poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JUSTYNA GŁADYŚ
Przegrany świat?
[Wiliam Shakespeare, „Makbet”, tłumaczenie S. Barańczak, reż. W. Śmigasiewicz. Teatr „Bagatela”. Premiera 29 IV 2000.]
DL 2000, nr 6-8 (164-166)



Od 29 IV do 14 V w teatrze „Bagatela” można było oglądać „Makbeta” w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza, z Danutą Stenką i Aleksandrem Domogarowem w rolach głównych. Skąd moda na ten mroczny dramat o sile władzy? Bo stał się on ostatnio inspiracją i pokusą wielu teatralnych twórców. Może płynie ona z przeświadczenia, że właśnie ta sztuka jest w stanie postawić diagnozę współczesnemu światu? Jeśli tak jest, to krakowski spektakl wydał diagnozę niepokojącą, źle rokującą na przyszłość. Oglądając go, wkraczamy w świat surowy, jakby pierwotny, w stanie niedokończenia i nieukonstytuowania. Tworzy tę surowość scenografia – żelazne, obnażone konstrukcje, po których mozolnie przyjdzie się wspinać aktorom. Czy to szkielet dawnej, umarłej budowli czy projekt nowej? Stadium początku czy rozkładu? Surowe są też kostiumy, podkreślające dodatkowo bezczasowość czy też pozaczasowość scenicznej akcji. Wystrzępione u dołu, długie, skórzane płaszcze, skórzane spodnie i buty, przypominające umundurowanie współczesnych skinheadów, a przy tym miecze i kolczugi wykonane z łusek karabinów maszynowych. To wyraźny sygnał, że mamy do czynienia ze światem, który mógłby zaistnieć zawsze i wszędzie.

Surowa jest także kolorystyka, bo spektakl niemal pozbawiony został barw, wszystko rozgrywa się w różnych odcieniach czerni i szarości, z rzadkimi plamami bieli. Jakby tego było mało, całą scenę zalega błoto. Nie można się nie ubrudzić, chodząc po tej ziemi. Nie uniknie tego nikt – ani król (Sławomir Sośnierz), ani Makbet, ani jego żona, ani Banko (Henryk Talar). Dominuje ponadto mrok, z którego światło wyławia poszczególne postaci, sceny, często jedynie niewyraźne kontury, zarys. Światło zachowuje się jak kamera, zwraca uwagę widza na punkt, nie odsłania nigdy całości. To, co wyciemnione, znajdujące się poza okiem światła, oglądający musi sobie wyobrazić, domyśleć, stworzyć dla siebie sam.

Taki jest świat „Makbeta” - mroczny, brudny, niedookreślony i jakby pokawałkowany, jak pokawałkowany i skrócony został sam tekst dramatu. Do pewnego stopnia scala ów świat muzyka - paradoksalnie jednolita w dysonansowości i zgrzytliwości. Drugim motywem spajającym są Wiedźmy. Dziwaczne stwory - niby mężczyźni, ale z długimi, siwymi włosami, ubrani w spódnice i czarne płaszcze. Nieokreślona jest ich płeć, niejasne samo istnienie, ani jego cel. Są niemal cały czas obecne na scenie, bezustannie towarzyszą bohaterom, ale, wiecznie zajęte sobą, nigdy nie wchodzą z nimi w relacje. Ślepe, nieokreślone, obojętne Przeznaczenie.

W tej surowej, pierwotnej i bezczasowej rzeczywistości scenicznej i bohaterowie mają w sobie coś „pierwotnego”. Relacje między nimi wyrażają się w sposób gwałtowny, emocji nie da się pohamować, a słowo jest bezsilne jako narzędzie kontaktu. Lady Makbet i Makbet porozumiewają się przede wszystkim językiem gestów, dotyku, aby dotrzeć do siebie muszą się nawzajem drażnić, bić, muszą krzyczeć. Malcolm (Przemysław Branny) na wieść o śmierci ojca reaguje nieopanowanym histerycznym wrzaskiem. Nawet Dunkan, król-esteta, król-dyplomata nosi w sobie wściekłość i agresję. Gdy nikt nie widzi, wyładowuje je na swoim synu. W świecie „Makbeta” wszyscy są sobie nawzajem obcy i wrodzy. Dziwnie sytuuje się w nim sam tytułowy bohater. Po pierwsze można go nazwać cudzoziemcem, biorąc po uwagę wszystkie wymiary znaczeniowe tego słowa. Szkot wśród Anglików, Rosjanin wśród Polaków, Czeczen wśród Rosjan - nieważne są tu konkretne konotacje i skojarzenia. Makbet to po prostu obcy. Właśnie język - z wyraźnym „cudzym” akcentem ma sygnalizować i podkreślać tę obcość i inność - tkwiące nie tylko w pochodzeniu i nacji, ale też odmiennym sposobie funkcjonowania w świecie. Po pierwsze jest on dla wszystkich nieobliczalny i nieprzewidywalny. Nikt, nawet żona, nie jest w stanie przeczuć ani uprzedzić jego reakcji i zachowań. Makbet bowiem niejako wie i doświadcza więcej niż jego otoczenie. Istnieje i działa na pograniczu światów materialnego i metafizycznego. Tylko on widzi na uczcie ducha Banka, tylko on kontaktuje się z szatanem. Tylko jemu zwiduje się tajemniczy sztylet, który zaprowadzi go pod drzwi króla i popchnie do morderstwa. Ta wewnętrzna złożoność postaci i jej niedopasowanie do otaczającego świata wymagają gry w najwyższej temperaturze emocji, skrajnej wyrazistości gestów, postawy ciała, mimiki i ruchów. I tak w relacjach z żoną Makbet bywa albo bardzo czuły i delikatny, albo niepohamowany i brutalny, jak najemny żołnierz. Przestraszony widokiem ducha Banka zachowuje się jak małe dziecko - wtula się w spódnicę żony, kryje za blatem stołu. Wściekłość wyraża krzykiem, niekiedy wręcz bełkotliwym, w którym trudno odróżnić poszczególne słowa. To Makbet niejednoznaczny i niejednolity - chce i nie chce popełnić zbrodni, chce wierzyć w wierność i lojalność, ale zabija najlepszego przyjaciela, boi się śmierci, a zarazem pragnie jej dotknąć, doświadczyć. Jest zwierzęco silny i brutalny, gdy wpada we wściekłość i żałośnie słaby, gdy klęka przed małym sługą – Seytonem (Tomasz Obara). Jednym słowem to Makbet niepojęty nie tylko dla swego otoczenia, ale nawet dla samego siebie. Na pozór siła Makbeta jest niczym w porównaniu z energią i determinacją Lady Makbet. Jedyna kobieta w świecie mężczyzn, ma w sobie ich brutalność i bezwzględność. Od początku wie, czego chce i robi wszystko, by cel osiągnąć. Drapieżną witalność tej postaci oddaje swego rodzaju „fizjologiczny” sposób gry. Gdy lady Makbet czyta list od męża dotyczący spotkania z Wiedźmami i przepowiedni tronu, niemal dławi, zachłystuje się jego słowami; demoniczna scena następująca zaraz potem - zwoływanie na pomoc „duchów Zła” - to poród. Jeśli Lady Makbet chce sprowokować męża do działania, do podjęcia decyzji, rozdrażni go do utraty panowania nad sobą. Podniecenie oczekiwania, niepewność i lęk pod drzwiami komnaty, do której wszedł właśnie Makbet, aby zabić króla, wyrazi miotając się jak zwierzę w klatce: przysiada, pełza, uderza pięściami w podłogę, wydaje ciche okrzyki i jęki. To zresztą ważna scena, ujawniająca prawdę o Lady Makbet. Pierwszy i jedyny raz przyszła królowa traci tu panowanie nad sobą, a swoją siłę odzyskuje natychmiast po wyjściu męża zza tajemnych drzwi. Wtedy znów dominuje, z zimną krwią, energicznie i precyzyjnie kieruje sytuacją. Choć zatem lady Makbet jest inicjatorką i motorem wszystkich czynów, tak naprawdę nie może istnieć bez swojego męża, jest w stanie działać tylko poprzez niego, związana z nim nierozerwalnie jak pępowiną. Bez niego gubi się i ginie. Najlepiej uświadamia tę prawdę końcowa scena I aktu, kiedy Lady Makbet zostaje po raz pierwszy odepchnięta przez męża i zdaje sobie sprawę, że zaczyna się on od niej świadomie oddalać. Słowa skierowane wtedy do niego są jak ostatnia instrukcja, dokładne i spokojne, ale zarazem wypowiadane mechanicznie, bezwolnie, odklejone od świadomości. Ostatni akord I aktu to obraz lady Makbet klęczącej samotnie pośrodku sceny, otoczonej ciemnością, z rękami opuszczonymi bezwładnie na kolana. Nie można mieć wątpliwości, że nadchodzi jej koniec.

Kontrapunktem dla owego zdziczałego, rozkrzyczanego świata jest postać Seytona. W tekście Szekspira Seyton to po prostu sługa Makbeta. W przedstawieniu Śmigasiewicza urósł on do rangi szatana, bezwzględnej siły, która z metodycznym spokojem, z ukrycia rządzi światem i kieruje biegiem wydarzeń. Seyton jest powolny i precyzyjny w ruchach, bezlitosny i bezwzględny w działaniu. Jak przystało na szatana, zdarza mu się wybuchać szatańskim, przyciszonym śmiechem. Pojawia się przy Makbecie w chwili, gdy ten podejmuje swoją pierwszą samodzielną decyzję o morderstwie - postanawia wydać rozkaz zabicia Banka - i będzie mu towarzyszył do momentu klęski, do spełnienia przepowiedni o lesie birnamskim. Wówczas Makbet - słaby i pokonany - nie może już być jego narzędziem. Seyton jednak znajduje inne. Gdy władzę obejmuje Malcolm, do tej pory tchórzliwy, zastraszony chłopiec, i gromkim, a zarazem ostrym, nie znoszącym sprzeciwu głosem wydaje rozkaz wytropienia i bezwzględnego wymordowania wszystkich sprzymierzeńców jego poprzednika, z góry znów rozlega się cichy, tryumfujący śmiech Seytona. Jest przy wszystkich, którzy mają władzę.

Realizacja sceniczna każdego dramatu jest zawsze w dużym stopniu wypadkową doświadczeń, wrażliwości, skrzywień i obsesji świata, w którym powstaje. Dlatego, siłą rzeczy, stawia temu światu diagnozę. W mrocznym spektaklu Śmigasiewicza nie ma miejsca na nadzieję. Nad rozbitym, wrogim, obcym światem góruje cichy śmiech malutkiego, niepozornego, flegmatycznego Seytona. Każda epoka ma szatana, na jakiego ją stać.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas