poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANTONINA LUBASZEWSKA
Pisarze o sobie – reklama czy ars poetica?
DL 2000, nr 2/3 (160/161)

Czytając publikowane w gazetach (1) wypowiedzi pisarzy na temat ich własnej twórczości, zadaję sobie pytanie, co badacz literatury może dostrzec w samym zjawisku gazetowych form reklamowania się pisarzy, promocji jakiejś książki. Banalna rama sytuacyjna: promocja, działanie marketingowe, nakłanianie do kupna, powoduje zwierzenia - obnażenie skrytych, niekiedy intymnych przypadłości i marzeń, pisarskich niespełnień. Pozornie pisarze chcą ze szczerości uczynić argument dla pozyskania swoich czytelników ukazując siebie jako zwykłych ludzi. Odsłaniają więc na przykład życiowe porażki i nieudolności (nie umiem prowadzić samochodu, chwali się m.in. Pilch; Stasiuk cnotę czyni z braku wykształcenia; Ewa Lipska, niegdyś studentka Akademii Sztuk Pięknych, do niedawna w służbie dyplomatycznej, a nie była nigdy we Włoszech, Olga Tokarczuk zaś siebie, mieszkankę Dolnego Śląska, zalicza do pokolenia, które „usiłuje zrobić drobny szwindel - wymyślić sobie historię i korzenie” [„Rz” nr 249/1999, rozmawiała Katarzyna Kubisiowska]. Świetlicki tak mówi o swym stanie ducha: „Czuję, że żyję na krawędzi, ale zanim zacznę spadać w przepaść, zacznę wzywać pomocy” [„Rz” nr 147/1999, rozmawiał Jacek Cieślak]. Kazimierz Orłoś zwierza się, że Stuhr kręcąc film „Wielkie zwierzę”, film oparty na jego opowiadaniu „Wielbłąd”, „nie był uprzejmy nawet zadzwonić do mnie”, [ „Rz”, „Plus Minus” nr 46/1999].

Jeśli jednak dostatecznie „oddalić się” od tych tekstów i spojrzeć na nie teoretycznym okiem, łatwo stwierdzić, że w tych gazetowych wypowiedziach pisarzy istnieje rusztowanie zbudowane ze starych retorycznych form: apologii i curriculum vitae. Gazetowa wypowiedź zawiera formy retoryczne „tłumaczenia się z twórczości”(2)  i tłumaczenia się z żywota w celu przekonania czytelników do siebie, do swego pisarstwa. Ten rodzaj dokumentu osobistego, wszelkie autobiograficzne konfesje (tu na użytek reklamy) nie są – jak niegdyś utrzymywał Paul de Man – odtwarzaniem, lecz tworzeniem siebie w sensie – obroną siebie (3). Pisarz jest mówcą we własnej sprawie. Obserwujemy ponadto chwyt uprzedzenia zarzutów – medialnie często realizowany chwyt znany z kampanii wyborczych dający się sprowadzić do takiego oto rozumowania: wiem, co mi zarzucą, więc przyznaję się do win i błędów, by uprzedzić i zdezawuować owe zarzuty: na przykład zarzut braku wykształcenia, zdradę szacownej redakcji itp. Ów chwyt w klasycznej retoryce współtworzy figury myśli i nazywany jest „przyznaniem się upiększającym” (by unieszkodliwić ewentualny zarzut przeciwnika).

W strategiach retorycznych tych gazetowych tekstów, można także dostrzec, iż słowo autobiografia, niepostrzeżenie zostaje zastąpione słowem auto-reklama. Są one zachwalaniem, zachęcaniem do kupna, dają próbkę tekstu – tak jak się daje próbkę perfum w gazecie – bardziej zatem uwidacznia się sztuka kuszenia niż przekonywania.

Owe apologiczne gazetowe konfesje i autokomentarze mieszczą się w obrębie rytuału społecznego – wypowiedzi udzielane po doktoratach honorowych świadczą o istnieniu skodyfikowanego systemu praktyk, społecznych technik symbolicznych. Podobnie owe zabiegi marketingowe związane z promocją nowych książek, swoiste artes commertiae można określić jako ceremonie, rytuały społeczne. Czy teksty współtworzące owe ceremonie mogą ukazać szczególne właściwości praktyki literackiej twórców poddanych reklamie - ujawnić dzisiejszą wersję sztuki poetyckiej w nich zawartą? Otóż, by uzmysłowić trudności, wspomnieć warto, że w listopadzie 1993 r. na sesji „Literatura i demokracja” dyskutowano przeważnie (jak Maria Janion z Czesławem Miłoszem) o mechanizmach literatury w warunkach wolnego rynku. Jedynie Michał Głowiński ujął spór od strony samego dzieła pytając, czy i jak samym dziełom można przyznać wartości demokratyczne. Nasz problem łączy perspektywę podjętą przez pierwszych dyskutantów i samego Głowińskiego.

Dotyka bowiem po pierwsze tzw. marketingu literackiego (zabiegi marketingowe widać nawet przy promocji poezji ks. Twardowskiego). Wielką popularność zdobył wiersz poświęcony pamięci Anny Kamieńskiej („Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą/ zostaną po nich buty i telefon głuchy”), dlatego właśnie tym tytułem opatrzono wystawę w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie (styczeń-marzec 1999) i tom wierszy w oprać. Aleksandry Iwanowskiej będący pamiątką tej wystawy.

Po drugie zaś dotyczy i tego, co wiąże się ze strukturą samych tekstów w ramach „tłumaczenia się z twórczości”, a co Michał Głowiński nazwał dyskursem demokratycznym i co dotyczy m.in. zasady decorum – tego, co pisać przystoi. Wspomniani pisarze wychodzą poza zasadę nieprzystojności i kierują się w stronę demokratycznego wielogłosu. Łączę ów wielogłos ze zjawiskiem, które nazwałam demonstracyjną szczerością – (na przykład intymne wyznania ks. Twardowskiego, że przestał bać się kobiet: „Zawsze się bałem kobiet”; że wytrwał w celibacie: „Nie miałem żadnych romansów, ucieczek. Bóg mnie uchronił” („Życie” 17 IV 1999, rozmawiała Milena Kindziuk) – i wcześniej wskazaną strategią uprzedzania zarzutów.

*

Obok demonstracyjnie szczerych wyznań i autokomentarzy osobistych, które uznać łatwo za funkcjonalnie reklamowe, zwracają uwagę autokomentarze literackie – Czy to dzisiejsza ars poetica w syntetycznym skrócie, w wypowiedzi do gazety ?

Tadeusz Różewicz mówi do dziennikarki po wieczorze autorskim w Jerozolimie („Rz” „Plus Minus” nr 27/1999, relacja Marii Dębicz) o wierszu „Myrmekologia” - „Ten ważny wiersz nie został zauważony przez pedagogów. Są utwory, na których mi zależy. Nie chodzi o ich 'piękno', lecz o problem, którego dotykają. W taki to sposób staję się moralistą, choć to dla poety nie zawsze wygodna pozycja [...] Pisząc „Recycling” porzucałem świadomie 'piękną' krainę poezji”.

Marek Bieńczyk analizuje poetykę swych powieści: „Rzeczą dla mnie podstawową jest przenikanie się obu [...] sfer - rzeczywistej (historycznej) i tekstowej [...]. Obie te sfery nie pozostają wobec siebie w opozycji, są sklejone. Żadnego literackiego postmodernizmu, zwłaszcza jeśli rozumieć przezeń nie skończoną z braku innych możliwości, grę konwencjami. [...] zupełnie nie interesuje mnie literatura czysto eksperymentalna [...] tekstualna. Ale...drażni mnie gdy twierdzi się, że literatura zanurzona w języku i świadoma siebie, badająca możliwości siebie jako tekstu, jest automatycznie literaturą bezcielesną, wyjałowioną, która nie wierzy już w literaturę, w jej możliwości opisu świata 'Tworkami' chcę powiedzieć, że to nie musi być prawda”.

Oraz istotne wyznanie: „powtórzę słynne słowa Wertera: 'Ach, to co ja wiem, może każdy wiedzieć. Moje serce mam ja tylko'. Ja z mymi bohaterami, z tymi ludźmi, którzy zginęli nawiązuję relację miłosną” [„Rz” nr 159/1999, rozmawiał Wojciech Chmielewski].

Olga Tokarczuk zdradza w wywiadzie, że marzyła o wydaniu powieści bez nazwiska. Ale: „czuje się jak firma pisarska i wielkie wydawnictwa, obieg komercyjny, nie bawiłyby się w takie klocki”. Zaraz też wyjaśnia istotę pomysłu: „Pomysł był, dziś tak myślę, uczciwą konsekwencją świadomości, że ja, -pisząca powieść i ja - żyjąca w jakiejś konkretnej codzienności, to nie do końca te same osoby. Druga rzecz, że pisanie wydaje mi się bardziej układaniem na nowo tego, co już zostało napisane, jest bardziej kolekcjonowaniem, reinterpretowaniem, opowiadaniem na nowo. W takiej sytuacji pojęcie autorstwa wydaje mi się dość umowne. A im bardziej jest umowne, tym większą wagę ludzie przywiązują do praw autorskich. Paradoks”.

Dalej następuje pytanie zasadnicze i odpowiedź będąca rzetelnym wyznaniem. Po uwadze przeprowadzającej wywiad, że wielu autorów rozstało się z ideą dzieła jako sztuki oryginalnej i czy nie jest to swego rodzaju kapitulacja, wygłasza autorka „Prawieku i innych czasów” następujące credo pisarskie:

„A mnie się wydaje, że to zdrowy objaw. Nie jestem pewna, czy argumentuję jak postmoderniści, ale uważam, że literatura zajmuje się cały czas tym samym. Jest kilka wielkich tematów i literatura je opowiada wciąż na nowo. W tym sensie „co” jest zawsze to samo; zmienia się tylko „jak”. Opowiedzieć na nowo starą, wieczną, tysiącletnią historię - to jest właśnie pisanie powieści. Powieść jest najstarszym gatunkiem świata, tak bym to określiła, opowiada, w jaki sposób człowiek spotyka się ze znakami, jest historią jakiejś inicjacji”. [„Rz” nr 249/ 1999, rozmawiała Katarzyna Kubisiowska].

Pisarze w ten sposób przemycają ciekawie i kompetentnie teorię swego pisarstwa, swoją sztukę poetycką, najogólniej mówiąc. To, co stanowiło dawniej temat zastrzeżony niejako dla uczonych zbiorów esejów albo w ogóle odkrywaną późno tajemnicę twórczości – dziś przynoszą fragmenty gazetowego wywiadu mogące zawierać manifest, program.

Oto kilka innych przykładów: Marcin Świetlicki: co go fascynuje najbardziej w muzyce rockowej? „Gitara basowa i perkusja, czyli rytm. Tak jak w poezji. Rym umarł, Rytm nie umrze nigdy”. [„Rz” nr 147/1999, rozmawiał Jacek Cieślak].

W sytuacji skandalu towarzyskiego, np. gdy J. Pilch przechodzi jako felietonista z „Tygodnika Powszechnego” do „Hustlera” i wyznaje: „Pisze się między innymi z powodu pychy”.

„Nie boję się erotycznej tandety „Hustlera”. Wierzę z całą pychą na jaką mnie stać w integralność mojej pisarskiej frazy”[...]. „Prawda jest taka, że w redakcji twórczo funkcjonuję tylko wówczas, gdy jestem adorowany” [„Rz” nr 55/1999, rozmawiała Katarzyna Kubisiowska].

Powyższe przykłady skłaniają do uznania nierozdzielności refleksji z dziedziny intymistyki służącej reklamie pisarza (dla której praformą była apologia, curriculum vitae) i z dziedziny „tłumaczenia się z twórczości” (schematem jest: ars poetica). Przypomnę, że ta refleksja pokrywa się z pewnymi metodologicznymi wskazaniami teoretyków literatury. Otóż m.in. Janusz Sławiński postuluje takie pojmowanie biografii, które umieszcza ją pomiędzy materiałem zdarzeń wypełniających życie twórcy a zbiorem tekstów składających się na dorobek pisarski. Tutaj w naszym przypadku potwierdza się fakt, że twórczość można widzieć jako sumę zastygłych momentów curriculum vitae autora, oraz życie - „tekst” wpisany w porządek historii, którego czytelność realizuje się poprzez analogie ze sferą kultury. Te dwa zjawiska wszakże, jak wskazuje Sławiński, nie są strefami wyizolowanymi, dopełniają się bowiem w akcie kreacji wizerunku człowieka-artysty: „ciąg tworzonych dzieł wytycza takiej biografii wątek ośrodkowy” (4). Widzimy tu, że możliwe jest dowartościowanie innego kierunku oddziaływania: nie tylko biografia wpływa na dzieło, ale i dzieło na biografię, jak wynika z gazetowych wypowiedzi pisarzy. Odsłaniają one w jakimś syntetycznym skrócie ów związek peregrinatio vitae (curriculum vitae) z tekstami-życiem. Opis tekstów następuje jednocześnie z opisem życia. Refleksja na temat warsztatu pisarskiego zanurzona jest w przestrzeni peregrinatio vitae. I chociaż ramą sytuacyjną omawianych tu wypowiedzi była głównie reklama, to ostatecznie reklama służy „wytłumaczeniu się z twórczości”, która jest rzeczywiście sumą zastygłych momentów curriculum vitae autora.

Wywodowi temu nie zaprzeczy nawet taki oto skrajny przypadek apologii: w wypowiedź Andrzeja Stasiuka o książce „Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej)” wskazuje on (paradoksalnie) na dystans wobec opisywanych zdarzeń w swej „autobiografii” a więc bezceremonialnie (cynicznie, pisarska hybris?) przyznaje się do mistyfikacji literackiej (czyżby w obronie przed niektórymi krytykami – Bronisław Maj nazwał go Edkiem literatury polskiej) [ „Rz” „Plus Minus” nr 49/1998].

„W książce którą napisałem jestem bardzo głęboko ukryty. Nie ma w niej żadnej mojej refleksji wprost. Trudno się o mnie czegoś dowiedzieć. Moje życie jest materiałem 'autobiografii' tylko w tym znaczeniu, że pewne rzeczy moje oczy widziały, pewne rzeczy moje uszy słyszały. Tak naprawdę jest to książka o czasie, który odszedł. Pomyślałem sobie, że jeśli nie będę miał odrobiny odwagi, żeby tamten czas i świat opisać, nikt tego nie zrobi. Nikt z piszących inteligentów i intelektualistów nie przyzna się do tamtej rzeczywistości. I jeszcze jedna rzecz. Zawsze pisałem ponure książki. Tym razem chciałem spróbować nowego stylu. Napisać rzecz wesołą. Kiedy czytałem „autobiografię” na wieczorach autorskich, słuchacze spadali ze śmiechu z krzeseł”. [„Rz” nr 31/ 1999,rozmawiał Jacek Cieślak].

(Andrzej Stasiuk - nawiasem mówiąc to jedyny z indagowanych pisarzy, który ucieka od odpowiedzi – inni starali się o honorową apologię - on zaś nie bierze odpowiedzialności za to, co pisze, odrzuca „intencję mówienia prawdy”. Tej pisarskiej hybris bliższa jest zapewne postawa Rimbauda: ja to ktoś inny, niż postawa Edka z „Tanga” Mrożka, co zarzucił mu Bronisław Maj.)

Możemy dostrzec dwie funkcje owych wypowiedzi – zarazem odmienne i komplementarne: z jednej strony reklama (nakłanianie do kupna), którą buduje intymne, często szokujące wyznanie, związane z formą curriculum vitae, apologia - obroną; reklama, której w sferze figur retorycznych sprzyja antycypacja („przyznanie się upiększające”). A z drugiej ars poetica – refleksja nad regułami tworzenia, „tłumaczenie się z twórczości”. Ten porządek być może wyjaśnia dlaczego tak wielka, zdumiewająca jest szczerość tych wypowiedzi. Bo szczerość wyznań dawniej charakterystyczną dla dzienników intymnych (wydawanych wiele lat po śmierci autora), dziś spotyka się w gazecie. Niezwykle staroświecko brzmi więc dzisiaj zapewnienie Moniki Żeromskiej, że ani ona ani jej matka nie czytały dzienników Żeromskiego, bo przecież ojciec nie życzył sobie ich publikacji. Wyzywająca szczerość jest dziś potrzebna reklamie, by się dobrze sprzedawała książka wypowiadającego się w gazecie autora (dawniej nazywało się to epatowaniem filistra). Ale szczerość ta może wynikać z pokory wobec odbiorców: ukazywać, że pisarz uwikłany w komercyjną sytuację chce jednak (forma ekspiacji?) coś szczerze intymnego przekazać czytelnikom.

Nasuwa się w związku z tym pytanie, czy w owych wypowiedziach można usłyszeć echo dawnej struktury genologiczno-retorycznej – de se ipso ad posteritatem, jaką znamy w polskiej tradycji od Dantyszka, Kallimacha i Janicjusza (5). Zawierała ona opis peregrinatio vitae a także refleksję obejmującą zasady i normy, jakie powinna realizować poezja, a zatem to, co określamy najogólniej mianem ars poetica. Otóż, gdyby słowo „potomnym” zastąpić słowem „współczesnym” – chodzi wszak o tego odbiorcę, słuchacza, który da się skusić funkcji reklamowej i kupi książkę, a nie o tłumaczenia się z żywota przyszłym jej czytelnikom, okaże się, że dawna, szacowna forma de se ipso ad posteritatem istnieje nadal jako podstawa gazetowych wypowiedzi pisarzy służących reklamie.

Potęgę reklamy zwyciężającą potęgę smaku obrazują ostatnie doniesienia o udziale reklamy w promowaniu ubiegłorocznego laureata nagrody Nobla, portugalskiego pisarza Jose Saramago. Smutna wieść o sztuczkach profesjonalnego reklamowania pisarza (za szwedzkim dziennikiem „Dagens Nyheter” „Rzeczpospolita i Książki” nr 67/8-10 X 1999) jest prawdziwą ironią losu jeśli zważyć, że powieść Saramago „Miasto ślepców” uważa się za antidotum na popularną dziś -jak to ujął miesiąc wcześniej w tej samej gazecie krytyk Janusz Drzewucki – „literacką konfekcję produkowaną przez Williama Whartona, Paula Coelho, czy Umberta Eco”. W opisie zjawisk literackich pojawił się oto termin „konfekcja” - oczywiście używany metaforycznie, ale w znaczeniu bliskim łac. etymologii: confectio - 'sporządzanie'. Produkcja czegoś gotowego do użytkowania, najczęściej seryjna produkcja gotowych ubiorów według znormalizowanych wymiarów. Literatura jako konfekcja. Signum temporis - kategoria opisu zaczerpnięta nie z poetyki, lecz z potocznej terminologii handlowej. Znamienne, że używa tego słowa także Andrzej Stasiuk, gdy odpowiada na pytanie dotyczące znajomości książek o Warszawie: „Czytałem »Złego« i mi się podobał. Ale to jest śmieszna książka. Nie literatura. Pogranicze reportażu, bardzo przyjemnej konfekcji, lekkiej liryki” [,,Rz”, 25 IX 1999, rozmawiał Jacek Cieślak]. Oto kolejny dowód „komercyjnego” traktowania literatury - ale także przenikania potocznych, tu handlowych, pojęć do badań literackich, co opisywał niegdyś Głowiński.(6)

Uderza tu merkantylna w istocie realizacja reguły captatio benevolentiae – forma taktyki mówcy, służąca zjednywaniu odbiorcy, pozyskiwaniu życzliwości słuchaczy, wynikająca -jak uczą klasyczne retoryki – ze współwystępowania ethosu i pathosu, to jest charakteru i uczucia. Mówca nie był bowiem – jak wiadomo – bezosobowym dysponentem reguł przekonywania, lecz podmiotem mającym pewne zobowiązania moralne; i jego postawa, jego zachowanie („charakter”) uczestniczyły aktywnie w całej procedurze perswazyjnej. Etyka retora miała dawać praktyce oratorskiej gwarancje uczciwości; dzisiaj dawne chwyty zakładające szlachetne pobudki zostały podporządkowane sprzedaży. Tak ujmując sprawę martwimy się, że nie ma rozróżnienia między wielkim i błahym wydarzeniem literackim. Wszystko wolno, byle dobrze się sprzedawało. Pojawia się także pesymistyczna refleksja: oto reklamie – sztuce kuszenia - udało się wmówić odbiorcy: najważniejsze, abyś książkę kupił, nieważne czy ją przeczytasz. Dlatego przekaz skierowany jest do współczesnych, a nie potomnych. Ostatecznie oni kupią. A potomni? Być może tylko przeczytają. Kontekst gazetowo-reklamowy sprawia, iż pisarze zdają się przemawiać raczej do klienta, a nie do czytelnika in spe.

Można się jedynie pocieszać, że kryje się tu pewna pułapka: dzisiejsze gazetowe wypowiedzi pisarzy, w których dostrzega się intencję typu: tłumaczę się i zwierzam, bardziej, byś mnie kupił niż przeczytał, bo objaśniam wszystko, com chciał powiedzieć - paradoksalnie nie skłaniają do poznania książki, z góry bowiem zdradzają tajemnicę, zaspokajają ciekawość. Choć struktura tych wypowiedzi – jak wskazałam – skłania raczej do kupienia książki, a nie do jej przeczytania, to z drugiej strony: czy wielu ludzi zechce kupić książkę, której tajemnica została wyjawiona przez samego autora? Oto jeden z wielu przykładów: Marek Bieńczyk opowiadając o swej powieści „Tworki” sięga do dzieciństwa - daje taką wykładnię własnej twórczości, jaką dawniej wywodzono z głębokich badań dorobku pisarskiego. Teraz zanim kupię, już wszystko wiem – reklama zabija oczekiwanie tajemnicy [„Rz” nr 159/1999].

Jedno z wydarzeń literackich 1998 roku wskazuje, że możliwe są pisarskie gesty przestrogi wobec traktowania literatury jako „konfekcji”. Chciałabym tu przypomnieć, że 25 maja 1998, na dwa miesiące przed śmiercią Herberta, na małej scenie Teatru Narodowego w Warszawie odczytano (pod nieobecność chorego poety) sześć wybranych przezeń wierszy polskich poetów – od Kochanowskiego, Karpińskiego, Słowackiego i Norwida po Gajcego i Baczyńskiego. Tej złotej antologii Zbigniewa Herberta towarzyszyło pięć stron komentarza odczytanego z rękopisu poety (nazwanego przez niego kadyszem). Tekst ten miał być odczytany zgodnie z wolą poety tylko raz i nie publikowany w całości. Herbert tym działaniem dowiódł, czym może być owa bezinteresowność poety (gest antymedialny, zakaz publikacji jako protest przeciwko reklamie, komercjalizacji literatury, w obronie bezinteresownej niepowtarzalności poezji) [„Rz” „Plus-Minus” nr 22/1998].

Powyższy przykład nie tworzy jedynej, optymistycznej strony niniejszych obserwacji. Otóż choć niektórzy pisarze swymi wyzywająco szczerymi wypowiedziami prowokują, by zwrócić na siebie uwagę i reklamować swój produkt - książkę (epatowanie wulgaryzmami językowymi przez Gretkowską, wspomniane wcześniej „upiększające przyznawanie się” Pilcha i Stasiuka), to inni – Różewicz, Herling – przy tej okazji zwierzają się z pisarskich niespełnień i owa konfesyjność wypowiedzi już stanowi sama w sobie istotną wartość. Różewicz przyznający się do literackiej klęski – nie udało mu się napisać sztuki o Walerianie Łukasińskim („Przewróciłem się na milczeniu... Potknąłem się o długoletnie milczenie Łukasińskiego”), sztuki o marcu 1968 roku: „przy tej sztuce o marcu '68 nie potrafiłem (śmiech autoironiczny) stworzyć właściwej substancji językowej. Wszystko w niej smakowało mi jak trociny” [„Rz” nr 331/1999, rozmawiał Robert Jarocki ]. Herling wyznaje, że zazdrości Miłoszowi „Doliny Issy”, że żałuje, iż nie opisał swej arkadyjskiej krainy dzieciństwa w Górach Świętokrzyskich.

Owe niespełnienia są swego rodzaju literacką sztuką konceptualną. Oto utwory nie napisane, ale pomyślane – pomysł zastępuje realizację. Sztuka jest myślą jest ideą: można ze stoickim spokojem odnieść się do tego, czy artysta podejmie działanie, czy nie - sam pomysł ma wartość. Można prezentować swoje koncepcje w postaci reklam w czasopismach, prezentować swoje koncepcje poprzez pisemne oświadczenia. Następuje tu zakwestionowanie wizualnej materialności dzieła sztuki – jakby powiedział Gerard Genette – utwór jest przedmiotem immanencji idealnej albo dziełem w stanie konceptualnym (7) („Zmarły starzec to biblioteka, która spłonęła”). Jest arkadia Herlinga, choć nie ma manifestacji tej arkadii. Czytelnik dowiadujący się o tym nie zrealizowanym pomyśle jest jak uczestnik działań artystycznych Kantora – otrzymuje pusty blejtram i sam może go zapełnić. Gdyby nie gazetowe zwierzenia albo zaniechania pisarzy – nie mielibyśmy konceptualnej wersji „potęgi smaku” Herberta i wspomnianych wyżej zamysłów dzieł innych twórców.

Na koniec zatem nasuwa się i taka oto budująca myśl: sfunkcjonalizowanie dawnych chwytów retorycznych dla reklamy literatury może sprawić, że jak niegdyś popularne, drugorzędne formy literackie, dziennikarskie zapoczątkowały rozwój pewnych gatunków literatury wysokiej, tak teraz wypowiedzi gazetowe – wszelkie „tłumaczenia się z twórczości”, przemycą do obiegu kultury, do tekstów użytkowych, wiele klasycznych form - ukrytą apologię, curriculum vitae, artes poeticae. Ujmując sprawę w duchu Genette'a można wskazać w tych „użytkowych tekstach” ukryte, retoryczne rusztowanie. Być może reklamowa intencja „byś mnie kupił” prowadzi do nowego sposobu pisania o sobie, do nowych gatunków dokumentów osobistych.

Powtórzmy zatem: w wypowiedziach gazetowych pisarze mówią o swoim warsztacie zmuszeni do tego przez wymogi promocji, reklamy. Zarówno pisarze literaturoznawcy - jak Bieńczyk, jak i pisarze „amatorzy” nie będący z zawodu literaturoznawcami, jak Olga Tokarczuk. Gazeta i reklama determinują, co prawda, sposób mówienia, ale o tej sytuacji można powiedzieć: felix culpa, bo jednocześnie dzięki niej ukazują swą moc stare formy związane z artes poeticae, z tym jednakże, że mniej w nich (ze względu na gazetowe medium) solennego tonu manifestu czy programu a więcej „tłumaczenia się z twórczości”. Poetyka i retoryka są tu nierozdzielne: pojęcia genologiczne stają się budulcem strategii retorycznej. Wypowiadający się pisarz, nawet w złym towarzystwie mechanizmów reklamy, zdobywa czytelnika dzięki narzędziom, jakie stwarza literatura jako sztuka.

Omówione tu sposoby przekonywania czytelników dotyczą sytuacji, gdy reklamuje się książkę już napisaną i wydaną. Wiadomo jednak, że – częściej zapewne w USA niż w Europie – już o samym powstaniu książki i debiucie pisarskim decyduje wcześniej rozpoznany popyt. Przeciwdziałać temu miałby internet. Być może warto w związku z tym trochę na prawach żartu przypuścić, że pod koniec wieku znów swoją rolę w literaturze mógłby odegrać filister. (Mało kto chce pamiętać, że filistrami nazywano absolwentów politechniki.) Po stu latach jednakże ów absolwent politechniki zjawia się niejako literacki bohater negatywny, lecz realny (i pozytywny) specjalista w dziedzinie internetu. Internet bowiem może być miejscem publikowania tej literatury, której właśnie ze względów komercyjnych nikt nie chce wydawać. Internet ma umożliwić bezpośrednią transakcję między autorem a czytelnikiem. Może się zatem spełni marzenie o literaturze nie uwikłanej w mechanizmy komercyjne, o kulturze literackiej, która nie sięga po chwyty retoryczne, by przekonać nabywcę do nabycia „konfekcji” z półek „supermarketu współczesności”.


(1) (poddawany tu analizie materiał pochodzi głównie z „Rzeczpospolitej” 1999).
(2) (zapożyczam to sformułowanie od Białoszewskiego, z tytułu jego wiersza „Tłumaczenie się z twórczości” – umieszczonego w „Rachunku zachciankowym”).
(3) Zob. Paul de Man, „Autobiografia jako od-twarzanie”, przeł. M.B. Fedewicz, „Pamiętnik Literacki” 1986 z. 2.
 (4) J. Sławiński, „Myśli na temat: biografia pisarza”, w tomie tegoż: „Próby teoretycznoliterackie”, 1992.
(5) J.K. Goliński, „»De se ipso ad posteritatem«. Kallimacha, Dantyszka i Janickiego autobiografie kreowane”. „Pamiętnik Literacki” 1995 z. 1.
(6) M. Głowiński, „Wartościowanie w badaniach literackich a język potoczny”, w zbiorze „O wartościowaniu w badaniach literackich”. Pod. red. S.Sawickiego i W.Panasa, Lublin 1986, s. 179-195.
(7) G. Genette, „L'Oevre de fart. Immanence et transcendence”, Paris 1994, 119-154.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas