poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KRZYSZTOF BIEDRZYCKI
10 literackich zabobonów lat dziewięćdziesiątych
DL 2000, nr 2/3 (160/161)

1. Nie ma dobrej literatury lat dziewięćdziesiątych.

Wybitny prawnik, sędzia Trybunału Konstytucyjnego powiada: „życie kulturalne znalazło się w stanie pewnej stagnacji. Weźmy literaturę: czy w latach 90. powstały dzieła dorównujące rangą na przykład „Miazdze” Andrzejewskiego lub powieściom Konwickiego?” Pomińmy kryteria, wedle których akurat ci autorzy są przywołani jako punkt odniesienia - rozumiem, że chodziło o utwory w ogólnym rozumieniu wybitne - zastanówmy się nad samym zabobonem. Autor tej wypowiedzi w natłoku prawniczych i politycznych obowiązków zapewne nie ma czasu na baczne śledzenie powstającej właśnie literatury, a swoje sądy opiera na diagnozach zasłyszanych bądź przeczytanych. Otóż wmówiono mu, że w literaturze nic godnego się nie dzieje. Wmówiono mu to w sytuacji, gdy swoje nowe i często wielkie klasą dzieła publikują autorzy tej miary, co Czesław Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Zbigniew Herbert, Tadeusz Różewicz, Wisława Szymborska, Julia Hartwig, Stanisław Barańczak, gdy, ukazuje się „Hanemann” Stefana Chwina, gdy Ryszard Kapuściński wydaje „Imperium” i „Heban”, gdy Zygmunt Kubiak pisze „Mitologię”, nie wspominając o wielu innych – może mniej jednoznacznych – autorach i tytułach. Zabobon to nad wyraz bałamutny.


2. Literatura lat dziewięćdziesiątych jest słaba, bo jest biedna.

To jest temat bardziej kontrowersyjny. Wiadomo, pieniędzy na kulturę jest mało. Dzień powszedni literatury to mizeria. Jak trudno zdobyć dotację na druk ambitnej książki, najlepiej wiedzą wydawcy. Na pisaniu kokosów się nie zbija, chyba że akurat tworzy się bestsellery, ale iluż autorów bestsellery tworzy? Jeśli jednak pieniędzy jest za mało, to nie znaczy, że ich nie ma i że nędza opanowała całe życie literackie. Wystarczy wejść do księgarni, by zobaczyć, jak dużo się wydaje i to często literatury wybitnej. Jak szybko nadążamy za nowościami zagranicznymi (co prawda głównie anglojęzycznymi, ale nie wyłącznie). Jak wiele czasopism (zwykle miesięczników czy kwartalników) literackich się ukazuje, pomimo nadludzkich kłopotów w zdobywaniu dotacji. Problemem czytelnika nie jest niedostatek propozycji, problemem są ceny książek – wysokie jak na stan polskich, zwłaszcza inteligenckich zarobków – oraz...brak czasu na ogarnięcie wszystkiego, co przeczytać by warto! A iunctim między brakiem pieniędzy a rzekomym niedostatkiem literatury wybitnej jest zabobonem szczególnym, bo opartym chyba na przeświadczeniu o koniecznym wpływie bazy na nadbudowę. Uprzejmie zatem informuję, że gdzie jak gdzie, ale w literaturze kwestie materialne posiadają umiarkowany wpływ na jakość pracy twórczej.


3. Po upadku komunizmu powinien był nastąpić przełom w literaturze.

To dopiero był zabobon: dziesięć lat temu - nie wiedzieć, czemu, bo rozsądek i znajomość historii literatury powinny nas od tego odwodzić - uwierzyliśmy w jakiś nieuchronny determinizm, który mógłby spowodować, że zmiana polityczna automatycznie pociągnie za sobą rewolucję literacką. Skoro rewolucji pożądaliśmy, to rewolucję nam podarowano. Dużo hałasu wokół siebie narobili młodzi poeci, których - słusznie czy nie - skojarzono z „bruLionem”. Wejście do życia literackiego nowego pokolenia raczej biologii należałoby przypisać niż historii, ale tak jakoś się skojarzyło, że skoro upadły wszystkie mury, to tylko młodzi mogą opisać nie zafałszowaną polityką prawdę końca wieku. Toteż pojawienie się „bruLionu” przyjęto jak konieczne historycznie objawienie (cóż za ironia wkradła się w taki tok myślenia!) i niejednokrotnie bez należytego dystansu afirmowano wszystko, co spod piór młodych wychodziło (granicą tolerancji okazało się dopiero publiczne palenie subwencjonowanych przez ministerstwo tomików... nie zawierających żadnych wierszy). Toteż po dziesięciu latach wahadło poszło w drugą stronę i teraz debiutanci tamtego czasu zostali strąceni w literacki czyściec. Zarzuca się im (zazwyczaj słusznie) brak oryginalności, wtórność, a nawet grafomanię i wyraża się zawód, iż ze sporej gromadki „bruLionowców” zostało ledwie ze czterech, którym warto poświęcać uwagę. A gdyby tak porzucić kategorię przełomu i po prostu poczytać tamtych autorów samych dla siebie...


4. Literatura po przełomie nie spełniła pokładanych w niej nadziei.

A dlaczegóżby miała spełniać? I na czym mogłoby to polegać? Czy miałaby to być „Lalka” epoki Balcerowicza? A może czekalibyśmy na wiersze opiewające nowego złotego? Lub odwrotnie: budzące sumienia, bo kolejny „Jaś nie doczekał”? Ile to razy w historii literatura odpowiadała na przełomy? A jeśli odpowiadała, najczęściej robiła to źle.

Literatura lat dziewięćdziesiątych jest taka, jaka jest. I taką trzeba ją rozumieć. Jeśli unika tematu politycznego, jeśli bardziej interesuje ją czające się w człowieku zło niż powodzenie bądź fiasko reform, jeśli oswaja „małe ojczyzny”, a niewiele mówi o tej „wielkiej”, to jest to temat do interpretacji, a nie do utyskiwań.


5. Literatura lat dziewięćdziesiątych jest rozbita.

No, bo jaką zasadę da się odnaleźć w chaosie dzieł i zdarzeń wzajemnie sprzecznych, pośród osobowości tak niezależnych, że nijak ich nie można w jakikolwiek sposób pogrupować? Czy Miłosz ma cokolwiek wspólnego z Tokarczuk a Różewicz z Pilchem? A przecież nie chodzi tylko o to, by autorów jednoznacznie przypisać do nurtów i prądów. Nawet nie w tym rzecz, by dopatrywać się w utworach bezpośrednich nawiązań, wpływów czy odpowiedzi. Przecież z bogatej i rozmaitej twórczości ostatnich dziesięciu lat można wyczytać wyraźną wspólnotę problemów, tematów i form. Nawet jeśli autorzy udają, iż nawzajem zupełnie nic sobie nie zawdzięczają (a może naprawdę sobie nie zawdzięczają?), to czytelnik może dostrzec wspólne dla nich obszary poszukiwań. Przy czym istotne są kontrowersje między autorami, nie ich jednomyślność. Odkrycie zasady w chaosie literatury ostatnich lat może być fascynującym wyzwaniem.


6. Literatura jest partyjna.

Nie tylko politycznie, także religijnie, płciowo, obyczajowo... To ciekawe: wydawało się, że koniec komunizmu uwolni literaturę od polityki. Tymczasem stało się na odwrót. Polityka zawładnęła (czy raczej próbuje władać) literaturą. Stąd groteskowy podział pisarzy i ich dzieł na prawicowe i lewicowe. Tak jakby ważny był fakt podziału twórców włoskiego treicenta na gwelfów i gibelinów. Kto poza historykami pamięta, po której stronie stał Dante? I czy to ma jakiekolwiek znaczenie dla czytelników „Boskiej Komedii”? Inni z kolei dzielą literaturę na tę spod znaku kobiet i tę spod znaku mężczyzn (podział to jest bardziej zasadny, ale co z niego tak właściwie wynika?). Jeszcze inni tropią autorki lesbijki i autorów gejów, by ich przeciwstawić całej reszcie. Ktoś katolików przeciwstawia liberałom i postmodernistom. I choć wszystkie podziały mają jakieś swoje uzasadnienie, są doskonale zewnętrzne wobec literatury. Ideologowie wszelkiej maści literaturę traktują wyłącznie jako wyrazicielkę postaw- im bardziej jednoznacznych, tym lepiej.


7. Literatura jest dziewiczym pięknem.

Tu na odwrót: pięknoduchy upajają się doskonałością poezji i prozy unoszącej się ponad wodami paskudnej rzeczywistości. A zatem wszelkie uwikłanie literatury w życie uznawane jest za jej zbrukanie. Tak jakbyśmy mieli obcować z platońskim Pięknem, a nie z konkretnymi utworami, które zawsze czytamy w jakimś kontekście. Gdy nas bolą oczy, po rozstaniu z bliską osobą, w czasie kolejnej awantury parlamentarnej, w pełnym słońcu na plaży, młodzieńcy jako starcy... Zawsze czyta się w konkretnej sytuacji, z bagażem doświadczeń, z nowymi przemyśleniami, z cierpieniem, z radością. I to wszystko nakłada się na czyste przeżycie czytelnika. Zapominanie o tym jest obłudą, samookłamywaniem się.


8. Kultura obrazkowa zabija czytelnictwo książek.

Ten zabobon wyrasta z innego: z wiary, że czytanie samo jest już wartością bezwzględną. Statystyki alarmują, że czyta się coraz mniej, nie mówią jednak, c o się czyta teraz i c o się czytało wówczas, gdy procenty były bardziej satysfakcjonujące. Nie łudźmy się, miliony nie upajały się arcydziełami. Jeśli po upowszechnieniu znajomości alfabetu w XX wieku, gdy względnie tania książka stała się dostępna niemal dla każdego, zaczęto sięgać po słowo drukowane, to najczęściej dla zaspokojenia najprostszej potrzeby estetycznej: potrzeby opowieści. Toteż nie ma co alarmować, gdy teraz tę potrzebę skuteczniej zaspokaja telewizja – seriale brazylijskie zastąpiły równie szmirowate romanse drukowane niegdyś w odcinkach przez popołudniówki.

Problemem jest, jeśli jest, spadek czytelnictwa literatury ambitnej. Pewnie rzeczywiście wielu ludzi, nawet wykształconych, nie ma na to czasu, nie odczuwa potrzeby, ani nie poddaje się takiemu snobizmowi. Nie dramatyzujmy jednak. Książka nawet w świecie ekspansji mediów elektronicznych i szaleńczego tempa życia tak łatwo się nie podda. Najwyżej pozostanie zabawką pięknoduchów. Tak jak była nią zawsze.


9. Mamy do czynienia z zupełnie nową sytuacją, w której literatura musi podlegać takiej samej promocji jak proszek do prania.

Jest to zabobon w pewnej mierze prawdziwy. Sytuacja literatury w świecie wolnego rynku, mediów, a także wszechobecnej reklamy jest rzeczywiście nowa. Nie jest jednak nowa konieczność promowania pisarza czy utworu. Zmieniły się techniki, zmienił się zasięg, niezmieniona została istota.

Jedni gorszą się nagłaśnianiem autorów przez telewizję, innych to podnieca. Tymczasem odbywa się naturalna walka pisarzy o ich dostrzeżenie przez czytelników, a zwłaszcza przez szczególnych czytelników – krytyków, wydawców, mecenasów (dziś raczej zwanych sponsorami). Dawniej trzeba było podbić dwór, salon, kawiarnię czy – agorę. Dziś stawką jest telewizja. Kto pożądał sławy, ten o nią zabiegał, kto w pokorze i cichości tworzył, ten zadowalał się samą radością tworzenia. Jednak zjawisko promocji dzieła nieodłącznie musiało towarzyszyć historii literatury ze względu bardzo praktycznego: utwór nie wypromowany nie istnieje. Tak więc zabieganie o rozgłos nie powinno gorszyć. Trzeba do tego podchodzić spokojnie. Tak jak do mód literackich. Krzykliwe zdarzenia poddane zostaną weryfikacji czasu. Jedno jest tylko niebezpieczeństwo hałasu wokół dzieł i autorów – to, co naprawdę godne uwagi, może w zgiełku się zgubić. Nadzieja w tym, że po upływie czasu mody i po upływie czasu oczyszczenia, w spokojnej lekturze wartość zajaśnieje pełnym blaskiem. Najpierw jednak trzeba utwór wypromować: jak proszek do prania.


10. Literatura się wyczerpała.

To nam podano do wierzenia, więc z uporem powtarzamy. A tak naprawdę to powyższe stwierdzenie jest wyłącznie wyrazem frustracji rozczarowanego czciciela oryginalności, który ku swej rozpaczy odkrył, iż naprawdę oryginalnej, niezależnej od jakichkolwiek wzorów twórczości nie ma, wobec czego pesymistycznie całej literaturze odmawia przyszłości. Postmodernista to jest modernista, który stracił swoją wiarę. A frustratom nie należy ufać.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas