poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Ja uwięzione w sobie
DL 2000, nr 2/3 (160/161)

[Teatr im. Juliusza Słowackiego, scena Miniatura, Witold Gombrowicz,
„Zdarzenia na brygu »Banbury«”. Scenariusz i reżyseria Grzegorz
Wieśniewski. Scenografia Maciej Preyer. Muzyka Bolesław Rawski. Ruch
sceniczny Romana Angeli.]


Dawno nie widziałam w teatrze adaptacji Gombrowiczowskiej równie sensownej co „Zdarzenie na brygu Banbury” Grzegorza Wiśniewskiego. Żywiący się filozofią i biografią autora Ferdydurke spektakl łączy w wspólną, logiczną całość fragmenty dramatu pt. „Historia” z opowiadaniem z „Bakakaju”, które dało tytuł przedstawieniu. Oba teksty znakomicie się dopełniają, zarówno w sferze fabularnej, jak i światopoglądowej tworząc utwór spójny i arcygombrowiczowski. Bohater „Historii” Witold dręczony przez rodzinę ucieka przed Matką, Ojcem, Narzeczoną, Naturą, Wojskiem na bryg, aby zaznać wolności, oswobodzić się od przemocy formy. Przeżywa dramatyczne doświadczenie, które na zawsze nauczy go, że przed formą nie ma ucieczki jak... w inną formę: „zewnętrzność jest zwierciadłem, w którym przegląda się wnętrze”. Podróż do wolności ukaże jej absolutny brak w świecie, w którym rządzi taka zasada powszechnej tożsamości. Bryg jest dziełem wyobraźni Witolda i wyobraźnia Witolda przeniesie tam Ojca jako Kapitana, Księdza jako Chłopca okrętowego; Matkę i Narzeczoną zastąpią inni domownicy, którzy wcielą się w śniących o kobietach marynarzy. Przemoc formy społecznej zostanie zastąpiona przez terror ślepego instynktu i rozerotyzowanej natury oraz nudę.

Ale bohater i narrator „Brygu” otrzymawszy z woli adaptatora imię Witold, wchodzi nie tylko w sferę autobiografii i filozofii Gombrowicza. Przedstawienie jest pamiętnikiem dojrzewania Młodego Chłopca, artysty, poznającego świat, jego monstrualność i dziwność. Bohater brnie przez to, co rzeczywiste i to, co wyobrażone nie rozróżniając rzeczywistości od wytworu wyobraźni. W spektaklu Wiśniewskiego bowiem świat domu i świat podróży są wytworem tej samej wyobraźni zbuntowanego Młodego Artysty, jednakowo groteskowe i upiorne. Nie ma takiej wyobraźni, która by pokonała formę. Dzięki jej sile artysta dojrzewający może poznać tylko własną niemoc. Spektakl zaczyna się sceną rodzinnej fotografii, do której pusząc się, nadymając i wdzięcząc pozuje Matka, Ojciec, Ksiądz,, Janusz i Jerzy. Wtedy wątły, smutny Witold (Krzysztof Zawadzki) po raz pierwszy próbuje uciekać, protestować, gołymi stopami bocząc się, stroniąc od fotograficznego obrzędu. I wtedy po raz pierwszy ponosi klęskę, gdy rodzina z jego „bosości” formę uczyni zzuwając obuwie.

Scenograf Maciej Preyer wykorzystał architekturę Teatru Miniatury tworząc zarys pomostu brygu układem podestów, opuszczeniem scenicznych drążków, bielą zasłony -świetlistego żagla. To statek-widmo wyobraźni z niepokojącymi obrotowymi drzwiami przemieniającymi się w lustra, z klitkami kajut ciemnych, w których marynarze i pasażer-uciekinier z realności snują swoje sny. W ciemnej, jakby za dużej przestrzeni pokładu pokraczne działania załogi stają się jeszcze bardziej prowokacyjne, głupio-mądre, nudno-fascynujące. Witold wśród domowników niepodległe nieobuty, odporny na jazgot Mamusi (Anna Tomaszewska), podejrzliwy wobec słodkiej niewinności Księdza (Sebastian Domagała), zdystansowany wobec męskości i rycerskości Ojca (Marian Dziędziel), Jerzego (Grzegorz Łukawski) i Janusza (Ryszard Jasiński), na brygu obuty przerazi się bosością, nagością, włochatością marynarzy. Żyje oblężony cudzym i własnym pragnieniem, przerażony ciałem i nieznośną nudą. Kapitan-Ojciec śni potajemnie o nagości i wciska się w gorset, by zaprotestować przeciw kapitańskiemu mundurowi. Półnagie ciała marynarzy poddane tresurze perwersyjnego, złośliwego Smitha-Jerzego stają się jeszcze bardziej cielesne, parzą się ze sobą w groteskowym tangu. Jakże może być inaczej, gdy w potwornej nudzie codzienności „wszystko już zużyte. Wszyscy już zużyci, zmąceni”. Pozostał strach przed instynktem, biologią, która każe funkcjonować, funkcjonować. Zaciera się różnica między rzeczami, a także między dobrem i złem - konstatuje Witold i nie chce wiedzieć, dokąd zmierza bryg z „roztęsknioną” załogą.

W scenie kończącej spektakl w zamkniętych drzwiach-lustrze odbija się przerażona twarz kreatora. „Ja mam głos, nie odbierzecie mi głosu” krzyczy Witold do swego odbicia. Obok, w kanciapie-klatce ni to domowej, ni to okrętowej majaczy rodzinny tłumek, lśni biel sukni Narzeczonej – Panny Młodej. Lustro nie przeobrazi się już w drzwi, Witold uwiązł p o-między, jego słowa nie są wyznaniem mocy, nie są chyba nawet przyrzeczeniem złożonym samemu sobie. Są – tak mi się wydaje – zapisem marzenia uwięzionego nie tylko w innych, ale przede wszystkim w sobie ludzkiego ja. Nic innego już nie będzie w poniedziałek, wtorek, środę itd. - aż do końca rejsu życia. I tu wychodzimy poza Gombrowiczowską afirmację ja. To, co dla autora „Dzienników” było tryumfalną prowokacją, dla Witolda z brygu Grzegorza Wiśniewskiego jest – chyba – rozpoznaniem bezsiły; z zewsząd osaczony, ten Witold w sobie nie znajduje sojusznika.

Wyobraźnia i kreatorska moc artysty bywały sposobem na oswojenie świata, a ów wykreowany świat stawał się azylem dla twórcy i adresata dzieła. Wyobraźnia artysty, bohatera spektaklu Wiśniewskiego pełni rolę dwuznaczną, jest narzędziem tortur. Zdradza najtajniejsze pragnienia, bezlitośnie skazuje twórcę śnionych światów na cierpienie i śmieszność, obnaża jego kompleksy i bezsilność. Oczywiście to tylko jedna z możliwych interpretacji schematu starego jak świat.

Twórcy spektaklu w Miniaturze zagrali Gombrowicza tragicznego, tautologicznie odbitego w sobie i dalekiego od akceptacji takiego zamknięcia.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas