poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
EMIL IWAŃCZUK
Wodne dziewczęta
DL 2000, nr 6-8 (164-166)

Uwaga, skaczemy! Raz, dwa i trzy, i hooop! - gibkie ciała odbiły się od urwistego brzegu i łukiem pofrunęły ku tafli stawu. Perlista fontanna wzbiła się w powietrze wśród pluskania i radosnych popiskiwań. Trójka smukłych dziewcząt baraszkowała w zielonkawej wodzie beztrosko, jak gdyby nic wokół nie zaczynało się i nie kończyło. Nad okolicą lekko unosił się świetlisty namiot, wypełniony rozgrzanym powietrzem. Drzewa stojące w pobliskim lesie, nadbrzeżne zarośla tataraku, trawy i zboża na okolicznych polach wyglądały na bezpieczne. Uczucie powszechnej łagodności oczywiście udzielało się pogrążonym w wodnej zabawie panienkom. Raz po raz któraś nurkowała na długie minuty, po czym w nieoczekiwanym miejscu wyskakiwała na powierzchnię ociekająca wodą, roześmiana główka.

Widok był tak piękny i rozkoszny, że postronnemu obserwatorowi mógłby się wydać planem filmowym, na który zaraz wkroczy tęgawy reżyser i, klaszcząc w dłonie, zakrzyknie „dobra, koniec ujęcia!”. Odruchowe niedowierzanie, że tak perfekcyjna kompozycja może być rzeczywista, zapewne towarzyszyłoby każdemu zewnętrznemu widzowi, było jednak obce dziewczętom. Dla nich bowiem w ten wakacyjny czas ufność bez pytań była stanem naturalnym, poza który nic nie wystawało, i nic dziwnego, że wszędobylskie ryzyko odczuwały po prostu jako odmianę łaskotania. Śmiech, czający się w każdym oddechu, śmiech we wszystkich rejestrach i timbre'ach, zdawał się uniwersalną formą komunikacji z otaczającym światem.

Po drugiej stronie stawu zarośla przerzedzały się nieco, odsłaniając gdzieniegdzie perspektywę pszenicznych łanów, wyściełających równinę aż po horyzont. Nie sposób było się domyślić, ani tym bardziej dojrzeć, że wśród łodyg i listków skrywa się dwoje skupionych, błękitnych oczu. Ich szczęśliwy posiadacz, chłopiec może czternastoletni, osłaniany bezinteresownie przez łozinę i okoliczne chwasty, od kilku już dni uprawiał odwieczny, zawsze podejrzany proceder. Z precyzją i oddaniem śledził każdy ruch niczego nieświadomych Olgi i Mariny oraz tej trzeciej, której imienia nie znał, choć właśnie ona najbardziej bezwzględnie obchodziła się z jego uwagą. Słowo „śledził” jest tu trochę nie na miejscu, dopuszczalne jedynie na prawach białej metafory, bowiem w zachowaniu chłopca nie było bezdusznej chęci wykorzystania dziewczęcych widoków czy wdzięków, nie drzemała w nim żadna przemoc ani brutalna łapczywość. Chłopiec nie znał zresztą jeszcze słowa „pożądanie”, dopiero co zaczął przeczuwać pod językiem jego smak, zwłaszcza gdy zajadał słodką klapsę z ogrodu dziadka, a ciepły sok spływał mu kleistą strużką po ręce aż do łokcia.

Jeśli skrywał się skwapliwie, w wytrwałym bezruchu, często nawet wstrzymując oddech, to czynił tak raczej z nabożnego szacunku, z delikatności, z obawy, aby nie spłoszyć tych zgoła nieziemskich stworzeń, a nade wszystko z podziwu, najczystszego, pokornego podziwu dla istot niewypowiedzianie doskonałych. Można nawet przypuszczać, że same dziewczęta z upodobaniem przyjęłyby obecność chłopca, gdyby tylko dane im było pojąć bezmiar jego zachwytu. Trudno uwierzyć jednak, aby ujawnienie adoratora pozwoliło zachować nieskażoną naturalność sytuacji (w końcu tylko przyroda potrafi zachować wyniosłą obojętność wobec estetycznych uniesień turysty albo pielgrzyma).

Dwubiegunowa kompozycja ufności i podziwu, naiwności i pasji, odsłonięcia i skrycia, świętującego ruchu i ostrożnego przyczajenia była tak zupełna, że bez ingerencji obcych sił mogłaby zapewne trwać i trwać. Spektakl toczył się na dobrą sprawę bez udziału woli, nikt nikogo nie wybierał ani o niczym nie decydował, ulegle spełniając zagadkową powinność.

Harmonia dotrwała do końca lipca. Niewątpliwie sprzyjała temu łaskawa aura, która, poza kilkoma majestatycznymi burzami, w niczym nie przeszkadzała celebrować wakacyjnej beztroski. Prosto po śniadaniu dziewczynki niemal w pośpiechu pakowały koce i ręczniki i, nie czekając aż wybrzmią ostatnie przestrogi ciotki, wybiegały na polną drogę, schowaną za ogrodem, z tyłu domu. Wypełniając okoliczne sady chichotem, zbliżały się do drzemiącego jeszcze w cieniach stawu, gdzie wiernie wyczekiwała ich przybycia skulona postać. Kosmiczny taniec kuszenia i uwielbienia kołysał się aż do obiadu, a niekiedy po obfitym antrakcie dziewczęta wracały na drugi, popołudniowy akt, w czym chłopiec skłonny był dopatrywać się nieco nadmiernej rozrzutności losu, a może nawet podstępu. Fakt, że nie umiałby wskazać nikogo ani niczego odpowiedzialnego za tę ewentualną pułapkę, tylko wzmagał niepokój, rzecz jasna wzbogacający smak całej przygody. Chłopiec nie tylko nie zaznał jeszcze okrutnych facecji ukrytego porządku, zwanego losem, ale nawet nie przypuszczał, że coś takiego jest i działa (i to jak!), trudno się więc dziwić, że brnął w tę tymczasową błogość bez opamiętania.

We środę i w czwartek padało, a ociężałe, brudne niebo nie dawało nadziei, że nazajutrz coś się zmieni. Dziewczynki snuły się po domu markotne, przetaczając zwały nudy z pokoju do pokoju, dokuczały przy tym sobie nawzajem, a przy okazji trochę ciotce. Dopiero o zmierzchu z rezygnacją godziły się na przestrzeń czterech ścian, a nawet odnajdywały urok domowych psot, gonitw od piwnicy po strych i chichotów do północy.

Obudzone w piątkowy ranek oczy długo sprawdzały błękit za oknem, zanim uwierzyły w oślepiające światło i widoki na upalny dzień. Upewniwszy się, że pogoda jest znowu życzliwa, dziewczęta, nie tracąc ani chwili, odbębniły poranny rytuał i po niecałej godzinie rozpryskiwały bez opamiętania zieloną, cierpko pachnącą wodę.
- O jejku! Co to?! Dziewczyny, chodźcie tu, szybko, zobaczcie, co to jest? - wykrzykiwała Olga wysokim, troszkę chyba przestraszonym głosem. Stała na płyciźnie przy przeciwległym brzegu, po kolana w wodzie, i pochylona przyglądała się czemuś w szuwarach.
- Idziecie czy nie? To zaraz ucieknie. Ludzie, wygląda jak helikopter. Niesamowity kolor, jeszcze takiego nie widziałam - koniecznie chciała zainteresować swoim odkryciem koleżanki, które uległy wreszcie, przerwały namiętne obrzucanie się mokrym mułem i ruszyły wpław, na wyścigi, która pierwsza.
- Eee, to ważka, czekajcie, jak to się inaczej nazywa, tak jakoś ładnie - Marina zapatrzyła się w zarośla, marszcząc w zamyśleniu nosek. - Świtezianka! Świtezianka, ślicznie, no nie? - z upodobaniem wymawiała miękkie głoski.
- Głupia, świtezianka to ta dziewczyna u Mickiewicza, nie pamiętasz? - zaprotestowała ta trzecia, na razie bezimienna. - Sama jesteś świtezianka - parsknęła szyderczo - „Marinianka-Świtezianka”!
- „Iza-waliza”, odczep się, dobra? - Marina nie pozostała dłużna. - To też jest świtezianka, zakładasz się?
Połyskujący metalicznie błękitny stwór podfrunął nagle w górę, potem w dół i znów usiadł na strzelistej łodydze sitowia. Dziewczynki ucichły i jak zauroczone przypatrywały się owadowi, który od czasu do czasu zalotnie kręcił smukłym odwłokiem.
- Piękna jest - wyszeptała Iza.
„Ty jesteś piękna” - pomyślał chłopiec przyczajony kilka kroków dalej za parawanem tataraku. Pieszczotliwie powtarzał w myślach właśnie poznane imię: „Iza, Izabella, Iza-bella, bella-Iza”. Usiłował bezwiednie wchłonąć to smagłe ciało, te jasne włosy, opadające mokrymi kosmykami na ramiona i plecy, ten niebywały, zwierzęco gibki sposób stawiania kroków. Nawet dziewczęcy zachwyt nad ważką jakimś fantastycznym kanałem przepływał ku chłopcu, a przestrzeń wokół z wolna zaczął wypełniać gęstniejący obłok wspólnego podziwu. Zdolny do ruchu kształt, żywa forma o niezachwianych proporcjach, konieczna kompozycja części złączonych w całość bez najmniejszego uszczerbku - cały ten pospolity, lecz zawsze niespodziewany rytuał wspaniałości dopełniał się raz jeszcze.

Olga i Marina po chwili znudziły się obserwowaniem owadzich pląsów, odwróciły się na pięcie i bez namysłu jednocześnie dały nura w wodę. Dwa bliźniacze chlupnięcia rozkołysały taflę wody, która wspięła się do bioder Izabelli, później do ud, do kolan, i znów wyżej, wzbudzając pierwszą niezrozumiałą zazdrość chłopca. Iza nie zwracała zupełnie uwagi na pływackie wyczyny koleżanek, wciąż zapatrzona w srebrzystobłękitną ważkę, coraz mocniej przekonując się, że to olśniewające stworzenie zasługuje na imię Świtezianka.

Krople wody spływały po gładkiej skórze, a te, które nie zdążyły, wysychały w promieniach słońca. Olga przysłaniała oczy ręką i wyszukiwała w obłokach ziemskie kształty, Marina, leżąc na brzuchu, zabawiała się świetlistymi plamami, które z niczego rodziły się pod powieką, a Izabella klęczała i błądziła wzrokiem po kracie koca, jakby próbowała znaleźć odpowiedź.
- Wiecie, jak się patrzy na taką ważkę, ale tak naprawdę, tak że wszystko obok się zaciera, to można uwierzyć... To znaczy, robi się tak dziwnie, bo przez moment wydawało mi się, że to ja jestem taka ważka. Przecież mogłabym być świtezianka, no nie? - zakończyła nutką kokieterii, trochę na wszelki wypadek. Dziewczynki milczały zgodnie i chyba kryła się w tym akceptacja.
- No bo kiedy patrzę na tę ważkę-świteziankę i na nic więcej, rozumiecie, na nic innego nie zwracam uwagi, w ogóle, to przecież to, co widzę, tak jakby mnie wypełnia. Zresztą nie wiem, nieważne. Coś pokręciłam, no nie? Dobra, idziecie się kapać? - Izabella wycofała się w bezpieczne rejony, niepewna powagi swoich słów i przeżyć. Ryzykowne było to zwierzenie. W tym dziewczyńskim, rozchichotanym świecie śmieszność była w końcu jedną z najwyższych kar.
- Wiem, o co ci chodzi - wymamrotała, nie otwierając oczu, Marina, wciąż wyciągnięta na
brzuchu. - Jak nurkuję, to mam coś takiego z rybą. Przyglądam się jej, przyglądam i momentami mam wrażenie, że od tego gapienia się sama robię się jak ryba.
- Albo jak ptak - dorzuciła Olga. - Miałam parę razy coś takiego z ptakiem - mówiła powoli, rozciągając sylaby ponad miarę.
W jednym ułamku sekundy wszystkie trzy odczuły lęk. Ich osobne tajemnice, pilnie dotąd strzeżone, najbardziej własne, oswojone codzienną pielęgnacją, nagle wymknęły im się i jednym susem wskoczyły we wspólną realność. Bezpieczne ciepło sekretu przeobraziło się w pełną obaw mroczność niewytłumaczalnego. To, co zdawało się swojskie, pokazało nieobliczalną twarz.

Dla każdej z nich bycie Olgą, Mariną i Izabellą miewało niekiedy nużące albo przykre strony, zawsze jednak utrzymywało się na powierzchni wygodnej oczywistości, nie zagrożonej żadną archaiczną wątpliwością i niebezpieczeństwem osunięcia się w zupełną inność. A tu niespodziewanie ukryte przejście od „ja” do „to”, od tożsamości do roztopienia, od oddzielności do zjednoczenia ujawniło się na nadbrzeżnej skarpie i sam pomysł, że coś takiego może zdarzyć się naprawdę, przeraził dziewczynki nie na żarty. Straszno było spojrzeć w tę przepaść, gdzie nikną granice, gdzie nie ma wewnątrz i zewnątrz, gdzie żadnej możliwości nie przykrywa już dopuszczalne. Wypad poza siebie, owszem, kusił, nęcił, nie pachniał jednak przygodą.

- To lepiej chodźmy ścigać żaby, co? Tam, z prawej, pod tą starą wierzbą, chyba jest najwięcej - Olga poderwała się na równe nogi i nie oglądając się na koleżanki, runęła w wodę. Dwa kolejne chlupnięcia potwierdziły słuszność tej decyzji.

Tego się nie spodziewał. Jak co dzień liczył na to, że dziewczęta pojawią się na przeciwległym brzegu także po obiedzie, ani przez moment nie marzył jednak, aby ujrzeć Iza-bellę, Izuś, Izunię-samą, uwolnioną od koniecznego, wydawałoby się, towarzystwa przyjaciółek. Kiedy ukazała się na tle zawiłej zieleni krzaków i wysokich traw, odruchowo wyczekiwał nadejścia Olgi i Mariny, i przez dłuższą chwilę nie potrafił pojąć, że oto są tylko oni dwoje, ona i on, sami. Nie słyszał śmiechów ani głośnych rozmów. Cisza. Nikt więcej nie nadchodzi. Dziewczynka zrzuciła sukienkę i nago stanęła na ciemnym piasku maleńkiej zatoczki. Wolno, jakby celebrując każdy krok, wchodziła w nieruchomą wodę, coraz głębiej i głębiej. Zanurzyła się po szyję i cichutko prychając płynęła w poprzek stawu, wprost na kryjówkę chłopca, który właśnie zamieniał się bez reszty w łomot rozgrzanej krwi, rwącej wszystkimi arteriami jak zdziczała górska rzeka. Izabellą stanęła na mieliźnie i z powagą rozglądała się. Dojrzała w sitowiu lśniącą, skrzydlatą wibrację, podeszła bliżej i uklękła w wodzie.

Ukryty za kotarą zieleni wielbiciel był tak porażony połyskującą w ukośnym świetle popołudnia nagością, że przeoczył trudną do określenia, ale jednak wyraźną odmienność w zachowaniu dziewczynki. Ktoś bardziej obojętny albo odporny zapewne zauważyłby, że Izabellą nie „spędza czasu” tym razem, nie bawi się i nie odpoczywa, ale działa z zamysłem, w niezrozumiałym, lecz określonym celu. Zmierza dokądś i sama zdaje sobie z tego sprawę.

Warto pamiętać, że wtedy właśnie położoną nieopodal szosą przejechała ciężarówka, a szofer gwizdał sobie coś pod nosem. Z olchy opadł na pobocze liść. Stadko wróbli sfrunęło z korony drzewa na zjeżone ściernisko. Oddychała ziemia.

Nie ma takiego zegara, który określiłby, jak długo Izabellą klęczała, ze wzrokiem utkwionym w świteziance, bo klęczała wśród wymiarów nie znających osi czasu. Jeśli działy się tu zmiany, to z pewnością nie były to zmiany stanu żadnego układu. Jeśli coś się jej przydarzało, to nie przedtem i nie potem.

Ważka oderwała się od łodygi i szemrzącym lotem sunęła ku czujnym oczom Izabelli, a w dziewczynce coś ruszyło w stronę owada. Odległość kurczyła się w nieopisany sposób, bowiem kurcząc się, nie malała – była niezmienna, choć jej ubywało. Bliżej i bliżej, wędrowały na spotkanie ze sobą, ostateczne chyba, panna i świtezianka, nie mogąc oprzeć się sile, która zezwala na wzajemność bez różnicy.

Trzynastoletnia, klęcząca mojość otworzyła się na oścież i przyjęła ulotne owadzie trwanie, a zarazem ono pomieściło w sobie całą dziewczęcość. Jedno tonęło w drugim bez opamiętania, pokorne i oddane, choć zapewne nieco zawstydzone. Aż tryumfalnym lotem zakołowała nad stawem Izabella-świtezianka.

Chłopiec drżał. Było to drżenie niedostępne telewidzom, melomanom, ani nawet amatorom corridy. Na jego oczach dokonała się niewiarygodna, choć bez wątpienia rzeczywista metamorfoza. Bardziej niż zwariowana realność przerażała go jednak perspektywa utraty. Chłopięcy obraz świata wciąż jeszcze dopuszczał najbardziej dziwaczne wybryki natury, nawet owadzio-ludzką komunię, nie zawierał jednak przyzwolenia na znikanie rzeczy i osób podziwianych. Zachwyt był tu o niebo istotniejszy od prawdopodobieństwa. Patrzył na bzy-czące ruchy uwielbionej świtezianki i czuł, jak ekstaza przepoczwarzą się w rozpacz. Chcąc lepiej widzieć to okrutne przedstawienie, uniósł się nieco. I wtedy - patyczek chrupnął.

Rażona obcym dźwiękiem świtezianka lotem koszącym zaczęła spadać w wodą czeluść. Kiedy błonka skrzydła musnęła lustro wody, rozległ się niewspółmierny chlupot, jakieś szamotanie z wodnym żywiołem, po czym na chwilę wszystko przycichło, tylko fale kołysały stawem. Chłopiec odruchowo chciał skoczyć na ratunek, lecz podświadomy rozsądek wzbraniał mu rzucać się z pomocą owadowi, do tego w ubraniu. Zanim zdążył wykonać najmniejszy gest, z topieli wychynęła mokra główka i ocalone drobne usta z poświstem nabrały zbawiennego powietrza.

Wątłe ramiona zaczęły wiosłować miarowo, z zadziwiającą precyzją, i Izabellą popłynęła do przeciwległego brzegu. Wyszła na piaszczystą łachę, otrzepała się z wdziękiem i lekko dysząc, włożyła sukienkę. Oswojona, dobrze znana oddzielność, znów zajęła należne jej miejsce.

Wyglądało to tak, jakby dziewczynka miała za sobą kolejną zabawę kanikuły, ot, gimnastyczne ćwiczenie dla zdrowia i odprężenia, a nie tajemne misterium przeistoczenia. Zwinnie wdrapała się na skarpę i rączym truchtem, nucąc pod nosem jakąś modną melodyjkę, ruszyła w drogę powrotną. Pa-ra-ra ra-ri-ram. Ukryty obserwator zamierał pod ciśnieniem najpierwotniejszej trwogi.

To, co działo przez kilka kolejnych dni, tak dalece przerastało chłopięce wyobrażenia o możliwym i niemożliwym, o dostępnym i zakazanym, o tym, co dzieli i co łączy, że nasz wierny widz musiał zgasić w sobie nachalną potrzebę rozumienia i nazywania, a nade wszystko stłamsić chęć potwierdzania zgody pomiędzy wierzonym a doświadczanym. Poczynania dziewczynek z impetem zaatakowały poczucie przyzwoitości, bynajmniej nie erotycznej, ale, by tak rzec, poznawczej, przyzwoitości leżącej na samym spodzie bycia prawdziwym. Wydawało się, że każda - nie tylko szczenięco naiwna - próba modelującej interpretacji zawiedzie prosto do szaleństwa.

Jakaż to harda świadomość zdołałaby bez uszczerbku objąć i zaakceptować w całej krasie realności rozpuszczenie Izabelli w ważce, miłosną anihilację Olgi w jemiołuszce albo Mariny w sielawie (i na odwrót)? Bajeczne przemiany dziewczynek były absolutnie nie na miejscu, nie tylko wobec zapatrzonego chłopca, ale wobec całej urokliwej przecież okolicy, pól rozłożonych leniwie wokół starej wsi, ścieżek, zagajników, krów i wszelkiego istnienia. Ustronny staw, z jego wilgotną, bierną łagodnością, stał się oto siedliskiem nieznośnego skandalu, w którym zamazywały się kształt i znaczenie powszedniej, znajomej, odrębnej tożsamości, a całość w niemal wyuzdany sposób drwiła z różnicy.

Niebawem po pierwszych ostrożnościach i zalęknieniach nie zostało śladu. Zrazu niepewne, dziewczęta rychło zaczęły przyjmować rozmycie swoich granic tak, jak się przyjmuje odwiedziny dalekiego krewnego, którego wcześniej nie widziało się na oczy - z zaciekawionym skrępowaniem i swoistą odmianą nastoletniego zawstydzenia (która zazwyczaj owocuje przesadną śmiałością). Dobrowolnie tonęły, by tak rzec, w nadwodnych zwierzętach, nie mając na widoku korzyści ani straty, rozrzutnie szafowały obecnością, raczej dlatego, że nadarzała się szansa na taką przygodę, aniżeli po to, aby spełnił się jakiś zamiar.

Zresztą, zawsze kiedy było już po wszystkim, niewiele pamiętały oprócz słodkawego posmaku w ustach i błogiej lekkości uwolnionego od grawitacji ciała. Powroty do własnego, ciepłego wnętrza traktowały z taką samą trzpiotowatą ufnością, z jaką to wnętrze opuszczały. Niczego nie żałowały i za niczym nie tęskniły, gotowe bez namysłu obrócić całą tę historię w kilka linijek pamiętnika.

Chłopiec mógł tu niewiele. Zapewne stać go było na wysiłek ocalenia zachwytu, nie odczuwał jednak wyraźnie, czy aby na pewno takie rzeczy są zachwytu godne. Nie potrafiłby rozstrzygnąć, czy dokonujący się w tym zwyczajnym miejscu gwałt na potocznej kolei rzeczy jest zły, czy też tylko niezwykły. W końcu dziewczęta zawsze powracały, najpierw do siebie, potem do gościnnego domu wujostwa i właściwie gdyby nie mały podglądacz, po całej historii mogłoby nie być nawet śladu.

Od popłochu i paniki chroniło chłopaka proste, lecz jakże trafne spostrzeżenie, że wszystko, co się działo, było - jak dotąd - odwracalne. Za każdym razem kształty odnajdywały swoje kontury. Choć niebywała i ekscentryczna, była to w pewnej mierze tylko wakacyjna przygoda. Intuicyjnie zdawał sobie sprawę, że dopóki w grę wchodzą rzeczy odwracalne, dopóki nie spada na nas ostateczne, można się dziwić, lecz nie trzeba przerażać. Przecież gdy było już po wszystkim, Izabella znów stąpała ścieżką, a to pozwalało wierzyć, że świat wciąż jest taki, jak powinien być.

W sobotę o świcie zmarła babcia chłopca. Choć była to śmierć pięknie wkomponowa na w porządek rzeczy (babcia przeżyła cały wiek, a odchodząc, była gotowa i pogodzona, poświadczając to pogodnym uśmiechem na zastygłych ustach), wszyscy - rodzina, sąsiedzi, właściwie cała wieś - ulegli wysokiej fali żalu. Wsłuchiwali się w smutną ciszę, powstrzymując łzy. Każda czynność, wkładanie butów, dojenie krów i zarzynanie prosiaka, grabienie siana, odbywała się jakby nieco wolniej, zawieszona w pustawej przestrzeni, pozbawiona wyraźnego oparcia w pożytku. Gdyby losy i zdarzenia powierzono jedynie woli żywych, niebawem mógłby ustać wszelki ruch, tak bardzo brakowało tu przyczyn, powodów i celów.

Na szczęście przygotowanie pogrzebu i stypy oraz wykopanie dołu na cmentarzu nie było kwestią wyboru i decyzji, ale zwyczajną koniecznością, nad którą nikt od niepamiętnych czasów nie zastanawiał się. Sama śmierć, domagając się ziemskiego oporządzenia, zmusza żywych do z pozoru bezużytecznych prac, przytrzymując ich tym sposobem przez kilka najtrudniejszych dni na tym świecie, a później rana zaczyna się goić i życie może jako-tako płynąć dalej. Nie jedyny to raz, kiedy życie, aby trwać, udaje coś, czym nie jest tak do końca.

Pośmiertne obowiązki przypadły również chłopcu. Musiał ścinać w ogródku kwiaty, które zostały potem ustawione w butelkach po mleku wokół katafalku (dwa stare kozły do cięcia drewna, przykryte grubą kapą w orientalne wzory), pomagał łapać kury, choć wiedział, co je czeka, dźwigał wiadra z pomyjami do chlewika, oddając się tym czynnościom z pokorą, ze względu na przyjaźń, jaka łączyła go z babcią.

W sobotnie przedpołudnie groza nieodwracalnego, która tradycyjnie napierała z nieoczekiwanej strony, nie dotarła jeszcze do niego, niepokoił go natomiast fakt, że przepadnie mu seans nad stawem. Zaraz po obiedzie uspokoiły go gęste chmury i ulewny deszcz, który z godziny na godzinę słabł, nie chciał jednak przestać padać. Załamanie pogody rozwiązało na razie chłopięcy problem, dzięki czemu mógł ze spokojem ducha oddać się funeralnym zajęciom.

Pogrzeb miał się odbyć we wtorek, tak wypadło, że w dzień błogosławionej Zuzanny, osobistej patronki babci, która imię to godnie nosiła przez całe swoje pracowite życie. Ciotka dziękowała niebiosom za deszcz i niepogodę, dzięki ochłodzeniu bowiem ciało zachowywało świeżość, a dom zamiast upiorną wonią rozkładu, wypełniał się dostojnym zapachem mieczyków, lilii i palonego wosku. Nieboszczka Zuza (jak ją z szacunkiem nazywano w okolicy) cierpliwie oczekiwała na swoją ostatnią rolę ze szczęką podwiązaną kraciastą chustką wuja.

Chłopiec od czasu do czasu ukradkiem zakradał się do pokoju zmarłej i z lękliwym zdumieniem doświadczał przedziwnej niedostępności babci: nie była już osobą, z którą mógłby przekomarzać się jak niegdyś, lecz zarazem nie chciała do końca przeobrazić się w przedmiot, który można bezkarnie dotykać i przestawiać. Martwe członki utraciły co prawda zdolność wyzwalania czułości, w zamian jednak budziły szacunek i respekt, wywyższone do sfery niedostępnej ani ludziom, ani rzeczom.

W niedzielę po porannej mszy zaczęli schodzić się żałobnicy. Byli wśród nich przyjaciele rodziny, bliżsi i dalsi znajomi, może nawet wrogowie, byli i ludzie obcy, którzy zgodnie z obyczajem pragnęli nawiedzić dom zmarłej, zaspokajając przy tym pospolitą ciekawość i zapewniając sobie temat do pogawędek. Ciotka i wuj witali wytrwale gości, ze szczerym, choć trochę teatralnym smutkiem, co nikogo jednak nie raziło – jak wiadomo, wobec śmierci wszystko ponad znieruchomiałą rozpacz jest przedstawieniem i nie ma na to rady.

W sieni i w pokoju z trumną kłębił się tłumek, któremu z rosnącą irytacją przypatrywał się” stojący za katafalkiem chłopiec. Nie miał im za złe, że są w większości wścibsko zaintrygowani, drażnił go tylko brak powagi, wsunięty za zasłonę minorowych min. Nieświadomie wyczuwał, że powaga, choćby nawet bezrefleksyjna i pełna dystansu, jest tu jedynym właściwym stanem.

Miał już zamiar wyjść, kiedy na progu stanęły trzy dziewczynki. Tłumiły jeszcze resztki śmiechu, jednak zbliżając się do katafalku, zgodnie poważniały. Stanęły przy trumnie, jedna obok drugiej, z oczyma utkwionymi w twarzy babci Zuzy. Nikt nie umiałby odgadnąć, co czują, co myślą, nawet one same. Ich zachowanie, owszem, grzeczne i nie pozbawione szacunku, choć przy tym surowe i bezbarwne, nie wyrażało żadnych uczuć. Nie była to jednak chyba bezduszna obojętność, lecz raczej szczery przejaw bezradności. Wszystko, co potrafiły zrobić, sprowadzało się do usilnego wpatrywania się w zastygłe w nieczytelnym grymasie rysy.

Chłopiec bardzo, bardzo chciałby zachować się wobec dziewcząt z podobnym układnym chłodem. Udając zupełny brak zainteresowania, zaczął przepychać się między żałobnikami w stronę drzwi. Robił to jednak dziwnie niezdarnie i z ociąganiem. Deptał po wypolerowanych trzewikach, zaczepiał się o poły marynarek, zsuwał - niechcący - chustki z pochylonych w modlitwie głów. W efekcie nie tylko wywołał lekkie zamieszanie, ale też nie dotarł do wyjścia.

Błądząc tak między gośćmi, obszedł trumnę dokoła i stanął obok Izabelli. Po chwili dziewczynka odwróciła głowę i spojrzała chłopcu w oczy. Zatrzymała wzrok odrobinę dłużej, niż pozwala na to przelotne, nic nie znaczące spojrzenie. Czy to wystarczyło? Wydawało się, że oboje uśmiechnęli się do siebie, jakby wzajemnie przebaczając sobie niestosowność uczuć.

Izabella uniosła dłoń i oparła ją na brzegu trumny, przyozdobionym srebrzonym ornamentem z papier mache. Chłopiec wykonał lustrzany ruch i trudno było odgadnąć, czy ich łokcie zetknęły się przypadkowo (zwiotczałe serce w stuletniej piersi wbrew wszelkiemu prawu wyprężyło się w zwycięskim skurczu). Płomyki świec drgnęły raz i drugi, a zebrani w izbie mieli wrażenie, że podłoga się zakołysała. Wszystko ucichło. Słychać było jedynie palące się świece. Z niewiadomego punktu wystrzelił świetlisty słup, bezszelestnie przebił powałę i dach domu, korony zmoczonych drzew, gęste zwały chmur, i wijąc się w fantastycznych serpentynach, ekstatycznie mknął w otwartą przestrzeń, porywając ze sobą tych dwoje.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas