poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z MARKIEM NOWAKOWSKIM rozmawia Robert Ostaszewski
Pieszczochy losu i solista
DL 2000, nr 6-8 (164-166)


*Pod koniec lat 80. napisał Pan opowiadanie „Bożydar”, będące swoistym autoportretem pisarza w czasach marnych – z bylejaką, z magmowatą rzeczywistością, z rozpadem wszelkich wartości w tle. Autoportret to gorzki i pesymistyczny...

Dla mnie „Bożydar” był próbą pobudzenia samego siebie poprzez pesymizm, o którym Pan wspomniał; próbą wydobycia z siebie energii poprzez zadawanie drażliwych pytań i pesymistyczne konstatacje w odpowiedziach. Był pobudzeniem, żeby jeszcze raz móc ruszyć do literackiego boju, dostać świeżego powietrza, jakiegoś, krótko mówiąc, rozpędu. „Bożydar” wynikał z moich własnych doświadczeń. Chodziło mi o zapisanie pewnych spostrzeżeń, pewnych intuicyjnych przeczuć. Bo ja bardziej wierzę w intuicję niż rozum; rozumowe ujmowanie wszystkiego często rujnuje literaturę. Zapisywałem intuicje dotyczące uwikłań polskiej literatury, jej charakterystycznych zniewoleń. Z jednej strony – narodowego, politycznego. Ze względów wiadomych: niefart geopolityczny Polski, zabory, okupacja, Sowieci; tego całego ciągu, który spowodował, że literatura spełniać musiała zastępczą rolę nawoływania, budzenia. Żeby naród się nie zgnoił i nie wynarodowił. Ale to było dla literatury złe, obosieczne, bo wikłało ją w dydaktyzm, posłannictwo. Z drugiej strony – inna pułapka: tchórzostwo, stereotypowość. Nawet jeżeli literatura nie była uwikłana w jakieś funkcje zastępcze to była... piszcząca, jakby nie mówiła pełnym głosem. Zbytnio ulegała też modom i nowinkom, które odbierały jej własny głos. Duża była nieautentyczność tej literatury.

*Nie dostrzegał Pan niczego autentycznego w literaturze tworzonej przed 1989?

Ja nie mówię, że en bloc była nieautentyczna. Ale w opowiadaniu, o którym mówimy, chodziło mi o wyrazistą negację. Żeby się sprężyć... O zebranie czarnych barw, czarnej treści. Męczyło mnie też, że bardzo mocny był konwenans duszący człowieka piszącego. Mnie samego też. „Bożydar” to przecież tekst przede wszystkim o moich kłopotach i niewygodach. Nie chciałem występować w roli sędziego, który surowo rozlicza świat. Myślałem o własnym gospodarstwie pisarskim. Męczyła mnie niewola konwenansu, stereotypu, brak możliwości wypowiadania się pełnym głosem, tłumienie, duszenie tego głosu przez rozmaite czynniki, które już nazwałem. Męczył mnie też ten czas rumowiska, rozsypywania się komunizmu, zanikania tej formacji, która przez tyle lat panowała nad naszym życiem. Ta cała nieokreśloność, niepewność tego, co będzie, a co też - znowu intuicyjnie - wcale nie przedstawiało mi się szalenie optymistycznie. I to były właśnie niektóre powody, jakie skłoniły mnie do napisania „Bożydara”. Dały mi impuls do pisania. I także samotność, przeczucie, że głos literatury staje się głuchy, że jeżeli nie jest wpisany w patriotyzm czy coś innego to głuchnie, nie ma zupełnie odzewu. I jeszcze serwilizm literatury. Takie rzeczy.

*Pisał Pan w „Bożydarze”: „Marny to los pisarza. Kurwa albo kapłan”. Czy nie widział Pan innego wyjścia, innej drogi?

To nie tak. Są inne drogi. Tak. Na pewno. Chciałem jedynie przedstawić wyraźnie te dwa konkretne niebezpieczeństwa, te jakby podstawowe nożyce, między którymi tkwił pisarz, i z których powinien próbować uskoczyć, nie dać się przez nie ścisnąć.

*Nie o obawiał się Pan, że „Bożydar” może się stać czymś w rodzaju pisarskiego pogrzebu, że po napisaniu tego opowiadania będzie Pan miał już dosyć literatury?

Kilku krytyków po przeczytaniu „Bożydara” mówiło mi: słuchaj, po takim tekście to już koniec, nie powinieneś pisać, doszedłeś do ściany. Takie były oceny. A ja wcale nie uważałem, że doszedłem do ściany. Chciałem jedynie zamknąć pewien etap w moim życiu. Tak. To oczywiście łączyło się także z rozpadem komunizmu. Czułem, że to dobry czas na dokonanie bilansu. Chciałem też przeformować szeregi, zreorganizować [śmiech] swoje legiony i ruszyć znowu ze swoimi pretorianami, czyli literkami na papierze.

*To zamknięcie było więc jednocześnie krokiem do przodu, otwarciem?

Tak mi się wydawało, że ja wcale nie ogłaszam końca mojego pisarstwa, lecz jedynie koniec pewnego etapu w moim życiu. Oczywiście jedynie swoim. Nie chciałem być wcale sędzią wszystkich.

*W takim razie, jak Pan by ocenił ten okres zamknięty „Bożydarem”; okres zaangażowania w działalność opozycyjną, podporządkowania jej własnego pióra?

Nie... To nie jest tak. Pan zbyt racjonalnie to rozpatruje. Po pierwsze, samo zaangażowanie oceniam pozytywnie. To był świetny okres ożywienia społecznego w moim życiu. Jestem na ogół typem aspołecznym. Wtedy jednak zaangażowałem się w działania jakiejś większości społeczeństwa. Nie mówię, że całości, bo to by była przesada. Ale chyba ci, którzy w pewnym momencie powiedzieli: dosyć; ci, którym Solidarność objawiła się jako nadzieja, stanowili większość. Nastąpiła jakaś naturalna, obywatelska łączność. Ja sam nie podejmowałem żadnego racjonalnego programu, nie mówiłem sobie: od dzisiaj będę pisarzem opozycyjnym. Poza tym chciałem mieć osobisty udział w rozwalaniu całego tego komunistycznego burdelu. Po prostu. Wspominam to jako dobre, ciekawe doświadczenie. To było kilka ciekawych lat.

*Czy jednak nie uważał Pan, że to zaangażowanie doprowadziło w pewnym stopniu do ograniczenia swobody Pana jako pisarza?

Nie, nie czuję, że odbyło się to z uszczerbkiem dla mojego pisarskiego gospodarstwa. Jak to!? Przecież „Raport o stanie wojennym” pisałem nie z obywatelskiego obowiązku, ale z potrzeby rejestracji tego, co się wtedy działo. Bo miałem przeczucie, że ten czas, pamięć o nim, że to będzie – być może – zacierane, fałszowane, że pozostanie tylko ogólny obraz, kilka dat, że nie zostanie nic z klimatu, smaku, realiów, detali tamtych czasów. „Raport...” był próbą rejestracji życia codziennego w okresie powstawania Solidarności i stanu wojennego. Miałem wtedy taki dobry impuls pisarski, wynikający ze zmagania się z polską rzeczywistością uwikłaną w politykę. O, tak bym to właśnie ujął... To nie tak, że ja byłem czy starałem się być pisarzem politycznym. Chciałem jedynie opisać, jak polityka wdarła się w życie ludzi, jak oni z niej się otrząsali albo angażowali się w działalność opozycyjną. Taka była idea powstania „Raportu...”: rejestrować wydarzenia od strony ludzi, którzy zaczęli walkę z komunistycznym porządkiem. I to było całkowicie szczere. Zapisywałem to, co mnie wtedy - jak najbardziej subiektywnie - uderzało. To dotyczy i „Raportu...” i innych książek: „Notatek z codzienności”, „Dwóch dni z Aniołem”, „Grisza, ja tiebie skażu...” A właśnie... Myślę, że tytułowe opowiadanie z tego ostatniego tomu nie zostało docenione. A to ważny tekst psychologiczno-społeczny, w którym chodzi o problem donosicielstwa, zdrady, kapowania. To był szalenie ważny temat w społeczeństwie zniewolonym, zdegenerowanym przez ustrój totalitarny. Ale i dzisiaj ciągle to jeszcze wyskakuje. Czy nie jest tak?

*Oczywiście. Kontrowersje wokół lustracji...

Problem zdrady, donoszenia, wiarołomstwa wciąż jest aktualny. A ten tekst tego właśnie dotyczył. I to w odniesieniu do konkretnej sytuacji. Zapisywałem tam własne doświadczenia. Wiedziałem, że ktoś z mojego kręgu znajomych jest uchem i okiem „bezpieczeństwa”. Byłem tego intuicyjnie pewien. Tak samo było w więzieniu, kiedy zamknęli mnie na Mokotowie. Wiedziałem, kto z siedzących pod celą jest kapusiem.

*Skończyły się czasy PRL-u. Zaczął się nowy okres w Pana pisarstwie. Czy nie czuł Pan, że w latach 90. młodzi pisarze odsunęli Pana i innych pisarzy starszego pokolenia na dalszy plan, wypchnęli z literackiego rynku?

Wie Pan, w moim przypadku to się wiąże z rzeczą oczywistą: zawsze byłem solistą. Programowo podkreślałem niechęć do związków z wszelkimi grupami. Nie należałem nawet do pokolenia „Współczesności”, choć mnie do niego przypisano. Nosiłem do tego czasopisma teksty, znałem ludzi z tego kręgu, z niektórymi się zaprzyjaźniłem. Tyle tylko. Tak samo nie chciałem być całkowicie przypisany do KOR-u czy opozycji. A mówiąc o latach ostatnich: chyba nie pasowałem do nowych porządków i w literaturze, i w polityce, do tego nowego układu grup, sił nacisku. Żadnej z nich nie stałem się heroldem.

*Ustawiając się z boku ryzykuje Pan jednak, że Pana głos stanie się właśnie głuchy, że będzie słabo słyszalny, dotrze do niewielu?

Zawsze wierzę – chociaż jestem może kimś w rodzaju ostatniego Mohikanina – że jednak literatura wygrywa. Nigdy nie łudziłem się, że literatura taka, jaką uprawiam ja czy inni, może być masowa. Ale wierzę, że są gdzieś czytający, do których warto docierać, których moja literatura może ożywić. Oczywiście teraz są dość ciężkie czasy dla literatury. Mamy ogromne naciski reklamy i rozmaitych sił medialnych na łeb człowieka; mogą one zrobić z gówna zjawisko, z gówna wartość. Sam wolę nie brać udziału w tym całym medialnym cyrku. Chcę jedynie na boku robić swoje. Odnoszę wrażenie, że jedynie stojąc z boku można zachować własną tożsamość. Każdy, kto decyduje się wskoczyć na to targowisko, ryzykuje, że może zostać wciągnięty przez wir, w którym może stracić to, co jest właściwością jego pisarstwa, może stracić też osobowość, może stać się prostytutką. Mówię tu skrótowo, celowo wulgaryzując.
Właściwie w naszej literaturze dominuje teraz działalność modniarsko-medialno-targowa. Myślę, że pisarzowi czasami trudno jest się w tym wszystkim odnaleźć. Ale może, jeśli się postara, choć wymaga to - bo ja wiem, czego -siły, konsekwencji, może uporu. Być może ceną jest potem milczenie, niedocenianie, gorycz. Ale to są po prostu koszty niezależności. A znowu, kto powiedział, że pisarz musi być „bożydarem”, pieszczochem losu? Nikt tego nie zagwarantuje. To sami pisarze chcą być pieszczochami losu, chcą być kochani i wielbieni. To takie słodkie złudzenie pisarzy. Raz im się udaje, raz – nie. Trudno. Ryzyko zawodowe. Bo dla mnie pisanie to już zawód.

*Zawód: pisarz... Również młodsi pisarze chcą być jedynie zawodowcami, rzemieślnikami pióra, którzy nie poczuwają się do jakiegokolwiek posłannictwa.

Tak – bez posłannictwa. A jeśli już jest, to ukryte, to już jest szyfr dla dobrych krypto-grafów, odczytujących zaszyfrowane teksty. A gdy o mnie chodzie: nie chcę wygłaszać kazań, nie chcę swojego pisarstwa interpretować. Najgorsze co może być, to zamienić się w egzegetę własnych tekstów, kapłana własnego pisania czy - mówiąc bardziej trywialnie - propagandystę. Tego, broń Boże, nie można robić. To psuje, truje pisarstwo, zmienia osobowość i wyobraźnię pisarza. Może nawet zamienić go w kurwę, co już jest fatalne.

*W tekstach Pana powstających w okresie PRL-u widać poszukiwanie przestrzeni swobody, wolności...

Tak. Po latach absolutnie już jestem tego pewien. To jedna z podstawowych moich spraw: mieć trochę powietrza, luzu. W PRL-u żyliśmy pod dusznym kloszem, ale można tam było znaleźć enklawy swobody. Te moje poszukiwania też były w dużej mierze intuicyjne. Człowiek był wtedy jak ryba wyrzucona na brzeg i ciągle próbująca dostać się do wody, choćby nawet płytkiej i brudnej.

*A teraz, czy czuje się Pan wolny jako pisarz i człowiek?

Kiedy nie wciągam się zbytnio w śmiecie medialne, kiedy nie zalewa mnie błoto z gazet i telewizji, te wszystkie bzdurstwa, to jestem wolny. Jeżeli zbyt wiele poświęcam uwagi temu chłamowi, to czuję się przytłoczony, zabrudzony. To taka reakcja estetycz-no-psychiczna. Czuję się wtedy jałowy, czuję, że mi wysycha umysł i wyobraźnia. Jak odejdę od tego wszystkiego do ludzi - choćby nawet głupich - to jest mi lepiej.

*Właśnie - ludzie... W Pana tekstach często człowiek pokazywany jest jako - dosłownie i metaforycznie - wór nieczystości. Ale to pesymistyczne widzenie ludzi najwyraźniej nie osłabia Pana zainteresowania nimi, nie zmniejsza otwartości, chęci wysłuchania ich.

Jestem taką ciekawą małpą po prostu. Ciekawą. .. Dam Panu konkretny przykład. Ostatnio zainteresowało mnie zwierzęce w gruncie rzeczy, ale dla mnie niezwykle ciekawe, środowisko tych młodych, z ogolonymi łbami, gotowych na wszystko łobuzów o strasznie pustych, ale dzikich i okrutnych jednocześnie oczach. Teraz trochę chodzę po obrzeżach tego świata.

*I na koniec jeszcze jedno pytanie. Jak Pan by teraz, mniej więcej 10 lat po napisaniu „Bożydara”, określił własną kondycję pisarską?

Próbuję dookreślić ją w książce, nad którą pracuje. „Empire” – taki będzie jej tytuł. Ten tekst będzie kwintesencją czegoś - dokładnie jeszcze nie mogę powiedzieć czego - dla mnie niezwykle istotnego. To będzie stustronicowa powiastka, stanowiąca łącznik pomiędzy „Bożydarem”, a tym, co jest obecnie. Będzie to – tak planuję – próba powrotu do źródeł, do korzeni; próba konstatacji na temat życia codziennego i duchowego; wskazania korelacji pomiędzy materialnym i duchowym; a także próbą rozliczenia się z pojęciem mitu. Mitu rozumianego jako tworzenie mitologii z realnego świata. Temu tematowi zresztą poświęciłem już jedną - pisaną autentycznie z potrzeby serca – książkę: „Księcia nocy. Empire” jest próbą określenia mojego stosunku do świata złudzeń, bajd, mitologii i zarazem jego fundamentu realnego, zwykle ponurego, śmierdzącego, brutalnego i prymitywnego. Ale ten fundament jest istotny. Nie można się od niego odrywać. Jeśli ktoś się od niego oderwie, to może Bóg wie gdzie poszybować, zamienić się w balon. A potem balon pęka i nie zostaje z niego nic.

*Dziękuję za rozmowę.

 



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas