poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Chłopcy z tamtych lat, czyli na obrzeżach targowiska
DL 2000, nr 6-8 (164-166)

Niektórzy politycy tzw. prawicowi - o ile w przypadku polskiej sceny politycznej podział na stronę 'prawą' i 'lewą' ma jeszcze jakikolwiek sens - najchętniej wyegzorcyzmowaliby okres PRL-u z historii kraju. Przecież poza nielicznymi zrywami gnębionego społeczeństwa hulały tam jedynie ideologiczne, komunistyczne wichry - dziejowe, a jakże -wymiatając wszelkie wartości. Najlepiej więc przekreślić te czasy, wypchnąć z pamięci zbiorowej (utrwalając jedynie wyizolowane epizody). Jest to przykład myślenia uproszczonego i utopijnego zarazem. Trudno przecież, aby dziesiątki milionów ludzi, których prawie całe życie przypadło na lata istnienia PRL-u, z radością zgodziły się z twierdzeniem, że ich trudy i starania znaczą obecnie tyle, co odznaki przodowników pracy socjalistycznej.

To, co nie udało się w polityce, nadspodziewanie łatwo – toutes proportions gardées – „zaskoczyło' w literaturze. Wielkie połacie powstającej w czasach PRL-u prozy - bo o prozie i prozaikach będzie w tym eseju przede wszystkim mowa - wessane zostały przez wir niepamięci i mało kto stara się jeszcze wyławiać z niego jakieś resztki. Jerzy Jarzębski, pisząc o sytuacji literatury w roku 1995 („Nowe szaty literatury polskiej”, w „Apetycie na Przemianę”, Kraków 1997), posłużył się metaforą lasu po przejściu huraganu: pełno tam powalonych pni, samotnych, często usychających drzew, a wokoło pleni się w nieokiełznany sposób młodnik. Jak ów las wygląda pięć lat później? W większości młodnik okazał się dość rachityczny, ale wyrosło z niego kilka całkiem dorodnych drzew. Stare drzewa w większości usychają, choć trudno nie zauważyć, iż ostatnio sporo z nich wypuściło nowe pędy. Skończył się karnawał młodej literatury, można więc spokojnie, bez emocji przyjrzeć się temu, co działo się w literaturze w ostatniej dekadzie; zapytać, co sprawiło, że prozaicy z roczników 20-tych i 30-tych, którzy przez kilka dziesięcioleci nadawali ton polskiej prozie, nagle w większości znaleźli się na bocznym torze; ustawić teksty starszych pisarzy na tle najgłośniejszych dokonań „młodej” prozy.


NA BAZARZE TŁOCZNO

„Zmiany warty” pokoleń wydają się rzeczą jak najbardziej naturalną w przemianach literatury. Nie jest też niczym zaskakującym, że młodzi, wchodzący dopiero do literatury pisarze traktują obcesowo dokonania starszych, dopominając się o uznanie dla własnych tekstów. Jednak to, co oglądaliśmy na literackim rynku po roku 1989, trudno jest nazwać „zmianą warty”. Była to nieomalże anarchistyczna rewolta, której skutki chyba najmocniej dały się odczuć w prozie. Przede wszystkim zburzona została literacka hierarchia, czy właściwie - postawiona na głowie. Najgłośniejszymi, nagradzanymi, szeroko omawianymi prozaikami na początku lat 90. stali się debiutanci, autorzy ledwie jednej czy dwóch książek. We wrzawie towarzyszącej 'nowym' nazwiskom nieomal zupełnie utonęli pisarze starsi. „Na bazarze tłoczno”- pisał Piotr Wojciechowski w przedmowie do powieści „Szkoła wdzięku i przetrwania”.

Kto z pisarzy starszego pokolenia zdołał się przez ten - w dużej mierze wykreowany przez mass media -tłok przepchnąć, zaznaczyć mocniej swoją obecność? Prozaików jest tu niewielu: Gustaw Herling-Grudziński, Ryszard Kapuściński, Hanna Krall, Czesław Miłosz, Wiesław Myśliwski czy Andrzej Szczypiorski. Ale przy tym Herling, Kapuściński, Krall czy Miłosz to już właściwie nie tyle pisarze - z całym szacunkiem dla ostatnich dokonań tych pisarzy w różnych dziedzinach prozy - co raczej instytucje kultury narodowej, czy też, jak pisała Grażyna Borkowska, twórcy należący do „kategorii pisarzy nietykalnych”, o których wręcz nie wypada pisać źle. A Myśliwski prawdopodobnie również wypadłby z literackiego rynku, gdyby nie nagroda Nike; Szczypiorski natomiast ostatnimi laty bardziej chyba aktywny był jako publicysta niż prozaik.

Przyczyn zwekslowania wielu starszych pisarzy na boczny tor zwykło się szukać pośród specyficznych cech literackiego 'bazaru', który ukształtował się w ostatniej dekadzie. Po roku 1989 zaczęło się trwające kilka lat polowanie na nowe nazwiska, rozpoczęte przez przełomo-entuzjastów, którym marzyła się „nowa” literatura we wreszcie całkowicie wolnym kraju. „Apetyt na Przemianę” pozostał w dużej mierze niezaspokojony, „młodzi” pisarze nie zdołali wykreować nowej, znaczącej wartości estetycznej. Niemniej skupienie uwagi w tym czasie prawie wyłącznie na „trzydziestolatkach” spowodowało, że starsi pisarze najczęściej 'wypadali z obiegu'. Cóż, chcąc się utrzymać na literackim - wolnym - rynku, trzeba być na nim wciąż i na rozmaite sposoby obecnym; rację ma - niestety - Kinga Dunin, pisząc: „Dziś bowiem nie jest potrzebny zakaz publikacji, wystarczy coś lub kogoś przemilczeć” („Normalka”, „Megaron. Kurier Czytelniczy” 2000 nr 5).

A oto przykład zawężania pola obserwacji zjawisk literackich prawie wyłącznie do dokonań „młodych”. Przez całą ostatnią dekadę dawały się słyszeć głosy, iż proza nasza zbytnio odwraca się od rzeczywistości, nie chce opisywać naszego 'teraz', zajmując się przeszłością albo zamykając w „sztucznych rajach” postmodernistycznych „tekstowych światów”. Dopominano się (swoją drogą: któryż to już raz!? Zadziwiająca jest trwałość pewnych mitów odradzających się wciąż w literackim światku), aby proza towarzyszyła przemianom dokonującym się w kraju; pomagała nam, czytelnikom, zrozumieć je i oswoić. I z końcem każdego roku nieodmiennie narzekano, że znowu nie pojawił się nowy Bolesław Prus. A przecież takie książki (choć może nie na miarę „Lalki”) pojawiały się jednak, by wymienić opowiadania Marka Nowakowskiego zawarte w tomach „Homo Polonius” (1992) i „Grecki bożek” (1993), powieść Tadeusza Konwickiego „Czytadło” (1992) czy Wojciechowskiego „Szkoła wdzięku i przetrwania” (1995). Autorzy próbowali w nich uchwycić specyfikę i rytm przemian w kraju, przedstawić metamorfozę „homo sovieticusa” w „homo polonicusa” już o wygładzonym, wczesnokapitalistycznym, choć wcale nie tak znowu przyjemnym, obliczu. Tych książek nieomal wcale nie zauważono. I nie tłumaczy tego bynajmniej fakt, iż wymienione wyżej teksty – przeładowane karykaturalnymi 'wykrzywieniami', pełne uproszczeń, nastawione na zbyt łatwe kompromitowanie wynaturzeń kapitalizmu czasu przełomu - nie należą do najwartościowszych osiągnięć tychże pisarzy. Podejrzewam, że gdyby chociażby „Homo Poloniusa” napisał któryś z „trzydziestolatków”, to przez dłuższy czas obnoszony by był na rękach przez zachwyconych krytyków.

Po roku 1989 „młodzi” pisarze dużo szybciej niż starsi przystosowali się do zmian w instytucjonalnej sferze literatury. Przede wszystkim jako pierwsi potrafili maksymalnie wykorzystać siłę promocyjną mass mediów. I w tychże mediach wciąż powtarzali, że tradycja literacka to dla nich betka, że pojawili się właściwie ex nihilo, rozbijając próchno PRL-owskiej literatury. Właściwie chyba jeden Andrzej Stasiuk nie krył się nigdy ze swoimi fascynacjami twórczością poprzedników, choćby Włodzimierza Odojewskiego czy Zygmunta Haupta.

Pisarze mają oczywiście prawo żyć w słodkim przekonaniu o własnej oryginalności. Ale już krytyka powinna spoglądać na dokonanie literackie w szerszej perspektywie. Tymczasem krytycy towarzyszący dokonaniom „trzydziestolatków” zgodnie przytakiwali „młodym” pisarzom, potwierdzając ich nowatorstwo i wyjątkowość. Modna stała się pamięć krótka i wybiórcza. Upewniano czytelników, iż prawdziwa - czytaj: wartościowa - literatura zaczęła się dopiero wraz z końcem PRL-u, więc nie ma sensu zawracać sobie głowy książkami powstałymi w poprzednich dekadach. Dlaczego tak się działo? Sporo można pewnie wytłumaczyć młodzieńczą pychą i skłonnością do skandali. Była jednak w owym odwracaniu się plecami do tradycji także pewna - tak sądzę, choć daleki jestem od wietrzenia tutaj jakiegokolwiek „spisku” „młodych” przeciw „starym” - doza wyrachowania. Bo gdyby zaczęto skrupulatnie zestawiać dokonania „młodych” z tekstami starszych pisarzy - tak chociażby jak w drugiej połowie lat 90. robił to krytyk „FA-artu” Krzysztof Uniłowski - to na pewno w wielu przypadkach by się okazało, że 'oryginalność' „młodych” jest raczej z drugiej ręki, a „przemiana” w literaturze wygląda na zamaskowaną kontynuację.


W CZYM SZUKAĆ OPARCIA? POZOSTAŁ TYLKO PAPIER

Trudno jednak jest obronić tezę, iż to jedynie aktywność „młodych” sprawiła, że pisarze-nestorzy znaleźli się w cieniu. Spójrzmy na całą sprawę od drugiej - starszych pisarzy - strony. Czy wcale nie zabiegali oni o mocniejsze zaznaczenie swojej obecności, czy oddali młodszym „bazar” bez walki? Co sprawiło, że ich głos brzmi jednak słabiej niż kiedyś, jest trudniej słyszalny?

W krótkim wspomnieniu poświęconym postaci Kornela Filipowicza Ewa Lipska pisze: „Jestem już po stronie mniejszości. Moi przyjaciele i bliscy są już po trzeciej stronie. W nekropoliach notesów zaledwie po nich ślady” („Dekada Literacka” 2000 nr 4/5). Starzy pisarze odchodzą. W latach 90. zmarli między innymi: Filipowicz (zm. 1990), Bogdan Wojdowski (1994), Stanisław Czycz (1996), Władysław Terlecki (1999), Kazimierz Brandys (2000), Szczypiorski (2000), Herling-Grudziński (2000). Ktoś może powiedzieć, że jest to sytuacja nieunikniona i naturalna zarazem. To prawda, ale nie mogę pozbyć się odczucia, iż zmarli ostatnio pisarze zapadają się trochę głębiej w niepamięć, niż to miało miejsce jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej. Dlaczego tak się dzieje? Życie literackie ostatnimi laty nabrało dużego przyśpieszenia: trwa nieustanna karuzela nagród, promocji, targów książki, debiutów... Zmniejszyła się – jak sądzę – ilość czytelników polskiej literatury współczesnej, co bynajmniej nie ograniczyło ogromnej liczby tytułów, trafiających co roku na półki księgarń. Coraz trudniejszym zadaniem staje się już nie tylko śledzenie samej prozy, ale i tego, co się na jej temat pisze. Coraz większym problemem staje się wywalczenie sobie „swoich pięciu minut” na literackim „bazarze”. W tej sytuacji nie można się dziwić, że mało kto ma czas i ochotę na oglądanie się za siebie i przypominanie zmarłych pisarzy, powracanie do ich twórczości. Okrutne to ... ale inaczej - tak mi się wydaje - być nie może: wolny rynek książki ma swoje nieubłagane prawa. A reszta jest już w rękach historyków literatury.

Wielu starszych pisarzy milczało w latach 90. Wstrzymywali się z wydawaniem nowych tekstów, jak gdyby obserwując to wszystko, co działo się w tym czasie w literaturze i wokoło niej; może też nie chcąc uczestniczyć w „bazarowych” przepychankach. Zdarzało się też, że wydawali oni po raz pierwszy oficjalnie w kraju książki powstałe jeszcze w poprzednich dekadach i publikowane wcześniej w wydawnictwach „drugiego obiegu” albo w oficynach emigracyjnych. Co również stanowiło pewną formę milczenia. Dlaczego? Książki te w większości przeszły zupełnie bez echa, rozminęły się ze zmieniającymi się zainteresowaniami czytelników. I jeszcze dzisiaj można je kupić w księgarniach taniej książki za symboliczną złotówkę.

Pisarze-nestorzy nie dostrzegli - a może: nie chcieli dostrzec - że po roku 1989 diametralnie zmieniły się czytelnicze preferencje. Czytelnicy zdecydowanie odrzucili nieomal całą prozę „walczącą”, dotyczącą zmagań z PRL-owski reżimem, bądź ukazującą wynaturzenia wprowadzanej w życie utopii; przestały ich zajmować kwestie polskości czy tradycji. Wiązało się to również ze zmęczeniem wszelkimi formami pisarstwa z pogranicza prozy beletrystycznej i dokumentu, tymi wszystkimi „autentykami”, łże-dziennikami, sylwami, czyli gatunkami, które szczególnie intensywnie rozwijały się w latach 70. i 80. Boom na odkrywanie „białych plam” w historii naszego kraju również trwał bardzo krótko. Przy czym największą popularnością cieszyły się chyba różnego rodzaju wywiady-rzeki czy „spowiedzi” byłych komunistycznych notabli. Wydawcy zresztą bardzo szybko przegrzali koniunkturę na tego rodzaju publikacje. Potem zainteresowanie czytelników przeszłością dalszą i bliższą zdecydowanie zmalało. Mieliśmy tutaj do czynienia z czymś w rodzaju mentalnej grubej kreski: skupienie uwagi na teraźniejszości spowodowało odwrócenie się od przeszłości.

Nic więc dziwnego, że czytane zachłannie zaledwie kilka lat wcześniej relacje z okresu stanu wojennego takie, jak chociażby Nowakowskiego „Raport o stanie wojennym” (wydanie oficjalne w kraju - 1990) czy Andrzeja Brauna „Jak wściekłe psy...” (1994) trafiały w latach 90. właściwie w próżnię. Podobnie działo się z książkami demaskującymi absurdy, zło PRL-owskiego życia (na przykład wydawane na początku ostatniej dekady książki Kazimierza Orłosia wcześniej publikowane na emigracji) czy też poświęconymi losom Polaków rzuconych w czasie II wojny na tereny ZSRR (na przykład „Zabezpieczanie śladów” Odojewskiego).

Książki takich pisarzy jak wymienieni wyżej: Odojewski i Orłoś z innych jeszcze względów miały utrudnioną drogę do czytelnika. Pisarze przebywający na emigracji (Odojewski) bądź publikujący tam (Orłoś) objęci byli przez całe dziesięciolecia cenzuralnym zapisem: teksty tych pisarzy nie mogły być publikowane w kraju w obiegu oficjalnym, nie można było zamieszczać omówień czy choćby recenzji ich książek w pozostających pod kontrolą cenzury periodykach. Nazwiska tych pisarzy wypadły z czytelniczego obiegu w kraju i czytelnikowi - szczególnie młodszemu - zachodzącemu w latach 90. do księgarni mówiły raczej niewiele albo zgoła nic. Ta sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać dopiero całkiem niedawno, w ostatnich dwóch latach, kiedy kilku starszych pisarzy wydało nowe, głośne książki.

Zaznaczyć jednak trzeba, że nawet duża aktywność pisarska nie gwarantowała starszym pisarzom mocnej pozycji na rynku. To casus chociażby Marka Nowakowskiego, który w latach 90. opublikował wprawdzie wiele nowych tekstów, ale nie wpłynęło to zupełnie na wzrost zainteresowania czytelników, a i krytyki, jego twórczością.

Zamilknięcie niektórych pisarzy mogło się także wiązać z niezaakceptowaniem nowego statusu pisarza w społeczeństwie. W latach 80. pisarze chyba po raz ostatni mogli tak aktywnie włączyć się w życie wspólnoty, współkształtować słowem jej losy, reaktywując romantyczny mit wieszcza. Słowo pisarza miało wtedy swoją wagę, a książki były znów rodzajem broni w walce z reżimem stanu wojennego. Po roku 1989 pisarze - a i cała literatura - straciła sporo na znaczeniu; spychana była - i jest chyba wciąż - do roli rozrywki, mającej dostarczać czytelnikowi jedynie „zabawy przyjemnej i pożytecznej”. Mało kto już postrzega działalność pisarską w kategoriach służby społecznej czy powinności. Głos pisarza, w który jeszcze nie tak dawno wsłuchiwano się z nabożeństwem, zaczął ginąć w medialnym zgiełku. Literatura stała się właściwie jedynie czymś w rodzaju kwiatka przy zgrzebnym kożuchu kształtującej się demokracji.

Taka sytuacja powodowała frustrację i pobudzała do stawiania pytań o sens uprawiania sztuki słowa. Bolesnym, momentami brutalnym w szczerości, zapisem wahań i rozterek pisarza jest powstałe pod koniec lat 80. opowiadanie Nowakowskiego „Bożydar” (w tomie „Grecki bożek”). Rzeczywistość schyłkowego PRL-u jawi się pisarzowi jako magmowate, wypłukane z wszelkich wartości bajoro. „Chlupocze wokół gnojem”, pisze. Z rozgrywki ze światem Nowakowski wychodzi mocno poturbowany, niepewny, czy dokonał słusznych wyborów przede wszystkim jako pisarz. Jego porte-parole wątpi coraz bardziej w sens własnego pisania: „Więc siedzę rankami nad papierem. Często jałowo i bezmyślnie. Ale uparcie. Czy to jest praca? Masochistyczne odkrywanie udręk, słabości. Maniackie bebeszenie. Dla kogo, po co? ... Wirowanie, rozkład, atomizacja”. Ciążą mu coraz bardziej narzucane pisarzowi role społeczne, stara się więc znaleźć dla własnego pisania przestrzeń wolności. Z jednej strony twierdzi: „Nie chcę nikomu i niczemu służyć”; z drugiej - ma świadomość trudności, jakie napotyka chęć 'wybicia się na niezależność'. Pozostała jedynie trudna do uzasadnienia potrzeba pisania, siła - być może irracjonalna - zmuszająca do zasiadania co rano nad kartką czystego papieru. Biała kartka - oparcie i przekleństwo zarazem, bo wciąż dławi niepewność: „Czy to nie mechaniczny nałóg już?”.

Wydaje się, że pisarze starszego pokolenia nie potrafili na początku lat 90. wyjść poza alternatywę: twórca literatury komercyjnej, schlebiający tanim gustom czytającej publiczności albo pisarz głęboko zaangażowany w życie społeczności. „Młodzi” bardzo szybko dostrzegli inną drogę. Tę 'trzecią drogę' wyznaczała rezygnacja z romantycznej mitologii, z dotychczasowych uroszczeń - czy może: złudzeń.- i zaakceptowanie własnego statusu jako pisarza-rzemieślnika. Traktowanie pisania w kategoriach zawodu, a nie - służby, powinności. Droga ta została wytyczona przez swoisty kompromis pomiędzy własnymi preferencjami estetycznymi - jak również wyborami aksjologicznymi - pisarza a wymaganiami „bazaru” (droga to oczywiście miejscami dość kręta i niewyraźna - ale to już temat na inny tekst). Pisarze-nestorzy ruszyli tą drogą-jak się zdaje - dopiero u schyłku lat 90., publikując wtedy książki zalecające się do czytelnika atrakcyjnymi fabułami, ale jednocześnie rozwijające stale ważne dla tych pisarzy tematy i problemy.


STRAŻNICY PAMIĘCI

Zygmunt Ziątek pisał niedawno, że w prozie tworzonej w latach 90. „nastąpiło zdecydowane przesunięcie zainteresowań z-jeśli można tak powiedzieć - czasowości na lokalność egzystencji” („Wiek dokumentu”, Warszawa 1999). Jest to rozpoznanie słuszne jedynie w odniesieniu do prozy tworzonej przez młodszych pisarzy. Najwyraźniejsze w nowej prozie są przecież dwa nurty, mitograficzny i postmodernistyczny; pierwszy obejmujący teksty ukierunkowane na opisywanie (rekonstruowanie) przestrzeni rozmaitych „małych ojczyzn” czy też przestrzeni prywatnych, drugi – rozwijający się w nieskończonym obszarze literatury (biblioteki). Oczywiście nie musi to od razu oznaczać całkowitego wyrugowania problemów historii czy czasu z tejże prozy. Tyle tylko, że młodszych pisarzy interesuje raczej nie historia jako taka, ale jedynie ich własne w niej miejsce; nie ciągłość, trwanie, tradycja - ale prywatne, często idiosynkratyczne spojrzenie na historię, akcentujące niejednokrotnie przygodność i fragmentaryczność tego, co przeszłe. Starsi pisarze natomiast zdecydowanie wchodzą w rolę „strażników pamięci”, dopominając się o trwałość, ciągłość i - co może najważniejsze -o możliwą kompletność obrazu przeszłości utrwalanego w pamięci zbiorowej. Wynika to -jak sądzę - z przeświadczenia, iż społeczeństwo zapominające o własnej przeszłości, skupiające się jedynie na dniu dzisiejszym, ulega wykorzenieniu; staje się w pewien sposób uboższe duchowo i podatniejsze na wszelkiego rodzaju manipulacje socjotechniczne. Owo odbudowywanie ciągłości czasu odbywa się na rozmaitych płaszczyznach, dotyczy różnych sfer rzeczywistości.

Nowakowski w cyklu miniatur prozatorskich zebranych w trzech tomach „Powidoków” wchodzi w rolę „strażnika pamięci” starej Warszawy, niszczonej zarówno w czasie wojny, jak i po jej zakończeniu. Odojewski i Braun dopominają się o pamięć tragicznych losów Polaków przebywających w czasie II wojny na Kresach bądź w głębi ZSRR. Orłoś w „Zimnej Elce” podsuwa czytelnikowi lustro PRL-owskiej przeszłości, wskazując jak mocno PRL-owskie błoto wciąż jeszcze jest do nas przylepione.

Przy tym dla prozaików starszego pokolenia przeszłość czy tradycja nie stanowią jedynie cmentarzyska martwych chwil i idei. Wydaje mi się, że nie chcą oni być kustoszami w muzeach pamięci. Namysł nad przeszłością to dla nich wciąż aktualna lekcja. Zwrot ku pamięci, historii dokonywany jest w ich prozie po to, aby lepiej - pełniej, wnikliwiej... - opisać i zrozumieć teraźniejszość, bądź wskazać pewne niezbyt jasno uświadamiane sobie obecnie zagrożenia.

„Młoda” proza jest w dużej mierze egotyczna, wsobna, skupiona na problemach samych autorów czy ich rozmaitych tekstowych wcieleń. Duża część prozy mitograficznej rozwijana jest przecież w celach stricte terapeutycznych i prowadzić ma do odzyskania - czy zbudowania - tożsamości autora. W prozę postmodernistyczną natomiast wpisana bywa w sposób wyrazisty postać autora jako kreatora papierowego uniwersum fikcji. Innymi słowy: „młodzi” pisarze w większości przypadków stracili zainteresowanie drugim człowiekiem i jego losem. Natomiast pisarze starszego pokolenia wciąż pozostają - posłużę się słowami Nowakowskiego -”kolekcjonerami okazów ludzkiego panoptikum”. Prozę autorów takich chociażby jak Henryk Grynberg, Orłoś, Odojewski czy Nowakowski wciąż napędza poszukiwanie „biograficznych okazów”, wynikające nie tylko z ciekawości, ale również z chęci odkrycia w nich wyrazistego wzorca przeznaczenia, historii; pokazania, jak świat odciska swoje piętno na losach ludzi i jak ci próbują sobie z nim radzić.

I na koniec o jednej jeszcze sprawie. Wydaje mi się - choć może zabrzmi to paradoksalnie - że w prozie tworzonej przez pisarzy-nestorów zdecydowanie więcej niż tekstach „młodych” jest pasji, emocji. Skąd to się bierze? „Młodzi” pisarze, godząc się z rolą rzemieślników pióra, traktują z dystansem – czasami nawet z wyraźną ironią - zarówno własną działalność pisarską, jak i całą literaturę (na ile jest to poza wymyślona na użytek mass mediów, na ile zaś wyraz własnych przekonań - to już inna sprawa). Są sprawni warsztatowo, mają tzw. lekkość pióra. Czasami jednak odnoszę wrażenie, że w zależności od sygnałów dochodzących z rynku mogliby pisać o czymkolwiek. „Wędrują po tematach”, szukając takiego, który znajdzie największy oddźwięk u czytelników. Często czytam książki „młodych” prozaików z zainteresowaniem, podziwem dla ich językowej sprawności. Równie jednak często, odkładając książkę, nie mogę pozbyć się wrażenia, że literatura nie poniosłaby większej straty, gdyby książka ta nie powstała. Brakuje mi u wielu „młodych” pisarzy jakiegoś centralnego problemu, obsesji nawet, który stanowiłby rdzeń ich pisarstwa. Mówiąc wprost: najczęściej trudno dostrzec u „młodych” coś, co by im wyraźnie doskwierało, zagrażało czy choćby powodowało egzystencjalną niewygodę, i co by wymagało oswojenia poprzez pisanie.

Zupełnie inaczej rzecz się ma z pisarzami starszego pokolenia. Ci nie traktują raczej pisania w kategoriach zadania do odrobienia. Piszą kolejne książki, aby uporać się z problemami historii, czasu, pamięci czy choćby własnego istnienia w świecie. Wielokrotnie powracają do tych samych tematów, opukują je - częstokroć obsesyjnie - z różnych stron. Takiej konsekwencji i zaangażowania brakuje mi u „młodych”. Wystarczy porównać prozę dwóch prozaików, których interesują – do pewnego stopnia oczywiście - podobne sfery rzeczywistości: Orłosia i Stasiuka. W opowiadaniach z tomu „Zimna Elka” – mimo iż nie są to bynajmniej arcydzieła - więcej jest pasji niż we wszystkich książkach Stasiuka razem wziętych.

Ktoś może powiedzieć: i o co tu kruszyć kopie !? Normalną rzeczą na literackim rynku jest to, że akcje jednych pisarzy zyskują, innych – trącana wartości; że poza tym pisarze starszego pokolenia sami są sobie winni, bo pisali o sprawach, które przestały interesować większość czytelników, a do tego często wydawali książki słabsze od swoich wcześniejszych dokonań. Może też dodać, że wszystkim i tak odda sprawiedliwość historia literatury.

Cóż... Odpowiedzią na to niech będzie cytat z napisanego prawie 70 lat temu - ale jakże aktualnego dzisiaj - eseju Jerzego Stempowskiego „Mała Apokalipsa dla inteligencji warszawskiej”: „Samo przez się rzemiosło literackie nic nie znaczy. Jest ono po prostu jednym z rzemiosł problematycznej użyteczności. Znaczy ono tylko w ręku proroków, mówiących o sprawach najważniejszych, jakie są i jakie będą. A i wtenczas nawet znaczy niewiele, albowiem najwymowniejszy jest ten, kto ma najistotniejszą rzecz do obwieszczenia, chociażby jąkał się i szeplenił”.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas