poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ADAM AUGUSTYN
Pogrzeb starej panny
DL 2000, nr 2/3 (160/161)

Ciotka Anda była starą panną. Była starą panną do szpiku kości. Była starą panną w o wiele większym stopniu, niż na przykład ciotka Luśka, jej młodsza siostra, również stara panna, która wszakże nie nosiła szczególnych znamion staropanieństwa. Ciotka Anda już przy pierwszym kontakcie nie nastręczała wątpliwości co do swego stanu. Spośród licznych cech typowej starej panny, trudnych do wyodrębnienia i opisu, choć wyraźnie widocznych w geście, postawie, słowach i zachowaniach, szczególnie rzucała się w oczy drobiazgowa pedanteria i ponadnormalna dbałość o higienę. Do miasta zawsze wychodziła w rękawiczkach, żeby nie dotknąć gołą ręką czegoś brudnego. Zimą wyglądało to normalnie-rękawiczki były grube, włóczkowe, własnoręcznie przez ciotkę wykonane na pięciu drutach. Taka robótka na pięciu drutach zawsze wprawiała mnie w podziw; wydawało mi się niemożliwe zapanowanie nad pięcioma drutami, nad napoczętą rękawiczką z rozłażącymi się na wszystkie strony pięcioma palcami i jeszcze kilkoma kulkami włóczki w różnych kolorach, jeśli rękawiczki na zewnętrznej części dłoni miał zdobić barwny wzór.

Co innego dwa druty. Te nie nastręczały mi żadnych problemów, nawet sam nauczyłem się na nich pracować pod okiem mamy i starszych sióstr. Wtedy jeszcze, w czasach mojego dzieciństwa, długie zimowe wieczory były rzeczywistością, a nie tylko historycznym terminem opisującym wczesne epoki europejskiej cywilizacji. Ich realność podkreślała dodatkowo obowiązująca w czasie niemieckiej okupacji godzina policyjna. Wtedy zasiadaliśmy całą rodziną w kuchni, przy stygnącym powoli, ale wciąż jeszcze ciepłym piecu – w pokojach nie paliło się z braku węgla - najstarsza siostra czytała głośno dzieła klasyków polskiej literatury, ojciec, zegarmistrz amator, w świetle lampki własnej konstrukcji, dłubał w zegarkach, mama z drugą siostrą coś szyły, łatały albo cerowały, ja zaś, kilkuletnie wtedy dziecko, żeby nie być gorszym, dziergałem na drutach szalik z przydzielonego mi kłębka dość marnej jakości włóczki. Początkowo męczyłem się strasznie, gubiłem oczka, chwytałem je i mocno ściskałem. Z biegiem dni, a pewnie i tygodni, nabierałem wprawy, drutami operowałem swobodniej, oczka układały się luźniej i kiedy wreszcie skończyłem - szalik miał kształt trapezu i nie nadawał się do noszenia. Ale był moim dziełem, więc go schowałem na pamiątkę. W komodzie, wciśnięty w kąt szuflady, przeleżał długie lata i wyrzuciłem go dopiero niedawno, to znaczy może jakieś dwadzieścia lat temu. Był przesycony kurzem, szary i sztywny jak deska. Myślę, że ciotka Anda nie wzięłaby go do ręki nawet w najgrubszych rękawiczkach.

Bo ciotka Anda nosiła rękawiczki również latem – cienkie, białe albo kremowe niciane rękawiczki, które prała codziennie, czego byłem świadkiem. Nigdy też od nikogo nie przyjmowała żadnego poczęstunku. Przez długi czas nie zwracałem na to uwagi; byłem dzieckiem, otaczającą mnie rzeczywistość przyjmowałem jako naturalną, więc również konieczną, a innej nie potrafiłem sobie wyobrazić. Czasów przedwojennych nie pamiętałem; pierwsze moje wspomnienie – to pożar cygarfabryki na Dolnych Młynów, ulicy, gdzieśmy mieszkali, a także przejazd nie kończącej się kolumny niemieckich żołnierzy na motocyklach z przyczepami. Później od starszych chłopaków dowiedziałem się, że były to zindapy 750. Skręcali w Rajską, do opuszczonych przez polskie wojsko koszar, a głęboki, basowy głos setek potężnych silników wypełniał szczelnie całą przestrzeń, bruk ulicy pod stopami dygotał jakby się miał za chwilę rozpaść. Cóż dziwnego, że te dwa tak widowiskowe wydarzenia zapadły mi w pamięć i – można powiedzieć – otwarły ją na wydarzenia świata zewnętrznego.

Od tamtego też czasu pamiętam ciotkę Andę, która przez całą okupację dość często nas odwiedzała. Była wtedy służącą w rodzinie niemieckiego urzędnika, ponieważ niewielki warsztat tkacki, w którym pracowała przed wojną, przestał istnieć ze względu na rasowe pochodzenie właściciela. Niemcy w Generalnej Guberni mieli się dobrze, na swoje kartki żywnościowe dostawali tyle, że jeszcze im zostawało, więc gospodyni-Niemka pakowała te nadwyżki i dawała ciotce Andzie, która przynosiła je do nas, dla dzieci. A była ciotka Anda służącą idealną. Bezgranicznie uczciwa, pracowita, solidna i – przede wszystkim – schludna i czysta do przesady. Kiedyś, pamiętam, opowiadała nam, jak jej gospodyni dziwiła się, że ciotka Anda aż tyle razy płucze kaszę przed gotowaniem. Ciotka tłumaczyła jej, że tam mogą być śmieci, że to jest schmuzig. Coś podobnego – polska służąca, ze słowiańskiego kraju podludzi, uczyła niemiecką Hausfrau higieny!

Ciotka Anda przynosiła więc te nadwyżki do nas, zawinięte w czysty, pergaminowy papier, który służył potem do wielokrotnego użytku, za każdym razem starannie składany i przechowywany w szufladzie kuchennego stołu. Kawałki wędlin, ciasto, cukierki, a czasem nawet czekoladki - to było prawdziwe święto dla nas, którzyśmy przez pięć lat okupacji byli nieustannie głodni, a zbożową kawę enrilo, gotowaną z dodatkiem cykorii, słodziliśmy pastylką sacharyny. W tej sytuacji wydawało się rzeczą zupełnie naturalną, że sami ciotki Andy niczym nie częstujemy, skoro ona częstuje nas.

Ale mijały lata, wojna dawno się skończyła, my - w każdym razie - mieliśmy co jeść, ciotka Anda natomiast, jako sprzątaczka w jakiejś spółdzielni, zarabiała nędzne grosze i z najwyższym trudem wiązała koniec z końcem. Ja wtedy szybko dorastałem, rzeczywistość przestała mi się jawić jako jednoznaczna i konieczna, a ciotka Anda niezmiennie odmawiała przyjęcia jakiegokolwiek poczęstunku. Któregoś razu zastała mnie w domu samego. Siostry już wyszły za mąż, rodzice też gdzieś wyszli, a ja szykowałem sobie kolację. Oczywiście zaproponowałem ciotce herbatę i jakieś kanapki. Odmówiła.
- Ciociu - spytałem wtedy - dlaczego ciocia nigdy nie pozwala się niczym poczęstować?
- Nie wiesz?
- Nie wiem.
- Bo ja jestem obrzydliwa.
Zaniechałem przygotowań do kolacji, siedzieliśmy przy pustym stole, ciotka wypytywała mnie o moje siostry i ich dzieci, jak im się powodzi i cieszyła się, że dobrze i że są zdrowi. Opowiadała mi też o swoim kocie, który właściwie nie był jej kotem, tylko podwórkowym i jego noga nigdy nie postała w ciotczynym mieszkaniu, ze względów, oczywiście, higienicznych. To mieszkanie, w oficynie starej czynszówki na Zwierzynieckiej ulicy, to była malutka pojedynka bez wygód, z piecem kuchennym, wodociągiem i paroma niezbędnymi sprzętami. Przywodziła mi na myśl celę pustelnika. Okno tej izdebki, zawsze lśniącej czystością, z podłogą z desek wyszorowaną do białości, wychodziło na niewielki balkonik, przez który ciotka i jej sąsiedzi chodzili do wspólnego ustępu. To na ten balkonik, o ustalonych zwyczajowo porach, kot ciotki Andy przychodził na posiłki. Tam ciotka wystawiała mu jego miseczki i dotrzymywała mu towarzystwa siedząc w swoim pokoiku przy otwartym oknie, a kiedy zjadł i umył się - mówiła do niego. Kot słuchał z uwagą, a od czasu do czasu otwierał pyszczek jak do miauknięcia, ale nie wydawał głosu, jakby wiedział, że ciotka rozumie go bez słów.

Tak gawędziliśmy sobie przy pustym stole aż do powrotu rodziców, a później, kiedy ciotka wychodziła od nas, już w otwartych drzwiach powiedziała:
- Nie mam nic do jedzenia ani dla siebie, ani dla kota. Jakbym miała chociaż jedno jajko, to bym mu zrobiła omlet.
Mama, na moje pytanie, czemuśmy nie dali ciotce dwóch jajek, w skorupkach przecież! – dla niej i dla kota – powiedziała, że nie przyjęłaby, bo jest honorowa.

Wszystkie te dziwactwa ciotki Andy były oczywiście przedmiotem żartów w całej, bogato rozgałęzionej, rodzinie. Od jej imienia utarł się nawet neologizm – andziomać – funkcjonujący do dziś, choć całe jej pokolenie dawno już odeszło z tego świata. Ciotka Anda posługiwała się mianowicie fajansowymi kubkami, a wszystkie miały poubijane ucha. Ciotka bowiem wieczorami robiła sobie kawę enrilo, siadała z nią- co prawda - przy stole, ale kubek trzymała na kolanach, a kiedy zadrzemała - kubek wylatywał jej z ręki, spadał na podłogę i jeśli się cały nie rozbił, to przynajmniej utrącał sobie ucho. Często, zwłaszcza kiedy już była na emeryturze, siedziała długo w noc, z pustym już kubkiem na kolanach, a wszyscy traktowali to jako kolejne dziwactwo starej panny.
- Nie andziuj, tylko idź spać - mówi się w rodzinie do dziś, kiedy ktoś do późna zajmuje Sę czymś niekoniecznym.
Bardzo lubiłem ciotkę Andę, ciekawiły mnie jej dziwactwa, ten fenomen staropanieństwa w czystej postaci, więc co jakiś czas odwiedzałem ją, ot tak, wpadałem na chwilę zapytać o samopoczucie i o kota. O kocie ciotka mówiła chętnie, o sobie, w gruncie rzeczy nic. Wreszcie, za którymś razem, krążąc ostrożnie ogródkami, zmyślając jakieś preteksty, spytałem o sens andziowania.
- A tak - powiedziała zupełnie nie speszona - siedzę sobie i rozmyślam, wspominam dawne czasy, albo się modlę.
- Ja też tak rozmyślam przed zaśnięciem - powiedziałem – ale już w łóżku. Tak jest przecież wygodniej.
- Ale ja, jak się położę, to zaraz śpię.
Więcej nie było sensu pytać. Zwłaszcza modlitwa, w tej pustelniczej izbie, była czymś najzupełniej naturalnym i jak gdyby zamykała sprawę. Rozumiałem też, że właściwą porą na rozmyślania i modlitwę jest wieczór, noc, czas ciszy i uspokojenia, kiedy zgiełk świata zamiera i człowiek zostaje sam na sam z sobą, z kosmosem i z Bogiem, ale przedmiot ciotczynych rozmyślań pozostał dla mnie tajemnicą.

Ciotka Anda umarła tak, jak żyła - cicho, w swoim łóżku, prawdopodobnie bez szczególnych cierpień, nie angażując nikogo? można powiedzieć - nie przyjmując poczęstunku.

Wiedział o tym tylko Emil, mój kuzyn, który mieszkał w tej samej kamienicy, tylko że od frontu. Z racji bliskiego sąsiedztwa był z ciotką Andą, która była również jego ciotką, w stałym kontakcie, czuwał nad nią w jej ostatnich dniach. On też sprowadził księdza i była to jedyna rzecz, o jaką go ciotka Anda poprosiła. A później załatwiał formalności pogrzebowe i likwidował jej mieszkanie.

Pochowano ciotkę Andę na Cmentarzu Rakowickim, co mnie zdziwiło, bo był on już w zasadzie zamknięty i miejsce na nim można było dostać tylko za grube pieniądze, o jakich ciotce, żyjącej w ubóstwie, nigdy się nie śniło. Przemknęło mi przez myśl, że może Emil coś załatwił, ale nie, bo przecież swoją, niedawno zmarłą matkę chował już na odległych Batowi-cach. A kiedy kondukt przeszedł niewielki tylko kawałek drogi od kaplicy i zatrzymał się na Starym Cmentarzu przy otwartym grobowcu, w którym miejsce musiałoby kosztować już naprawdę majątek, nie wytrzymałem i zbliżyłem się dyskretnie do Emila.
- To ty nie wiesz? - zdziwił się szeptem.
- Nie wiem.
- Wpadnij do mnie później, to ci coś pokażę.
W domu Emil położył na stole dużą, szarą kopertę i nalał po kieliszku wódki.
- Najpierw powinniśmy wypić za ich dobrą pamięć - powiedział.
- Jakich ich?
- Zaraz zobaczysz.
Wypiliśmy i Emil wyjął z koperty fotografię dużego formatu, nieco tylko wyblakłą, widać dobrze strzeżoną przed światłem. Przedstawiała pięć dziewcząt w szeregu, ubranych i uczesanych według jakiejś zamierzchłej mody.
- To jest rok dziewiętnasty - powiedział. - Potrafisz je rozróżnić?
- Nie bardzo - przyznałem.
- To jest moja mama - objaśniał. -To twoja. To ciotka Zocha, to ciotka Luśka. A to, widzisz, nieboszczka Anda...
Uszeregowane były według wieku, Anda stała w środku. Od pozostałych sióstr była wyższa niemal o głowę, ale przewyższała je nie tylko wzrostem. Również urodą. Była śliczną dziewczyną o zgrabnej, smukłej figurze, regularnych rysach twarzy i wyrazistych, dużych oczach, w których krył się jakiś niepokojący błysk.
- Nie chcę, broń Boże, naszej babki Reginy o nic podejrzewać – uśmiechnął się Emil – ale, jak widzisz, różnica między tymi czterema, a tą piątą jest uderzająca. To jest dziewczyna stworzona do miłości. No i tu jest tego potwierdzenie – wyjął z koperty drugą fotografię tego samego formatu. Anda była w długiej, uroczystej sukni, a przy niej ułan, w paradnym mundurze, przy szabli. Trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy.
- Coś podobnego - wybąkałem zdziwiony. - A ja byłem pewny, że ona jest zakamieniałą starą panną, z natury, powiedziałbym – od urodzenia...
- Widzisz, jak pozory czasem mylą? On się nazywał Ignacy Turczyński - wyjaśniał Emil -pochodził z niezbyt zamożnej ziemiańskiej rodziny. Miał starszego brata, który go spłacił z majątku i Ignacy obrał karierę wojskową. Zakochał się w Andzie do nieprzytomności, choć jego rodzina oczywiście nie chciała o tym słyszeć. Ale on się zaparł i to jest zdjęcie zaręczynowe. A trzeba ci wiedzieć, że jest to rok dwudziesty. Bolszewicy na karku i Ignacy jedzie na front. Chce brać ślub, ale Anda się nie zgadza. Nie chce go wiązać. Niech jedzie i wraca szczęśliwie, a ona będzie czekała. Ignacy przystaje na to, ale wojna to nie przelewki. Pan Bóg kule nosi. Więc Ignacy kupuje miejsce na cmentarzu, stawia grobowiec i składają sobie przysięgę: jeśli Ignacy wróci z wojny - wezmą ślub i będą żyli długo i szczęśliwie. A jeśli zginie – ona złoży jego ciało w grobowcu, a sama, kiedy przyjdzie na nią pora, spocznie obok niego i ten grób połączy ich na wieki. I ułan padł w boju, a Anda, choć stworzona do miłości, dochowała mu przysięgi i tylko coraz bardziej z biegiem lat dziwaczała. A pieniędzy, które Ignacy zostawił bratu na taki właśnie wypadek, nie przyjęła...

W milczeniu patrzyłem na starą fotografię, aż Emil ponownie napełnił kieliszki.

- Widzę, żeś się nie spodziewał takiej romantycznej historii w naszej plebejskiej rodzinie, co? Wypij, to cię przywróci do rzeczywistości.

Wieczorem wróciłem do domu i długo w noc andziowałem...


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas