poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MICHAŁ NAWROCKI
Martwa natura z Toporem
DL 2000, nr 6-8 (164-166)

„Pomylony mężczyzna płukał kiść białych winogron w fontannie, z której biła czerwona woda. Hrabina Sforza biegła z rozpłatanym brzuchem, z wnętrznościami na wierzchu, poprzez labirynty wielkiej rzeźni w Chicago. Przechylony przez burtę statku chiński kucharz za pomocą elektrycznej piły odcinał głowę syrenie. Z lepkiej od krwi książki wysunęło się, jeden po drugim, siedem czarnych węgorzy. Rozgrzany do białości kret pogrążał się, sycząc w brzuchu prostytutki. Szklane oko — chlup! - wpadło do basenu. Żarłoczny olbrzym opychał się hot-dogami z długimi palcami wirtuozów zamiast parówek. Elegantka polerowała swoją kość ogonową. Chmara much wywlekała z areny martwego byka...”

Roland Topor, „Magari (być może)”


1. Wyobraźmy sobie taką oto scenę: człowiek chce się powiesić. Na drzewie znajdującym się w ustronnym miejscu, w lesie na polanie. Ma ze sobą sznur, wybrał już gałąź. Nagle pojawia się mały chłopiec: zaczynają rozmawiać. Mężczyzna jest zdecydowany skończyć ze sobą, chłopiec wydaje się to rozumieć; ponieważ gałąź znajduje się dość wysoko, chłopiec pomaga mu umocować sznur. Na końcu mężczyzna w przypływie serdeczności daje chłopcu wszystko, co ma przy sobie, a co nie będzie mu już potrzebne: trochę pieniędzy, papierosy. Jakieś drobiazgi. Później się wiesza.

Jest to streszczenie opowiadania „Dobre miejsce” Rolanda Topora. Opowiadanie to kończy się tak:

„Kiedy już było po wszystkim, dziecko oddaliło się powolnym krokiem robotnika wychodzącego z fabryki. Praca nie była wesoła i nie zawsze trafiało się na milionerów.
Będzie jednak wracał na tę polanę. Drzewo jest rentowne. Już sześciu wisielców w tym miesiącu, a dziś dopiero siedemnasty!”

2. Jak zwykle w przypadku postaci dużego formatu, więcej jest wątpliwości niż pewników. Jednoznaczne sklasyfikowanie Topora wydaje się nieprawdopodobieństwem. Roland Topor - to właściwie kto? Franchman, Paryżanin, polski Żyd. Prozaik, dramaturg, grafik. Prowokator, cynik, nihilista... Aktor, po trosze błazen, kpiarz. Jakieś egzotyczne skrzyżowanie egzystencjalisty z surrealistą. Intelektualny sadysta. Dla wielbicieli twórca kultowy, dla przeciwników hochsztapler i nihilista. Dla jednych kabotyn i świntuch. Dla innych wyrafinowany intelektualista... Choć w tym wypadku zaprotestować mógłby sam Topór słowami jednego ze swych bohaterów „Dziennika panicznego”:

„Och, nie, proszę pana, nie jestem żadnym intelektualistą, musiałbym nawet sprawdzić w słowniku, jak to się pisze. Zresztą, każdy skretyniały krytyk sztuki to potwierdzi. Le Gac jest intelektualistą. Adami jest intelektualistą. Arakawa jest intelektualistą, ale nie ja. Ja jestem wesołek.”

Roland Topor. Koneser śmierci i wytrawny smakosz życia. Człowiek, który aksamitną wstęgę z napisem „Granica dobrego smaku” wykorzystał jako elegancki papier toaletowy.

3. Gdyby zaryzykować próbę najogólniejszego choćby opisu sztuki poetyckiej Topora, można by stwierdzić, iż -w największym uproszczeniu – istnieją trzy cechy dystynktywne jego prozy, cechy dla całej jego poetyki niezwykle charakterystyczne: skrótowość, momentalność i paniczność. Są to wyznaczniki formalne, które jednak, jak się okaże, z treścią solidnie się uzupełniają.

Zacznijmy od skrótowości. Już podczas pobieżnej lektury tekstów autora „Najpiękniejszej pary piersi na świecie” nietrudno zauważyć, że nie lubi on rozwlekłości. Topór to autor dramatów, powieści, nowel, jednak formą najbardziej charakterystyczną i najczęściej przezeń eksploatowaną jest krótka proza. Proza ta często ma charakter fabularny, niekiedy sprowadzona zostaje do samego opisu, zwykle zaś kończy się wyrazistą, ostrą puentą. Topór dąży do maksymalnej kondensacji. Sytuacja dramatyczna zostaje zaledwie naszkicowana, opis to zazwyczaj kilka wyrazów. Topora interesuje raczej swoiste „rozpędzenie tekstu” i możliwie szybkie doprowadzenie go do puenty – czasem „na skróty”, gdy porządek przyczynowo-skutkowy zastępuje asocjacyjnym. Puenty absurdalnej, groteskowej, śmiesznej... i boleśnie oczywistej.

Często jego proza wydaje się niedopracowana, nieprzemyślana, tworzona jak gdyby w wielkim pośpiechu. Zjawisko to jest niezwykle charakterystyczne dla Toporowego pisania, mające też swoje konsekwencje dla wizji rzeczywistości, wizji świata. W świecie, który Topór widzi, który przedstawia, innej literatury być nie może: piszę skrótowo, niemal spazmatycznie; piszę nie marnując czasu na rozwlekłe okresy zdaniowe i długaśne akapity... Wszystko jest możliwe, nic oprócz śmierci nie jest pewne, i nie wiadomo, czy za pół godziny nie nastąpi koniec świata. Stąd wynika momentalność prozy Topora: piszę tu i teraz, piszę bardzo szybko, najszybciej jak potrafię, nawet nie tyle piszę, co sygnalizuję jakiś moment, może „ten” jeden moment. „Tę” chwilę. Czynię to z prostego względu. Następnej chwili może już nie być. Nic mi nie gwarantuje realności, niezmienności i trwałości świata (podobnie rzecz ma się z człowiekiem, nie wyłączając mnie - podmiotu, który owej niepewności świata doświadcza). Nic mi nie gwarantuje tego, że będę -tak samo, jak nic mi nie gwarantuje tego, że jestem. Muszę się spieszyć.

Paniczność jest konsekwencją - a także częściowym przynajmniej dopełnieniem - momentalności. (Słowo to pojawi się jeszcze w niniejszym szkicu, jako próba określenia pewnego typu bohatera literackiego, charakterystycznego dla świata wyobraźni Topora, jednak w tym momencie mowa o pewnej cesze poetyki, cesze formalnej.) Momentalność wynikała z pewnych dyspozycji intelektualnych, paniczność - to jej emocjonalne dopełnienie. Panika - oprócz pewnego stanu emocjonalnego, zarówno czytelnika jak i narratora -będzie wiązała się z pewną organizacją tekstu: jego dynamiką i rwanym, gorączkowym, spazmatycznym rytmem.

4. Czarny humor, makabra i prowokacja, to – jeżeli chodzi o treść – najbardziej chyba charakterystyczne cechy twórczości Rolanda Topora. Ta twórczość ocieka krwią, cuchnie wyprutymi wnętrznościami, fekaliami. Trup ściele się gęsto, wręcz niefrasobliwie. Dystyngowane towarzystwo prowadzi wytworną i kulturalną rozmowę podczas zbiorowej kopulacji. Święty Mikołaj, który wlazł przez komin, brzydko się zabawia z małym chłopczykiem, a jego tatusia gwałci. Pan Laurent przybija swojego dzidziusia do drzwi wejściowych i znęca się nad nim, ile wlezie, w obecności sąsiadów, przypadkowych przechodniów (Panna Francoise: - „Spójrz mamo, do drzwi pana Laurenta przybity jest dzidziuś. - W takim razie - odpowiada pani Francoise - nie pukaj, kochanie. Stosowniej będzie zadzwonić.”), oraz antycznego chóru, który komentuje jego poczynania tak: „Ślini się z rozkoszy/ Diabelska pokraka/ Gdy w tłuszczu obsmaża/ kawałek dzieciaka”. Natomiast - jak wiadomo z prozy zatytułowanej „Kolonia Pingwinów, czyli Stowarzyszenie Bezrękich” – „Faceci bez ramion podróżujący autostopem są często aresztowani za ekshibicjonizm”.

Wydaje mi się jednak, że sprowadzenie twórczości Topora jedynie do prowokacji, do archaicznej już nieco chęci epatowania bourgeois brzydotą, wreszcie do czerpania przyjemności z makabrycznych dowcipów, to – mówiąc delikatnie – duże uproszczenie. Ta twórczość jest o wiele bardziej złożona. Świat wyobraźni Rolanda Topora to miejsce przedziwne, jego zaś bohaterowie to stwory równie dziwaczne jak sceneria, w której występują.

W centrum zainteresowania Topora znajduje się zwykle człowiek, często anonimowy, niedookreślony (bohaterowie Topora to nierzadko czyste imiona). Indywiduum wyobcowane, pogubione, śmiertelnie przerażone, indywiduum zakompleksione, pełne obaw, chorobliwe, nieśmiałe, brzydkie i smutne... Bohater Topora to człowiek przerażony istnieniem: człowiek uwikłany w najdziksze konflikty, ofiara uwarunkowań społecznych, ofiara cywilizacji, własnych popędów i lęków, wreszcie - regularny wariat. To człowiek, któremu jawa miesza się ze snem, ale to nie jest najgorsze, bo okazuje się, że to nie jemu się miesza, tylko wszystkim innym (oniryczność to kolejna cecha twórczości Topora)... To człowiek, którego samochód został zarażony wirusem AIDS (najpewniej zaraził się od innego samochodu, który stał za nim albo przed nim). To człowiek, który obudził się pewnego ranka i skonstatował, że wszyscy oprócz niego oszaleli, zaś na oceanie obłędu, ostał się on jeden - rozbitek na malutkiej piaszczystej wysepce, na której niebawem skona w męczarniach z głodu (może próbując wcześniej konsumować siebie samego... na przykład jak egoistyczny bohater „Sznycla górskiego”, który pożarł własną nogę nie dzieląc się z kolegami).

Co więcej, bohater Topora to szczególny przypadek człowieka bez właściwości... albo inaczej – to człowiek, który niezwykle łatwo się swych właściwości wyzbywa. Wrzucony w czyhający nań świat człowiek ów zamienia się w kogoś, albo co gorsza, w coś innego... Patronem tych wszystkich istot jest może Gregor Samsa, lęk zaś przed utratą siebie można bez wielkiej przesady nazwać lękiem uniwersalnym, lękiem cywilizacyjnym. Utrata właściwości, utrata tożsamości służą jednak przede wszystkim temu, żeby ukazać, jak bardzo te wartości są iluzoryczne i nietrwałe - bo narzucone. Nie są nasze. Łatwo się ich wyzbyć - nawet jeżeli tego nie chcemy... Albo: zwłaszcza gdy tego nie chcemy. Gorsza sprawa, że te właściwości są doskonale wymienne, gdyby je zaś usunąć, pozostanie zbiór pusty. Jeżeli człowiek jako nosiciel pewnych cech jest naczyniem, które – jak cieczą – jest owymi cechami wypełnione, to samo to naczynie jest tak doskonale przezroczyste, że niewidzialne. A może – i to jest chyba najgorsze – naczynia po prostu nie ma.

Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że Toporowi udało się stworzyć pewien typ bohatera, pewien niezwykle wyrazisty konstrukt. Można by go nazwać właśnie bohaterem panicznym. Cechą kondycji ludzkiej jest bowiem panika. Współczesny człowiek to ktoś, kto poddał się panice. Ale oprócz tego, co zwykle przez to pojęcie rozumiemy, jest to panika - by tak rzec - transcendentna. Egzystencjalny lęk, który odczuwa jednostka ludzka u Topora przybiera szczególny charakter. Samo słowo zresztą u niego pojawia się niezwykle często... Są między innymi „Trzy dramaty paniczne”, jest „Teatr Paniczny”, jest „Bar Paniczny”, „Restauracja Panika”. I wiele innych. Paniczny - jak wspomniałem - jest również sposób formułowania myśli, prowadzenia narracji.

Paniczny ów człowiek zostaje więc wrzucony w świat... Świat zaś - bestia drapieżna i zachłanna – tylko na to czeka. Czeka, by nieszczęśnika wchłonąć, połknąć, strawić... a następnie – jakby tu rzec? – uznać za persona non grata. Bardzo ostro zostaje zarysowany układ ja-świat; ja-inni. Tym bardziej, że świat w każdym swoim przejawie, cała dostępna i niedostępna rzeczywistość to przestrzeń zagrożenia. A inni – jak skądinąd wiadomo – to piekło. W takim świecie może wydarzyć się wszystko. To właśnie świat pozbawia człowieka jego cech: świat zmienia go, czyni innym... w sposób jak najbardziej dosłowny. Małe dzieło jakim jest „Chimeryczny lokator” - stanowi tego najlepszy dowód: historia młodego człowieka, który wprowadza się do kamienicy, okazującej się przerażającą pułapką, stanowi najdobitniejszy przykład takiego rozumienia rzeczywistości. Inny przykład? Bohater „Najpiękniejszej pary piersi na świecie” zostaje przez pewną dziewczynę zarażony biustem. (Aż chciałoby się zawołać: małe a cieszy!) Zresztą ciągła auto-kompromitacja podmiotu to zjawisko dla wyobraźni Topora niezwykle charakterystyczne.

Panika i pośpiech egzystencji - to bardzo ważne słowa. Warto również zauważyć, i jest to konsekwentną cechą twórczości Topora - scenerią większości jego utworów zwykle, choć nie zawsze - jest miasto. Jego dynamizm, złożoność, pośpiech. Jego brzydota, groza i... urok. Wyobraźnia literacka Topora to wyobraźnia industrialna. Piękno przyrody nie wzrusza jej zbytnio, by nie rzec, że nie przepada ona za nim zgoła. Sam Topór zresztą przyrody nie znosił, swój stosunek do natury oraz zapotrzebowanie na jej uroki określa z właściwym sobie niezobowiązującym wdziękiem w prozie zatytułowanej „Paskudny poranek”:

„Zdarza mi się spędzić dwie godziny z głową w sedesie, czekając, aż się zacznie. Zresztą, bardzo to lubię! Te wiejskie klimaty... Szmer wody spływającej nieustannie, odkąd zepsuła się spłuczka. W Paryżu brakuje nam kontaktu z przyrodą. Dlatego ludzie wydają fortunę na rośliny doniczkowe. A przecież natura to nie tylko chlorofil! To także strumyki, źródła, wodospady... Ja to wszystko mam w sraczyku i to za darmochę”. Nie znaczy to wcale, że miasto jest czymś dobrym; Miasto – zwykle Paryż – to po prostu naturalne środowisko zarówno dla Topora, jak i jego bohaterów.

Świat z kolei jest jakby pulsującą, ożywioną magmą: bezkształtną masą, jakąś potworną amebą, której istoty określić niepodobna. Chociaż jedno jest pewne: rzeczywistość to wściekła, niebezpieczna bestia, a jeżeli zerwać zasłony bytu – okaże się, że w pustce, która jest jego istotą, możemy dostrzec tylko jedno: śmierć. Śmierć zaś to centralny punkt twórczości Rolanda Topora.

5. Bo Topór tak naprawdę zawsze – bez względu na to o czym pisze – pisze o śmierci. Cieniem śmierci jest natomiast u niego humor. Jak się łatwo domyślić jest to typ tzw. humoru czarnego, zwanego również wisielczym. Zresztą, gdyby nie ten makabryczny, okrutny, czarny humor, twórczość Topora nie byłaby tym, czym jest; straciłaby swój urok, stając się czymś innym, jakimś płaczliwym, pretensjonalnym egzystencjalistycznym bełkotliwym skrzekiem w guście Sartre'a. Słowem: śmierć bez poczucia humoru to jak Roland bez Topora.

„Zbyt poważną sprawą jest życie, by je traktować poważnie” - powiedział kiedyś Oskar Wilde. Wydaje się, że Topor, zastąpiwszy wyraz życie słowem „śmierć” powtarza po nim tę maksymę i stawia ją sobie za podstawowe kryterium pisania o niej. Śmierć, cierpienie', lęk, ból, gniew - zostają przez Topora po prostu wyśmiane... Albo mówiąc metaforycznie – Roland Topor mieli egzystencjalne mięso w maszynce humoru (kto zna grafiki Topora wie, że metafora ta jest jak najbardziej na miejscu). Boli cię? Ha ha, zdaje się mówić Topór; boisz się? - Ale dowcip! Umrzesz? - Ryk śmiechu. - Rany! Umrzesz. No, no, no. A to ci heca. Kto by pomyślał. Strasznie śmieszne. Po prostu - makabrycznie śmieszne.

Ile w tym pozy, prowokacji i zwyczajnej zgrywy? Zapewne sporo. Topór uwielbia prowokować, oburzać, obrzydzać, irytować. Wszechobecna ironia, permanentna kompromitacja wszystkiego, nabijanie się z konwencji, ośmieszenie burżuja, zagranie na nosie mieszczuchowi i filistrowi, co udaje artystę, o tak! Jak najbardziej! Topór to kocha i prowokacja to niezaprzeczalna cecha jego działalności. Tyle, że oprócz prowokacji mamy tu do czynienia z czymś poważniejszym: ta – konsekwentna przecież – wizja świata, ta konsekwentna kpina ze wszystkiego, co straszne i ostateczne, śmierci, bólu, lęku, to również, a może przede wszystkim próba oswojenia śmierci. Śmiech zabija strach; to, co śmieszne przestaje być przerażające: trudno bać się czegoś, na czego widok pękamy ze śmiechu. Śmierci trzeba się nauczyć, trzeba się jej przestać bać, trzeba ją może trochę oswoić. A przede wszystkim śmiać się - nawet jeżeli od pewnego momentu będzie to śmiech szaleńca.

Takie widzenie świata ma niewątpliwie funkcje terapeutyczne. Topor nie stwarza żadnej perspektywy, nie daje żadnej nadziei, żadnych złudzeń. Topór się śmieje - i w ten sposób łagodzi trochę ból, lęk i oswaja trochę śmierć. Sytuacja graniczna zostaje tu przedstawiona jako skecz... Poprzez wyszydzenie, strącenie z koturnu, odbiera się jej prawo autentyczności, a co za tym idzie - osłabia się jej grozę, Oczywiście takie spojrzenie na świat to tylko paliatyw... Ale czy ktoś kiedyś wynalazł remedium?

Ze śmiercią u Topora to jest tak, jak gdyby jakiś łobuz przy-kleił na plecach dostojnej kostuchy kartkę z napisem „Kopnij mnie”.

6.
„ – No więc, wiadomo już, co to takiego? - pyta baronowa, mierząc wskazującym palcem w poduszkę.

Baron wzrusza ramionami. On też nie wie. Aby się dowiedzieć, sprowadzają z Paryża eksperta. Rzeczoznawca zanurza w tym palec, smakuje. W końcu ogłasza werdykt:

- Bez wątpienia jest to gówno, i to bardzo stare. Chętnie je nabędę.

Baron sprzedałby z ochotą, ale baronowa - w żadnym wypadku!”
(V.S.O.P.)

Tym, których gustom powyższa proza nie odpowiada, uprzejmie radzę, żeby dla wygody i spokoju ducha ominęli niniejszy podrozdział.

Oprócz flaków, glutów, wydzielin, wyrafinowanej cywilizacji i kultury, sztuki i religii, oraz innych odrażających substancji, Roland Topor – jak by to rzec? – lubi się babrać w gównie. A że jest to problematyka w jego twórczości istotna, sądzę, że należy jej poświęcić nieco uwagi, więcej: niepisanie o tym byłoby poważnym uchybieniem.

Jakkolwiek to zabrzmi, gówno w twórczości Rolanda Topora odgrywa ogromną rolę. Tym bardziej, że bynajmniej nie chodzi tu o tandetną prowokację i szczeniackie wulgaryzowanie, lecz o sprawę naprawdę dużej wagi (tym co się krzywią, przypominam, że o gównie pojmowanym jako problem metafizyczny pisał Milan Kundera).

Gówno to nie tylko salonowa prowokacja na użytek krytycznoliterackich ciotek-dewotek, czy okazyjne mot de Cambronne, to problem wagi zasadniczej. Gówno funkcjonuje u Topora na kilku poziomach: egzystencjalnym, estetycznym, aksjologicznym wreszcie. Gówno - by tak rzec - z jednej strony konstytuuje sens bytu, z drugiej jest jego najbardziej powszechnym i charakterystycznym przejawem. Gówno to nierzadko kwintesencja rzeczywistości i - człowieka. Sporo w tym Feurbacha: maksymy, iż „człowiek jest tym, co zje”. Roland Topor parafrazuje ją nieco. Bliższe prawdy jest tu sformułowanie, że człowiek jest tym, co wydala. Dość to przerażające, w gruncie rzeczy.

Faktem jednak jest, że Topór bynajmniej nie podnosi problematyki gówna do rangi religii czy jedynej słusznej ideologii. Nie rozpacza i nie załamuje rąk: nie woła na puszczy i nie oskarża Demiurga, że ludzką egzystencję skazał na takie nieładne sprawy. Topór pod tym względem jest wyjątkowym racjonalistą i do rzeczy podchodzi z rozsądkiem i umiarem. Z gównem – wydaje się mówić – jest jak z życiem. Jest. I coś z tym trzeba zrobić.

W tym aspekcie jego twórczości jest to jak gdyby bluźniercza trawestacja formuły „non omnis moriar”. Nie wszystek przeminę zdaje się mówić Topór, coś po mnie zostanie. Co jednak zostanie - nietrudno się domyślić. Życie to jak gdyby permanentna, transcendentna defekacja... Cóż, gdyby pociągnąć ten wątek dalej, można by pewnie powiedzieć, że w takim układzie twórczość Topora to literacka sraczka... Pardon. Rozwolnienie.

Z kondycją zaś ludzką i człowiekiem jest trochę tak jak z bohaterem Stypendysty, osobnikiem o dźwięcznym nazwisku Herve Skwaszona-Gęba, któremu co prawda przyznano tytułowe stypendium, jednak z „powodu braku gotówki oraz rocznego zablokowania konta, wypłata nastąpi w kilogramach gówna, oczywiście według aktualnie obowiązującego kursu”.

7. Norden, bohater prozy „Zollkontrolle”, budzi się w nocy i widzi stojącego nad nim celnika, który żąda od niego paszportu i pyta, czy nie ma czegoś do oclenia. Norden jest zdezorientowany: mówi, iż nie wiedział, że będzie przechodził przez urząd celny. „Tam, gdzie jest granica, jest i urząd celny” – słyszy. To króciutkie opowiadanie kończy się następująco:

„ – Proszę podnieść poduszkę.

Norden posłuchał. Musiał jeszcze ściągnąć kołdrę i prześcieradło. Celnik obmacał materac, zajrzał pod łóżko, przeszukał stolik nocny i metalową szafkę. Następnie wszedł do łazienki. Norden usłyszał, jak odsłania zasłonę pod prysznicem, podnosi deskę klozetową. W końcu wrócił. Niedbale zasalutował.

– W porządku. Może pan przejść na drugą stronę. I Norden umarł.”

Roland Topor nie umarł w swojej sypialni. Śmierć potraktowała go tak jak on ją-jakąś zwariowaną absurdalną wyrozumiałością. Celnik nie dopadł go w łóżku, podczas snu: nieproszony zjawił się na jakiejś imprezie towarzyskiej, gdzie Topor bawił się w towarzystwie przyjaciół (bo oprócz zażyłych związków ze śmiercią, był to równocześnie wielki koneser życia, dobrego jedzenia, wina i cygar). Autor „Czterech róż dla Lucienie” stracił przytomność i kilka dni później - może formalności imigracyjne się przeciągnęły? - zmarł.

Norwid powiedział kiedyś o Sokratesie, że - cytuję z pamięci - nie umarł, lecz zakończył filozoficzne dowodzenie. Roland Topor - toutes proportions gardees - podsumował swoją twórczość wyrazistą, jak to miał w zwyczaju, puentą. Puentą może niezbyt oryginalną, może trochę kabotyńską, może i wreszcie mało w ogólnym rozrachunku zaskakującą. Ale tak to jest ze śmiercią, tą puentą puent, że zawsze nieodwołalnie zamyka i pieczętuje kicz i grafomanię - życia.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas