poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Wesele z widokiem na noclegownię
DL 2000, nr 4/5 (162/163)
[Stanisław Wyspiański „Wesele”. Adaptacja i reżyseria Adam Sroka,
scenografia Katarzyna Proniewska - Mazurek, muzyka Krzysztof Szwajgier,
choreografia Violetta Suska. Teatr Ludowy, Premiera 14 maja 2000 roku.]


Teatrowi Ludowemu literackie arcydzieło posłużyło do stworzenia publicystycznej wypowiedzi. Wesele Anno Domini 2000 dzieje się na przedmieściu wielkiego miasta, które jest Polską współczesną i Krakowem równocześnie, aby zaś dziatwa szkolna się nie nudziła, jest także, a może przede wszystkim, dyskoteką. Zamiast widoku na sad scenograf misternie skonstruował w tle przedziwny labirynt metalowych balkoników, a scenę w połowie przeciął wielką, przeźroczystą rurą kanalizacyjną, w której nocują bezdomni; zamiast rozśpiewanej chaty - dudnienie techno. Rozumie się samo przez się, że nie ma owej „izby wybielonej siwo”, lecz „parkiet” z pleksi, meble z metalu i szkła tak przejrzyste, że złotą podkowę nie wiadomo gdzie schować. Nikt zresztą nie wierzy w jej tajemną moc, ani w jej złotość, bo zgubił ją jeden z oberwańców i nędzarzy, co wylazł z owej kanalizacyjno - metafizycznej rury i zjawił się na weselu jako postać z dramatu narodowego, którego tu nikt przeżywać nie chce. Nikomu też, ani nieco skacowanym inteligentom, ani marzącym o dworze chłopakom z przedmieścia, snu z oczu nie spędza wizja jakiejkolwiek Polski. Wszyscy są pijani, ale „tak przeciętnie zdrowi”. Pod ścianami dyskoteki walają się stosy prezentów dobrze świadczących o zasobności kieszeni i szczodrości weselników.

Isia zaabsorbowana przenoszeniem ślubnych podarków, podejrzliwie spojrzy na Chochoła, przegoni go. Chochoł, siwawe i zarośnięte włosem bujnym dziecię-kwiat, mieszka chyba wraz z innymi Osobami Dramatu (w przedstawieniu Sroki zwanymi Kapcanami), w owej rurze kanalizacyjnej, w każdym razie stamtąd są przez niego wywołani, kiedy nędzarze z kanału wyjdą i staną obok porzuconych pod ścianami prezentów ślubnych obok pudeł, pakunków i pudełeczek ze sprzętem wideo, sportowym i gospodarskim, wydaje się, że znaleźli się w hurtowni towarów luksusowych. Nic tedy dziwnego, że weselnicy boją się Kapcanów. W ich życie sytych obywateli, którzy nie czują się już „motylami i świerszczami w niewoli” (reżyser, bowiem wyciął, co wyraźniejsze historycznie fragmenty tekstu), ale wciąż są z czegoś lub z kogoś niezadowoleni czegoś sobie nawzajem zazdroszczą, wciąż mają mniej, niż chcieliby mieć - wchodzą oto istoty, które w wyścigu po więcej nie uczestniczą. Inteligenci nie chcą wiedzieć o ich istnieniu. Ułatwia im to jak może, choreograf, nadając realistycznie przedstawionym postaciom ruchy „nierzeczywiste”, widmowe i zarazem karykaturalne. Oto Widmo nieco zawiane lub nadragowane, drobi, pląsa, szamocze się jak umierający łabędź. Oto kroczy z kilkunastoma workami plastikowymi były notabl (?) Byłego (?) Reżimu i wypowiada tekst Hetmana. Czarny Rycerz z kawałka plastiku i butelek po mineralnej wytworzył sobie zbroję, ale dłoń poety ściska niby posąg komandora. Stańczyk układa się w pozy dokładnie tak jak żebrak z krakowskiego rynku; Wernyhora, najwyraźniej dewiant religijny, patetyczny jest w geście niczym ksiądz Skarga, ale nikt go nie słucha.

I choreograf, i reżyser i aktorzy pogubili się w tym chaosie poetyk. Publiczność lekko chichocze dając do zrozumienia, że narodowy dramat przeistacza się nieubłaganie w farsę estetyczną mimo szlachetności tej antykonsumpcyjnej publicystyki.

W tej wynajętej pod Krakowem, albo i nie pod Krakowem dyskotece gadają coś nieważnego, zbędnego i od dawna znanego. Gadają przez trzy godziny inteligenci, których poznajemy po ubrankach bylejakich, minach skrzywionych; gadają chłopi, których poznajemy po solidnych czarnych garniturach; bajdurzą i parobcy, których poznajemy po zbójeckim wyglądzie śmiało podkreślonym czerwonymi basebolówkami z pawimi piórami. W tej sytuacji nie tylko „chłodnie” Racheli pociąg do chłopów, ale i jej poetyckość zamienia się mimowiednie w pretensjonalność. Ta paniusia w turbanie nie gustuje w techno i nikt nie uwierzy w jej zachwyt „tą chałupą rozśpiewaną”. Tu, na miejscu jest tylko Zosia, nastolatka podskakująca w rytm techno z niekłamaną lubością.

Dziennikarz i poeta, mili chłopcy, bez wyrazu i określonych zainteresowań, nie przeżywają tu żadnego dramatu. Ot, ponudzą się trochę, pogwarzą o tym, że wypalili się w pracy, że niczego się nie da zmienić. Bez przekonania, acz grzecznie, porozmawiają z paniami tak nieokreślonymi i ohydnie ubranymi, że możemy w pełni zrozumieć ich zniecierpliwienie i rozkojarzenie. Zosia w dzwonach przerobionych z krakowskiej spódnicy. Maryna w szacie z butiku przypominającej peniuary bohaterek „Dynastii”, Gospodyni w czymś, co można uważać za skrzyżowanie stroju krakowskiego z hinduskim. Panna Młoda pozazdrościła kreacji Kai. Symbolika chaosu na tym poziomie uogólnienia plastycznego sprawia, że Wesele w teatrze Ludowym staje się sztuką o braku gustu. Najdosłowniej, zwłaszcza, że po scenie chodzą kostiumy nie postacie. Kostium „mówi”, interpretuje za aktora. W „Weseli” Wyspiańskiego chłopi są jeszcze sobą, chłopami. W przedstawieniu Sroki już stracili poczucie odrębności, już się zagnieździli w mieście, już naśladują miastowych. Ojciec kręci się po scenie z kamerą, nadęty jak paw.

Tylko jak po takim socjologicznym opisie weselników grać finał? Już po kwadransie jesteśmy absolutnie pewni, że ten drgający w rytmie techno Jasiek zbuntuje się, da po głowie kijem basebolowym Chochołowi, opanuje dyskotekę i zrobi nareszcie prawdziwą zabawę na cztery fajerki. I tu ponosimy sromotną porażkę interpretacyjną. Nie przyszło mi do głowy, jako zramolałej recenzentce, rozwiązanie prawdziwie awangardowe. W spektaklu wyreżyserowanym przez Adama Srokę Jasiek nie tylko odmawia wzięcia odpowiedzialności za zgubienie rogu. To w końcu zrozumiałe, że nie chce mu się robić niczego za tego pijanego, sentymentalnego lenia, jakim okazał się Gospodarz. Ten Jasiek nie ma cienia współczucia dla kiwających się na wietrze historii weselników. W końcu to przez nich nie dorobił się pańskiego dworu, tylko pawiego pióra. Niech, więc tak sobie stoją tuląc do piersi owe narty, kamery, lampy i inne dobra. Jasiek z przedstawienia Adama Sroki wsiada na swój udający konia rower i jedzie zbierać końskie łajno na krakowskim rynku. Lepsze to niż nieustanne g.. historii, zdaje się mówić. I ja się z nim zgadzam, uważam tylko, że zbyt długo mi to tłumaczono i zbyt staroświecka jest awangardowość tego przedstawienia. Ponadto nawet arcydzieła, cierpliwe arcydzieła polskiej literatury mają pewną określoną wytrzymałość znaczeniową. Trudno żądać, aby tekst sprzed stu lat opisał naszą sytuację moralną, społeczną i polityczną. Nasz marazm może nie głębszy i nie straszniejszy od tego z roku 1901, ale na miłość boską inny. I nie wystarczy przebrać aktorów w takie szmatki, jakie nosimy, aby byli w Weselu nami. Widok przez okno na ową, noclegownię współczesną, mieszczącą się w rurze kanalizacyjnej nic tu nie zmieni.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas