiem dzwonów, które, rozkołysane, odzywały się poważnie: bim, bam, bim, bam – podczas gdy małe dzwonki, jak kołatki dziecinne przedrzeźniały się im, powtarzając prędko: tam tam, tam tak, tik tak. Trębacz z wierzchołka wieży odezwał się także, jakby poczta jakaś z nieba jechała na ziemię, muzyka wojskowa zagrała i cały tłum ruszył się i posuwał zwolna ku Grodzkiej ulicy, wśród śpiewów różnych bractw, kłócących się z sobą; śpiewy, dzwony, muzyka, wszystko to wiązało się w jedną potężną harmonię, od której drżały serca wzruszone i łzy cisnęły się do oczu”. (s. 108-109)

Odnotujmy także taką uogólniającą refleksję.

„Kraków jest miastem jakby stworzonym dla emerytów, a był nim jeszcze więcej przed kilkunastu laty, kiedy nie tylko spokojnie, wygodnie i przyjemnie, ale i tanio w nim żyć można było. Na ulicach nie ma owego gorączkowego i hałaśliwego ruchu, który cechuje wielkie miasta – tu nikt się nie spieszy, nikomu nie pilno, a czasu tyle do zbycia, że lada kanarek na dachu mnóstwo zatrzymuje całymi godzinami ludzi.

W takim mieście staruszek może bezpiecznie sobie chodzić po ulicach bez obawy potrącenia lub przejechania. Jeżeli jest pobożnym, czterdzieści kościołów ma do wyboru, lubi teatr, ma teatr i to nawet niezły, kompanijkę do preferansa lub domina znajdzie w resursie i kawiarni, w handelku zaś o polityce do woli nagadać się może. Do każdego z tych miejsc tak bliziutko, że nawet z reumatyzmem w nogach można się dostać” („Ostatni z pięciu”, w: „Typy i obrazki krakowskie”, s. 121). (1)

 W następnym już pokoleniu literackim z doświadczeń krakowskich czerpał na pewno Zygmunt Niedźwiecki. W jego utworach, usytuowanych m.in. w środowisku robotniczym i dziennikarskim, realia miejscowe są na ogół niewidoczne. Do wyjątków należą opowiadania „Na straży” i „Owacja” z tomu „U ogniska” (1893) – zjadliwe satyry na redakcję „Nowej Reformy”. Według słów autora jest to „kliczka karierowiczów, która mydli oczy tanim mydłem szumnych frazesów, aby przy ich pomocy własną piec pieczeń wśród zaściankowych ruchawek politycznych, mnożących tylko brudy w kronice miasta” („Proszę o głos! Wybór nowel”. Kraków 1954, s. 187). W afirmatywnej tonacji utrzymane było natomiast opowiadanie „Ona...” (również z tomu „U ogniska”), w którym wrażenia z krakowskiego pogrzebu Mickiewicza i skojarzenia związane z kopcem Kościuszki powodują nawrot patriotycznych uczuć w duszy mizantropa i pesymisty. Podobnie oddziałuje zwiedzanie krypty wawelskiej na przybysza z Przywiślańskiego Kraju w młodzieńczej noweli Stefana Żeromskiego „Pocałunek”(napisanej w roku 1890).

Wizerunek młodego pokolenia Krakowa pojawia się najwcześniej w studium psychologiczno-społecznym Wilhelma Feldmana „Nowi ludzie” (Lwów 1894). Ta powieść z kluczem, nawiązująca do dziejów krakowskiej Czytelni Akademickiej, pisma „Ognisko” i procesu jego redaktorów – ukazywała wszechstronnie fermenty ideowe w środowisku studenckim, występującym już tutaj pod mianem Młodej Polski (t. 1, s. 235; t. 2, s. 208). Demokrata-niepodległościowiec, marksistowski socjalista, wreszcie poeta, zmieniający się ze społecznika w dekadenckiego indywidualistę – przedstawiają swe poglądy szeroko i wymownie, ale autorowi nie udało się ożywić psychologicznie ich postać.

Szkicowo zarysowani, występują tu też reprezentanci starszego pokolenia zaciekli w swym konserwatyzmie, lub skażeni oportunizmem. Obok nich pojawia się jednak redaktor tygodnika „Biały Orzeł”, przywódca „nieprzejednanych”, przeciwnik „polityki praktycznej”, „na wpół mistyk i entuzjasta z roku 1862” (t. 1, s. 188). Zaznacza w nim Feldman rys przywiązania do Krakowa (w powieści przemianowanego na Raków); zachęcany do wyjazdu na urlop, tłumaczy: „Wie pan, że ja blisko ćwierć wieku, od czasu, gdym wrócił z lasów, nie wyjrzałem za mury Rakowa. Zawsze rano, budząc się muszę, panie dobrodzieju, widzieć przez okno wieżę kościelną i zamek nasz ukochany i rzekę naszą widzę z oddali. Nie mogę sobie wyobrazić życia bez tych widoków, bez tego miasta” (t. 2, s. 245).

W „Nowych ludziach” wprowadza również Feldman postać młodego, lecz szczwanego aferzysty, Puhaczewicza, który zakłada nowy dziennik, mający „bronić porządku społecznego, wiary świętej i jedności narodowej”. Wolno przypuszczać, że chodzi tu o Kazimierza Ehrenberga i o „Głos Narodu”. Działalność tego klerykalnego, antysocjalistycznego i antysemickiego pisma stała się potem dwukrotnie tematem literackiej satyry. Gabriela Zapolska w opowiadaniu „Antysemitnik” (1899) nie szczędzi najciemniejszych barw charakteryzując redakcję „Kuriera Narodowego”, która pod pozorami patriotyzmu i gorliwości religijnej rozsiewa plotki i oszczerstwa, zaszczuwa bezbronnych, szerzy „nienawiść plemienną i przekonaniową” – i tymi sposobami osiąga ogromny na skalę krakowską sukces: liczbę 3000 abonentów.

Podobnie charakteryzował „Opinię Narodową” Feldman w późniejszym pamflecie „Trzech muszkieterów”(Kraków 1903), uwydatniając zwłaszcza matactwa wyborcze i finansowe jego redaktorów. Obok Szmucjana-Ehrenberga występował tu adwokat i literat Wielicki (Włodzimierz Lewicki); trzeci z tej kompanii, Olgierd Cohn (Artur Rapaport) umożliwił wprowadzenie do książki – dla równowagi – także satyry na snobistyczną i zakłamaną plutokrację żydowską. We fragmentach opisowych „Antysemitnika” znamienne były młodopolskie już nastroje ponurej beznadziejności ciążącej nad miastem. Bohater ucieka przed dźwiękami hejnału, które budzą jego przerażenie, w lokalu nocnym „przeraźliwa pustka, nuda, czarna melancholia wyzierają z każdego kąta” (Zapolska, „Szkice powieściowe”, 1958, s. 134), ludzie spacerujący wieczorem po linii AB to „świat przerażający milczeniem i względną ciszą” (s. 129).

Jeszcze intensywniej gromadzi ciemne barwy Feldman we wstępnej charakterystyce miasta: „Berło skradziono, miecz został strzaskany, jabłko strażnicy sprzedali obcym, korona spadła na dno Wisły, gdzie śni o głowach, które zdobiła i które będzie zdobić. Zostały tylko mury omszone, jak twierdza stara, ale strzegące tylko urn z prochami. A pierścień murów dławi żywych, a z urn nowe nie wykwita życie. Więc pozostali dławią się w ciasnym pierścieniu murów i wdychają pleśń i woń grobów; głowy opadają im coraz niżej, a na twarzy występuje żółtawa bladość, lub wypieki niezdrowe. I tak wędrują z zaczadzonymi głowami, z mgłą przed oczyma: lunatycy – wobec słońca półżywi, w służbie zmarłych. [Ale] wśród ciasnych, spleśniałych murów wyrastają [także] jednostki doskonale przystosowane do warunków, jak do swoich przystosowują się krety, robaki, lub twory ziemnowodne”(„Trzech muszkieterów”, s. 2).

I tutaj hejnał brzmi przygnębiająco: rozpoczęty tonem pobudki, załamuje się i rozpływa „w melancholii, bezsile, nicości” – podobnie jak mieszkańcy Krakowa, łatwo ulegający pierwszym porywom, by „rychło kończyć śpiączką, smutkiem, nicością” (s. 8).

Najsilniej buntują się przeciw współczesnemu Krakowowi artyści i poeci. W opowiadaniu „Bajecznie kolorowa” (1898) Sewera – Ignacego Maciejowskiego młodzi malarze nie mogą wytrzymać „w tym brudnym Krakowie, w tej gorącej, pełnej zgniłych zapachów budzie” („Matka. – Bajecznie kolorowa”, Kraków 1955, s. 196), entuzjazmując się „plenerem i ludem” uciekają na wieś, do Bronowic, które autor ukazuje tu w sielankowej idealizacji (utwór jak wiadomo – był beletrystyczną transpozycją małżeństwa Włodzimierza Tetmajera i Anny Mikołajczykówny).

Bohater powieści Stanisława Przybyszewskiego „Synowie ziemi” (pierwodruk pt. „Malaria”, „Chimera” 1901), pisarz Czerkaski z zachwytem patrzy na arcydzieła krakowskiej architektury, ale jednocześnie z odrazą uświadamia sobie: „Teraz się tu rozpanoszyli kramarze i profesorzy, i tchórzliwa rozpusta, i głupia hipokryzja – a wokół płynęła Wisła, leniwo, powoli, bo ma czas, ma czas! – Płynęła i ziała zarazą malarii na to wspaniałe miasto.

Wszędzie malaria! Malaria we krwi i tkankach wynędzniałego żebractwa i żydostwa, malaria w mózgu i nerwach tych niezdolnych do życia neurasteników, którzy się kiedyś chmarą całą do niego cisnęli, malaria w sercach obłudnego, rozpustnego mieszczaństwa, o małej a niechlujnej duszy” („Synowie ziemi”. Warszawa 1929, t. 1, s. 31).

W tejże powieści literat Turski żali się na dolę krakowskich artystów, którzy w obojętnym lub wrogim środowisku nie mogą urzeczywistnić swych wielkich możliwości twórczych: „Szarski pije, bo nie ma nakładcy, który by jego rzeczy drukował, bo nie ma orkiestry ani śpiewaków, bo nie wie z czego będzie jutro żył, bo lęk i rozpacz w jego sercu. Winiarski mógłby być olbrzymem, gdyby mu dano coś do roboty. Dać mu kościoły, pałace, muzea do malowania! Dać mu nową scenę, olbrzymią, wielką arenę, gdzie by mógł słowem malować” (t. 1, s. 54).

„Jasny piorun was trzaśnie z waszymi nowymi prądami, my w grodzie Krakusa potrzebujemy pleśni, jaką słusznie stare rzeczy świecą, potrzebujemy zgnilizny Stradomia, błota Czarnej Wsi...” (t. 1, s. 62).

Turski oburza się też na zeszpecenie zabytkowego Krakowa tandetnymi wytworami sztuki współczesnej – „na rynku, na tym najpiękniejszym rynku w całym świecie, stoi pomnik – ohyda, hańba, świństwo”, polichromia Matejki w kościele Mariackim, to „pstrokata jajecznica ograniczonego geniuszu” (t. I, s. 55).

W postaciach „Synów ziemi” łatwo rozpoznać autentyczne pierwowzory – Czerkaski to sam Przybyszewski, Winiarski – Wyspiański, Turski – Konstanty Krumłowski. Technika „kluczowa” stosowana jest również w innych utworach o krakowskiej cyganerii młodopolskiej, przeważnie utrzymanych w tonacji satyrycznej. Otwiera je „Pamiętnik Munia” (Warszawa 1900), w którym Bałucki szydził z rozpijaczonego „mistrza Henryka” (Przybyszewski przefasonowany na malarza) i jego młodego wielbiciela, Dyzia Nowaczka, autora „symfonii dramatycznej”, epatującej swą pseudosymboliczną tajemniczością, a także z krakowskich mieszczek snobujących się na wszelkie nowinki.

Światkowi temu został przeciwstawiony ojciec narratora, wiejski szlachcic odwiedzający Kraków po wieloletniej niebytności. W usta jego włożył autor obserwacje ogólniejsze które warto tu przytoczyć. Otóż ojciec Munia zaskoczony jest przede wszystkim szybkim rozwojem miasta – z podziwem patrzy na „gmachy wspaniałe”, „ulice zupełnie nowe, z całym urządzeniem miastowym, wygodnymi trotuarami, oświetlone gazem i starannie utrzymane” (s. 175). Dziwi go jednak „ogromna ilość szynków, restauracji, piwiarni i sklepów z najrozmaitszymi towarami i korzennymi, i bławatnymi” (s. 175), zepsucie moralne, życie nad stan, próżność widoczna nawet w ceremoniach pogrzebowych, przewaga publiczności żydowskiej na premierze sztuki modernistycznej („Cóż to u was katolicy nie bywają w teatrze? – Bywają, tylko na innych sztukach. Nowalijki zagraniczne zjadają najprzód nasi plutokraci”, s. 181). Drobny szczegół wart chyba zaznaczenia: po teatrze ojciec i syn wybierają się do restauracji Hawełki, bo „powiadają tam u nas, że być w Krakowie, a nie być u Hawełki to tak jak być w Rzymie i papieża nie zobaczyć” (s. 180).

 Młodopolską autosatyrą można nazwać opowiadanie „Mieczyk kawiarniany. Caffehauspflanze” („Małpie zwierciadło” 1902) Adolfa Nowaczyńskiego. W obrazie krakowskiej kawiarni literackiej Schulza (Schmidta) umieścił tu autor zarówno indywidualne sylwetki kilku literatów (m.in. „rozlewny kabotyn o Mojżeszowych gestach” Przybyszewski, „genialna bestia a głupia, pseudonimująca się symbolicznie Huraganem” tj. Orkan, „wytworniś prawie obtargany” Przesmycki), jak i zbiorową charakterystykę trzech kolejnych grup generacyjnych Młodej Polski; są to „społecznicy egzaltujący się chłopem i nędzą”, dekadenccy naśladowcy Baudelaire’a i Verlaine’a, wreszcie „wyperfumowani twórcy do dwóch kop sonetów o łabędziach, lwach, stawach, nenufarach, gryfach, królewiczach” („Małpie zwierciadło”. Kraków 1974, t. 1, s. 110). W osobnej noweli „Histeryczny histrion” (1902) sportretował Nowaczyński znanego wówczas krakowskiego oryginała Zdzisława Gabryelskiego.

Mocno osadzona w krakowskich realiach była satyryczna powieść Henryka Piątkowskiego „Mistrz Kłębek” (Warszawa 1911) o wszechstronnie uzdolnionym artyście samouku zdemoralizowanym przez otoczenie „snobów i nadludzi” „Najświeższej Polski”. Przybyszewski występuje tu jako Adalbert Bajdocha, Feliks Jasieński jako Chozroes-Nuszirwan, Jan Stanisławski jako Hazdrubalski. Wieczór literacki odbywa się w saloniku, w którym towarzystwo siedzi niewygodnie „na meblach skomponowanych przez [...] słynnego malarza w neosłowiańskim symbolicznym stylu” (s. 294). Czytamy tu także o kawiarni, na której ścianach „zjawiły się nadzwyczajne dzieła stowarzyszonych w Empireum, karykatury, portrety i szarże, w powietrzu tryskały dowcipy, aforyzmy i aksjomaty, dym tytoniowy wionął żywiołową falą, a atmosfera przybrała ów nieokreślony aromat alkoholicznych wyziewów, tak podatny do wszelkiej spekulacji myślowej” (s. 356- 357).

Szerokie uwzględnienie krakowskiej scenerii zapowiadał pierwszy rozdział powieści Jerzego Żuławskiego „Laus feminae. Cz. 1 Powrót” (Kraków 1914) z niebanalnym widokiem Rynku od strony Grodzkiej („kościół Mariacki znaczył się tylko kawałkiem niższej wieży ciężkim ceglanym cielskiem, widną oku przestrzeń odgraniczającej”, „mury Szarej Kamienicy, ustępujące w głąb uliczną ponurą, długą, boczną fasadą” – s. 22). Podobnie jednak jak w kilku omówionych już tu powieściach, trop ten w dalszej części utworu zanika. Znajdujemy tu natomiast epizod, gdzie występują dwaj dyrektorzy teatru – dawny, subtelny jego znawca Zaremba i arywista Malinowski, w którym „pod rozrostem aktora zginął człowiek oprócz jednej żądzy wywyższenia się i władzy za wszelką cenę” (s. 48). Pierwszy z nich to oczywiście Tadeusz Pawlikowski, drugi – Ludwik Solski. W „geniuszu płci”, księżnej Helenie Hazarepelian odgadnąć można Irenę Solską, w jej kolejnych kochankach – dramatopisarzu Turskim i malarzu Wierzbickim – samego autora i Stanisława Ignacego Witkiewicza. Ten ostatni uczynił Solską, jako panią Akne, bohaterką swej pierwszej powieści „622 upadki Bunga” (pisanej w latach 1910-1911), gdzie umieścił także przyjaciół, m.in. Leona Chwistka jako barona Brummela i Bronisława Malinowskiego jako ks. Edwarda Nevermore, poza tym jednak realia krakowskie w powieści się nie pojawiają. (2)

 Po Niedźwieckim wykroczył poza krąg inteligencki tylko Artur Gruszecki w powieści „Cygarniczka”(1906). Z naturalistyczną skrupulatnością zobrazował tu ciężką pracę robotnic słynnej c.k. fabryki papierosów przy ul. Dolne Młyny, przede wszystkim jednak uwydatnił ich upokorzenia i molestowanie seksualne ze strony urzędników fabrycznych. Znalazło się tu także kilka barwnych scenek obyczajowych, jak podwórzowe plotki i umizgi służących, festyn ludowy w Parku Krakowskim czy kupno garderoby w nędznym sklepiku żydowskim na Stradomiu.

Omawiane dotychczas utwory należały do drugiego czy nawet trzeciego planu literatury powieściowej. Na jej planie pierwszym natomiast na pewno znajdowała się trylogia Stefana Żeromskiego „Walka z szatanem”. W jej części I, „Nawracanie Judasza”(1916) wydalony z granic królestwa Ryszard Nienaski zjeżdża do Krakowa. Architekt z zawodu jest oczywiście zachwycony jego zabytkami.

„Jakiż widok mógł stanąć do współzawodnictwa z pięknością widoku na zamglone wieże Krakowa, na zamek tumanem przesłonięty, widziany z błoń, ponad którymi czuwa pomnik bohatera, poderwanie się ziemi ku niebu, pomnik niemy jak polska dola, bez oblicza i formy, jedyny w świecie, a wiecznej pełen poezji! Jakiż widok mógł iść w porównanie z obrazem Krakowa i dalekich w stronę Tyńca skrętów Wisły widzianych z samego Kopca?” („Nawracanie Judasza”. Warszawa 1956, s. 236).


Ale równocześnie do pasji doprowadza Nienaskiego, poza którym oczywiście kryje się sam autor, zaśmiecenie i zabłocenie miasta – „chodniki nigdy nie zmywane i nie czyszczone, lepkie albo pagórkowate od zaschłego błota”, „bajora zalegające ulice odleglejsze od śródmieścia” (s. 236) (3).

 Przygnębia też Nienaskiego, jak tylu jego poprzedników, panujący powszechnie marazm – nie brak tu wybitnych uczonych i specjalistów, ale okazują się oni tchórzliwymi biurokratami, lub ciasnymi partyjniakami, pod pozorami polskości ukrywającymi „nędzę ducha”, traktującymi każde śmielsze działanie jako „romantykę”.

„Poza tym była masa Żydów i ogrom czarnej, wynędzniałej, schorowanej nędzy, świat złożony z typu „całuję rączki” zgiętego tak, iż nosem się podpiera, oddychającego zgnilizną suteren i owych niechlujnych ulic” (s. 238).

 Mimo to – a może właśnie dlatego – w części drugiej „Trylogii”, Zamieć (1916) Nienaski, otrzymawszy milionowy spadek, właśnie pod Krakowem skupuje pola węglowe i buduje kopalnie. O celowość tych działań spiera się z fanatycznym doktrynerem, anarchosocjalistą Żłowskim, a potem, gdy odrzucił żądania okupu postawione przez członków inspirowanej przez Żłowskiego organizacji Mścicieli – zostaje przez nich zamordowany. Zdarzenia te mają autentyczne podłoże – prototypem Żłowskiego był przebywający przez pewien czas w Krakowie przyjaciel Żeromskiego z lat młodzieńczych Jan Wacław Machajski, (posługujący się pseudonimem Kiżło, a więc anagramem nazwiska Żłowski), a na podkrakowskich Dębnikach istotnie działała wówczas pośrednio z nim związana organizacja Mścicieli, o której mało zresztą wiadomo (4).

Kraków już wojenny pojawia się w tomie trzecim trylogii, „Charitas” (1919). Oczyma starego pana Granowskiego oglądamy transporty rannych przywożone z frontu, wyruszającą w pole piechotę, wreszcie przysięgę na wierność cesarzowi austriackiemu składaną przez legionistów – i w tym fragmencie narrator porzuca punkt widzenia Granowskiego, by dać upust własnej już gorzkiej ironii; przechodzi ona w gwałtowne oburzenie w dalszym rozdziale, gdy Granowski poznaje od wewnątrz działalność Naczelnego Komitetu Narodowego: „Ohydne blagierskie deklamacje, najoczywistsze i najbardziej realne interesy tudzież kariery podawane jako poświęcenie bez granic, wielosłowie, wielokwadransowe wywody grubych ciemięgów, elokwencja kretynów, dowcipy błaznów jako najlepsza moneta krążyły w tym zespole przewodników skołatanej ojczyzny (...) Austriacka lojalność zbratała się na nowo ze starą tromtadracją i przybrała sobie do pomocy różnych strasznie srogich »szefów« czerwonych stronnictw, ażeby ze wszech sił popierać »dobrą wolę widnia«” („Charitas”. Warszawa 1956, s. 221).


Henryk Markiewicz


1 Krakowskiego teatru tego okresu dotyczy książeczka „Z pamiętnika aktora teatru w Gawronowie” (1875) Daniela Freudensohna. Pod przejrzystymi pseudonimami pojawiają się tu m.in. Adam Skorupka (Czerepko), Stanisław Koźmian (Damian), Antonina Hofmann (Dworska).

2 Zob. A. Micińska, „Wstęp do 622 upadków Bunga”, Warszawa 1972.

3 Już w „Urodzie życia” (1912) pisał Żeromski: „Kraków w Polsce jest miejscem prawdziwej piękności, jedynym w Polsce, a może nawet w Europie - ale od pierwszego piętra ku górze. Dół jest bardzo nieładny. Takiej zaś biedy jak w Krakowie, nie znajdziesz w Polsce, nie mówiąc już o Europie” („Uroda życia”, Warszawa 1956, s. 319).

4 Zob. S. Pigoń, „Zygzaki przyjaźni (J.W. Machajski – S. Żeromski)”. W: „Miłe życia drobiazgi”, Warszawa 1964.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas