poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z PIOTREM SZEWCEM rozmawia Robert Ostaszewski
Metafizyka, mitografia i rękaw koszuli
DL 2000, nr 4/5 (162/163)

*Debiutował Pan jeszcze w latach 80., przypomnę: tomem poetyckim „Świadectwo” (1983) i głośną powieścią „Zagłada” (1987). W latach 90. próbowano Pana przypisać do tzw. pokolenia trzydziestolatków. Dlaczego o tym mówię? Pana wiersze znalazły się w antologii młodej poezji „Macie swoich poetów”, biogram – w „Parnasie-bis”. Mam jednak wrażenie, że trudno Pana do wspólnoty trzydziestolatków przypisać. Jak by Pan umiejscowił się na mapie współczesnej literatury?

Metrykalnie wszystko się zgadza: jestem „schyłkowym” trzydziestolatkiem. Ale... nie czuję duchowej łączności - takiej łączności, która by coś istotnego dla mnie znaczyła -z grupą autorów, których nazwiska znalazły się w wymienionych przez Pana książkach. Choć są wyjątki, na przykład Krzysztof Ćwikliński czy Marian Kisiel. Dlaczego widzę się trochę osobno? Bardzo wcześnie – dziś uważam, że zbyt wcześnie – debiutowałem w prasie, bo jeszcze w 1978 roku, „Zagładę” pisałem w latach 1981-1983, tymczasem moi metrykalni koledzy zaczęli drukować, a pewnie i pisać, trochę później. W latach, gdy kształtował się mój gust literacki, czytałem akurat nie rówieśników, ale pisarzy o wiele ode mnie starszych. Nigdy nie usiłowałem szukać dla siebie miejsca w którejkolwiek artystycznej czy pokoleniowej wspólnocie, choć rozumiem, że taka wspólnota może oferować doraźne pożytki w myśl formuły bałamutnie głoszącej, iż duży może więcej. Krótko mówiąc: starałem się i staram być w pełni samodzielny w tym, co robię.

*Wspomniał Pan o starszych autorach. Jacy pisarze wyznaczają dla Pana przestrzeń tradycji?

Moje pisarstwo – tak mi się wydaje – pozostaje w ścisłym związku z tradycją. Nie zrywam ustalonych konwencji literackich, nie ustanawiam nowych, mam zachowawczy stosunek do języka. (Czy to nie zgroza składać takie wyznania? - przypis w autoryzacji). Odczuwam przynależność do tego, co w literaturze polskiej napisano. Jest całe mnóstwo autorów, których podziwiam i czytam, niezależnie od tego, co ich utwory znaczą dla moich rówieśników. Przykładem niech będzie twórczość Orzeszkowej czy Dąbrowskiej, które uważam za wspaniałe pisarki, a które niekoniecznie czytane są przez tzw. trzydziestolatków. Na marginesie: Kuśniewicz za wielką pisarkę uważał Orzeszkową, a Stryjkowski – pamiętam to dobrze – wychwalał prozę Dąbrowskiej.

*Jeżeli padły już nazwiska Orzeszkowej i Dąbrowskiej... Co uważa Pan za ważne czy może inspirujące dla siebie, własnego pisarstwa, w prozie tych autorek? Myślę, że warto o to zapytać, ponieważ ich książki uważane są przez młodych pisarzy raczej za „biblioteczne zabytki”, po które sięgają tylko specjaliści.

Ważna jest dla mnie ich wierność realiom. Pisarki te wykazują swoistą pokorę wobec rzeczywistości. Nie tyle ją przekształcają, upiększają (do czego mają przecież prawo), ile ukazują- owszem, przez pryzmat swojej wrażliwości i doświadczeń - w takim widzeniu, w takim ukształtowaniu materii, w jakim ona rzeczywiście istnieje. Ich utwory nie zrywają więzów z realnym życiem i prawdziwym światem. I to jest mi bliskie. Jeszcze jedno -są mistrzyniami opisu, przez dzisiejszą prozę prawie całkowicie zarzuconego (domyślam się zresztą dlaczego). A wydawałoby się, że umiejętność opisu...

*Pana proza często wpisywana jest w nurt mitograficzny, który ostatnio ponownie mocno zaznacza się w naszej literaturze.

Sądzę, że przypisanie mnie do nurtu mitograficznego jest tylko do pewnego stopnia słuszne. To jest jak z ową koszulą, która nie całkiem chce się zmieścić w ciasnej szafie i jej rękaw pozostaje na zewnątrz. Innymi słowy, próba zakwalifikowania moich powieści do nurtu mitograficznego jest niewystarczająca.

*Jeżeli już jesteśmy przy temacie krytycznoliterackich schematów, w które wpisuje się teksty: Przemysław Czapliński lansuje ostatnio tezę o obecności w młodej prozie nurtu nostalgicznego...

To właściwie coś pokrewnego nurtowi nostalgicznemu. Teza Przemysława Czaplińskiego ma na celu porządkowanie różnorodnych zjawisk prozatorskich.

*Oczywiście. Ale mam trochę inne pytanie, chociaż dotykające nostalgii w literaturze. Na ile próba, jaką podjął Pan właściwie w obu powieściach, próba opisania świata, który ma zaczepienie w przeszłości, co więcej, świata, który już nie istnieje, wynika z chęci dokonywania pewnych archeologiczno-literackich poszukiwań, a w jakim stopniu wiąże się z tym, co dla mnie jest najważniejsze w Pana prozie: poszukiwaniem świata i jednocześnie językowego idiomu zdolnego ów świat uchwycić?

Jeśli chodzi o to, co Pan nazwał archeologiczno-literackimi poszukiwaniami: one rzeczywiście istnieją w mojej prozie. Dlaczego zwracam się ku przeszłości? Teraźniejszość jest krucha, przyszłość niepewna, pewne jest tylko to, co było. Interesuje mnie i klimat przedwojennego prowincjonalnego miasta, i żywoty zamieszkujących wtedy to miasto ludzi. To rzeczy szalenie ważne i ciekawe, warte myślowej i artystycznej penetracji. Pragnę opowiadać o nich spokojnie i cierpliwie, ze starannością, na jaką w pełni zasługują. Pamiętam przy tym o swoich racjach jako autora, spisuję bowiem własną wersję przeszłości. Nie chcę, aby ta wersja kurczowo trzymała się faktografii, rozumianej zresztą szeroko, a nawet tego, co zwiemy prawdopodobieństwem. I nie trzyma się. Dlatego w moich powieściach - a już szczególnie wyraźnie to widać w „Zmierzchach i porankach” – dzieją się rzeczy, o których z czystym sumieniem można powiedzieć: niezwykłe, osobliwe.

*Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy „Zagładzie”. Próbuje Pan w tej powieści jak najwierniej zapisać Księgę Dnia. Jednak stworzenie w literaturze takiej Księgi, pełnej, wyczerpującej, jest właściwie zadaniem niemożliwym.

To prawda, dlatego tylko próbuję. A to, że próbuję – jakoś w „Zagładzie” wyrażam, prowadząc swoistą grę tyleż z sobą samym, ile z czytelnikiem. Przecież ów zamiar spisania Księgi Dnia wzięty jest w cudzysłów. Moim zamiarem jest zademonstrowanie pewnego dążenia, pewnej tendencji. A temu staraniu towarzyszy świadomość, że jest ono w gruncie rzeczy niewykonalne. Zbieram jednak drobiny, okruchy, dowartościowuję to, co często umyka potocznemu poznaniu.

*Jest to więc próba rekonstruowania Całości z drobin, fragmentów rzeczywistości?

Tak. Tworzy się specyficzna hierarchia rzeczy, zdarzeń i wartości. Otóż w tym sposobie widzenia rzeczywistości wszystko jest lub ma być nieomal równoważne. To, co mówię, jest ryzykowne. Przecież np. miłosne niespełnienie mojego bohatera jest faktem donioślejszym niż senne gruchanie synogarlicy.

*Przejdźmy do najnowszej Pana powieści, „Zmierzchów i poranków”. Powieść ta jest do pewnego stopnia kontynuacją „Zagłady”. Jednak wyraźny jest w niej – jak mi się zdaje – również pewien nowy ton.

Słusznie Pan zauważył, że „Zmierzchy i poranki” jedynie w pewnym stopniu są rozwinięciem „Zagłady”. Obie powieści za bohatera obrały to samo miasto – Zamość - i osadzone są w tym samym z grubsza rzecz ujmując czasie: obejmują jeden z letnich dni przed wojną, „Zagłada” lipcowy, „Zmierzchy i poranki” sierpniowy. Ale „Zmierzchy i poranki” w duchowym i artystycznym planie różnią się od Zagłady. Nie mnie te zagadnienia analizować. Zwrócę tylko uwagę na silnie w „Zmierzchach i porankach” obecną perspektywę sakralną.

*Często przy okazji omawiania Pana prozy pada słowo „metafizyka”. Doprecyzuję trochę to pojęcie. Czy Pana proza jest próbą zapisu – czy może raczej dotknięcia – sfery metafizyki codzienności?

Jest, na pewno jest próbą dotknięcia. Oczywiście jest to metafizyka codzienności zupełnie inna od tej, o której mówiło się na przykład w odniesieniu do Białoszewskiego. Nie jest jednak moim zadaniem dokonywanie tego typu rozróżnień [śmiech], oburzyliby się krytycy.

*W nowej powieści zdecydowanie bardziej w porównaniu z „Zagładą” zdaje się Pana interesować rzeczywistość, ów świat wokół nas. Mimo iż sama powieść zanurzona jest przecież w przeszłości.

Mnie się zdaje, że to, co wydobywa słowo (oczywiście coś odrzucając, bo nie ma innego sposobu, o czym wiemy od Szymborskiej), że sposób prowadzenia narracji w „Zmierzchach i porankach” sprawia – i tu może tkwić zasadnicza różnica między tą powieścią a „Zagładą” – iż rzeczywistość zdaje się gęstsza, intensywniejsza. To zaś, że ukazuję ją na różnych płaszczyznach, odsłania jej różne, od powierzchownych po głębokie warstwy.

*A jak się ma zainteresowanie rzeczywistością do poszukiwań w sferze metafizyki, poszukiwań pulsującego jądra rzeczy? Krytycy piszący o „Zmierzchach i porankach” szczególnie mocno akcentują metafizyczny wymiar tej powieści. Katarzyna Bieńkowska napisała, iż „punkt widzenia »Zmierzchów i poranków« to punkt widzenia samego Boga”.

Słowo „Bóg” wprawdzie nie pojawia się, ale niejako wpisane jest już w motto mojej powieści. Przypomnę je: „Ty kochasz wszystkie rzeczy, które są, i nie brzydzisz się niczym, co uczyniłeś. Anibyś nie ukształcił rzeczy nienawistnych Tobie” („Księga Mądrości” 11, 24). A więc nie ma wątpliwości, że Bóg kocha wszystko, co stworzył, kocha najmniejszą drobinę rzeczywistości. Rzeczy piękne i brzydkie, wzniosłe i trywialne, ułomne, kalekie, skażone grzechem. I ja, pisząc o Bożym świecie, tej drobiny nie mogę - nie wolno mi - zlekceważyć ani w jakiś sposób unieważnić. Ta drobina - niech przypomnę koślawą ławeczkę Fajgi Katz czy zgubioną w sadzie sfatygowaną wstążkę - jest widocznie konieczna, skoro powołano ją do istnienia. I domaga się, by o niej co najmniej wiedzieć. Próbując docierać do wspomnianego przez Pana jądra rzeczy, zbliżam przeciwstawne na pozór sfery: niską, materialną, i wysoką sferę ducha. A samo jądro rzeczy [śmiech]... Pisarze dobierają się do niego, jak który umie. Zbliżają się do niego o milimetry, o centymetry. Nie kpię, bo tak to jest. Pewnie to nieskromne, ale i ja chciałbym być o ten centymetr od jądra rzeczy bliżej...

*Wielokrotnie wskazywano na poetyckość Pana prozy. Czy owa poetyckość jest Pana sposobem na dotarcie do tej wąskiej przestrzeni między rzeczywistością a metafizyką?

Jest to mój naturalny sposób pisania - nie muszę się specjalnie starać, aby tak było. Powiedzmy, że to moja przypadłość.

*A jak by Pan określił relacje pomiędzy pisaną przez Pana poezją a prozą?

Przykro mi, że zawiodę Pana, ale tej relacji nie określę.

*Na koniec jeszcze pytanie, którego trudno nie zadać. Czy wrócimy jeszcze – prowadzeni przez następne Pana powieści -do powiatu zamojskiego?

Zapewne tak, bo w powiecie zamojskim bardzo mi dobrze. Powiat zamojski obdarza mnie nadmiarem, o jakichkolwiek niedosytach nie może być mowy.

*Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli czekać na następną powieść tak długo, jak na „Zmierzchy i poranki”. Dziękuję za rozmowę.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas