poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
IRENEUSZ TWARDOWSKI
Proza
DL 2000, nr 6-8 (164-166)

Biedny ja

Nie opowiem żadnej historii, w której wydarzenia następują po sobie i wypełniają czas. Nie umiem tak. Mam silne przeczucie innej rzeczywistości i dlatego nie umiem znaleźć się w czasie. Tam go nie ma.

Jestem zdziwiony przemijaniem. Traktuję je jak zabawę w doświadczenia. Dziś jestem stary, przyglądam się swojej twarzy i mówię sobie: proszę, jak maska zmienia człowieka, a tu trzeba iść do szkoły, odebrać świadectwo i najeść się czereśni do syta. Patrzę i mówię sobie, że w tej zabawie jest coś więcej, niż możliwość ujrzenia siebie na linii czasu; początek, środek i koniec-jak w kinie. Tak, lustro jest moim ekranem i to jest dobra zabawa, ale w tym jest coś więcej. I nagle raduje moje serce odkrycie, że jestem widzem, a nie uczestnikiem fabuły. Jak w kinie - skończy się seans, zapalą światła, a ja po chwili wyjdę w słońce. Pójdę do kawiarni albo odwiedzę przyjaciółkę i będę unikał seksu, żeby się nią napawać. Albo pójdę do parku, usiądę na ławce i zatonę w drzewach, których obecność jest świadectwem godności świata. Wejdę wszystką chęcią między te drzewa i, na litość boską, zapragnę tam być. Jak w kinie.

Nie ja przemijam. Tamten chłopiec ze swoją własną torbą czereśni jest wciąż obecny, on jest w tej radości, że nareszcie ma. I ja, stary człowiek przed lustrem też jestem. Patrzę i widzę lata za i lata przed, które będą tymi samymi latami i uśmiecham się moimi wstawionymi zębami i zwiędłą skórą naciągniętą na młodą twarz, bo wiem, że jako widz, powinienem się odnieść do wydarzeń. Więc odnoszę się moim uśmiechem, że dobrze zrobione, rodzi nastrój, dość zgrabna fabuła; jest jakieś dzieciństwo, szkoły, wątki romansowe, bałagan uczuć, sukcesy, porażki, pokłady słabości i heroiczne wzloty, jest budowanie i niszczenie, zachwyty i upokorzenia. Wkrótce będzie finał twego filmu i to niczego nie zmieni. Tyle że lustro będzie wyświetlać inny film. Jeszcze mocniej wyszczerzam moje zęby w przedziwnych kolorach, naciągnięta skóra twarzy jest jak starożytny pergamin, a ja patrzę w te rozbawione oczy i widzę, że tam rzeczywiście czai się widz. Już chcę sobie pogratulować mądrości, kiedy nagle opływa mnie żal. Wciska się w oczy i między zęby, skórze nadaje trupi wygląd, wyciąga z jakiejś skrzyni strach. Czyżbym się bał nie być? Przecież nie. Moje przeczucie prawdziwego świata jest silniejsze niż śmierć. Skąd wobec tego ten strach? Nie wiem, muszę o tym pomyśleć, mam jeszcze czas, spektakl trwa.

Siłą strzepuję z siebie strach i żal mi małego chłopca, rzucam karcące spojrzenie na moją starą twarz i każę sobie być dzielnym. A potem myślę sobie, że to za dużo i każę sobie być sobą. Bądź wierny, mówię, ufaj sobie. Wtedy w oczach znów pojawia się widz, a ja staję się jakby młodszy. Mówię sobie: przegrywasz, ale umiesz się podnieść. To dobrze.

Oj, biedny ja.


Głodny ja

Każda rzeczywistość zawiera w sobie inną rzeczywistość. Musisz o tym pamiętać, mój chłopcze. Na razie przyjmij to na wiarę. Moje siwe włosy niech ci będą gwarantem, że nie staram się przekazywać ci wiedzy, której nie ufam. Kiedy rozglądasz się wokół siebie, wszystko, co widzisz jest sadem w rozkwicie. Kiedyś się zaczęło i kiedyś się skończy, a tymczasem, jak sad, zmienia się w każdej chwili. Dziś są pąki kwiatów, a jutro będzie owoc, ale równie dobrze może nie być owocu, ponieważ nocą przyjdzie mróz. Nigdy się tego nie wie. Tak przecież jest od milionów lat, prawda? Przyroda świata wciąż ewoluuje; w miejsce jednych gatunków pojawiają się inne, rodzi się i umiera, coś się odradza, coś już nie wraca i pojawiają się inne - słowem: dzieje się na tej materialnej płaszczyźnie bogato niezmiernie. Atomy układają się w takie cząstki, a cząstki w takie związki, że nasz wirujący świat jest wciąż kolorowy i różnorodny jak pocztówki na święta. To widzimy i to opisujemy, ale pytanie brzmi: czy to jest prawda sama z siebie, czy tylko skutek jakiejś przyczyny?

Rozejrzyj się teraz. Widzisz drzewa i kilka domów, wzgórze tam dalej, przejeżdża samochód, słyszysz szczekanie psa, za plecami masz las, pod stopami gęstą trawę, nad sobą kilka białych chmur i błękitne niebo. Dobrze, a teraz spokojnie zamknij oczy. Przez chwilę będziesz widział cienie i zarysy tego wszystkiego, czemu się przyglądałeś, ale to zaraz minie. Podnieś teraz brwi i unieś twarz do słońca; niech w twoim niewidzeniu będzie więcej światła. Dobrze. Potrwaj tak i zapamiętaj wrażenie. Kiedy za chwilę otworzysz oczy i rozejrzysz się, spróbuj wyobrazić sobie, że tego wszystkiego nie ma. Jest tylko jasność, jaką teraz widzisz za swoimi powiekami. Dobrze? Pamiętaj, twoja wyobraźnia podpowiada ci, że tu nic nie ma poza światłem. A teraz otwórz oczy. Rozejrzyj się. Tak.

Chodź, pospacerujemy. Nie mów mi o swoich wrażeniach, zostaw je dla siebie. Wiedz jedno: kiedy praktykujesz ten rodzaj postrzegania, dajesz temu swój czas i pasję, przychodzi w końcu taki dzień, w którym znika wszystko to, co powszechnie widać. Nie od razu naturalnie; trzeba lat i wiary, że śnisz i chcesz się obudzić. W końcu otrzymujesz nagrodę i budzisz się w dni, kiedy świat jest przezroczysty, a ty obserwujesz tylko jego kształty; innym znów razem wszystko faluje, jakby zbudowane było z mgły. Są też takie dni, w których widzisz, jak bardzo wszystkiego nie ma, i ciebie też nie ma, i dopiero w tym niebycie wiesz, co znaczy być naprawdę. I masz jeszcze pewność, że za tym niebytem jest inna rzeczywistość, która przybliża cię do Wiedzy.

Zapamiętaj z dzisiejszej rozmowy, mój młody przyjacielu, że nie ma ani ciebie, ani mnie, ani całego tego uroczego świata, który oglądamy. Kiedy oswoisz się z tą myślą, będzie ci łatwiej znieść siebie w smutku i radości. Jest ci czasem źle tylko dlatego, że fałszywie identyfikujesz. Nie ma innej przyczyny. Ten świat jest sumą fałszywych wyobrażeń o nas samych, mój drogi, jest ciemną stroną wolnej woli. Kiedy dokładnie obejrzysz siebie i dowiesz się, że jesteś niczym, wtedy i świat stanie się niczym. Wierz mi - obudzisz się w tę rzeczywistość, w której nic nie będzie w stanie cię skrzywdzić, ponieważ nie będzie krzywdzącego ani krzywdzonego, ani krzywdy.

Patrzę na ciebie i widzę, że bardzo chcesz wierzyć. To dobrze. Zasiałem ziarno, niech wyrasta. Przyjdzie taki dzień, w którym przejrzysz i przejrzą miliony. Chcę tego, to jest mój głód. A propos, czas już, chodźmy coś zjeść.


Podły ja

Od niedawna jestem salowym. Taka sobie fucha, żeby wywinąć się od wojska. Przynieś, podaj, pozamiataj i niewiele więcej. No, może trochę przesadzam, rzeczywiście jest robota i często czuję się naprawdę zmęczony, ale jak się ma dwadzieścia lat, zmęczenie szybko mija. Na początku miałem kłopoty z zapachami; człowiek jednak straszliwie śmierdzi. Niby taki, no powiedzmy, nieźle poskładany, a śmierdzi jak tyfus. Zwłaszcza starzy. To było z początku najgorsze, ale oswoiłem się dziwnie szybko. Aż byłem zdziwiony. Siostra mi mówi, że nigdy nie byłem obrzydliwy - może to to.

Ludzie starzy właściwie mi nie robią. Leży ich tu do diabła i widać, że niektórzy naprawdę cierpią. Jedni są cisi i tylko czasem łapią więcej powietrza. Inni znów nie mogą sobie znaleźć miejsca, nie godzą się, albo co, bo zachowują się jakby już teraz, natychmiast chcieli wyskoczyć z własnych ciał, albo chociaż uczepić się kogoś. Wciąż szukają wzrokiem pomocy i bez przerwy nudzą. Jak mówię, starzy mi nie robią. Swoje przeżyli, przyszedł czas. Tak widać już jest, że jeden stary umiera we własnym łóżku śniąc o młodości, inny znów bawiąc się z wnukami w ogródku, a inny gnije w szpitalnym łóżku. A dlaczego akurat tak jest, nawet mi się nie chce myśleć. Chociaż właściwie z początku litowałem się, siadałem często przy ich łóżkach i wysłuchiwałem ich żalów, ale w końcu zabrakło cierpliwości. Ile można słuchać na okrągło tych samych pierdoł?

Co innego młody. Na młodych prawdziwie chorych nie mogę patrzeć. To okropne. Niedawno miałem tu dzieciaka z rozpoznaniem raka krtani. Było mi okropnie przykro. Nie zamieniłbym się z nim, ale dałbym naprawdę wiele, żeby nie umierał. Dałbym dziesięć lat swojego życia, gdyby ktoś zagwarantował, że on z tego wyjdzie. Pewnie po pięćdziesiątce bym żałował, ale teraz dałbym.

Leży u nas chłopak dwa lata młodszy ode mnie. Stracił nogi. Był naprany, wysiadał z podmiejskiego elektrycznego, ale tak jakoś niemrawo, że kiedy zamknęły się drzwi i pociąg ruszył, okazało się, że płaszcz chłopaka jest przytrzaśnięty i wciągnął go pod koła. Robili mu u nas reamputację. Podobno kikuty się psuły. Jednej nogi nie ma w ogóle, drugiej zostało kawałek. Czasem z nim rozmawiam. Siedzę na jego łóżku, mam nadspodziewanie dużo miejsca; jego ciało kończy się upiornym urwiskiem, koc spada z niego okropnie długo, a potem leży spokojnie i jest go nienaturalnie dużo.

Patrzę na te jego spłoszone oczy, które jeszcze nie wiedzą, co się stało. Jest w liceum, wkrótce matura, ale on na razie kombinuje jakby tu odebrać sobie życie. Zbierał po cichu prochy, ale go nakryli. Biedny chłopak. Patrzę na niego i chcę wzbudzić w sobie prawdziwą litość, i ta litość jest naturalnie gdzieś we mnie, ale nie jest uczuciem pierwszym. Pierwsza jest jakaś dziwna, smutna radość, że nie mnie przydarzył się ten wypadek. Odbija się od niego ta moja radość, ale ja jej nie chcę, bo wystawia mi nieładne świadectwo. Przychodzę do niego, siadam na wielkim łóżku, chcę być smutny, a jestem... do cholery, okropne to jest, ale jestem dziwnie szczęśliwy. Próbuję tego nie nazywać, ale prawdopodobnie jest we mnie zwierzęce przekonanie, że to on wziął na siebie tę część nieszczęścia, która mogłaby i mnie dotknąć. On ją zagarnął i przez to ja jestem, powiedzmy, bardziej bezpieczny. Coś w tym rozumowaniu jest, ale prawdę mówiąc, przygnębia mnie. Nie chcę tego i jego zaczynam obwiniać o moje pokrętne uczucia. Tak, on jest winien temu, że nie jestem taki, jakim chciałbym siebie znać. I nieważne, że to jemu ziemia dosłownie usunęła się spod nóg i ledwie nos mu widać znad powierzchni życia. Ja jestem tylko widzem tego spektaklu, a jednak czuję się dotknięty. Gdzie w tym wszystkim jest prawda? Podły ja.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas